artykuły
Kira Gałczyńska ( fot. Włodzimierz Wasyluk / REPORTER)
Kira Gałczyńska ( fot. Włodzimierz Wasyluk / REPORTER)

Do księgarń wchodzą właśnie dwa tomy "Wierszy zebranych" z niepublikowanymi dotąd utworami Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, wydane przez Prószyński Media, wydawnictwo Marginesy wznowiło opowieść Kiry Gałczyńskiej o matce "Srebrna Natalia", Znak wydał biografię "Niebezpieczny poeta", a ASPRA pokazała w formie komiksu Teatrzyk Zielona Gęś.

Przepraszam, ale pani mnie szalenie onieśmiela, mogę panią dotknąć?

-  Proszę bardzo, coraz częściej jestem traktowana jak ożywiony eksponat. Pracując w Praniu, mówiłam tak zresztą o sobie. Część zwiedzających śmiała się z tego, część traktowała to moje wyznanie śmiertelnie poważnie.

Na tym stole stawiał swoją filiżankę z kawą pani ojciec? Pisał o tym, że jest od kofeiny uzależniony.

- To prawda, pił dużo kawy, także przy tym stole. Przez pewien czas zbierał nawet naczynia do parzenia, stały gdzieś na półce. Z czasem było ich coraz więcej, bo zwozili mu też je ze świata przyjaciele, ale w domu kawa była zawsze parzona w jednym i tym samym garnku.

Podobno zalewał ją esencją, a nie wrzątkiem.

- Przede wszystkim w okresie powojennym, choć trudno to sobie dziś wyobrazić, można było kupić tylko kawę zieloną. Paliło się ją w domu na patelni z masłem. Pamiętam niebotyczny smród!

To najsilniejszy zapach z dzieciństwa?

- Bardzo dobrze zapamiętałam wędrówkę pod bombami, ucieczkę z domu w Aninie w 1939 roku. Po drodze mama wypatrzyła jakiś nocleg i tam po raz pierwszy zostałam umyta w ciepłej wodzie, nie pod studnią, a poza tym dostałam na kolację kubek mleka i jajko na twardo. Nigdy żadne z tysięcy później gotowanych jajek tak nie pachniało. To jest taki zapach, który zabiorę ze sobą do grobu.

W domu w Aninie, jak pisała pani matka, ojciec nosił panią na rękach po ogrodzie, pomagał przy kąpieli, przewijał. Był szczęśliwy, bo wymodlił sobie córkę?

- Mama zapamiętała, że kiedy wchodziła w szpitalu po schodach na salę porodową, krzyczał za nią blady jak kreda: "Mały Księżycu, niech to będzie córka!"

Po lewej: Kira Gałczyńska rok 2003, po prawej: Konstanty Ildefons Gałczyński z córką Kirą na rękach w 1937 roku w Aninie (fot. Bartosz Bobkowski/AG/archiwum prywatne rodziny Gałczyńskich)

Imię Kira miał już wcześniej przygotowane?

- Tak, ale z czasem w domu rodzice zaczęli je zdrabniać i nazywać mnie Kijek.

Tylko rodzice tak panią nazywali?

- Tylko oni i to miało w pewnym momencie mojego życia ogromne znaczenie. W marcu 1946 roku usłyszałam pukanie do drzwi, kiedy je otworzyłam, zobaczyłam posiwiałego już nieco pana w mundurze i berecie. Zapytał, czy jest pani Natalia Gałczyńska, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie ma, bo byłam akurat sama. Wtedy zadał jeszcze jedno pytanie, po którym nie miałam już wątpliwości, kim jest: "Ale ty nie jesteś Kijek?"

Długo pani czekała na ten moment?

- Sześć lat. Kiedy ojciec wyjechał na wojnę, miałam trzy lata, a wrócił, kiedy byłam już panienką.

Można po takiej rozłące znaleźć wspólny język?

- Ojciec próbował w krótkim czasie nadrobić swoją kilkuletnią nieobecność za pomocą lektur, muzyki, teatru, chodzenia na wspólne spacery, pokazywania miasta, w którym w danym momencie mieszkaliśmy, a zmienialiśmy adresy bardzo często.

To prawda, że czasem wymyślał te lektury za pisarzy?

- Niełatwo było wtedy zdobyć książki, więc mi je opowiadał. Sam nie lubił ich czytać, fabuła go męczyła, ale chciał bardzo, żebym nie miała braków w wykształceniu. Kiedyś opowiedział mi "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya. Gdy po kilku latach mogłam tę książkę w końcu przeczytać sama, ze zdumieniem stwierdziłam, że zgadzają się tylko może dwie, trzy początkowe strony książki z relacją ojca. Niestety nie zapisałam, jak wyglądała ta słuchana przeze mnie, o co mam do siebie teraz pretensje.

Pamięta pani taki moment olśnienia, że ojciec jest wybitnym poetą?

- Kiedy ojciec zmarł w 1953 roku, miałam 17 lat, byłam zajęta wszystkim innym, tylko nie poezją, ale jakiś czas po jego śmierci, słuchając "Niobe", uświadomiłam sobie, że to wielki poemat, który w literaturze zostanie. Choć oczywiście miałam świadomość popularności ojca już wcześniej, bo na przykład znosiłam do domu masę kajetów swoich koleżanek z wierszami i dawałam mu to do czytania, mówiąc: "Masz kolejną porcję grafomanii" . A on odpowiadał: "A skąd wiesz, że to grafomania? Nigdy nie wiadomo" . Bardzo serio traktował te pierwsze próby moich koleżanek i pisał do nich na przykład: "Panno Marysiu, a może warto by poczytać Norwida?" .

Po lewej: Gałczyński podpisuje "Zaczarowaną Dorożkę", po prawej: Gałczyński z żoną Natalią, córką Kirą i chrześniakiem Włodzimierzem Zagórskim, Pranie 1951 (fot. archiwum prywatne rodziny Gałczyńskich / Muzeum Literatury / East News)

Strofował panią czasem?

- Nigdy nie mówił mi: "Nie garb się" . Nie pouczał. Starał się stworzyć mi taki dom, jakiego sam nie miał jako chłopak, mieszkając w domu dwojga skłóconych ze sobą ludzi. Jedynym żywym promykiem był młodszy o dziewięć miesięcy brat, który umarł na szkarlatynę w wieku 14 lat. Mietek był bardzo mu bliski, dzięki niemu to jego dzieciństwo było mniej samotne i mniej smutne.

Choć wielokrotnie podkreślał, że z warszawsko-kolejarskiej przeszłości jego rodziny jest szalenie dumny.

- Tak, i dziwiły go moje dociekliwe pytania, co panowie Gałczyńscy porabiali zawodowo, zanim pan Stephenson dokonał epokowego wynalazku. "Zanim pojawiła się para - odpowiadał mi z przekonaniem - też pracowali na kołach, tyle że w trakcji dyliżansowej" . A kiedy drążyłam temat bez litości i wypytywałam, co robili jeszcze wcześniej, powiedział: "Tego już nikt nie pamięta. Mogę cię jedynie zapewnić, że nie prowadzili próżniaczego życia, czytali mądre księgi i grywali na cytrach albo i okarynach, spacerując po polach, ubrani w długie szaty. Co poniektórym wyrastały na plecach przepyszne pierzaste, przeznaczone zapewne do wysokich lotów, skrzydła" . Ojciec opowiadał poza tym, że każdy pierworodny syn z naszego rodu miał na imię Konstanty i był kolejarzem.

I pojawił się kolejny Konstanty. Kiedy pani otworzyła drzwi w leśniczówce Pranie w '90 roku i usłyszała od nieznanego mężczyzny słowa: "Cześć, jestem Kostek, twój brat" , od razu mu pani uwierzyła?

- Nie. Pamiętam, że odpowiedziałam mu wtedy: "Cześć, ale ja nie mam brata!" Później okazało się, że przyjechał z Australii, jest synem Lucyny Wolanowskiej, jednej z kobiet, z którą ojciec miał relację w czasie wojny. Pamiętam, że kiedy zapytałam go, co chciałby w Warszawie zobaczyć, usłyszałam: "Wiesz, dom poprawczy albo więzienie" . Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że jest uznawanym specjalistą od resocjalizacji. Już wiele lat później Andrzej Drawicz śmiał się, że mój ojciec zadbał o to, żeby po jego śmierci, do góry nogami, chodził po kuli ziemskiej drugi Konstanty Ildefons Gałczyński.

Gałczyński z żoną w Nieborowie w 1952 roku (fot. archiwum prywatne rodziny Gałczyńskich)

Dziś wiemy, że pani ojciec miał związek nie tylko z jedną kobietą, ale z trzema w czasie wojny. Mama miała świadomość, że był to prawdziwy powód opóźnienia jego powrotu do domu?

- Proszę mi wierzyć, że nigdy nie słyszałam, aby między rodzicami pojawiły się na tym tle jakieś scysje. Mieli jedną szczerą rozmowę na ten temat, wyjaśnili sobie wszystko i nigdy do tego nie wracali. Poza tym dziś trudno to zrozumieć, ale wojna wiele tłumaczyła. Matka uważała, że się zaplątał. Trudno, ale nie będzie to miało wpływu na ich życie, na ich niezwykłą miłość. Korespondowała zresztą później z jedną z tych kobiet, poetką Marią Stobiecką, a nawet pomagała jej finansowo.

Musiała bardzo kochać ojca.

- Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Poznał ich ze sobą Lucjan Szenwald w Małej Ziemiańskiej. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mama nie potrafiła sobie poradzić zupełnie po śmierci ojca. Jej gruzińskie geny silnych kobiet nie pomogły. Ból był zbyt wielki, na wiele miesięcy odsunęła się od życia całkowicie.

Gdy trafiła po raz pierwszy na Towarową, gdzie urodził się pani ojciec, i poznała jego surową matkę, nie przeczuwała chyba jeszcze, że zostanie jego muzą?

- Kiedy zobaczyła wnętrze kamienicy, w której urodził się ojciec, zastanawiała się, skąd się wziął w takim niewyszukanym otoczeniu tak niebywały talent, taki wrażliwy człowiek, taki czuły czytelnik. On do wszystkiego dochodził sam, od wczesnych lat doskonale rozumiał, że musi się uczyć, dlatego tak lgnął do ludzi bardziej wykształconych od niego. Miał zresztą do nich szczęście. Kiedy poszedł do Kornela Makuszyńskiego, który redagował kolumnę w "Młodej Rzeczpospolitej", znalazł w nim swojego mistrza do końca życia.

Gałczyński z Natalią w Czechach, Podiebrady 1949 (fot. archiwum prywatne rodziny Gałczyńskich)

Po wojnie mieszkaliście w Domu Literatów przy ul. Krupniczej w Krakowie, sąsiadując z Jerzym Andrzejewskim czy Tadeuszem Różewiczem. Po was mieszkanie odziedziczyła Wisława Szymborska. To było niezwykłe miejsce.

- Tam zjeżdżali wszyscy, którym udało się przeżyć horror wojny, ale byli nadal młodzi, szczęśliwi. Jedyny stary człowiek, który tam mieszkał, to Jerzy Szaniawski, który pisał wtedy słynną później sztukę "Dwa teatry". Choć mieszkała tam też sędziwa pani Witkiewiczowa, ale większość to byli ludzie młodzi, mieli za sobą, albo przed sobą, jak Stanisław Dygat, debiut. Wie pani, jedni chodzili na pochody pierwszomajowe, inni na trzeciomajowe, ale umieli ze sobą się kłócić, pić wódkę i pomagać sobie, jak trzeba było. Kiedy Stefan Kisielewski powiedział: "Stalin znowu napisał coś głupiego" , a chodziło o "Traktat o Językoznawstwie", to wtedy kimś, kto wystąpił w jego obronie, był nie kto inny tylko "słuszny" towarzysz Adam Polewka. I chociaż oni w ciągu dnia kłócili się i spierali o pryncypia, to wtedy, kiedy nad Kisielewskim zawisła groźba naprawdę poważnej kary, Polewka go obronił. Teraz nie potrafimy się już tak różnić.

Z tamtego czasu pochodzi słynna anegdota o pani ojcu, który znany był z tego, że potrafił jednym słowem nakłuć aspiracje wielkopańskie niektórych dam. Na pytanie, jaka jest zupa dzisiaj w stołówce, odpowiedział po prostu: "chujowa". Znany był też z tego, że nie wracał do opowieści z czasów wojennych, topił je w alkoholu.

- Miał rodzaj choroby alkoholowej, okresy euforii, depresji, dzisiaj psychiatrzy pewnie doskonale by to potrafili rozpoznać, w tamtych czasach nie potrafili tego zrobić. Moja mama mówiła, że płacił za okresy bardzo intensywnej pracy, wielkiego wysiłku twórczego. Gdy nie mógł pracować, szukał pomocy w alkoholu, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że z tej strony pomoc nie nadejdzie. Ale to mijało i zabierał się do roboty.

Anegdota o tym, jak jeździł pijany na odwyku razem z lekarzem na rowerach po korytarzach szpitalnych, przeszła do historii literatury.

- Mama, która go tam odwiedzała, mówiła, że Czesław Miłosz zmyślił tę historię. Ojciec bardzo ciężko przeżywał pobyt na odwyku. Mama opowiadała, że pierwsze lata po ślubie, kiedy odkryła, w jak wielką ojciec może wpaść melancholię, były dla niej prawdziwym trzęsieniem ziemi, bo był pogodnym człowiekiem na co dzień. Ale to się powtarzało i z czasem okrzepła w niełatwej roli żony artysty. Kiedy więc przyszła decyzja o zakazie druku mojego ojca w '50 roku, po tym gdy Adam Ważyk nazwał ojca rozwydrzonym kanarkiem, wzięła na siebie utrzymanie domu, zaczęła tłumaczyć z rosyjskiego, pisać na maszynie. Najpierw pożyczała maszynę od przyjaciół, kupiła ją dopiero w '52 roku, gdy mieliśmy pierwsze luźne pieniądze. To w ogóle był biedny dom, kłopoty finansowe nie opuszczały rodziców zarówno przed wojną, jak i po wojnie.

Z drugiej strony udawała się pani ojcu rzecz niesamowita, utrzymywał przecież rodzinę z pisania wierszy.

- Ale publikował je nie w jednym, tylko w setkach tytułów. Zakaz publikowania odbił się bardzo mocno na jego psychice.

Przed wojną miał zarzut bycia poetą faszyzującym, bo drukował w tygodniku "Prosto z mostu". Napisał kilka wierszy o Żydach w rubryce satyrycznej, dziś postrzegane są jako antysemickie. Po wojnie musiał się kajać na łamach "Odrodzenia", że jest z kolei zbyt burżuazyjny. Pisał, że wstydzi się tego, że nie łamał się chlebem więziennym z Władysławem Broniewskim. Antoni Słonimski zarzucał mu, że pełno w jego wierszach karoc i stangretów, Stefan Kisielewski, że wylewa z siebie potoki słów, może nawet czasem komicznych, ale nic nieznaczących.

- Był takim chłopcem do bicia. Za czasów PRL-u trzymano go na krótkiej smyczy. Dostawał anonimy z pogróżkami, żeby uważał, bo "my mamy te wiersze z Prosto z Mostu".

Powstawały takie poematy jak "Niobe", "Wit Stwosz", ale - choć trudno w to dziś uwierzyć - pani ojciec nie dostał w życiu nagrody literackiej.

- Proszę zwrócić uwagę, że tak nagradzany Julian Tuwim po wojnie, po swoim powrocie, nie napisał niczego moim zdaniem, co zasługiwałoby na uwagę. Ostatnią rzeczą, którą napisał na emigracji w Brazylii, były "Kwiaty Polskie", a potem pisał wiersze o Bierucie, a był obsypywany nagrodami. Takie to były czasy.

Teatrzyk Zielona Gęś w formie komiksu (fot. ASPRA)
Teatrzyk Zielona Gęś w formie komiksu (fot. ASPRA)

Julian Tuwim wspominał pogrzeb pani ojca w niedokończonym wierszu "Hołdy". Ironicznie komentował: "A co to za makabryczna kolejka? Kto do cienia z hołdami się tłoczy?" Z relacji świadków wynikało, że bardzo przeżył jego śmierć, sam zmarł trzy tygodnie później.

- To był pogrzeb wstydliwy, z ograniczoną liczbą klepsydr, kwiatów, nie wystawiono ciała, żeby ludzie się mogli pożegnać, chowano ojca daleko od głównych alej na cmentarzu. Mama zdecydowanym ruchem oddała mi przypięty do trumny Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Uważała, że to niesmaczne.

Plotkowano później, że pani ojciec się powiesił, Jerzy Waldorff, wieloletni przyjaciel domu, napisał przejmujące słowa: "Niech Pan Bóg przebaczy tym wszystkim przyjaciołom Gałczyńskiego, co pijali z nim wódkę lub też bawili się widokiem pijanego i potem w wielu opisach miał ich kopy! Zostawiali go jak schlanego błazna, który wyczyniał brewerie!"

- Samobójcza śmierć pasowała Czesławowi Miłoszowi do opisu Delty w "Zniewolonym umyśle", ale nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Ojciec zmarł na zawał serca, wcześniej na to serce poważnie chorował. Bardzo przeżywał zakaz druku. Należał do tych piszących, którzy potrzebują dialogu z czytelnikiem. Chociaż jednym - nie umiał pisać do szuflady. Cieszyłby się, gdyby wiedział, że ma ich dziś tylu.

Dwa tomy "Wierszy zebranych" z niepublikowanymi dotąd utworami Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (fot. Prószyński Media)

Książki Kiry Gałczyńskiej - "Srebrna Natalia" i "Jeszcze nie wieczór" - w promocyjnych cenach na Publio.pl

Kira Gałczyńska . Córka i biografka legendarnego poety i autora humoresek z cyklu "Teatrzyk Zielona Gęś", autorka między innymi "Zielony Konstanty czyli Opowieść o życiu i poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i "Srebrnej Natalii" opowieści o życiu żony i muzy poety. Ostatnio wydała powieść "Jeszcze nie wieczór", która ukazała się nakładem oficyny "Marginesy".

Violetta Ozminkowski . Autorka biografii "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki", wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem "Szkiełko i oko", współautorka opowieści o Marku Edelmanie "Pan Doktor i Bóg", przez dwanaście lat dziennikarka, redaktorka "Newsweeka", szefowa działu "Społeczeństwo".