artykuły
(fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Wybudowano dom kultury. Delektujmy się tym zdaniem - nieczęsto mamy szansę takie usłyszeć albo przeczytać. Brzmi przecież jakoś dziwnie, coś w nim zgrzyta. Jakby było z przeszłości, z jakiejś propagandowej broszury wydanej na 22 lipca. Albo z powieści science fiction. Trudno uwierzyć, że wypowiedziano je niedawno, kilka miesięcy temu. Wybudowano dom kultury? Jak to wybudowano? Przecież domy kultury się burzy - jak w Lublinie, by zrobić miejsce na kościół. Próbuje się je zamykać - jak w Krakowie czy Poznaniu. W najlepszym wypadku remontuje, niestety często z mizernym efektem ( jak choćby w Bytomiu ). Najczęściej jednak pozwala im się łaskawie po prostu trwać (choć ich pracownicy mówią, że należałoby użyć słowa wegetować). To, co jest, musi wystarczyć. "Buduje" to się parki naukowo-techniczne, drogi, a przy nich ekrany akustyczne. Buduje się biurowce, galerie handlowe, czasem hotele. Buduje się stadiony i buduje się orliki, bo naród ponoć garnie się do sportu jak jasna cholera. Ale domy kultury? Czy naród się do niej garnie? Czy jej łaknie? Pragnie? Pożąda? Czy można oczekiwać wdzięczności narodu za dom kultury? Postanowiono zaryzykować.

fot. Filip Springer

Z daleka widać tylko trochę. Jasne deski przezierają przez zieleń drzew. Wzrok szuka jakiegoś pewnego kształtu, ale nie znajduje. Człowiek myśli, że już coś uchwycił, ale zaraz wymyka się to wyobrażeniu. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. Taka zabawa na samym początku. A potem jest już tylko lepiej.

Kilka brył rozrzuconych na zielonym terenie. Niektóre przypominają swym kształtem i rozmiarem stare, wiejskie chałupy. Delikatnie tylko zaznaczone, właściwie to duchy chałup. Żaden tam pseudohistoryzm, nic z tych rzeczy. Swojskość zamknięta w nowoczesności. Albo nowoczesność ze swojską nutą. Chciałoby się tu wozić na przymusowe pogadanki tych, którzy chcą się budować i myślą, że tradycyjnie to znaczy po góralsku.

for. Filip Springer

Trudno powiedzieć, ile to budynków. Na pierwszy rzut oka cztery. Ale czy liczyć także to, co pod ziemią? Wtedy więcej. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Nie, raczej nie ma. Budynki rozrzucone są jakby od niechcenia, chodzenie między nimi to poruszanie się między obrazami. Aż trudno się zdecydować, które miejsce jest najlepsze do zrobienia zdjęcia. Wystarczy krok w prawo lub lewo, do przodu lub do tyłu i wszystko się zmienia. A do tego jeszcze te niespodzianki. Ścianka wspinaczkowa na jednej z elewacji, niska, ale długa. Można sobie poćwiczyć, nie ryzykując zbyt wiele. Albo ten amfiteatr czy coś na jego kształt. Powstał trochę z konieczności. Pod nim biegnie ważny kolektor ściekowy. Nic na nim nie można budować. To niewątpliwe utrudnienie wykorzystano jako atut. Rozdzielono bryły, a pomiędzy nie wciśnięto właśnie amfiteatr. Jest tak zbudowany, że w razie awarii kolektora łatwo będzie wszystko zdemontować, by się do niego dostać.

fot. Filip Springer

Jest tu więc dość prosto - tylko geometria brył, trochę szkła i dużo drewna. Bardzo dużo. Ono też jest swojskie, przytulne, naturalne. Człowiekowi chce się przebywać w pobliżu, posiedzieć, oprzeć o nie plecami. Oprócz drewna jest zieleń - parku w pobliżu i ogródka warzywnego, którego pielęgnacja jest częścią programu kulturalnego tego miejsca. Podobnie jak zagroda ze zwierzętami. Można przyprowadzić dzieciaka, żeby się dowiedział, że marchew pochodzi z ziemi, a nie z supermarketu. I że mleko może pochodzić także od kozy, która podobnie jak krowa nie jest fioletowa. Oczywiście istnieje ryzyko, że dzieciak pomyśli, iż po mleko i marchew chodzi się do domu kultury, ale chyba jesteśmy jako społeczeństwo gotowi je ponieść.

I jeszcze detale, ta sól architektury. Na ścianach jednego z podziemnych pomieszczeń zaznaczono warstwice geodezyjne i przekrój poprzeczny całego założenia. Żeby sobie można było wyobrazić, jak to wszystko wygląda. Do tego wyciszające maty; chodzi się po nich trochę jak po dywanie. Proste betonowe donice, ławki, plac zabaw.

for. Filip Springer

Aż trudno uwierzyć, że to nie żaden sen. Wszystko odbyło się tu mniej więcej tak, jak powinno, każdy robił to, co do niego należało. Lokalna społeczność wyraziła potrzebę. Urzędnicy ogłosili konkurs architektoniczny. Jury wybrało jego zwycięzców. Wygrały go dwie połączone przy tym projekcie pracownie - Natalia Paszkowska i Marcin Mostafa ( WWAA ) oraz Jan Sukiennik (wtedy 137 kilo - dziś 307 kilo ). Architekci zaczęli projektowanie. Urzędnicy uznali ich kompetencje, pozwolili im działać. Budowlańcy pokornie oblekli projekt w architektoniczne ciało. Tak, nadal nie jesteśmy w powieści science fiction, tylko na warszawskim Służewie. Polska rzeczywistość pękła i okazało się, że takie rzeczy są tu możliwe.

Najbardziej ujmująca jest jednak lokalność tego obiektu. Służewski Dom Kultury ma należeć do miejscowej społeczności, stać się ważnym miejscem na mapie tej części miasta. To mieszkańcy okolicznych bloków będą z niego korzystać, to na ich potrzeby odpowiada ta architektura. Brakowało podobnego miejsca. Wcześniej pracownicy tej instytucji gnieździli się w barakach, które zostały tu po robotnikach budujących warszawskie metro.

Co więcej - forma tej architektury odwołuje się do lokalnej tradycji, ale nowocześnie ją interpretuje. Przecież jeszcze całkiem niedawno Służew był podwarszawską wsią zabudowaną przysadzistymi chałupami o dwuspadowych dachach. Dookoła były krowy, kury, pola obsiane zbożem. Potem miasto ruszyło na południe, wybudowano bloki i wszystko się zmieniło. Poprzez te subtelne nawiązanie do przeszłości miejsca pomiędzy betonowe bloczydła wprowadzono świeży powiew, oddech, odrobinę humoru i radości.

fot. Filip Springer

Dobrze się dzieje, że właśnie ten budynek jest dziś obsypywany nagrodami architektonicznymi. Każda z nich to właśnie afirmacja tej lokalności - sytuacji, w której kreuje się wybitną architekturę w odpowiedzi na lokalne potrzeby. Służewski Dom Kultury jest dowodem na to, że zaczyna to być w Polsce możliwe. Mało kto poza mieszkańcami się do niego wybierze, poza maniakami architektury nie będą tu przecież pielgrzymować turyści odwiedzający Warszawę. W tym sensie obiekt ten jest całkowitym zaprzeczeniem dominującego dziś w Polsce myślenia za pomocą architektonicznych ikon. Zgodnie z nim "dobre" i warte uznania jest tylko to, co wielkie, drogie, zapierające dech w piersiach i najlepiej w samym centrum miasta.

Służewski Dom Kultury jest zaś po prostu dobrą architekturą odpowiadającą na potrzeby dość niewielkiej, w skali miasta, grupy ludzi. Jest demokratyczny i bezpretensjonalny. I niech tak zostanie.

for. Filip Springer

PS Służewski Dom Kultury kosztował 16 milionów złotych. To informacja dla tych, którzy w różny sposób próbowali mi udowodnić dwa tygodnie temu, że rzeszowskie przejście dla pieszych za 12 mln wcale nie było takie drogie.

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.