artykuły
Druga linia warszawskiego metra, stacja Rondo Daszyńskiego (fot. Filip Springer)
Druga linia warszawskiego metra, stacja Rondo Daszyńskiego  (fot. Filip Springer)

Na początek pewna mądrość, o której, patrząc na stacje drugiej linii metra, dość łatwo zapomnieć. Wartość tej inwestycji tkwi nie w tym, jak ona wygląda, a w tym że jest - kursuje i ułatwia ludziom życie. Trudno o lepszy przykład prozaicznej miejskiej fizjologii niż ukryty pod ziemią system transportu mieszkańców. Co więcej, istnienie takiego systemu w mieście wielkości Warszawy od dobrych kilkudziesięciu lat z okładem nie jest żadnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Jest standardem.

Rondo ONZ (fot. Filip Springer)

Budując drugą linię, Warszawa dobiła do takich miast jak Tbilisi, Mińsk i Sofia. Niczego im nie ujmując, nie są to z pewnością ośrodki, na których władze stolicy chciałyby się wzorować. Rzecz jasna żadna ich czy nasza wina w tym, że Polska miała taką, a nie inną historię. Losy warszawskiego metra są wszak z nią silnie splecione.

W niedzielę, 8 marca, tysiące warszawiaków słusznie więc się cieszyło, że żmudny proces budowy drugiej linii dobiegł końca. Następnego dnia kolejne tysiące z radością przemknęły podziemną kolejką z jednej strony Wisły na drugą, omijając korki spotęgowane wyłączeniem z użytku spalonego mostu Łazienkowskiego. To wszystko pięknie, miejmy jednak w pamięci, że inwestycja jest po prostu jednym z etapów nadganiania cywilizacyjnych zaległości, jakie wynikają ze skomplikowanych polskich losów. To tylko metro. Nic więcej.

Tymczasem zdaje się, że projektanci stacji drugiej linii kompletnie o tym zapomnieli. Rozmach, z jakim zaprojektowali kolejne przystanki, przywodzi na myśl pokazowe inwestycje z krajów rządzonych twardą ręką przez satrapów. Wszystko tu błyszczy, migocze i oszałamia.

To, co gdzie indziej poprzedzone jest zwykle słowem "tylko", tutaj zostało skrupulatnie zapowiedziane spójnikiem

"aż". Być może zresztą taki był program, napisany przez inwestora. Skoro czekaliśmy na drugą linię tak długo, to niech ona nas zachwyci. Wszystko wygląda tu więc tak, jakby wizualnym rozmachem próbowano zrekompensować fakt, że to nie linia, a raptem linijka z obietnicą przedłużenia w trudnej do przewidzenia przyszłości.

Świętokrzyska (fot. Filip Springer)

Już gdy powstały słynne kolorowe zadaszenia przysłaniające zejścia pod ziemię, wiadomo było, że skromnie nie będzie. Ułożone finezyjnie jak cholera w kształt litery M wiaty widać z daleka. Krzyczą w przestrzeni, kontrastują dokładnie ze wszystkim i nie pozostawiają żadnych złudzeń - Warszawa ma drugą linię metra!

Ich architektom udała się sztuka niezwykła nawet jak na polskie warunki - zaprojektowali coś, co doskonale nie pasuje do niczego. I tylko częściowo trafny jest argument, że wejście do podziemnej kolejki musi być widoczne z daleka.

Nowy Świat - Uniwersytet (fot. Filip Springer)

W większości miast świata problem ten załatwiany jest spójną identyfikacją wizualną prostych, niekiedy podświetlanych znaków informacyjnych. Wystając ponad głowy przechodniów, są widoczne z daleka. Od Berlina, przez Budapeszt, Mediolan, Paryż, Londyn, do Nowego Jorku wejścia do metra są skromne, nienachalne i wpisane w przestrzeń. I jakoś próżno tam szukać rzesz zagubionych podróżnych próbujących odnaleźć zejście pod ziemię. Ludzie nie są idiotami, znajdą drogę, wystarczy zaproponować im spójny system miejskiej informacji. Nie trzeba do nich krzyczeć.

Próbując znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla tak krzykliwej formy zadaszeń drugiej linii metra, przyszło mi do głowy tylko jedno rozwiązanie. Być może architekci doszli do wniosku, że w przestrzennym chaosie i zgiełku, jaki panuje dziś w Warszawie, skromne pawilony czy wiaty zaopatrzone w proste znaki byłyby naprawdę niewidoczne? Postanowili więc po prostu podporządkować się zasadzie, która rządzi całą polską przestrzenią publiczną. Jest w niej widoczny ten, kto najgłośniej krzyknie. Krzyczy więc i metro, choć akurat od inwestycji budowanych za publiczne pieniądze można by oczekiwać promowania mniej prymitywnych wzorców.

Centrum Nauki Kopernik (fot. Filip Springer)

Potwierdzeniem tej tezy wydaje się być, ale znów tylko częściowo, sposób, w jaki potraktowano okolice stacji Centrum Nauki Kopernik. Tutaj oprócz krzykliwych M-daszków jest też kilka skromnych pawilonów skrywających infrastrukturę obsługującą stację. Wzniesiono je z szarego granitu i zaopatrzono w czyste, opalizujące przeszklenia. Są przyjemnie nieprzesadne, dość eleganckie. Wpisują się w przestrzeń, nawiązując do przedwojennej, modernistycznej zabudowy tej części Powiśla. Marzyłoby się, aby z równym umiarem potraktowane zostały inne stacje. Marzenia mają jednak to do siebie, że nie wszystkie się spełniają.

Centrum Nauki Kopernik (fot. Filip Springer)

Zejdźmy jednak pod ziemię, to tam rozgrywa się bowiem autentyczny

dramat. Doświadczenie to jest prawdziwym, estetycznym rollercoasterem. Najpierw bowiem wpadamy w ascetyczny labirynt podświetlanych paneli, przywodzących na myśl scenografię z "Seksmisji" czy słynnego filmu "Cube".

Świętokrzyska i Nowy Świat - Uniwersytet (fot. Filip Springer)

Miękkie światło kontrastuje tu ze stanowczą czernią bazaltów i zimnym aluminium. Nachalność kolorowych daszków kompletnie znika, jest tu dość elegancko, choć może momentami aż nadto; to w końcu tylko metro, a nie luksusowa galeria handlowa. Mniejsza z tym, lepsze to niż wykwity kolorowych fantazji. Białe, rozświetlone płaszczyzny budzą jednak pewne obawy o przyszłość, bo wręcz zapraszają grafficiarzy, autorów tagów czy reklamodawców. Pozostaje liczyć, że tę sterylność uda się tu utrzymać. Dziś podkreślają ją jeszcze puste wnętrza powierzchni handlowych - ciekawe, czy ich najemcy zdecydują się wpisać w ten umiar.

Dworzec Wileński (fot. Filip Springer)

Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że jego kontynuację znajdzie na peronach. Jest zresztą coś symbolicznego w tym, że przestrzenie dostępne tu bezpłatnie - pasaże i przejścia podziemne - są skromne, a te, do których dostęp uwarunkowany jest posiadaniem biletu, wręcz przeciwnie. Po przejściu przez bramki otwiera się bowiem przed podróżnym świat prawdziwych jarmarcznych cudów, feeria świateł, kolorów i wzorów, która co wrażliwszych może przyprawić o napad epilepsji.

Być może punktem wyjścia były tu zgrafizowane nazwy poszczególnych stacji zaprojektowane jeszcze przez mistrza Wojciecha Fangora. Już tylko one wystarczyłyby jako element kolorystyczny, rozbijający nieco monotonię podziemnych peronów. Projektanci stacji postanowili tę barwną wariację rozwinąć. Tym, co miał Fangor, a nie mieli oni, jest klasa. Każdej kolejnej stacji słusznie przypisano inny kolor. Ma to znaczenie praktyczne, podróżującym ułatwia orientację w przestrzeni.

Kolor można jednak wprowadzać na różne sposoby. Ten, na jaki zdecydowano się w drugiej linii metra, przywodzi na myśl najgorsze polskie termomodernizacje. Słowem, które najpełniej opisuje tu działanie architektów, jest "totalność". Umiar znów odchodzi w zapomnienie, zostaje pogrzebany i zalany grubą warstwą betonu i farby. Na Dworcu Wileńskim jest niebiesko, choć chciałoby się raczej powiedzieć, że niebieściaście.

Dworzec Wileński (fot. Filip Springer)

Warszawa Stadion jest w środku zieloniasta, co ma na pewno nawiązywać do murawy naszej narodowej areny. I nic to, że pobliski dworzec kolejowy jest biało-czerwony.

Warszawa Stadion (fot. Filip Springer)

Najgorzej jest chyba jednak na stacji Nowy Świat-Uniwersytet, której kolor przywodzi na myśl koktajl jagodowy.

Nowy Świat-Uniwersytet (fot. Filip Springer)

Broni się Rondo ONZ, bo jego kolorem jest po prostu biel, a tę trudno spartolić, choć nawet tutaj totalność jej użycia budzi sprzeciw. Jakby tego było jednak mało, niektóre ściany peronów zostały wyłożone szaro-rdzawym kwarcytem, który nijak się ma do feerii barw zafundowanej nam przez malarzy.

Wrażenie wizualnego nadmiaru potęgują stropy zaopatrzone w kraciastą podsufitkę oraz koliste obramowania filarów z rozświetlonymi punktowym światłem kinkietami. Obraz tragedii zostaje dopełniony kosmicznymi, szklanymi tubami, którymi poprowadzono na niektórych stacjach ciągi ruchomych schodów. Wszystko to z pewnością kosztowało dużo pieniędzy i pracy. To widać - tak miało być. Efektowność została tu zastąpiona efekciarstwem, którego definicja teraz zyskała nowe, architektoniczne ekwiwalenty. Ilość wizualnych bodźców zbliża się tu niebezpiecznie do najbardziej tandetnych galerii handlowych. Jarmarczny wrzask kolorów i świateł przyprawia o dojmujący ból oczu.

Irytują też detale i niekonsekwencje. Gdzieniegdzie obłości są obłe dzięki giętemu szkłu, gdzie indziej zastąpiono je imitującymi obłość wielobokami - jakby kwarcyty, marmury i bazalty nadwyrężyły budżet inwestycji i pod koniec trzeba było ciąć koszty. Absurdalne są też naklejki sportowców, którymi "ozdobiono" wiaty i przeszklenia stacji przy Stadionie Narodowym. Tak aby już nawet ćwierćinteligent nie miał wątpliwości, że jak stadion, to musi być sport.

Świętokrzyska (fot. Filip Springer)

Jedenaście minut - tyle trwa podróż drugą linią warszawskiego metra. Upraszczając, można by powiedzieć, że w tym czasie przechodzimy przyspieszony kurs narodowego gustu. Ale to nieprawda - doświadczenie kolejnych stacji drugiej linii metra zbliża nas do tego, jak sobie ten gust wyobrażają jego projektanci. Estetyczna narracja zbudowana jest tu na nadmiarze i przeładowaniu. Na umiar przyjdzie nam więc jeszcze poczekać. Być może tyle, co na trzecią linię metra.

Reportaż Filipa Springera o przestrzeni polskich miast jest dostępny na Publio.pl >>

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.