artykuły
(fot. materiały promocyjne)
(fot. materiały promocyjne)

Viviane Amsalem chce rozwieść się z mężem. Od dawna już razem nie mieszkają, nie kochają się, nic ich nie łączy. Ale Elizeusz uparcie odmawia dania jej "getu", czyli listu rozwodowego zwracającego jej wolność. W żydowskim prawie taki list może wręczyć tylko mężczyzna kobiecie - nigdy na odwrót. Dopóki mąż nie zgodzi się "uwolnić" Viviane, ta pozostaje związana przysięgą małżeńską. Nie ma dla "getu" alternatywy. W takiej sytuacji znajduje się wiele izraelskich kobiet.

W Izraelu nie istnieje rozwód cywilny. Proces mający na celu zakończenie małżeństwa odbywa się przed sądem rabinicznym. Jego praca objęta jest tajemnicą, na sali mogą znajdować się tylko strony i prawnicy. W "Viviane chce się rozwieść" po raz pierwszy pokazana została (zainscenizowana, ale zgodna z prawdziwymi procedurami) praca sądu rabinicznego podczas rozwodowych obrad.

To film stworzony przez rodzeństwo - Ronit i Shlomiego Elkabetzów. Finalna część ich filmowej trylogii zmieniła bieg historii w Izraelu. Sensacja zeszłorocznego festiwalu w Cannes i zdobywca rozmaitych nagród (w tym nominacji do Złotego Globu) od swojej wrześniowej premiery w kraju nie schodzi z nagłówków mediów, ust działaczy społecznych i zwykłych obywateli. Pokazuje objęty najwyższą tajemnicą prawny relikt, który - choć nie przystaje do współczesnych realiów - wciąż ma decydujący wpływ na życie tak wielu. Film pozwala spojrzeć na proces rozwodowy oczami kobiety, która - choć zniewolona przez prawo - jest silniejsza niż archaiczne zasady.

Nie ma dziś w Izraelu kobiety, która by nie słyszała o filmie "Viviane chce się rozwieść" - mówi reżyser. Na zdjęciu Ronit Elkabetz - współreżyserka i aktorka grająca główną rolę (fot. materiały promocyjne)

"Viviane chce się rozwieść" wywołał tak gorącą debatę, że zorganizowano jego specjalny pokaz dla przedstawicieli Bejt Din, czyli sądów rabinicznych z całego kraju. Taka sytuacja miała wcześniej miejsce tylko raz. "Skazane na małżeństwo" Anat Zurii, opowiadający o udrękach kobiet zmagających się z rabinicznymi sądami, wywołał dziesięć lat temu protesty przed placówką sądu w Jerozolimie. Na jego temat wypowiadali się najwyżsi przedstawiciele Bejt Din. "Viviane..." ustanawia jednak precedens: specjalny pokaz filmu został zorganizowany podczas dorocznego, narodowego zgromadzenia żydowskich trybunałów religijnych z całego kraju.

- Myślę, że sądy rabiniczne winny uważnie przyglądać się ścieżkom publicznego dyskursu. Muszą to [film] zobaczyć, aby zrozumieć niuanse, zrozumieć, jak postrzega nas społeczeństwo (...). Jeśli jego wizja jest niezgodna ze stanem faktycznym, powinniśmy przeanalizować dlaczego i zasugerować rozwiązania, mające na celu wyświetlenie prawdziwego obrazu naszej pracy [społeczeństwu]. Jeśli obraz [pokazany w filmie] jest prawidłowy, a nam potrzeba zmiany procedur i zachowań, także musimy o tym porozmawiać i działać" - uzasadniał decyzję o historycznym pokazie rabin Shimon Yaakobi, prawnik i doradca prawny sądów rabinicznych.

- Przez sto lat istnienia Bejt Din nikomu nie udało się ich członków nawet zaprosić na wywiad, porozmawiać o ich pracy. Na przestrzeni setek lat historii judaizmu rozmaici filozofowie próbowali dostosować kształt praktyki religijnej do zmieniających się czasów i nie potrafili tego zrobić. [Ta sytuacja] to ogromny pierwszy krok do tego, by kiedyś to się udało - dodaje współreżyser Shlomi Elkabetz, z którym udało mi się spotkać podczas dnia prasowego w Paryżu.

Anna Tatarska: - "Viviane chce się rozwieść" to film, który wykluł się z prywatnej historii. I stał się czymś uniwersalnym, publicznym.

Shlomi Elkabetz: - Jesteśmy z Ronit rodzeństwem. Nasi rodzice to był taki "miks" - z jednej strony rodzina ortodoksyjna, z drugiej tradycyjna. Nasza matka była kobietą wyprzedzającą swoje czasy, bardzo postępową, o feministycznych poglądach. Bardzo dbała o rodzinę, o nas, ale zdarzało jej się też na dłużej wyjeżdżać, co wcale nie było wówczas tak częste. Rodzice podarowali nam wolność wyboru. Nie naciskali. Myślę, że ojciec po cichu liczył, że wybierzemy życie bliżej religii, bo to było dla niego ważne. Ale nigdy nie czynił nam wyrzutów. "Viviane chce się rozwieść" zainspirowała postać naszej matki. Kiedy powstawał nasz pierwszy film, "Wziąć sobie żonę" (2004), pragnęliśmy stworzyć coś o nas, ale z czasem okazało się, że zarysowana przez nas historia się rozwija, a jej prawdziwą bohaterką jest właśnie matka.

Rozwód w Izraelu to nie decyzja dwójki ludzi. Tylko mężczyzna może zakończyć związek (fot. materiały promocyjne)

Pamiętajmy, że to jednak impresja, a nie film oparty na faktach.

- Tak, bo choć punkt wyjścia "Viviane..." jest zakorzeniony w życiu, to film jest fikcją. Nasza matka nigdy nawet nie była w sądzie. Użyliśmy "szkieletu", jakim było jej życie, charakter, i na tym zbudowaliśmy fabułę. To była niezwykle intymna podróż. Skupiamy się na Viviane, jej mężu, Elizeuszu, i ich konfrontacji z izraelskim systemem prawnym. Skoro prawo tak chętnie ustala mężowi i żonie role, nadaje status, czy będzie też w stanie pomóc im rozwiązać ich problemy?

Przed sądem rabinicznym rozwodzą się ludzie religijni?

- Nie. W Izraelu nie istnieje sekularne prawo rozwodowe. Ktokolwiek chce się rozwieść, wierzący czy nie - czeka go ta sama procedura: każda kobieta musi poprosić męża o pozwolenie na odejście.

Dlaczego rozwód pozostaje pod jurysdykcją sądu religijnego?

- Myślę, że to wynika z próby wymyślenia sposobu na definiowanie, kto jest Izraelczykiem, a kto jest Żydem. W Izraelu definiuje się i kontroluje czyjąś narodowość przez religię. Bez tak wyraźnych zasad ustalania narodowości państwo byłoby bardziej różnorodne i znacznie bardziej zsekularyzowane. Ale tak nie jest i dlatego prawo religijne jest tak silnie zakorzenione w społeczeństwie izraelskim. To jest temat, od którego przedyskutowania i podważenia warto byłoby zacząć rozdział państwa i Kościoła, co u nas w kraju nie miało miejsca.

Jak jeszcze religia ingeruje w samodzielność małżeńską?

- Trzeba tu wspomnieć o jednym z najtrudniejszych zagadnień w judaizmie. To temat bękartów. Sąd rabiniczny szalenie się go boi. Jeśli kobieta jest zamężna i ma dziecko z mężczyzną, który nie jest jej mężem, to dziecko postrzega się jako bękarta. I ono nie może wejść w związek z kimś z żydowskiej społeczności przez kolejne dziesięć pokoleń. To oznacza, że społeczności muszą przestrzegać prawa, żeby się nie "zanieczyszczać". Pojawia się zatem pytanie - dlaczego trzyma się kobiety na smyczy małżeństwa, dlaczego nie ułatwić im procedury rozwodu, jeśli go pragną?

Wtedy "problem bękartów" sam by się rozwiązał. Kobiety nie musiałyby tkwić w niechcianych związkach.

- Ale to nie może być takie proste, prawda? Bo tak naprawdę chodzi o dystrybucję władzy. Ma ją mieć w swoich rękach mąż. Mąż, prawo i sąd. Rozwód nie jest więc w Izraelu decyzją dwójki ludzi, chcących decydować o swojej przyszłości i pragnieniach. Jest grą o to, kto ma władzę, wpływ na drugą osobę. Rozwód traktowany jest jako akt zrzeczenia się władzy. O to w filmie de facto prosi swojego męża, Elizeusza, Viviane. A jemu tę władzę dało społeczeństwo, którego prawa projektowane są przez mężczyzn i dla mężczyzn. I on ma problem z tym, żeby się jej zrzec.

Kiedy mężczyzna daje kobiecie "get", wygłasza między innymi takie słowa: "Od dnia dzisiejszego jesteś dostępna każdemu mężczyźnie". Rozwód zmienia poniekąd znaczenie. Staje się przyzwoleniem na przekazanie kobiety innemu mężczyźnie, a nie uwolnieniem jej.

- Oczywiście. Mężczyznę prosi się przecież, żeby zrezygnował z całej mocy nadanej mu przez status małżonka. Ma na głos zgodzić się, by żona mogła być z każdym mężczyzną, z jakim być zechce. Nie jesteś wolna, żeby robić to, co chcesz. Jesteś dostępna dla innego... Tak właśnie to wygląda.

Filmowa Viviane stała się nie tylko stroną w sądzie, ale - na metaforycznym poziomie - wyrosła na sędziego (fot. materiały promocyjne)

Viviane, choć w świetle prawa nie ma żadnej władzy, jest tak naprawdę niezwykle silną kobietą. Elizeusz - choć decyduje o jej być albo nie być, to osoba pozbawiona charakteru, bezsilna.

- Nie chcieliśmy pokazać Viviane jako ofiary. Ona nie jest smutną postacią. Może film bywa momentami mroczny, przygnębiający, bo sytuacja, o której opowiada, taka jest. Ale Viviane jest pełna światła, siły. Gdyby taka nie była, nie zniosłaby procesu rozwodowego ciągnącego się przez osiem lat. Ciągłego meldowania się przed tym samym sądem, powtarzających się upokorzeń, walki o własne prawa. Ta sytuacja mogłaby złamać niejedną kobietę.

Tak wyglądający rozwód to paradoks w kraju, gdzie na innych polach równouprawnienie ma się całkiem dobrze.

- Wielki. W naszym kraju mamy wiele wpływowych kobiet. Zajmują wysokie stanowiska w wojsku, prowadzą świetnie prosperujące firmy. Jednocześnie te same kobiety, jeśli chciałyby się rozwieść, tak jak Viviane musiałyby dostać pozwolenie od mężów. Nasza bohaterka niby jest wolna - żyje poza domem, nikt jej nie kamienuje, nie bije za to, że odeszła od męża, nie grozi śmiercią, jak w innych niechętnych rozwodom krajach. A jednak ciągle jest na łasce męża.

Świat przyjął wasz film z entuzjazmem. A jak na "Viviane..." zareagowali widzowie w Izraelu?

- Reakcja była bardzo intensywna, także dlatego, że do sądu rabinicznego nie ma wstępu - tylko prawnicy i ci, którzy są stronami w procesie, wiedzą, jak proceduje. W Izraelu można śledzić przebieg procesu o morderstwo, ale formuła procesu rozwodowego pozostaje dla obywateli tajemnicą. To niemalże temat tabu. Na nasz film ustawiały się ogromne kolejki, często brakowało biletów.

Skoro rozwodów nie można oglądać, skąd czerpaliście wiedzę, która pozwoliła w wiarygodny sposób przedstawić jego przebieg na ekranie?

- Nie mieliśmy wstępu na salę, ale spędziliśmy długie tygodnie w budynku sądu na korytarzu, słuchając przewijających się tam ludzi, przyglądając się im. No i ściany w sądach są cienkie, wszystko słychać. Studiowaliśmy także prawo. Scenariusz konsultowaliśmy z wieloma prawnikami, a nawet z sędzią - mieli kilka kosmetycznych uwag. Pamiętajmy, że przedstawiamy prostą wersję rozwodu. Nasza bohaterka nie walczy o opiekę nad dziećmi czy prawo do domu - a jedynie, a może aż, o własną wolność.

Film stał się tematem numer jeden w izraelskich mediach. Od premiery minęło kilka miesięcy, ale nadal się o nim mówi!

- Tak, film "został" z ludźmi po seansie na tyle długo, że stał się tematem rozmów, stopniowo przeradzając się w ogólnonarodową dyskusję, wreszcie niemal codziennie mówiono o nim w wiadomościach. Zapoczątkował jakiś ruch... To znaczy ruch w ludzkiej świadomości, psychice. Filmowa Viviane stała się nie tylko stroną w sądzie, ale - na metaforycznym poziomie - wyrosła na sędziego, zaprasza nas do swojego sądu, do swojego życia...

Filmowa Viviane to postać bardzo silna (fot. materiały promocyjne)

Jak na film zareagowały organizacje feministyczne?

- Chyba już wszystkie z nich w jakiś sposób wykorzystały film do swoich celów, daliśmy im taką prawną możliwość.

A instytucje publiczne? Religijne? Jaka była ich reakcja?

- Doczekaliśmy się wielu wyrazów wsparcia od rozmaitych ruchów politycznych: Ministerstwa Sprawiedliwości, członków Knesetu, rabinów... A już zaraz, dzięki wstawiennictwu rabina Shimona Yaakobiego, prawnika i doradcy prawnego sądów rabinicznych, film zostanie wyświetlony na prywatnym pokazie ich sędziom (dayanim) podczas corocznej konwencji w lutym 2015 roku [rozmowa odbyła się tuż przed konwentem, stąd czas przyszły - przyp. aut.]. Wymagało to specjalnego pozwolenia przewodniczącego Najwyższego Sądu Religijnego Bejt Din - Yitzhaka Yosefa. Wydelegowany konsultant musiał między innymi upewnić się, że na ekranie nie ma scen nieprzyzwoitych, których duchowym przywódcom oglądać nie wolno. To o tyle wyjątkowa sytuacja, że ortodoksyjni duchowni, których tam jest większość, w ogóle nie oglądają filmów! Do tego, pierwszy raz w historii rabini zasiadający w sądach zobaczą siebie oczami kobiety - naszej bohaterki Viviane, mojej siostry Ronit. Będą siedzieć tam, gdzie siedzi Viviane, i patrzeć na siebie, jak prowadzą obrady. Przez sto lat istnienia tej instytucji nikomu nie udało się nawet zaprosić ich na wywiad i porozmawiać o ich pracy. Na przestrzeni setek lat historii judaizmu rozmaici filozofowie próbowali dostosować kształt praktyki religijnej do zmieniających się czasów i nie potrafili tego zrobić. To ogromny i pierwszy krok do tego, by to się kiedyś udało.

Ronit i Shlomi Elkabetz podczas pracy nad filmem (fot. materiały promocyjne)

Po wiekach stagnacji wreszcie nadzieja, i to dzięki filmowi? Trzymam kciuki, ale brzmi to dość... naiwnie.

- Chciałbym znać odpowiedź na to pytanie, ale mogę tylko bawić się w detektywa, tak jak robię to w filmie. Patrzę na historię, na istotne dla ludzkości zmiany, jakie następowały w różnych krajach. I wiem, że zawsze był jakiś pierwszy krok, pęknięcie, ferment. Ten film to jest nasz pierwszy krok. Co będzie za rok, dwa lata, dziesięć - czas pokaże. Ale myślę, że "Viviane..." pozostanie w świadomości ludzi na dłużej. Dzięki swojemu sukcesowi w kraju i za granicą film przestał być tylko filmem, stał się prawdziwym procesem Viviane Amsalem. Nie ma dziś w Izraelu kobiety, która by o nim nie słyszała. I nie ma takiej, która powie: chcę przejść przez to, przez co przeszła Viviane. Ich świadomość się zmienia.

Od tego zaczęliśmy rozmowę i do tego chcę wrócić na koniec: co dziś oznacza "być Izraelczykiem"?

- To już coś więcej niż tylko kwestia religii. Czy takie miejsce jak Izrael może stać się sceną mieszania się rozmaitych kultur, religii i stworzyć spójne, zjednoczone społeczeństwo - trochę o to mnie pytasz. Przyjrzyjmy się krajom uważanym za wzór demokracji w dzisiejszym świecie. Stany Zjednoczone - mam na myśli perspektywę społeczną, nie żadną inną - są po dziś dzień chyba jedynym krajem, który praktykuje demokrację w stopniu najwyższym. Oczywiście w tę amerykańską demokrację jest wpisana pewna przesada, bo demokracja i kapitalizm są tam nierozerwalnie złączone. Ale z drugiej strony w państwach socjalnych, na przykład w Szwecji, dominujący system też nadgryza demokrację... Nie ma miejsca idealnego, ale uważam, że tylko w Stanach istnieją sąsiedztwa, gdzie sprzedawca w sklepie jest Jordańczykiem, w kolejce do kasy stoją Libańczyk i Izraelczyk, a obok para gejów wymienia czułości... Może ta bańka pęknie, trudno powiedzieć. Gdybyśmy w Izraelu przeszli przez kolejne etapy ewolucji, być może stalibyśmy się społeczeństwem, o jakim my sami marzymy. Gdzie obywatele mieliby możliwość być tym, kim chcą, na każdej płaszczyźnie życia. Kobieta, mężczyzna, gej, osoba religijna, ateista - byliby po prostu obywatelami. Równymi, bez kategorii, hierarchii, różnic... Bo jaka jest alternatywa dla określania tożsamości narodowej? Skrajny nacjonalizm. Rozpoczynanie dnia od ślubowania fladze, śpiewania hymnu... Proces ustalania, czym jest narodowość, to ciągłe przeplatanie się progresu i regresu. "Utopia" - to nazwa sklepu, z którego wypożyczamy kamery. Nie sądzę, żeby ludzie marzyli o utopii. Chcą postępu.

Plakat filmu "Viviane chce się rozwieść" (fot. materiały promocyjne)

Shlomi Elkabetz . Izraelski reżyser, scenarzysta i aktor. Urodził się w 1972 roku w Beer Szewa w religijnej rodzinie marokańskich Żydów, wywodzących się z portowego miasta As-Sawira. Jego matka była fryzjerką, a ojciec pracownikiem poczty. Matka posługiwała się płynnie francuskim i arabskim, ale ojciec naciskał, ażeby w jego rodzinie mówiono wyłącznie w języku hebrajskim. Elkabetz spędził siedem lat w Nowym Jorku, gdzie grał w teatrze, pisał scenariusze i wprawiał się w reżyserskim fachu. W 2003 roku razem ze swoją siostrą Ronit rozpoczął pracę nad filmową trylogią o wewnętrznej, społecznej i prawnej walce maghrebskiej kobiety o wolność i prawo do samostanowienia. "Viviane chce się rozwieść" jest jej zwieńczeniem. Elkabetz wykłada w szkole filmowej w Tel Awiwie.

Anna Tatarska . Dziennikarka filmowa pisząca dla polskich i amerykańskich mediów. Współpracuje z wieloma redakcjami, od magazynów branżowych po pisma kobiece. Tak jak w pracy, ceni wolność też w życiu: zawsze na walizkach, w ruchu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, podróże, sztuka kulinarna i rowery, ale najbardziej lubi innych ludzi.