18+
Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Mam co najmniej 18 lat. Chcę wejść
Nie mam jeszcze 18 lat. Wychodzę
artykuły
Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)
Seria

Kiedy postanowiłeś, że będziesz robił zdjęcia w japońskich podziemnych klubach erotycznych?

- Zaczęło się od wizyty z aparatem w studiu wyspecjalizowanym w japońskiej sztuce wiązania ludzi zwanej shibari. Fotografowana przeze mnie dziewczyna sporo zapłaciła swojemu mistrzowi, żeby on profesjonalnie ją związał, powiesił na haku i brutalnie pobił. Wyglądało to groźnie. Ona wyła z bólu, torturowana godzinami w wymyślny sposób, bita po twarzy i całym ciele. W pewnym momencie chciałem zareagować, ale okazało się, że ból sprawia jej autentyczną przyjemność. Nie rozumiałem tego i właściwie do dziś nie rozumiem, jednak temat dla mnie jako fotografa okazał się na tyle interesujący, że wracałem tam wiele razy. Tak wyglądały początki.

Kim były kobiety, które tam przychodziły?

- Nie wyróżniały się niczym szczególnym. Chodzą do pracy, płacą podatki. Są dobrymi pracownikami, menedżerkami, żonami i matkami. Dlaczego tam przychodzą? W większości przypadków chodzi o potrzebę odreagowania lub sprawdzenia się w ekstremalnej sytuacji.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Jak reagowały na ból?

- Reakcje były bardzo różne. Większość sesji kończyła się jakąś formą orgazmu, rozkoszą pomieszaną z wyczerpaniem, bo sesje trwały średnio cztery godziny. Niektóre kobiety płakały, jedna nie wytrzymała napięcia i zemdlała. Dla wielu tak silne doznanie jest wyzwalające, pomaga odblokować głęboko skrywane emocje, działa na psychikę jak psychoterapia lub spowiedź. Wszystko odbywa się w sterylnych warunkach, w Japonii ta praktyka ma mistrzów w swoim fachu, którzy sztuką związywania zajmują się przez całe życie. Niektórzy są prawdziwymi wirtuozami. Nikomu nie dzieje się krzywda.

Na twojej wystawie "Kinky City" są zdjęcia pokazujące ludzi w sytuacjach, przy których japoński bondage, o którym mówisz, jest niegroźną zabawą.

- Udało mi się dotrzeć do miejsc, w których ludzie manifestują najdziwniejsze upodobania i preferencje seksualne, i w tym temacie chyba nic mnie już nie zdziwi. Jedni potrzebują kostiumów, przebierają się na przykład za lalki, postacie z mangi albo ludzi z gumy. Inni czerpią przyjemność z przeróżnych form zadawania bólu sobie lub innym. Dla rozkoszy kaleczą się, nakłuwają igłami, zszywają, robią blizny, dają się podduszać. Jeszcze inni pozwalają na siebie nasikać lub bawią się z odchodami.

Tym "zabawom" z fekaliami też robiłeś zdjęcia?

- Tak, ale okazały się zbyt drastyczne, żeby pokazać je na wystawie. Zrobiłem je na planie filmu porno, na którym aktorka wypijała i zjadała własne odchody.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Chyba lepiej, żebyś nie wchodził w szczegóły.

- Nie zamierzam. Mogę tylko powiedzieć, że Hattori, bo tak nazywała się aktorka, jest na co dzień zupełnie normalną osobą. Po wszystkim lubi sobie popłakać i czuje się jak nowo narodzona.

Co czułeś, obserwując tak ekstremalne zachowania seksualne?

- Sytuacja z Hattori rzeczywiście była silnym doświadczeniem, ale nie czułem wtedy obrzydzenia ani jakichś szczególnie negatywnych emocji. Może dlatego, że oddzielał mnie od niej aparat. Prywatnie nie jestem podatny na tego typu zachowania. Nie podnieca mnie BDSM, a tym bardziej koprofagia, ale gdybym lubił przemoc w łóżku, na pewno bym się tego nie wstydził. Nie oceniam ludzi, którzy mają takie potrzeby. Przyjęło się, że perwersja z natury jest czymś złym, ale czym zboczenie seksualne różni się od zboczenia na punkcie torebek lub samochodów? Jest tak samo niegroźne. Ubolewam nad tym, że wiele osób karmi się telewizyjną lub kościelną papką i na tej podstawie bezmyślnie ocenia ludzi, których nie widziało na oczy. Mnie imponują ludzie z fantazją, a tych można zawsze spotkać w grupach osób lubujących się w przebierankach. Tokio jest niebywałe pod tym względem, bo tam na ulicy w ciągu dnia można spotkać ludzi, którym kostiumów zazdrościłaby Lady Gaga. "Kinky City" jest wyrazem moich fascynacji odmiennością zachowań ludzi. Gdybym ich potępiał lub w pełni rozumiał, pewnie nigdy nie skończyłbym tego projektu.

Pamiętasz pierwszy impuls, który sprawił, że poświęciłeś się fotografowaniu nienormatywnych zachowań seksualnych? Zajęło ci to kilka lat.

- Kiedy przyjechałem pierwszy raz do Tokio, wiedziałem o kilku ciekawostkach związanych z japońską ars erotica . Wiedziałem na przykład o automatach, w których można kupić używaną bieliznę. Dlaczego mnie to ciekawiło? Zawsze miałem potrzebę eksplorowania i odkrywania innych osobowości i kultur. Może przez zachowania innych poznaję też samego siebie? Zawsze pociągały mnie osoby jakoś tam niestandardowe, zafiksowane na czymś, posiadające pasję. Inność nie jest gorsza, to raczej normalność jest nudna. W każdym razie bardzo szybko uświadomiłem sobie, jak bardzo japońska seksualność jest fascynującym tematem dla fotografa. Bo w tym wszystkim dla mnie najcenniejsza była możliwość zrobienia dobrego zdjęcia.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Udało ci się znaleźć mityczne automaty z używaną bielizną?

- Nie. Byłem za to w sklepach, w których można kupić używane mundurki szkolne, włosy łonowe w torebkach i prześcieradła z opisem osoby, która na nim spała. Używaną bieliznę można kupić w internecie. Zapotrzebowanie na tego typu asortyment jest spore.

Trudno wyobrazić mi sobie osobę, która w celach erotycznych kupuje używane prześcieradło, i nie pomyśleć, że musi być samotna.

- Coś w tym jest. Tokio to gigantyczna metropolia, a im więcej ludzi jest wokół ciebie, tym bardziej czujesz się samotny. Niektórzy gubią się w nadmiarze bodźców, a tych Tokio dostarcza bardzo wiele. Nie każdy potrafi odnaleźć się w takim środowisku. Niektórzy chwytają się brzytwy, żeby poczuć coś naprawdę. Ale na pewno nie da się wytłumaczyć wszystkich dziwnych zachowań seksualnych frustracją. Czasami ludzie potrzebują skrajnych emocji, żeby odreagować stres i napięcie dnia codziennego. Na co dzień zakładają jedną maskę, a w nocy ją zdejmują lub zakładają jeszcze inną. Może społeczeństwo czegoś im nie daje? Ciekawe jest, że w Tokio są miejsca, w których mogą spotkać się ludzie o najdziwniejszych upodobaniach. Część zdjęć z cyklu "Kinky City" powstała na przykład w happening barach.

Co to jest happening bar?

- Z jednej strony to bar ze sceną, z drugiej to miejsce, w którym wszystko jest możliwe, przychodzą do niego ludzie, przede wszystkim pary, żeby uprawiać seks w trójkącie lub w innych konfiguracjach.

Czyli klub dla swingersów?

- Między innymi. W happening barach często odbywają się różnego rodzaju występy i przedstawienia. Ludzie mogą tam uprawiać seks w małych lub dużych grupach, ale niektórzy przychodzą tam tylko po to, żeby popatrzeć, napić się piwa, zrobić tatuaż lub porozmawiać.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Każdy może tam wejść?

- To zależy. Są kluby otwarte dla wszystkich, inne są zamknięte dla wąskiego grona.

Ludzi nie złościło, gdy pojawiałeś się na zamkniętych imprezach z aparatem?

- Nie, bo zawsze rozmawiam wcześniej z osobami, którym robię zdjęcia. Nikt nigdy nie traktował mnie jak intruza. Poza tym nie wyróżniałem się niczym, nie przychodziłem obwieszony dużymi aparatami. Większość zdjęć, które są na wystawie, zrobiłem analogowym aparacikiem wielkości tak zwanej małpki.

Do jakich jeszcze miejsc dotarłeś?

- W Tokio co miesiąc lub dwa odbywa się impreza zwana Departament H. Zaczyna się około 12 w nocy i kończy nad ranem, może wejść na nią każdy, kto zapłaci za wstęp. Ale w przeciwieństwie do happening barów, na tych imprezach przeważają osoby o wyjątkowo niestandardowych potrzebach seksualnych i na ogół nie uprawia się tam seksu. Przychodzą tam na przykład ludzie, którzy mają słabość do lizania butów lub czołgania się nago po podłodze. To coś w rodzaju freak party. Spotykałem tam nerdów, którzy siedzieli sobie w kącie i sklejali swoje modele robotów. Dlaczego tam? Trudno to wszystko wyjaśnić. Są jeszcze fetysz bary...

Czym różnią od happening barów?

- Do tych miejsc przychodzą wyłącznie wielbiciele skór i BDSM. Są też mistress bary, w których kobieta upokarza mężczyzn. Są bary gejowskie, lesbijskie. W Tokio każda mniejszość seksualna ma swoje miejsca. Z góry uprzedzam obrońców moralności, którzy chcieliby przykleić temu pięknemu miastu łatkę Sodomy i Gomory, bo mówię cały czas o jednej z największych na świecie metropolii, która jest zarazem jedną z najbezpieczniejszych.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Jak długo mieszkałeś w Tokio?

- Ponad osiem lat. Zamieszkałem tam pod koniec 2003 roku, do Polski wróciłem w 2011 roku, ale wciąż tam jeżdżę i pewnie wiem o tym mieście niewiele więcej niż ty.

Kokietujesz. Kilka osób powiedziało mi, że nikt z Polski nie zna tak dobrze tego miasta jak ty.

- Niektórzy mówią, że aby dobrze poznać Tokio, nie wystarczy nawet dwudziestu lat. Ja się z tym zgadzam. Tokio nie ma jednego centrum, tylko kilkanaście. Jest miastem niepodobnym do żadnego innego na świecie, nieprawdopodobnie gęstym, szybko zmieniającym się.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Jak wyglądała twoja droga do Japonii?

- Po skończeniu liceum w Polsce pojechałem na studia do Australii. Tam poznałem swoją żonę Reiko, która jest Japonką. Razem pojechaliśmy do Tokio i tam rozwinąłem skrzydła jako fotograf. Byłem w świetnej sytuacji, robiłem, co lubiłem, i w dodatku mogłem pracować nad własnymi projektami.

Między innymi robiłeś zdjęcia śpiącym ludziom w metrze.

- Miejskich śpiochów nie da się nie zauważyć, bo tokijczycy potrafią zasnąć wszędzie i w każdej pozycji. Niektórzy ucinają sobie drzemkę oparci o jakiś murek lub rozłożeni na chodniku w malowniczych pozach. Europejczyk pomyślałby od razu, że to alkoholicy, ale często to najzwyklejsi ludzie, którzy śpią, bo są przepracowani. Mam do tego ambiwalentny stosunek. Z jednej strony szkoda mi ludzi, dla których jedynym zajęciem jest praca i sen. Z drugiej strony niebywałe jest, że wszyscy czują się bezpiecznie. W Japonii śpiący człowiek w metrze czy na ulicy ma pewność, że nikt nie tknie jego portfela lub torebki, kradzieże zdarzają się niezwykle rzadko. Na twarzach niektórych widać wyraźną błogość.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Po tym projekcie zabrałeś się za "Kinky City". Żona nie miała problemów z tym, że znikasz na całe noce w klubach dla dorosłych?

- Wie, że jestem profesjonalistą i nie musi być o mnie zazdrosna. We wszystkim mnie wspierała i kibicowała choćby nie wiem co. Poza tym "Kinky City" było projektem, który realizowałem przez wiele lat, ale nie codziennie. To naprawdę niewielki wycinek mojego życia w Tokio.

Od trzech lat żyjesz w Polsce. Jak z tej perspektywy patrzysz na Japonię?

- Od Japończyków możemy uczyć się pokory, taktu, szacunku dla tradycji i innych ludzi. Przykładem jest moja teściowa, która zaakceptowała mnie, mimo że jesteśmy z dwóch różnych kultur.

Seria "Kinky City" (fot. Paweł Jaszczuk)

Mitem są chłodne relacje w japońskiej rodzinie?

- To zależy jak na to patrzeć. Z zachodniego punktu widzenia można wyczuć pewien dystans w relacjach rodzinnych. Nie ma buziaków podczas przywitania czy pożegnania. Dotyk jest uważany za sferę intymną, której nie należy przekraczać. Co nie zmienia faktu, że mam tam przyjaciół i wzorowe relacje z teściami, którzy są mili i uprzejmi, ale nie narzucają się. Długo zajęło mi wytłumaczenie mojej żonie, że w ramach polskiej gościnności ktoś może chcieć zmuszać gościa do zjedzenia czegoś. W Japonii nie ma upupiania i nachalności, nikt nigdy nie próbował mi tam czegoś narzucać. Dlatego zawsze gdy tam przyjeżdżam, mam ochotę całować ziemię.

Lubisz Japonię?

- Uwielbiam! Bo to jest raj na ziemi. Nie potrafię powiedzieć złego słowa o tym kraju, nigdy nie spotkało mnie w nim nic złego. Japońska kuchnia jest najlepsza na świecie. Są w Japonii restauracje, w których płaczę ze szczęścia.

Czego nauczyła cię Japonia?

- Bezinteresowności. Nie potrafię zliczyć sytuacji, w których spotkałem się z czystą dobrocią i wsparciem. Japońskie społeczeństwo jest doskonale zorganizowane, nic tam nie dzieje się przypadkowo, czasami śmieję się, myśląc, że nawet trzęsienia ziemi muszą być zaplanowane. Wychowałem się w Polsce, lubię spontaniczność i czasem wydaje mi się, że Japończycy doprowadzili ideę porządku do skrajności, ale z drugiej strony, doceniłem ich podejście, gdy po powrocie do kraju zobaczyłem psie kupy na ulicach, które są tutaj jakąś potworną plagą, co mojej żonie nie mieści się w głowie. Niektórzy mogą się oburzać moimi zdjęciami seksualnych ekscesów w japońskich klubach dla dorosłych, ale te przynajmniej odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Psie kupy na ulicy, na które nikt nie zwraca uwagi - to jest prawdziwy hardcore!

Paweł Jaszczuk (ur. w 1978 roku). Fotograf. Z wykształcenia jest projektantem graficznym, absolwentem School of Visual Arts w Sydney w Australii. Przez wiele lat tworzył w Japonii, bacznie obserwując tamtejszą codzienność. Z tego okresu pochodzą dwa najważniejsze dotychczasowe cykle "Salaryman" i "Kinky City". Wystawiał swoje prace podczas indywidualnych ekspozycji w Berlinie, Pekinie, Kopenhadze, Tokio i Warszawie. Brał także udział w wielu wystawach zbiorowych w Polsce i na świecie, w tym także podczas festiwali fotograficznych Miesiąc Fotografii w Krakowie 2013 i Fotofreo Festival Australia 2010.

Łukasz Knap . Krytyk filmowy, kulturoznawca. Doktorant w Instytucie Kultury Polskiej UW. Publikuje m.in. w "Kinie", "Wysokich Obcasach", "Dwutygodniku", "Tygodniku Powszechnym". Wyróżniony w Konkursie dla Młodych Krytyków Filmowych im. Krzysztofa Mętraka.