artykuły
Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)
Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Mój terapeuta parę miesięcy temu opowiedział nam na terapii anegdotę. Do dzisiaj jest jedną z moich ulubionych. Opowiedział, jak dziesięć lat temu przyszedł po raz pierwszy na mityng AA. Usiadł, stremowany i skrępowany, nie wiedząc zupełnie, co powiedzieć. W końcu wydusił z siebie: "Dzień dobry, nazywam się _____, i mam problem z alkoholem" . Zapadła cisza, i wtedy jeden z obecnych tam starych wiarusów odwrócił się w jego kierunku i zapytał: "Jak to masz problem z alkoholem? Nie wiesz, gdzie jest sklep? Pieniędzy nie masz? Pożyczyć ci?".

Ta anegdota miała nam pokazać, że jedną z najważniejszych, ale najtrudniejszych rzeczy w terapii uzależnień jest przyznać się przed sobą do swojej choroby. Powiedzieć o niej samemu sobie, prostym zdaniem, bez metaforyzacji, bez intelektualizowania.

Bo to potwornie trudne. To wielki wstyd powiedzieć o sobie - jestem alkoholikiem i narkomanem. Gdy przyznaje się do tego na głos, po raz pierwszy, samemu nie chce się w to uwierzyć. To brzmi obco, kłuje w gardło, jest trochę jak gwałt. Parę dni temu obchodziłem swoją pierwszą rocznicę niepicia i niebrania, i dalej nie umiem powiedzieć tego głośno, dobitnie, stanowczo, podnieść rąk całkiem do góry.

Gosia Halber, autorka "Najgorszego człowieka na świecie", to zrobiła . Pociesza mnie to, że potrzebowała na to kilku lat i napisania całej książki. Wspaniałej i bardzo potrzebnej. Ja mam za sobą dopiero rok abstynencji. Można powiedzieć, że ukończyłem przedszkole nałogu. W ogóle nie pisałbym tego tekstu, gdyby nie ta książka, którą przeczytałem w trzy godziny, ciągiem, z PDF-owej szczotki, nie odrywając wzroku od komputera.

Alkoholizm to w Polsce dla większości ludzi abstrakcja. Powszechne kojarzenie choroby to w głowach ludzi jej ostatnia, kliniczna faza. Wielotygodniowe ciągi, deliria, totalny rozpad życia rodzinnego i zawodowego, sranie i szczanie pod siebie. Amok. Degrengolada. Syf, smród. Upadek.

Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Ten pogląd ugruntowują kultowe dla Polaków filmy, chociażby ubiegłoroczny "Pod Mocnym Aniołem" Wojciecha Smarzowskiego, film doskonały pod względem formalnym, oddający to, co w nałogu najważniejsze - że jego kształtem zawsze jest koło. Ale również film niebezpieczny, wprowadzający w błąd, bo sam widziałem na Facebooku różne reakcje po jego obejrzeniu, typu - "aaaa, jest git, przede mną jeszcze trochę" . Nie, to, że nie budzisz się zasrany, pobity, to, że nie wyrzucono cię jeszcze z pracy, to, że wciąż masz rodzinę, to, że nie znajdują cię w krzakach z rozbitym łbem w dzień powszedni o godzinie osiemnastej - to wcale nie oznacza, że przed tobą może być "jeszcze trochę".

Twój czas kończy się w momencie, gdy organizujesz całe swoje życie tak, aby pić. Ja prawie nigdy nie miałem urwanych filmów. Rzadko kiedy traciłem nad sobą kontrolę. Po alkoholu bywałem miłym, serdecznym dla swoich przyjaciół, głośno gadającym błaznem. Potrafiłem stać prosto i w miarę składnie mówić nawet po wypiciu litra wódki. Gdy w końcu poszedłem na terapię, moi znajomi byli raczej szczerze zdziwieni, że akurat ja. No akurat o mnie by nie pomyśleli, że mam problem. Problem ma kto inny, ten, kto od tygodnia leży we własnym mieszkaniu w stanie podobnym do febry.

Pójść na terapię uzależnień - to jest dopiero decyzja. Ja chodziłem najpierw przez pół roku na zwykłą psychoterapię. Miałem szczęście, że trafiłem na mądrego faceta. Pan psychoterapeuta pod koniec pierwszego spotkania powiedział, że najchętniej skierowałby mnie do ośrodka uzależnień. Śmiertelnie się na niego obraziłem - przecież ja nie jestem żadnym alkoholikiem. Mam ciężką nerwicę i głębokie egzystencjalne lęki.

A jednocześnie pracowałem i pisałem teksty. Napisałem na przykład taki tekst do Onetu, który nazywał się "Wszyscy jesteśmy alkoholikami" . Wstydzę się go i za niego przepraszam. A z drugiej strony śmieję się z własnej niewiedzy i głupoty.

Uświadomiła mi to terapia, ale zamiast opisać ten moment, lepiej oddam na chwilę głos Małgosi.

"To była pierwsza i jedna z najważniejszych rzeczy, jakich tam się nauczyłam. Fundamentalna wiedza, która wywróciła cały mój światopogląd i podważyła pięć lat studiów filozoficznych.

Za każdym razem, kiedy mówisz "bo ludzie zazwyczaj" albo "bo jest tak", albo "wszyscy przecież", albo "bo kobiety", mówisz tak naprawdę o sobie.

Mówisz dokładnie to, co ty czujesz, oraz to, co tobie się wydaje.

Zawsze.

Ćwiczona dwa razy w tygodniu, przyłapywana na każdym "no ale kobiety zazwyczaj" oraz "robi się", "myśli się", "większość przecież", nagle odkrywałam coś, do czego sama nie umiałam się przyznać.

(...)

Ponieważ ostatecznie masz dostęp jedynie do własnych emocji, a z rzeczywistości podświadomie wyłuskujesz to, co zgadza się z twoimi sądami. Kiedy rozmawiasz z koleżanką o związkach i mówisz "no zawsze coś", to nie oznacza to, że każda relacja to wojna i za każdym razem można się do czegoś przyczepić. Nie. Ty mówisz tylko, że między tobą a tym kimś, kogo kochasz, dzieje się coś takiego, że nie jesteś zadowolona".

No więc ja sobie piłem i wciągałem w najlepsze, i chodziłem na psychoterapię, na której okłamywałem mojego psychoterapeutę w żywe oczy, gdy za każdym razem pytał się mnie, ile w tym tygodniu wypiłem ("parę piwek z kolegami", mówiłem, a prawdy nie chcecie znać, i tak się zresztą domyślacie), i radośnie pisałem sobie teksty pod tytułem "Wszyscy jesteśmy alkoholikami". Zajebiście, nie?

Wracając do moich ciężkich nerwic i egzystencjalnych lęków - po roku od niepicia zamieniły się w zwyczajne, ludzkie emocje, stres, niepokój, obawę, rozczarowanie. Dopiero do mnie dochodzi, że są zwykłe, że posiada je każdy. Ale musiałem iść na terapię i musiała mnie popchnąć do tego - moje kolejne szczęście - najbliższa rodzina.

Mógłbym pisać o tym jeszcze długo, ale nie napiszę o tym tak składnie, jak zrobiła to Małgorzata Halber. Jej głos jest piękny i ważny. Nawet nie macie pojęcia, jak. Jej książka, "Najgorszy człowiek na świecie" mówi wprost bardzo niewygodną prawdę. Prawdę, która jest jak słoń w pokoju, którego wszyscy boimy się dostrzec. Że bardzo wielu z nas może mieć problem. I nie chodzi tutaj o to, że nie mamy pieniędzy, czy nie wiemy, gdzie jest sklep.

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

"Wielu z nas" - tak, mam na myśli ludzi podobnych do mnie i do Gośki Halber. Wykształconych, mieszkających w dużych miastach, zadowolonych ze swojej pracy, korzystających z kultury, zainteresowanych światem, mieszkających w fajnych mieszkaniach, w dobrych dzielnicach. Pracujących w mediach, agencjach reklamowych, korporacjach, tworzących sztukę, organizujących życie kulturalne. Pijących dobre wina, whisky, popalających trawkę, bo trawka to przecież nic takiego, okazjonalnie, raz na jakiś czas wciągających kreseczkę. Taką małą, tyci, po prostu aby wytrwać na tej imprezie jeszcze parę godzin i móc wypić jeszcze parę drineczków. Budzących się na kacu, ale przecież na kacu zawsze można sobie pomóc, kąpielą, spacerkiem, rosołkiem. Przerażonych, przelęknionych, niespokojnych, chociaż na zewnątrz robiących dobrą minę do złej gry. Uwalających się do spodu w każdy weekend. Miotających się. Noszących maski. Nieszczęśliwych z bliżej nieznanych sobie powodów.

To wielka zaleta książki Gośki. Napisała świetną literaturę o tym, co trzeba powiedzieć na głos. Gosia jest wojowniczką, jest podwójną bohaterką. Nawet nie wiecie, jaką. Każda z nas, osób uzależnionych, jest wojownikiem. Walczymy codziennie. Ze sobą, z chęcią, aby się napić, zapalić, wciągnąć, aby wrócić do tak znanego komfortowego systemu regulacji i ukojeń. Walczymy ze znajomymi, którzy bojąc się swoich problemów, żartują, mówią "ze mną się nie napijesz?". Walczymy z naszymi bliskimi, którzy nie chcą tego zaakceptować. Którzy się za nas wstydzą. A przede wszystkim walczymy ze światem, w którym żyjemy - światem zachodnim, konsumpcyjnym, w którym osobom, które muszą coś sobie udowadniać, coś odcinać, jest najtrudniej. Pół biedy, jeśli ta asceza jest niegroźna, akceptowalna, modna, ładnie opakowana. Humanitarna. Weganizm, dieta bezglutenowa. Buddyzm. Sport. Za tymi ascezami idzie jednak cały rynek produktów, który można ascecie sprzedać.

Nie ma żadnego dodatkowego rynku usług i produktów, marek, wartości dodanych dla niepijących alkoholików i niebiorących narkomanów. Nie idzie opchnąć nam zestawu biokosmetyków ani pysznego falafela, ani fajnej bluzy z nadrukiem.

Na dodatek żyjemy w kraju zachodnim, ale niby też trochę wschodnim. Kraju, którego duża część PKB pochodzi z alkoholizmu. Kraju, w którym alkohol jest nierozerwalnie wszczepiony w tkankę kulturowo-społeczną. W którym pije się przy każdej okazji, w którym całodobowe sklepy monopolowe są na każdym kroku, bodaj jedynym kraju na świecie, w którym kolorowe setki wódki o owocowych aromatach stoją w lodówkach w całodobowych sklepach, jak landrynki. Á propos, jedną z rzeczy, których nauczyłem się na terapii jest to, że alkoholik nigdy nie trzyma w domu zapasów, bo od razu wszystko wypija. Alkoholik kupuje tyle, ile mu potrzeba. Parę piw. Pół litra. Kilka kolorowych setek, powtykanych w różne kieszenie.

Małgosia Halber nie jest rozgrzeszonym żulem. Jest sympatyczną dziewczyną z telewizji, która prowadzi bloga, pisze recenzje i gdy była mała, opowiadała o zespole The Beatles w programie 5-10-15. Ja też nie jestem rozgrzeszonym żulem, jestem jeszcze trochę młodym, prywatnie sympatycznym chłopakiem, który napisał parę książek, które całkiem nieźle się sprzedają, był nominowany do nagród, dostawał stypendia i pisał już do większości ważniejszych gazet w Polsce. Są inni. Rychu Peja, który jakiś czas temu obwieścił na swoim fanpage'u piątą świeczkę, jest bodaj największą gwiazdą muzyki hiphopowej w Polsce, ma platynowe płyty na koncie i firmę odzieżową.

Jesteśmy wojownikami. Takich wojowników jest wielu. Mają firmy, wysokie stanowiska, ciekawe prace, mają rodziny, są dobrze ubrani, nieźle zarabiają. Nie szczają pod siebie, nie mają zwidów, nigdy w życiu nie byli na izbie wytrzeźwień. Ale walczą. Walczą o trzeźwość, która jest dla nas trochę czymś takim jak nirvana w buddyzmie. Stanem idealnym, do którego będziemy starali się dążyć przez całe życie.

Posłuchajcie historii takiej wojowniczki, przeczytajcie książkę "Najgorszy człowiek na świecie". Ja nie byłbym w stanie jej napisać. Zazdroszczę Gosi i podziwiam ją. Chciałbym, aby w Polsce ludzie nie wstydzili się już więcej, mówiąc "jestem alkoholikiem". Bo to żaden wstyd uświadomić to sobie i zacząć terapię. To żaden wstyd zostać wojownikiem. Dziękuję Gosi, dziękuję moim terapeutom, wszystkim, których poznałem w ośrodku terapii uzależnień.

Słoń w pokoju tupie, ale dobrze go widać.

"Radio Armageddon", "Ślepnąc od świateł" i inne książki Jakuba Żulczyka są dostępne na Publio.pl >>

Polecamy wywiad Jakuba Żulczyka w weekend.gazeta.pl: ' 'Warszawa to pole minowe. Jest miastem koterii, rautów, klik, synekur''

Jakub Żulczyk . Pisarz, scenarzysta, felietonista (chwilowo w stanie spoczynku). Debiutował osiem lat temu powieścią "Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości". Współprowadził programy telewizyjne, publikował m.in. w "Elle", "Machinie", "Przekroju", Onecie. Od sześciu lat mieszka w Warszawie, i to właśnie stolicy poświęcił swoją najnowszą książkę - "Ślepnąc od świateł".