artykuły
Pomysłodawcy Bednarskiej Szkoły Realnej, od lewej: Filip Haka, Janusz Fiett, Dorota Fiett (dyrektor), Jan Wróbel (fot. Agata Grzybowska)
Pomysłodawcy Bednarskiej Szkoły Realnej, od lewej: Filip Haka, Janusz Fiett, Dorota Fiett (dyrektor), Jan Wróbel  (fot. Agata Grzybowska)

Pomysł stworzenia BSR klarował się od dwóch-trzech lat w środowisku szkoły na Bednarskiej. Skąd się wziął? - Z rozmów z rodzicami, uczniami, nauczycielami, z zastanawiania się, co jako pedagodzy mogliśmy osiągnąć w czasach, kiedy istniało liceum czteroletnie, i porównania tego ze stanem obecnym - mówi Dorota Fiett, dyrektorka powstającej szkoły.

Fiett twierdzi, że wraz ze skróceniem liceum coś bezpowrotnie zostało stracone. - Teraz wszystkich szybko ogarnia pęd do matury, więcej uwagi poświęca się "uczeniu do egzaminu", a nie wychowywaniu uczniów - mówi.

- Obecnie jest tak, że naprawdę spokojnie pracuje się tylko w klasie pierwszej liceum. Przez ten jeden rok po prostu jest się z uczniem i wspólnie rozwiązuje się jakiś problem, bo on jest ciekawy z naukowego punktu widzenia. Niestety, w drugiej klasie pojawia się już pewna nerwowość - najpierw na spotkaniach z rodzicami, później wśród uczniów. Nauczyciele słyszą: "Czy to, co robimy, jest w programie do matury? Kiedy zrobimy jakieś testy?". Czar czystej, intelektualnej zabawy po prostu pryska - ocenia Fiett.

Przedsiębiorcy skarżą się, że po szkole średniej młody człowiek ma bardzo niewiele konkretnych umiejętności. Na zdjęciu: Zespół Szkół nr 1 w Opatowie (fot. Wojciech Habdas / Agencja Gazeta) ()

Ale BSR to w zamyśle nie tylko wychowanie. To także próba wyjścia naprzeciw oczekiwaniom pracodawców. - Jan Wróbel bywał na spotkaniach z przedsiębiorcami i oni często podkreślali rozczarowanie kandydatami, którzy przychodzą na rozmowy w sprawie pracy. Często padały słowa, że po szkole średniej młody człowiek ma bardzo niewiele konkretnych umiejętności, np. pracy w zespole, współdziałania, zdolności prezentowania swoich osiągnięć. Te wszystkie wątki złożyły się na pomysł czegoś, co pierwotnie nazwaliśmy "technikum w liceum" - mówi Fiett.

Zawodówka dla wykształciucha?

Dorota Fiett tłumaczy, że koncepcja szkoły opiera się na trzech filarach. Pierwszy z nich to tradycja "porządnego" liceum ogólnokształcącego, z dobrą humanistyką i językami obcymi.

- Drugi filar to kształcenie zawodowe. Uznaliśmy, że uczniom potrzebna będzie jakaś uniwersalna umiejętność, która przyda się im w różnych, typowych dla dzisiejszych czasów zawodach. Z naszych rozmów z przedsiębiorcami wynikało, że rolę taką pełnić mogą techniki komputerowe. Nieważne, gdzie się pracuje - dziś jest bardzo istotne, by człowiek "znał się na komputerach". A niestety, brakuje w polskich szkołach solidnej i powszechnej edukacji w tym zakresie - mówi Fiett. I dodaje, czym ma być trzeci z filarów, na których wsparta będzie szkoła. Chodzi o ogólny rozwój młodego człowieka, ze "szczególnym naciskiem na kompetencje miękkie".

Dlatego też uczniowie poza klasycznymi szkolnymi przedmiotami będą uczyć się psychologii, podstaw prawa, a także "etyki i efektywności", czyli "E kwadrat". Skąd ta nazwa? - Wierzymy, że te wartości muszą się mnożyć, a nie tylko sumować. Chcemy podkreślić, że skuteczność funkcjonowania we współczesnym świecie nie stoi w opozycji do działania etycznego, przeciwnie - zachowywanie dobrych obyczajów w biznesie podnosi jego jakość - mówi Fiett.

Nowością będzie też przedmiot "portfolio". - To ma być przedmiot także w dosłownym znaczeniu. To będzie rzecz, którą uczniowie będą tworzyć na przestrzeni lat, bazując na wykonanych zadaniach zespołowych, pracach artystycznych czy innych osiągnięciach. Chodzi o to, żeby umieć je dokumentować - mówi Fiett. Dodaje, że tak stworzone portfolio może być po ukończeniu szkoły realnym atutem podczas rozmowy o pracę.

Co jeszcze? Nauka pracy w zespole. - Założenie jest następujące: jeśli ktoś pracuje w grupie, jest oceniany tak samo jak cała grupa. I uczeń musi się tak dzielić zadaniami i planować efekty, żeby później nie mieć pretensji, że "grupa dostała czwórkę, a ja zasłużyłem na piątkę". Chcemy przygotować uczniów na to, że w pracy zawodowej często liczy się efekt pracy zespołu, a nie jednostek. I dlatego trzeba się umieć dogadać - tłumaczy Fiett.

Entuzjastyczna reakcja ministerstwa

Innowatorski pomysł pedagogów z Warszawy zyskał akceptację w kuratorium i ministerstwie. "Proponowane założenia programowe, organizacyjne i metodyczne mogą stanowić ciekawe doświadczenie, dawać szansę na rozwój uczniom niezdecydowanym co do wyboru kierunku studiów, a nabyte w trakcie nauki w tej szkole umiejętności praktyczne powinny ułatwić absolwentom szkoły znalezienie zatrudnienia" - czytamy w wydanym przez MEN dokumencie, który nadaje nowej placówce uprawnienia szkoły publicznej. Będzie to jedyna taka szkoła w kraju.

- Mam wrażenie, i nie wstydzę się tego powiedzieć, że stosunek ministerialnych urzędników do naszego pomysłu był entuzjastyczny. Spotkaliśmy się z niezwykłą życzliwością - cieszy się Dorota Fiett.

Wedle jej słów uczniowie w BSR najpierw przyswajać będą opartą na podstawie programowej "bazę", a później wybiorą jedną spośród trzech dostępnych specjalizacji: techniczno-informatyczną, biznesowo-ekonomiczną lub multimedialno-artystyczną. Ich edukację wspierać mają zewnętrzni partnerzy szkoły. Już dziś wśród nich są: Centrum Nauki "Kopernik", Wydział Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie czy funkcjonująca przy giełdzie Fundacja im. Lesława A. Pagi.

MEN od lat zastanawia się, jak odrodzić szkolnictwo zawodowe w Polsce (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta) ()

- Chodzi nam o to, żeby uczniowie mieli dostęp do praktyk, a żebyśmy my mieli kontakt z nowoczesną wiedzą i nauką. Bardzo zależy nam, żeby nasi uczniowie nie tkwili w szkole, ale często z niej wychodzili i poznawali świat. Współpraca z zewnętrznymi partnerami sprawiłaby też, że do szkoły na zajęcia mogliby przychodzić specjaliści z różnych dziedzin - opowiada Fiett.

Ale ambicje twórców BSR nie kończą się na jednej placówce. - Mamy pomysł, żeby powstawały liczne podobne szkoły. Powołujemy do życia Ośrodek Rozwoju Szkół Realnych, który mógłby pomagać promować taką ideę w innych miejscowościach w Polsce - mówi Fiett. Pytanie tylko, czy znajdą się chętni do podchwycenia tego pomysłu. I czy pomysł szkół realnych w ogóle się przyjmie?

Diabeł tkwi w szczegółach

- Ta inicjatywa dobrze wpisuje się w nurt poszukiwań sposobów na to, jak odrodzić w Polsce szkolnictwo zawodowe. MEN już od kilku lat wysyła sygnały, że wszelkie działania w tym obszarze są mile widziane - twierdzi Dariusz Chętkowski, pisarz, publicysta i polonista z XXI Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Prusa w Łodzi, autor Belferbloga w internetowym serwisie "Polityki" .

Chętkowski zauważa, że jak dotąd dobrych pomysłów na ten typ szkolnictwa nie znaleziono. - Licea profilowane nie wypaliły, zawodówki nie cieszą się popularnością, podupada też wiele techników. Szkoła, która zapewni dobre wykształcenie ogólne, pozwalające zdać egzamin maturalny, a jednocześnie będzie uczyła praktycznych umiejętności, może uruchomić swoistą modę na taki model edukacyjny - ocenia.

Zdaniem Chętkowskiego tym, co może przyciągać do BSR, jest m.in. jej nazwa. - Ciekawy wydaje mi się pomysł użycia nazwy "szkoła realna". Nawiązuje ona ewidentnie do tradycji przedwojennej edukacji. To dobrze trafia w oczekiwania rodziców. Z drugiej jednak strony prowadzenie w takiej placówce np. specjalności medialno-artystycznej trochę kłóci się z tym, czym tradycyjnie była szkoła realna - zauważa pedagog.

- Wiele zależy od tego, czy pedagodzy uczący praktycznych, zawodowych umiejętności będą odpowiednio przygotowani. Źle byłoby, gdyby takie lekcje prowadził np. nauczyciel fizyki zaledwie po przejściu jakiegoś kursu - ironizuje Chętkowski, zwracając uwagę, że, jak to zwykle bywa, diabeł w tkwi w szczegółach.

Nie będzie rewolucji?

Zupełnie inaczej na tę sprawę patrzy Violetta Rymszewicz. Trener, doradca i konsultant z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, prowadząca serwis o rynku pracy, rekrutacjach i planowaniu kariery rymszewicz.eu oraz bloga rymszewicz.natemat.pl , krytykuje ideę stworzenia takiej placówki u samych jej fundamentów.

- Mam wrażenie, że program tej szkoły pisały osoby, które nie mają pojęcia o rynku pracy. Wiedza, do której odnosi się oferta, pochodzi sprzed 10-15 lat. Oferowanie dzieciom "kompetencji zawodowych" w formie takich zajęć, jak np. praca w grupie, to pomyłka. To są idee, które dobrze funkcjonowały na początku XXI wieku, czyli 15 lat temu - ocenia.

- W warunkach zmieniającego się po 2008 roku rynku pracy to nie umiejętność pracy w zespole będzie decydować o tym, czy ktoś sobie poradzi, czy po skończonej szkole trafi na zasiłek dla bezrobotnych - mówi ekspertka.

Zdaniem Rymszewicz szkoły tego typu powinny stawiać na zupełnie inne kompetencje. - Z międzynarodowych badań wynika, że najpoważniejszym problemem absolwentów jest, na przykład, brak kompetencji nazywanej po angielsku "resilience". To są wszystkie te umiejętności, które decydują o tym, że potrafimy dostosować się do szybko zmieniającego się, stresogennego otoczenia i rynku pracy. W Polsce jest to duży problem - mamy ogromny kłopot z radzeniem sobie z bezrobociem i częstymi zmianami zawodowymi. Reagujemy załamaniami, depresjami, uciekamy w nałogi. To nad tym należałoby pracować w pierwszej kolejności - twierdzi.

Dodaje, że jej zdaniem mało kto w Polsce przyjmuje do wiadomości zmiany, jakie zachodzą w obszarze edukacji w Europie Zachodniej. Tłumaczy, że Unia Europejska daje liczne wskazówki co do tego, w jakim kierunku należy reformować systemy edukacyjne i jak uczyć dzieci, żeby nie były skazywane na bezrobocie. - Powstają tysiące stron analiz, raportów, opracowań, zaleceń. Mam wrażenie, że w Polsce nikt się tym nie interesuje - kwituje.

Według ekspertów, polskie szkolnictwo zawodowe potrzebuje głębokich zmian systemowych, bo oferowany program kształcenia sięga jeszcze XIX wieku. Na zdjęciu: zajęcia warsztatowe w szkole zawodowej w Olsztynie (fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta) ()

Rymszewicz uważa, że rozwiązania proponowane w nowo powstającej szkole tylko pozornie są nowatorskie. - Trzeba zmienić cały system, zmienić sposób patrzenia na edukację. Należałoby tak przeredagować program, żeby ostatecznie wyrzucić z niego elementy, których korzenie sięgają jeszcze XIX wieku - mówi.

- Odnoszę się z dużym szacunkiem do tego, że ktoś chce zmieniać edukację w Polsce, ale ten konkretny przypadek jest tylko udawaniem, że cokolwiek się dzieje. Edukacja potrzebuje głębokich zmian systemowych. Zamiatanie pod dywan wieloletnich zaniedbań, braku kompetencji edukacyjnych i szacunku do wymagań rynku pracy prędzej czy później o sobie przypomni - ocenia Rymszewicz.

Również Szymon Konkol, nauczyciel, wykładowca, publicysta i współtwórca portalu Nowy Model Szkoły , nie jest przekonany co do tego, czy projekt BSR niesie w sobie naprawdę nową jakość.

- Rosnące niezadowolenie z realiów funkcjonującego obecnie systemu edukacji stało się motywacją do poszukiwań nowych, alternatywnych rozwiązań i nowego modelu szkoły. Bednarska Szkoła Realna jest jednym z przykładów takiego działania - zauważa. I dodaje, że model Szkoły Realnej nie jest wynalazkiem nowym: koncepcja tego systemu oświaty powstała w XVIII wieku i nawiązuje do pruskiego modelu edukacji. - Czyli dokładnie tego, jaki obecnie powszechnie funkcjonuje - zauważa Konkol.

Jego zdaniem założenia stojące za całym projektem nie stanowią więc zwiastuna rewolucyjnych zmian. - Są jedynie próbą dostosowania znanej nam szkoły do wyzwań, jakie niesie ze sobą XXI wiek. "Urealnianie" XVIII-wiecznego modelu szkoły do realiów XXI wieku musi budzić i budzi wątpliwości - ocenia.

Konkol dodaje przy tym, że każda próba zmian w polskim systemie edukacji jest pożądana i jako taka inicjatywa Bednarskiej Szkoły Realnej , rozumiana jako "alternatywa i eksperyment pedagogiczny", zasługuje na uznanie. - Jednak polskiej szkole, tkwiącej w modelu pruskim, nie wystarczą już kolejne jej reformacje, tutaj potrzebna i oczekiwana jest rewolucja u samych jej podstaw - ocenia.

Wydaje się jednak, że w pełni rzetelnej oceny koncepcji powstającej szkoły będzie można dokonać dopiero po tym, gdy otworzy ona swoje podwoje. MEN już zapowiedziało, że będzie (jak się wydaje - z dużą nadzieją) obserwować efekty jej działania. Być może, choć ten projekt nie stanowi rewolucji, będzie pierwszym krokiem ku szerszej zmianie w polskim szkolnictwie.

Michał Fal . Dziennikarz i wydawca portalu Gazeta.pl. Wcześniej związany m.in. z Orange.pl, NaTemat.pl oraz tygodnikiem "Przekrój". Ciągle wierzy, że jest jeszcze życie poza Internetem, ale na razie nie umie go sobie wyobrazić. Kiedyś chciałby przeczytać wszystkie książki, które kupuje.