artykuły
Sady Żoliborskie (fot. Filip Springer)
Sady Żoliborskie  (fot. Filip Springer)

Z góry wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś rozsypał te bloki wśród drzew. Niektóre budynki niemal całkowicie nikną w zieleni, będzie je można zobaczyć dopiero, gdy opadną liście. Inne nieco wystają ponad zielone korony. Jest wrześniowy poranek i szare elewacje zlewają się tu z wiszącą w powietrzu mgłą. Niknie horyzont, jest tylko ta blada szarość i zieleń przetykana tu i ówdzie rudziejącymi zapowiedziami nieuchronnej jesieni. I cisza, ale tej akurat można było się spodziewać.

Tak, nim wejdzie się pomiędzy niewielkie bloczki Sadów Żoliborskich, warto wjechać na ostatnie piętro jedynego wysokościowca w okolicy i spojrzeć na całe osiedle z góry (a przy okazji zachwycić się w jego wnętrzu bielonymi, ceglanymi ścianami przyjemnie kontrastującymi z czerwienią drzwi wejściowych do mieszkań!).

Sady Żoliborskie (fot. Filip Springer)

Jest rok 1958 - architektka Halina Skibniewska pokazuje projekt tego osiedla prezesowi Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Ten drapie się po głowie zakłopotany i mówi:

- Nie bardzo rozumiem ten projekt, ale może spróbujemy, pani Halino.

A nie jest to najlepszy czas na oryginalne projekty. W budownictwie mieszkaniowym na popularności zyskuje właśnie słowo "typizacja". Odmienia się je przez wszystkie możliwe przypadki, bo oto rozpoczyna się wielka, ogólnokrajowa budowa. Przez następne dwie dekady w Polsce powstaną setki osiedli, dziesiątki tysięcy wielkopłytowych i do bólu typowych bloków. Ta operacja przeora polski pejzaż. Halina Skibniewska nie chce brać w tym udziału. Obiecuje sobie, że nigdy nie zaprojektuje niczego z wielkiej płyty. Słowa dotrzyma.

Złośliwi będą jej później wytykać, że akurat ona mogła sobie na taką obietnicę (i tak nietypowy projekt Sadów) pozwolić. Gdy składa ją samej sobie, jej mężem jest już Zygmunt Skibniewski - jedna z najważniejszych postaci warszawskiej architektury. To on współzakładał Biuro Odbudowy Stolicy, to pod jego okiem jako dyrektora Biura Urbanistycznego Warszawy powstają ogólne plany podnoszącego się z gruzów miasta. Skibniewski jest umocowany politycznie, ma mandat posła i wielu przyjaciół na partyjnych szczytach. Sama Skibniewska również zaangażuje się w działalność polityczną, od 1965 roku będzie przez następne cztery kadencje posłanką, sześć lat później zostanie pierwszą kobietą w Polsce na stanowisku wicemarszałka Sejmu. Ale to wszystko stanie się już po tym, gdy na Sady wprowadzą się pierwsi mieszkańcy.

Sady Żoliborskie (fot. Filip Springer)

Budowa Sadów Żoliborskich trwa kilka lat. Prac nad pierwszą kolonią osiedla Skibniewska dogląda osobiście i z żelazną regularnością. Liczy się dla niej każdy, najmniejszy szczegół. Cały kompleks projektowała, jak to się mawia w środowisku, "od urbanistyki do klamki". Bloki ustawiła w taki sposób, by tworzyły między sobą kameralne dziedzińce, osiedle jest więc otwarte, ale z łatwością można się zorientować, gdy pojawi się na nim ktoś obcy. Trudno tu też wjechać autem - ruch samochodowy i transport zbiorowy zostają wyprowadzone na obrzeża osiedla, tak by nie zakłócały mieszkańcom ciszy i spokoju. Pomiędzy blokami można się przemieszczać szerokimi, spacerowymi alejkami. Same budynki są niewielkie, trzy- i czteropiętrowe, wybudowane z białej cegły żerańskiej i wykończone jasnymi tynkami. Z tymi bielami i szarościami ładnie kontrastuje stolarka okienna w naturalnym kolorze drewna. Zwracają uwagę specjalnie zaprojektowane dla tego osiedla żaluzjowe wywietrzniki, dzięki którym można wietrzyć mieszkania bez konieczności otwierania okien. Na samym skraju Sadów Żoliborskich staje jedyny wysokościowiec - liczący dziesięć pięter blok, w którego przyziemiu są dwupoziomowe mieszkania-pracownie dla rzeźbiarzy. To właśnie on do dziś pozostaje najlepszym miejscem do podziwiania panoramy całego osiedla - to możliwe także dlatego, że Skibniewska zadbała, by również korytarze na każdym piętrze zaopatrzone były w niewielki, ogólnodostępny balkon.

Rzecz jasna cały kompleks  jest we wszelkie niezbędne funkcje. Mają tu powstać szkoła, przedszkole i żłobek, pawilony handlowe zostają wybudowane z dwóch stron osiedla - w jednym z nim do dziś działa kultowy i absolutnie wyjątkowy bar mleczny "Sady". To w nim odbyła się między innymi premiera "Przewodnika po warszawskich blokowiskach" Jarosława Trybusia. Pomiędzy blokami rozsiane zostają też niewielkie placyki zabaw. Przed ich zaprojektowaniem Skibniewska pielgrzymuje po Warszawie i konsultuje swoje pomysły z największymi specjalistami w tej dziedzinie - dzieciarnią dokazującą na stołecznych trzepakach.

Sady Żoliborskie (fot. Filip Springer)

Najważniejsze na Sadach są jednak drzewa. Nazwa osiedla wszak zobowiązuje. Bloki powstają na terenie kilku sadowniczych gospodarstw. Skibniewska postanawia, że wycięte zostaną tylko te drzewa, które bezpośrednio uniemożliwiają budowę. Projekty niektórych budynków architektka zmienia pospiesznie niemal w trakcie realizacji, by uniknąć wycinki. To właśnie dzięki temu dziś osiedle tonie w zieleni, a mieszkańcy cieszą się owocami rosnącymi pod oknami. Tuż obok znajduje się chyba najbardziej niezwykły park w Warszawie - późnym latem i wczesną jesienią pełen uginających się od jabłek, śliwek i gruszek drzew.

Jeśli na osiedlu jednocześnie "sadzimy" dom i sadzimy drzewo, to mieszkaniec musi czekać na drzewo dwadzieścia pięć - trzydzieści lat - mówi w jednym z wywiadów Skibniewska. Wiem, że muszę zachować wszystko, co rośnie, bo to mi pozwoli stworzyć szybciej prawdziwe środowisko. Dla mnie największym komplementem dla mojej architektury jest powiedzenie "Chcę mieszkać u Skibniewskiej".

Z tym mieszkaniem jest jednak pewien problem. Każdy by bowiem chciał tu mieszkać, ale nie każdy może.

- Może i pani Skibniewska myślała o ludziach, projektując te domy, ale najpewniej o konkretnej grupie ludzi. Musiała przecież wiedzieć, że tak wyjątkowe miejsce nie będzie dostępne dla każdego. Mnie powiedziano wprost, że jeśli nie jestem z partii, to tam nie zamieszkam. Moja córka była zapisana do spółdzielni i czekała tu na mieszkanie 16 lat. Nie doczekała się i dziś mieszka na Tarchominie - mówił mi w 2011 roku jeden z mieszkańców osiedla.

Sady Żoliborskie (fot. Filip Springer)

Dziś na osiedlu pojawia się coraz więcej młodych ludzi - Sady to jedno z najbardziej atrakcyjnych do zamieszkania warszawskich osiedli powstałych w PRL-u. Świetnie skomunikowane z centrum, oferujące ciszę, zieleń, spokój i ciekawą, ale wtopioną w tło architekturę. Kilka lat temu cały zespół przeszedł gruntowną termomodernizację. Po wielu bojach zachowano większość estetycznych walorów osiedla, choć krytycy architektury krzywią się, że motyw białej, żerańskiej cegły widoczny tam dziś został odtworzony na styropianie za pomocą specjalnej okładziny. By to odkryć, trzeba jednak do budynku podejść i zastukać palcem. Kto tej dociekliwości nie ma - mistyfikacji nie odkryje.

Halina Skibniewska umarła w 2011 roku. Wierna do końca swojej obietnicy zostawiła po sobie zaledwie kilka zrealizowanych projektów (między innymi Osiedle Szwoleżerów czy siedzibę KRUS w Warszawie przy al. Niepodległości). Zostawiła też nachalnie powracające pytanie: dlaczego to, co było możliwe wtedy, jest wciąż nieosiągalne dzisiaj?

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.