artykuły
Katarzyna, uczestniczka projektu "Tatuaże wolności" (fot. materiały promocyjne)
Katarzyna, uczestniczka projektu

Dobre rzeczy dzieją się często dzięki dobrym ludziom w odpowiednim miejscu, a raczej - na odpowiednim stanowisku. Jan Cieślar pracuje w agencji reklamowej Isobar Poland, a Filip Konopczyński współpracuje z Fundacją Pedagogium, która zajmuje się edukacją, profilaktyką i resocjalizacją. Fundacja jest blisko związana z Pedagogium Wyższą Szkołą Nauk Społecznych w Warszawie, która od lat prowadzi różnego rodzaju akcje społeczne i charytatywne, takie jak choćby teatr Scena Pedagogium, gdzie występują studenci i osoby wykluczone. W spektaklu "Na huśtawce" wzięli udział bezdomni, którzy współtworzyli też scenariusz - na podstawie osobistych historii i doświadczeń. Isobar Poland z kolei stworzyło ostatnio głośny projekt "Photos for Life" dla fundacji Rak'n'Roll. To pierwszy na świecie charytatywny bank zdjęć. Na fotografiach przeznaczonych do wykorzystania w reklamach, modelami są ludzie chorzy na raka, aktywnie walczący z chorobą lub ci, którzy chorobę już pokonali. Niedawno zdjęcia wykupiła do celów komercyjnych m.in. IKEA. Cały dochód z ich sprzedaży jest przeznaczony na wsparcie terapii pacjentów z nowotworem.

Jan (w zespole z art directorem Rafałem Rysiem) i Filip, którzy prywatnie przyjaźnią się od lat, postanowili wykorzystać zaangażowanie swoich pracodawców i stworzyć projekt, który pomoże byłym więźniom. Podczas spotkań odkryli ogromny potencjał w połączeniu bazy naukowej i badawczej, którą przez lata rozwija uczelnia, z doświadczeniem w komunikacji masowej, jaką ma jedna z najbardziej rozpoznawalnych agencji reklamowych. Dlaczego tatuaże? Bo to problem, którym nikt wcześniej w Polsce się nie zajął. Dziś, kiedy moda na zdobienie ciała jest ogromna, a tatuaż artystyczny zdobi i jest społecznie akceptowany, ten więzienny piętnuje i utrudnia życie jeszcze bardziej. - Ciekawy był dla nas od początku rozdźwięk w postrzeganiu tatuaży w naszym społeczeństwie. Dwie osoby mają coś na skórze - jedna postrzegana jest jako niebezpieczna i nieodpowiedzialna, a druga - jako kreatywna, ciekawa, odważna, ambitna - tłumaczy Jan.

Jan Cieślar (fot. materiały promocyjne)

Stygmaty

- Osoby opuszczające zakład poprawczy lub karny często posiadają na swoim ciele tatuaże wykonane podczas odbywania kary. Są one umieszczone w widocznych miejscach (ręce, twarz, kark). Powody wykonania tych tatuaży bywają różne, wynikają głównie z potrzeby dostosowania się do środowiska lub są wyrazem buntu wobec sytuacji, w której znaleźli się osadzeni - wyjaśnia prof. dr hab. Marek Konopczyński, ekspert z dziedziny resocjalizacji.

I dodaje: - Podczas odbywania kary, w procesie resocjalizacji, tatuaże zaczynają stanowić jedynie dowód popełnionych w życiu błędów, do których byli osadzeni nie chcą już wracać. Po wyjściu z zakładu są więc rodzajem stygmatu, który utrudnia lub całkowicie uniemożliwia powrót do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, czyli pełną resocjalizację. Osoby z przestępczymi tatuażami są rozpoznawane jako byli osadzeni i przez to odtrącane przez lokalną społeczność lub traktowane jako potencjalni przestępcy. Efektem tego są więc problemy w odnalezieniu się w społeczności, czyli na przykład kłopoty ze znalezieniem mieszkania (niektórzy właściciele nie chcą takiej osobie wynajmować lokalu), czy też stygmatyzacja dzieci osób posiadających tatuaż więzienny (uczniowie, przez opinię o ich rodzicach, mają problemy z rówieśnikami). Widoczny tatuaż jest także często bezpośrednią przyczyną problemów w znalezieniu pracy. To wszystko powoduje, że w wielu przypadkach byli osadzeni nie są psychicznie w stanie przejść pełnej resocjalizacji, czują się odrzuceni, chorują na depresję oraz co za tym idzie - w części przypadków wracają do działań przestępczych.

Program "Tatuaże wolności" ma umożliwić byłym więźniom i wychowankom zakładów poprawczych przykrycie przestępczych tatuaży nowymi - artystycznymi, takimi, które zdobią, a nie szpecą. Ma być finansowany z datków prywatnych darczyńców, którzy mogą wesprzeć cel na stronie akcji. Jak do nich dotrzeć? Pomysłodawcy stworzyli film dokumentujący pilotaż projektu, czyli pomoc dwóm dziewczynom z tatuażami z zakładów poprawczych.

Program "Tatuaże wolności" (fot. materiały promocyjne)

Walka o kobiecość

- Pedagogium jest instytucją akademicką, która od lat blisko współpracuje z szeregiem instytucji związanych z systemem sprawiedliwości: Ministerstwem Sprawiedliwości, więziennictwem, policją, zakładami poprawczymi etc. Szczególnie ważnym miejscem jest zakład poprawczy w Falenicy - wzorowy przykład tego, jak powinny działać tego typu instytucje. Szukając osób, które mogłyby wziąć udział w pierwszym etapie projektu, wraz ze Stanisławem Lewandowskim, z którym współpracuję, zwróciliśmy się do dyrektora tego zakładu z prośbą o polecenie byłych wychowanek, które chciałyby dokonać przemiany swoich "poprawczych" tatuaży. Ważne dla nas było zaufanie: w ramach "Tatuaży wolności" chcemy pomagać tym, którzy ogrom pracy readaptacyjnej już wykonali i do prowadzenia w pełni "normalnego" życia na wolności brakuje im właśnie szansy na zdjęcie piętna przestępczego tatuażu. Nie chcielibyśmy, aby nasza inicjatywa była odbierana w oderwaniu od tego kontekstu: nie chodzi o to, aby "przykrywać" brzydkie tatuaże. Chcemy, aby tatuaż stał się symbolem zmazania społecznego piętna i ukoronowaniem procesu "zmiany na lepsze", którą każdy z uczestników musiał przebyć sam - opowiada Filip.

Filip Konopczyński (fot. materiały promocyjne)

W USA działa fundacja, która umożliwia byłym więźniom odpracowanie kosztów usunięcia znamion przeszłości. Pomysłodawcy "Tatuaży wolności" doszli do wniosku, że jeśli ludzie decydują się na wykonanie tatuażu, to widocznie ważna jest dla nich taka forma wyrażenia siebie, widocznie ten tatuaż coś dla nich znaczy. Dlatego, zamiast usuwać rysunek na ciele, postanowili przykrywać go nowym. W pilotażu wzięły udział kobiety. Dlaczego? - Kobietę zły tatuaż dotyka bardziej. Myśląc o nich, myśleliśmy o ich samopostrzeganiu. Te po epizodzie w więzieniu lub zakładzie poprawczym czują się nieatrakcyjne, zwłaszcza w świecie, w którym media bombardują nas nienaturalnie wyretuszowanymi zdjęciami, sztucznymi wizerunkami nieprawdziwych kobiet. Wydało nam się to ważne, by w pilotażu podnieść dodatkową kwestię i popracować nad odbudowaniem poczucia własnej kobiecości u bohaterek - zaznacza Jan.

Katarzyna, która wzięła udział w pilotażu, przez wiele lat nie mogła patrzeć na swoje oszpecone koślawym delfinkiem i bliznami ręce. - Poprzedni tatuaż zrobił mi mój o dwa lata starszy brat. Miałam wtedy 12, może 14 lat. Dokładnie nie pamiętam - opowiada. - Blizny, pani Marto, to dla mnie zbyt trudny temat, by opowiedzieć, skąd się wzięły. One również są dla mnie okropnym ciężarem, bo znajdują się na całych rękach. Kiedy ktoś, kto mnie nie zna, je widzi - osądza mnie. Nawet jeśli ludzie na ich widok nic nie mówią, wiem, co myślą. Czuję się wtedy jak wyklęta... Każdy marzy o spokoju i rodzinie. A ja? Ja mam 26 lat i jestem sama, bo gdzie znajdzie się normalny mężczyzna, który poślubi dziewczynę z patologii? Tatuaż, który mi zrobiono, pomógł mi odkryć przed światem nie tylko część mojego ciała, ale i część mojej kobiecości i mojego ja - zapewnia.

Katarzyna (fot. materiały promocyjne)
Uczestniczka programu "Tatuaże wolności" (fot. materiały promocyjne)

Silne róże

Tatuaż Katarzyny i drugiej uczestniczki pilotażu wykonał Marcin Domański ps. "Doman", który prowadzi studio Stara Baba w Warszawie. - Początkowo trudno nam było znaleźć tatuażystę. To specyficzne środowisko. Oni w kontakcie z agencjami reklamowymi zwykle robią krok w tył. Nieufnie podchodzą do akcji, które mają potencjał medialny. Są kontrkulturowi - nie chcą kojarzyć się z mainstreamowymi mediami, telewizją śniadaniową, a nasz film miał na celu przemycić problem wykluczonych właśnie do takich mediów i w efekcie dotrzeć do ludzi, którzy na co dzień tego nie doświadczają - mówi Jan. Ale "Doman" brał już wcześniej udział w akcjach społecznych, wystąpił też w filmie promującym Polonę - Cyfrową Bibliotekę Narodową.

Dlaczego zdecydował się na zaangażowanie w program? - Przekonał mnie pomysł zakrywania tatuaży więziennych nowym. Pomaganie innym sprawia mi radość. Poza tym, mimo że moje tatuaże nie wyglądają jak z więzienia, wiem, jak to jest czuć osądzające spojrzenia ludzi - mówi Domański. - Kamera mnie onieśmiela, ale kiedy mogę skupić się na pracy, zapominam o wszystkim dookoła. Lubię to, co robię. Dobrze jest mieć świadomość, że moja praca, oprócz osobistej satysfakcji, jest w stanie zmienić coś w życiu drugiego człowieka na lepsze - dodaje.

Marcin Domański (fot. kadr z filmu / Nowa Cyfrowa Biblioteka)

- Róże, które przykryły delfinka i część moich blizn, dają mi siłę. Czuję się bardziej zmotywowana do działania. Nowy tatuaż pomógł mi zacząć przełamywać bariery społeczne. Przestałam się czuć gorsza niż inni. Tamten tatuaż mnie przygnębiał, czułam, że jestem nikim. Teraz czuję się lepiej sama ze sobą, dzięki czemu wiem, że nie muszę być wyklętą i tą gorszą... Przede mną jeszcze długa droga, ale wiem, że pokonam wszelkie przeciwności losu i nie wrócę do tamtego życia. To, że mam taką przeszłość, wcale nie znaczy, że muszę w niej tkwić - mówi Katarzyna.

Co dalej?

Film promujący akcję niedawno trafił do sieci. Krótkie wideo zmontowane jest z wielogodzinnego materiału. Reżyser Marcin Filipowicz podszedł do tej realizacji jak dokumentalista. Odzew jest ogromny: prawie 60 tys. odsłon na YouTube, i to praktycznie bez żadnego wsparcia mediowego. - Być może pomyślimy o zaangażowaniu dużych firm we wsparcie finansowe programu. Chcemy, żeby komercyjne podmioty angażowały się w akcje społeczne. Reklama może ogłupiać społeczeństwo, ale jeśli jest społecznie odpowiedzialna i ciekawa artystycznie - może je wznieść na wyższy poziom. W Isobarze staramy się robić kampanie, które choć odrobinę zmieniają świat na lepsze - przekonuje Jan.

 

- Co dalej? Długość trwania projektu zależy od liczby zgłoszeń, które otrzymamy. Mam na myśli darczyńców, tatuażystów chętnych do wzięcia udziału w programie. Trzeba też dodać, że akcja ma charakter całkowicie niekomercyjny - wszystkie zebrane pieniądze przeznaczone zostaną na koszty stałe związane ze zmianą tatuażu: transport kandydatów, zakup igieł, tuszu etc. Po kilku dniach liczba osób, które się do nas odezwały, jest bardzo obiecująca. Fundacja Pedagogium pozostaje w stałym kontakcie z kandydatami i tymi, którzy chcą akcję wspierać. Chcielibyśmy pomóc jak największej liczbie byłych osadzonych, dlatego "Tatuaże wolności" będą trwały tak długo, jak długo będą zgłaszać się do nas sami zainteresowani. Wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek - mówi Filip.

Program "Tatuaże wolności" można wesprzeć tutaj .

Marta Mach . Absolwentka arabistyki na UAM, tłumaczka i dziennikarka. Zanim w 2010 roku zamieszkała w Warszawie, dużo podróżowała. Mieszkała w Syrii, Libii i Indiach, gdzie współpracowała z organizacjami pozarządowymi. Współtwórczyni i redaktorka naczelna magazynu "Zwykłe Życie", produkuje sesje zdjęciowe i wideo, dla przyjemności fotografuje.