artykuły
fot. Filip Springer (fot. Filip Springer)
fot. Filip Springer (fot. Filip Springer)

Ale za to z góry, wieczorem, gdy wszystkie te cuda rozbłysną, wygląda naprawdę pięknie, estetycznie, światowo. Można się zachwycić - powiedzieć łał, i nie będzie w tym cienia przesady. Niektórzy mówią na kładkę pająk, inni lewitująca alufelga, jeszcze inni (ci najbardziej złośliwi) - Aureola Ferenca. Bo to prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc uparł się, by ją wybudować nad skrzyżowaniem ulicy Grunwaldzkiej z aleją Piłsudskiego. Podobną zobaczył kiedyś w Szanghaju i się po prostu zachwycił. Kawałek tamtego wielkiego świata postanowił przenieść do Rzeszowa i przy okazji rozładować korki na jednej z głównych ulic miasta. Udało się tylko to pierwsze.

Oczywiście były sprzeciwy. Zwłaszcza polityczna opozycja gardłowała, że kładka jest zbędna, zbyt droga i że zadłużonego po uszy Rzeszowa na nią po prostu nie stać. Nie bez znaczenia było to, że w programie transportowym miasta al. Piłsudskiego ma mieć w przyszłości charakter ulicy lokalnej. Dwa z czterech pasów ruchu staną się buspasami. Może więc wystarczy porządne przejście dla pieszych ze światłami?

- Nam chodzi o to, by mieszkańcy mieli wygodne przejście nad ulicą. Takim będzie okrągła kładka. A przy okazji będziemy mieli w Rzeszowie naprawdę ciekawy, nowoczesny, innowacyjny obiekt - odpierał te zarzuty Maciej Chłodnicki, rzecznik prezydenta.

fot. Filip Springer

Trudno byłoby wymyślić zdanie, w którym byłoby więcej sprzeczności. Aureola bowiem jeszcze przed powstaniem była naznaczona kilkoma grzechami pierworodnymi. Ideę rozdzielania ruchu samochodowego i pieszego w centrach miast architekci i urbaniści już dawno odłożyli do lamusa. Tak projektowało się w połowie XX wieku. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Kładka uprzywilejowuje samochody - to ludzie muszą się wspinać po schodach i rampach, by ominąć ich strumień. Kuriozalnie wyglądają ustawione na jej środku ławki i donice z kwiatami. Kto będzie chciał tu dłużej posiedzieć? W huku silników i smrodzie spalin? Co więcej - kładka najpiękniej prezentuje się z góry, z lotu ptaka. Wtedy rzeczywiście robi całkiem dobre wrażenie. Ale to nie z tej perspektywy jest oglądana przez większość mieszkańców Rzeszowa. Od spodu wygląda dość pospolicie. No i trochę się sypie - niezniszczalne azobe bongossi nieco się wypaczyło, przyblakło i sparszywiało, z wind wieje uryną, beton tu i ówdzie się kruszy.

Aureola nie miała jednak, wbrew deklaracjom prezydenta, rozwiązywać żadnych realnych problemów miasta. To miał być po prostu wyglądający nowocześnie gadżet. Dowodem niech będzie to, że aby się uporać z korkami (które kładka miała rozładować), władze miasta kilkukrotnie musiały po jej otwarciu zmieniać tam organizację ruchu. Skrzyżowanie ciągle było bowiem niedrożne. Niektórzy mówią nawet, że Aureola jest już dziś ikoną. W konkursie jednej z lokalnych gazet na 7 cudów Rzeszowa zajęła wręcz zaszczytne pierwsze miejsce. Tylko czy naprawdę współczesnym symbolem stolicy Podkarpacia ma być kuriozalnie drogie przejście dla pieszych ufundowane na wybujałym ego i archaicznym myśleniu o mieście rodem z ubiegłego wieku?

fot. Filip Springer

Chcąc odczytać tę architekturę, trzeba niestety zajrzeć do słowników. Tutaj z pomocą przychodzi J. Krzysztof Lenartowicz i jego wspaniały "Słownik psychologii architektury". Sięgnijmy po hasło najprostsze - architektura. U Lenartowicza (ale nie tylko, rzecz jasna) to: Sztuka i umiejętność kształtowania i organizowania przestrzeni w realnych formach mających na celu zaspokojenie materialnych i duchowych potrzeb człowieka . Którego człowieka? - tego profesor Lenartowicz już nie wyjaśnia, my natomiast, patrząc na Aureolę, podejrzewamy, że chodzi o kogoś bardzo konkretnego. Weźmy bowiem jeszcze "potrzebę". W swoim "Słowniku " profesor pisze, że to stan braku w organizmie czegoś, co jest niezbędne do jego życia . Czy to Rzeszów potrzebował Aureoli do tego, by przetrwać? Z pewnością nie.

Można też sięgnąć po definicję świętej "innowacji". Według "Słownika wyrazów obcych" w socjologii oznacza ona akceptację celów dyktowanych przez istniejące w grupie społecznej lub społeczeństwie wartości, przy jednoczesnym odrzuceniu tradycyjnych sposobów ich osiągania . Robert K. Merton uważa, że innowacja jest dewiacją społeczną - odchyleniem od konformizmu. Tak rozumiana innowacja to zarówno przestępstwo, jak i usprawnienie metody organizacji jakiejś sfery życia. Jak dodaje wszechwiedząca Wikipedia: początkowo działania będące innowacyjnymi mogą spotykać się w społeczeństwie czy grupie społecznej z lekceważeniem lub ostrą krytyką . A więc wszystko jak na razie się zgadza - Aureola jest innowacyjna - budzi kontrowersje w konformistycznym społeczeństwie, bo jest realizacją konkretnych celów w zupełnie nietradycyjny sposób (a raczej tradycyjny, tyle że 60 lat temu). Łatwiej byłoby wszak zrobić porządne przejścia dla pieszych i uspokoić na Piłsudskiego ruch, niż budować za 12 milionów kładkę. Praktyka jednak uczy, to dobra wiadomość zwłaszcza dla prezydenta Ferenca, że działania innowacyjne po jakimś czasie przestają nimi być i stają się konformistyczne. Nie budzą społecznego sprzeciwu. Czyli budowa kolejnych kładek pójdzie już łatwiej (a wróble ćwierkają, że o takich w Rzeszowie już się myśli).

fot. Filip Springer

- Kładka może nie sprawi, że nazajutrz po jej uruchomieniu zostaniemy okrzyknięci stolicą innowacji, ale spowoduje, że zbliżymy się do opłotków takich skojarzeń - pisała Małgorzata Bujara, broniąc Aureoli na łamach lokalnego dodatku do "Wyborczej". Miała rację, zwłaszcza słowo "opłotki" wydaje się tu bardzo kluczowe.

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.