artykuły
''The 3rd Letter'' (animacja Grzegorz Jonkajtys)
''The 3rd Letter'' (animacja Grzegorz Jonkajtys)

Jego nominowaną do Złotej Palmy w Cannes krótkometrażową "Arką" zachwycił się reżyser "Skazanych na Shawshank". Pracuje nad efektami specjalnymi do największych hollywoodzkich superprodukcji. Jednym z jego następnych zleceń ma być praca nad "Gwiezdnymi wojnami". Marzy mu się zrobienie filmu fantasy "Snow King", zainspirowanego historią jego ojca, barda Sybiraków. W Hollywood ma reżyserować film grozy, "Four Horsemen". Grzegorz Jonkajtys to człowiek z wizją i pasją. Obecnie pracuje z dala od blasku fleszy, ale wkrótce powinno zrobić się o nim głośno.

13 kwietnia 1940 roku, gdy twój ojciec miał osiem lat, wraz z matką i rodzeństwem został wywieziony w głąb Związku Sowieckiego. Jego brat, podchorąży Wojska Polskiego, zginął na froncie w czasie walki z Armią Czerwoną, a ich ojciec został aresztowany przez NKWD, uwięziony w łagrze i zamordowany. Po wyczerpującej podróży, w nieludzkich warunkach, sześć lat spędzili w Kazachstanie. Te wydarzenia odcisnęły piętno na twoim tacie, który został bardem Sybiraków.

- Swoje przeżycia opisał w wierszach, a ciotka opowiedziała o nich w swojej książce, Grażyna, która później została architektem, opowiedziała o nich w swojej książce, zatytułowanej ''...was na to zdies' priwiezli, sztob wy podochli. Kazachstan 1940-1946''. Te słowa wygłosił przewodniczący kołchozu i oznaczają "was panowie iż Polszy przywieziono tutaj, żebyście wyzdychali". Chciałbym jednak podkreślić, że to były zupełnie inne czasy. Nie chcę, żeby ten wywiad miał antyrosyjski wydźwięk. Tata był wtedy bardzo młody, najmłodszy z całej rodziny, i stał się zakładnikiem sytuacji. Decyzje musieli podejmować matka i starsze rodzeństwo.

Film ''Arka'' ()

Tatę na pewno niesamowicie to zahartowało.

- Tak, musiał pracować i szybko dorosnąć. Nie chcę jednak rozwijać tego tematu.

Jak ważny i inspirujący był dla ciebie twój ojciec?

- Był bardzo silną osobowością. Zaraził mnie zainteresowaniem teatrem, aktorstwem i reżyserią, a wydarzenia z jego dzieciństwa, które opisywał w swoich książkach, spowodowały, że zacząłem pracować nad projektem "Snow King". Przeżycia związane z chorobą ojca i ostatnimi chwilami jego życia bardzo wpłynęły na kształt mojego krótkometrażowego filmu "Arka".

Ten film opowiada o mierzeniu się z nadejściem nagłej choroby.

- Miałem z tym do czynienia w prawdziwym życiu, ale nie chcę opowiadać o szczegółach.

Film ''Arka'' ()

Dlaczego zdecydowałeś się ilustrować książki ojca?

- To on to zainicjował. Pod względem stylistycznym te ilustracje są różne. Niektóre z nich są realistyczne - była to bardziej dosłowna interpretacja wierszy taty. W innych dałem upust swojej fantazji. W ilustracjach do ostatniej książki ojca skupiłem się na stworach rodem z koszmarów z mojego dzieciństwa.

Skąd potrzeba wniknięcia do takiego świata?

- Gdy miałem dziewięć lat, przypadkiem zobaczyłem w kinie "Obcego - ósmego pasażera Nostromo". Przez kilka tygodni nie mogłem zasnąć. Mówiąc serio, interesuje mnie taka forma plastycznej ekspresji.

Od ponurej rzeczywistości uciekasz w świat ponurych marzeń.

- Tak, bywają to marzenia nieco straszliwe. Fantastyka o wielu sprawach opowiada w sposób bardziej uniwersalny, a jednocześnie daje pole do popisu grafikowi bądź artyście. Nic cię nie ogranicza.

Szkice do filmu ''Snow King'' ()

Jak ważny jest dla ciebie film "Labirynt fauna", nad którym pracowałeś?

- Mój projekt "Snow King" opiera się na podobnym pomyśle. W pewnym sensie bazowałem na historii swojego ojca. U mnie dziecko też dostrzega fantastyczny świat, interpretując w ten sposób koszmar wojny. Punktem wyjścia są doświadczenia mojego taty, ale potem ta historia coraz bardziej odbiega od realizmu. Film zacznie się od wejścia Rosjan i wywózki bohaterów na Syberię. Gdy ojciec pisał poezję, bardzo często inspirował się przeżyciami nie tylko swoimi, ale też innych Sybiraków. Sporo króciutkich historii buduje klimat tej opowieści i planuję je wykorzystać. Cała ta narracja jest jednak przeze mnie wymyślona.

Początek teasera do tego projektu prezentuje się realistycznie.

- W przypadku mojej rodziny nie do końca tak to wyglądało. To raczej moja interpretacja, zbudowana na kanwie tego, że Rosjanie weszli i wywieźli rodziny bez mężczyzn.

Czy na ten temat rozmawiano w twojej rodzinie?

- Przez wiele lat komunizmu nie można było o tym mówić. Gdy reaktywowano Związek Sybiraków, ojciec zaczął o tym pisać. Te opowieści były dla nas dość bolesne.

Szkice do filmu ''Snow King'' ()

Czy możliwe jest zrealizowanie w Polsce filmu "Snow King", czyli polskiego "Labiryntu fauna", ale rozgrywającego się na Syberii i opartego na historii twojego ojca?

- Tak, ale w tej chwili skupiam się na pisaniu scenariusza. Interesuje mnie zrobienie horroru w klimacie fantasy, który będzie się rozgrywał w czasie drugiej wojny światowej . Zajmuję się też kilkoma innymi projektami.

Inspirujesz się polskimi animacjami?

- Główną inspiracją był dla mnie Piotr Kamler, który zrobił film " Chronopolis". To pełny metraż, nad którym pracował przez pięć lat. Za sprawą tego filmu zainteresowałem się animacją i kinem. To przepiękny i przejmujący obraz.

Obserwowałeś ojca w czasie jego pracy?

- Pamiętam atmosferę teatru Rampa, ale byłem zbyt młody, by wynieść z tego coś więcej. Tato był założycielem Rampy, stoi tam też jego pomnik. Wtedy nazywał się po prostu "Teatr na Targówku". Oprócz niego, odwiedzaliśmy także inne teatry, zaglądając za ich kulisy. Ogromne wrażenie robiły na mnie lalkowe przedstawienia dla dzieci. Wiele razy chodziliśmy za kulisy lalkarskich teatrów, gdzie zafascynowany oglądałem to wszystko od drugiej strony. To na pewno wpłynęło na moje zainteresowanie plastyką i animacją, na fascynację filmami braci Quay, którą widać w "Snow King". Lepiej pamiętam późniejszy okres, gdy zajmował się inkrustracją w drewnie i poezją. Zainteresowanie plastyką zawdzięczam też ciotce Teresie - malarce, której obrazy były dość upiorne. Mam na myśli chociażby fantastyczne i przerysowane insekty, a także drapieżne kwiaty. Być może to mnie bardziej zainspirowało, żeby pójść do Akademii Sztuk Pięknych.

Szkic do filmu ''Snow King'' ()

A jednak malarzem nie zostałeś.

- Cały czas maluję, choć hobbystycznie. Dwa razy w roku namaluję jakiś obraz. Bardzo przydaje mi się to do pracy koncepcyjnej nad postaciami do filmów. Czasem rozrysowuję sobie całe sceny i robię storyboardy. W tej chwili jestem na etapie przygotowań do horroru za trzydzieści milionów dolarów, który mam reżyserować. Niewiele mogę jeszcze powiedzieć na jego temat. Jest szansa, że w przyszłym roku zacznę go kręcić.

Skąd wzięła się ta propozycja?

- Po zrealizowaniu nominowanej do Złotej Palmy w Cannes, "Arki" zacząłem dostawać różne scenariusze. Na początku większość z nich bardzo mi się nie podobała, ale z czasem zmieniłem zdanie. Wszystkie te projekty mają w sobie cechy horroru i fantastyki. Często są postapokaliptyczne.

Jakie scenariusze ci się nie podobały?

- Wstyd się przyznać, ale jeden z nich był duży i prawdopodobnie nie powinienem był go odrzucać. Pracując nad efektami specjalnymi do różnych filmów, od "Transformersów" po "Labirynt fauna", starałem się jak najwięcej nauczyć, żeby potem zastosować to przy swoich produkcjach. Pomaga to w myśleniu o filmie i o budowaniu kadru, w prowadzeniu kamery i montażu. Sama animacja - w prowadzeniu aktorów.

Animacja ''The 3rd Letter'' ()

Jaki masz wpływ na hollywoodzki projekt, który będziesz reżyserował?

- Pracuję nad nim ze scenarzystą, a z producentem póki co zgadzam się w kwestii wszystkich zmian i pomysłów. Amerykańscy producenci znają się na filmach i robią wszystko, by były jak najlepsze. Nie jest to łatwe, ale to mit, że producenci są zawistni i pełni głupich pomysłów.

W Hollywood powstają jednak przede wszystkim remaki i ekranizacje książek bądź gier komputerowych.

- Wynika to z faktu, że producenci się boją. Zamiast ryzykować, chcą mieć zagwarantowaną publiczność.

Czy to się zmieni?

- Ryzykowne i oryginalne pomysły przeszły do telewizji. Jeżeli zaś chodzi o filmy, trzeba być cierpliwym.

Kadr z animacji ''Legacy'' (scenariusz i reżyseria Grzegorz Jonkajtys) ()

Hollywood nie jest takie straszne?

- Im mniejszy budżet, tym mniej jest odpychające. Piekiełko zaczyna się przy większych pieniądzach. Trzeba mieć świadomość, że to komercyjne filmy. Poza tym to paradoksalnie dobrze, gdy są ograniczenia budżetowe, bo powodują wybuch pomysłów i kreatywności. Kluczowe jest to, by widz nie zorientował się, że to tak naprawdę bardzo tani i prosty w wykonaniu film. Często jest tak, że przy większych budżetach można wszystko i potem w nieskończoność poprawia się efekty specjalne. To bywa niekorzystne dla samej fabuły.

Zgodziłbyś się na zrealizowanie "Snow King" w Hollywood, ale bez całkowitego wpływu na jego ostateczny kształt?

- Chyba nie. Jest zbyt osobisty. Z drugiej strony mój agent uwielbia ten pomysł. Gdy przedstawia się taki projekt, najlepiej powiedzieć w jednym zdaniu, że jest zbitką innych filmów. Że "Snow King" to połączenie "Labiryntu fauna" z "Czarownicą". Producent ma wówczas jakąś wizję. Oryginalność projektów trzeba czasem przemycać.

Biorąc pod uwagę twoją kreatywność, zastanawiam się, jak długo pracujesz w ciągu doby.

- Często budzę się w nocy, by zanotować jakiś pomysł. Przez cały czas w mojej głowie rodzą się różne pomysły. Notatki robię non stop. Poza tym jestem zatrudniony na etacie w Industrial Light & Magic. Aktualnie pracuję nad filmem "Warcraft" Duncana Jonesa i muszę przyznać, że ta estetyka pasuje mi bardziej niż filmów o robotach. Pamiętam, jak projektowaliśmy stwory do filmu "Noe". Ostatecznie zatwierdzony został inny projekt, który musiałem wykonać. Czasem ktoś projektuje postać, a ja wymyślam jej ruchy. Tak było w przypadku "Labiryntu fauna" i robaczka, który zamienia się w latającą wróżkę. Ta różnorodność zadań jest ciekawa.

Grzegorz Jonkajtys i projekty postaci do filmu ''Snow King'' ()

Twoim krótkometrażowym filmem "Arka" zachwycił się sam Frank Darabont.

- Byłem w siódmym niebie, że spodobała się reżyserowi "Skazanych na Shawshank". "Arkę" robiłem przez pięć lat, ale byłem zadowolony z efektu końcowego. Gdy realizuje się małe i krótkie filmy, za własne pieniądze, nie czuje się ograniczeń.

Opowiedz, proszę, o pracy w Industrial Light & Magic.

- To firma założona przez grupę pasjonatów, która bardzo się rozrosła. Kupił ją Disney, w związku z czym czuć w niej nową, pozytywną energię. Pracuję z osobami, które robiły oryginalne "Gwiezdne wojny" i nauczyłem się od nich wielu niekomputerowych trików. Ci ludzie zaczynali od makiet i robienia miniatur, mają więc olbrzymią wiedzę na temat filmowych trików. To bardzo inspirujące. W moim filmie "Trzeci list" bohater wycina sobie urządzenie z piersi. Stworek, który żyje dookoła urządzenia, to tak naprawdę pierś kurczaka, którą wydrążyłem. Wsadziłem to urządzenie w środek, a dopiero później dodałem temu stworkowi animowane palce. Bohater trzyma w ręku prawdziwe mięso, co potęguje wiarygodność filmu. Do pewnych ujęć zbudowałem tylko część scenografii, żeby aktor miał za sobą prawdziwe tło. Reszta kadru powstała w komputerze. To zmienia myślenie o kompozycji kadru.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z pracą nad efektami specjalnymi w Hollywood?

- Któregoś wieczoru postanowiłem, że warto zaryzykować. Wysłałem moje portfolio do pracownika firmy CafeFX i dostałem odpowiedź, że mu się spodobało. Przekazał mi namiary na swojego szefa, który zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Wysłałem im swój pierwszy film, " Mantis", i próbkę swoich możliwości: testy, efekty specjalne i animacje.

Projekt do filmu ''Ringer'' ()

Skąd wzięło się u ciebie marzenie o hollywoodzkiej karierze?

- Chciałem pracować przy filmach. W Polsce robiło się wówczas mało efektów specjalnych i animacji do filmów. W większości zajmowaliśmy się reklamami, a mnie interesowały filmy. Pierwszym moim zleceniem w Hollywood była "Liga niezwykłych dżentelmenów" z Seanem Connerym.

Powróćmy do Industrial Light & Magic. Czuć w tym miejscu atmosferę "Gwiezdnych wojen"?

- Co chwilę pojawiają się tam szturmowce, a po korytarzach jeździ sterowany z ukrycia R2-D2. Czasem kogoś zaczepia. W firmie jest bardzo dużo rekwizytów i fragmentów dekoracji z różnych filmów, na przykład " E.T", "Indiany Jonesa" i "Pogromców duchów". Czasem mam wrażenie, jak bym chodził po muzeum.

Jak dostałeś tam pracę?

- Po pięciu latach spędzonych w CafeFX postanowiłem spróbować dostać się do Industrial Light & Magic. Wysłałem im swoje portfolio i zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Długo nie odpowiadali, ale w końcu do mnie zadzwonili i zacząłem dla nich pracować.

Pierwsze poważne zlecenie?

- "Star Trek" J. J. Abramsa, a potem "Transformersy" i "Terminator: Ocalenie". Musiałem się przestawić na to, że poziom i czas włożony w takie produkcje jest trochę większy, a efekty - lepsze.

Projekt do filmu ''Ringer'' ()

Marzy ci się praca przy nowych "Gwiezdnych wojnach"?

- Być może wkrótce tak się stanie.

W Industrial Light & Magic pracujesz z powodu pasji, czy dla dobrych pieniędzy?

- Przede wszystkim liczy się pasja. Robię to, co chcę robić. Na pieniądze nie narzekam, choć nie jest to zajęcie zbyt lukratywne. Lepiej będę zarabiał jako reżyser.

Dopiero wtedy poczujesz się spełniony?

- Teoretycznie tak, ale pewnie postawię sobie poprzeczkę jeszcze wyżej.

Co jest szczytem twoich marzeń?

- Żeby robić filmy całkowicie niezależnie.

Jest to możliwe?

- Robert Rodriguez pokazuje, że tak. Pracuje we własnym studio i ma dużą swobodę. Podoba mi się taki model.

Jeżeli dostaniesz taką swobodę, to jaki film fantastyczny bądź horror będziesz chciał zrealizować?

- Kto wie, może będzie to komedia romantyczna?

Z aktorami?

- Animacja przez cały czas była środkiem do opowiedzenia historii. Bardzo doceniam aktorów. Filmy aktorskie bardziej przemawiają do ludzi niż niszowa sztuka, jaką jest animacja. Przynajmniej na Zachodzie. Chcę docierać do szerokiej publiczności, ale niekoniecznie robiąc takie filmy jak "Transformers".

Projekt do filmu ''Ringer'' ()

Zważywszy na twoje upodobania, zastanawiam się, jak wyglądałaby wyreżyserowana przez ciebie komedia romantyczna.

- Pewnie byłaby pełna czarnego humoru, ale też romantyzmu.

Zdarza ci się czasem narysować po godzinach coś wesołego i kolorowego?

- Najbardziej kolorowy ostatnio jest mój ostatni projekt filmu, "Ringer". Kolorowe kwiatki to nie moja bajka.

Grzegorz Jonkajtys . Reżyser, animator i grafik. Syn piosenkarki Reny Rolskiej i poety, rzeźbiarza i reżysera teatralnego Mariana Jonkajtysa. Absolwent Wydziału Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Mieszka w San Francisco, gdzie pracuje w Industrial Light & Magic. Wciąż współpracuje z polską firmą Platige Image, w której stawiał swoje pierwsze kroki. W 2007 roku jego krótkometrażowa "Arka" była nominowana do Złotej Palmy w Cannes. Zdobył nagrodę na największym festiwalu efektów specjalnych w USA - Siggraph. W 2010 roku dostał nagrodę dla najlepszego reżysera na HollyShorts, jednym z największych festiwali filmów krótkometrażowych w Los Angeles. Przygotowuje pełnometrażowy debiut, horror "Four Horsemen". Pracuje też nad rozwinięciem swoich krótkometrażówek "Trzeci list" i "Ringer".

Michał Hernes . Mówi o sobie, że jest nudnym człowiekiem, który czyta dużo książek i myśli o wielu rzeczach. Fetyszysta i koneser literackich cytatów. Publikuje między innymi na łamach portali Stopklatka.pl, T-Mobile-Music.pl i koszykarskiego miesięcznika "MVP". Inspirujące są dla niego słowa, które usłyszał od pisarza Chucka Palahniuka: "Wywiad nieoparty na ataku jest nudny". Reżyser Ari Folman odpisał mu na kolejną prośbę o wywiad: "Please, don't contact me again", a kilka tygodni później zgodził się na rozmowę.