artykuły
fot. materiały prasowe (fot. materiały prasowe)
fot. materiały prasowe (fot. materiały prasowe)

Lekka konstrukcja, cienkie nóżki, dwa kolory do wyboru. Pomieści 15-calowy laptop i teczki z rachunkami. Składany blat, jeśli wymagają tego okoliczności, ułatwia schowanie bałaganu.

Tak najkrócej można opisać projekt Krystiana Kowalskiego, Mai Ganszyniec i Pawła Jasiewicza - nowoczesne biurko-sekretarzyk. Projekt Tomka Rygalika to z kolei stolik z lampą. Trzy w jednym - lampa może oświetlać czytaną książkę, blat posłużyć może jako podpórka pod herbatę, a specjalnie wyprofilowane zakończenie mebla pozwala trzymać w nim książki i gazety.

W centrum sekretarzyk według projektu Mai Ganszyniec, Pawła Jasiewicza i Krystiana Kowalskiego, a po prawej multifunkcyjny stolik Tomka Rygalika / fot. materiały prasowe

Oba produkty znalazły się w tegorocznej odsłonie kolekcji IKEA PS "W ruchu". PS, czyli post scriptum do regularnej oferty. Ósma w historii marki oferta wizerunkowa to propozycja dla współczesnych nomadów, którzy często zmieniają adres, cenią niebanalne produkty i lubią życie w biegu. Do swoich niewielkich mieszkań szukają rozwiązań, które pozwolą połączyć kilka funkcji. Krystianowi, Mai i Pawłowi taki styl życia jest bliski, dlatego projektując mebel dla szwedzkiej marki, mogli czerpać także z własnych doświadczeń.

Od lewej: Paweł Jasiewicz, Maja Ganszyniec, Krystian Kowalski / fot. materiały prasowe

Romans z Londynem

Ciężko umówić się na rozmowę z Mają Ganszyniec. Ma bardzo napięty grafik, więc możemy spotkać się tylko rano i tylko w jej pracowni. Maja wita mnie w drzwiach zabytkowej kamienicy mocnym uściskiem dłoni i szczerym uśmiechem. Przechodzę przez studio, które robi wrażenie. Kilkanaście stanowisk pracy, minimodele krzeseł, na ścianach notatki i szkice, co chwilę dzwoni domofon.

Maja Ganszyniec nie jest jedyną projektantką tworzącą tegoroczną kolekcję IKEA PS. Jest jednak jedyną Polką, która może pochwalić się realizacją i wdrożeniem produktu, którego była współautorką, dla marki o tak masowym zasięgu.

Miski Kamole - Maja Ganszyniec / fot. Marcin Krygier

Studiowała architekturę wnętrz na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz design na Politechnice w Mediolanie. W roku 2008 ukończyła kierunek Design Product w Royal College of Art w Londynie. Jej projekty były wielokrotnie prezentowane i nagradzane, jest m.in. laureatką konkursu Selected Works organizowanego przez Royal College of Art oraz stypendium Young Design 2009 Instytutu Wzornictwa Przemysłowego.

Zapytana o edukację i zawód projektanta odpowiada skromnie: - Pochodzę z rodziny z inżynierskimi tradycjami, ale nikt nie narzucał mi, co mam robić. Gdy musiałam wybrać, wiedziałam, że chcę zająć się projektowaniem użytkowym, a nie sztuką. Zdałam na krakowską Akademię Sztuk Pięknych, ale czułam niedosyt i postanowiłam sprawdzić, jak wyglądają studia za granicą.

W ramach programu Erasmus trafiła do Mediolanu. Tam zrozumiała, na czym polega różnica w systemie nauczania przyszłych projektantów. - We Włoszech studenci kończą uczelnię ze specjalizacją, np. robienia makiet, wizualizacji 3D czy ilustracji, i znajdują potem pracę w biurach. A ja po kilku latach studiów w Polsce miałam zupełnie inną perspektywę. Gdy trafiłam do pierwszego zespołu projektowego, usłyszałam: "To czym się konkretnie zajmujesz?". Włoski rynek wymagał specjalizacji, a polski - w związku z tym, że raczkował - wymagał od projektantów wszechstronności. To, że projektant musi robić wszystko, było oczywiste - wspomina.

Szafka Koko dla Vox - Maja Ganszyniec

Maja stwierdziła, że zagraniczna uczelnia nie spełniła jej oczekiwań. Rozczarował ją program, który był nastawiony na kształcenie tylko w jednej specjalizacji. Postanowiła poszukać praktyk. Znalazła je w prestiżowym Atelier Mendini, a potem w biurze architektonicznym. Po stypendium wróciła do Polski i skończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych. Po kilku miesiącach zdała na Royal College of Art w Londynie, wciąż mając poczucie niedostatku wiedzy. Studia na Royal College of Art uważa za swój najważniejszy etap edukacji - zderzenie z zupełnie innym myśleniem o projektowaniu, które przełożyło się na jej rozwój zawodowy. Romans z Londynem mógł przeciągnąć się na życie - po uzyskaniu dyplomu dostała ofertę pracy na uczelni jako innovation acciociate . Jednak po roku z powodów zdrowotnych i osobistych postanowiła wrócić do Polski. Znów się przeprowadziła, tym razem do Warszawy, w której - jak wspomina - nikogo nie znała i nie miała żadnego zawodowego zaczepienia. - Mój początek w stolicy był dosyć trudny. Nie miałam znajomych ze studiów ani z pracy. Na szczęście to się szybko zmieniło - opowiada. Po kilku miesiącach wszystko nabrało tempa, a spotkany przypadkiem Paweł Jasiewicz wpadł na pomysł wspólnego projektu.

Marynarz, projektant, pedagog

Czerwiec to intensywny miesiąc dla Pawła Jasiewicza, który wykłada oraz prowadzi eksperymentalny warsztat drewna na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Do tego kończy pracę doktorską, którą będzie bronił po wakacjach - czasu mało, dużo do zrobienia.

Rozmowa w biegu, kawiarnia. Obiekt zainteresowania? Drewno. Zresztą w branży to jego znak rozpoznawczy. Traktuje ten materiał z estymą, dlatego kilka lat temu zaproponowano mu opiekę nad warsztatem drewna na ASP, który konsekwentnie rozwija. Od dwóch semestrów o drewnie opowiada także na warszawskiej SGGW. Pedagog to jego trzeci zawód. Drugi? Oczywiście projektant. Pierwszy? Marynarz.

In progress - Paweł Jasiewicz / fot. Grzegorz Bykowski

Praca na statku była naturalnym wyborem. Pochodzi ze Świdwina i tak jak jego bracia skończył Technikum Morskie, potem regularnie pływał. W wieku 22 lat postanowił, że chce coś zmienić. Pierwsza myśl: zostać artystą. Wybór padł na Wydział Projektowania Przemysłowego na Politechnice Koszalińskiej. Na trzecim roku skorzystał z programu Erasmus. Trafił do Finlandii na Seinäjoki Polytechnic. Wziął udział w konkursie na wyposażenie kawiarni w tamtejszym centrum rzemiosł Nikkarikeskus Center. Wygrał. Na Erasmusie poznał wykładowcę Andrew Shentona z Wielkiej Brytanii, który go zafascynował. Nie tylko wykładał, ale także robił prezentację Wydziału Projektowania Mebli Buckinghamshire Chilterns New University i szukał studentów do pomocy. Paweł zapalił się do pomysłu przenosin, ale okazało się, że nie może ubiegać się o kolejny wyjazd w ramach Erasmusa. Jednak przy wsparciu rodziny skończył kurs, a po sześciu miesiącach uczelnia zaproponowała mu podjęcie studiów magisterskich.

Lightbuoy - Paweł Jasiewicz / fot. Jan Lutyk

To, co dzisiaj uważa za atut uczelni zagranicznych, to model nauki, w którym studentowi zadaje się więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Kolejny to zaplecze warsztatowe - dostęp do materiałów i narzędzi jest niemalże nieograniczony. Zapytany, co się dla niego liczy w pracy projektanta, odpowiada, że praca zespołowa podobna jest do tej na morzu. - W szkole morskiej wpajano mi, że liczy się kolektyw. Cokolwiek się dzieje, musimy współdziałać dla dobra i bezpieczeństwa całej jednostki. Teraz w pracy nad projektem myślę tak samo - podkreśla.

Dobrze pamięta spotkanie z Mają w warszawskim klubie Plan B. Wymyślili, żeby zrobić wspólny projekt na festiwal DMY w Berlinie. To właśnie tam spotkali Krystiana Kowalskiego, którego Maja znała z warsztatów projektowych.

Hotel dla Dzikich Zapylaczy - Paweł Jasiewicz / fot. Karol Grygoruk

Sztuka i pragmatyzm

Pracownia Krystiana Kowalskiego mieści się w kamienicy na Starówce. Od 30 lat to miejsce rodzinnej pracy twórczej. Do niedawna tworzyli w niej tylko jego rodzice - mama rzeźbiarka Barbara Falender oraz ojciec, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Grzegorz Kowalski. Dzisiaj w przearanżowanej do swoich potrzeb przestrzeni Krystian ma studio projektowe, a w piwnicy warsztat. Wśród niesamowitych rzeźb znajdują się prototypy krzeseł, foteli, na ścianach szkice kolejnych pomysłów. Dla Krystiana szczególnym miejscem jest modelarnia znajdująca się w piwnicy - to tam testuje swoje pomysły. Z ustawionych pod ścianą prototypów zwraca uwagę na jeden fotel. To "nowe dziecko", które właśnie kończy dla polskiego producenta.

Fotel Prizm Noti - Krystian Kowalski / fot. Andrzej Śliga

Dlaczego nie wybrał kierunku artystycznego, jak jego rodzice? Śmieje się i tłumaczy, że tylko dlatego, że właśnie z takiego domu pochodzi. Mieszkanie jego rodziny różniło się od mieszkań kolegów - wszyscy mieli meblościanki, a u państwa Kowalskich były proste półki na książki, obrazy na ścianie i podłoga bez dywanu. - Nie chciałem iść drogą moich rodziców, bo znałem minusy życia artysty. Projektowanie z kolei było dobrym wyważeniem sztuki i praktyczności - tłumaczy. Zdał na Akademię Sztuk Pięknych, gdzie skoncentrował się na projektowaniu użytkowym. - Nie rozdrabniałem się na projekty graficzne, starałem się uczyć designu poza uczelnią, np. wyjeżdżając na festiwale do Mediolanu i Berlina - dodaje.

Fotel Prizm Noti - Krystian Kowalski / fot. Andrzej Śliga

Zarabiał na utrzymanie m.in. jako rikszarz w Londynie. Podobnie jak Maja postanowił skorzystać z programu Erasmus i trafił na mediolańską politechnikę. Tu podobieństwa się nie kończą - też zdał sobie sprawę, że uczelnia ma mu niewiele do zaoferowania. Postanowił poszukać praktyk. Odbył staż w Studiu Bellini, które dobrze wspomina, ponieważ to tam nauczył się modelowania. Wrócił do Polski i po skończeniu studiów rozpoczął pracę w Towarzystwie Projektowym. Na chwilę, ponieważ zmienił ją na salon sprzedaży luksusowych samochodów. Dlaczego? Enigmatycznie tłumaczy: powody osobiste, zmęczenie materiału. I choć, jak przyznaje, był całkiem dobrym dilerem aut, zatęsknił za projektowaniem.

Zarobione w salonie pieniądze pozwoliły na dalszą naukę, którą postanowił kontynuować na studiach magisterskich w Royal Collage of Art. Gdy opowiada o swoich studiach, od razu się ożywia. - Superenergia, rozwijany indywidualizm studentów, poczucie progresu, praca siedem dni w tygodniu. Tam ludzie żyją swoją uczelnią - wspomina. Wszystkie pomysły mógł ręcznie wykonać w warsztacie, co dawało ogromną swobodę twórczą. Podkreśla, że w Londynie zdobył umiejętności w pracy manualnej. W 2009 roku dostał propozycję pokazania swoich projektów na festiwalu DMY w Berlinie. Tam też pojawili się Maja i Paweł i powstał wspólny projekt pod nazwą Kompott.

Kolekcja Trim Iker - Krystian Kowalski

Od pomysłu do produktu

Mówienie tym samym językiem, wspólne doświadczenia i podobne poczucie estetyki - to ich połączyło. Pod szyldem Kompott postanowili stworzyć profesjonalne studio projektowe. Takie, które działa zgodnie z ideą design thinking - co w uproszczeniu oznacza: myślący, inteligentny design. W praktyce to rozwiązania, które opierają się na wcześniejszej obserwacji zwyczajów oraz potrzeb użytkowników. Pierwszym wspólnym projektem Mai, Krystiana i Pawła był miejski stojak na rowery nazwany Parkower. Potem zmierzyli się ze zleceniem marek DuPont i Maro na stół z corianu (nieporowaty, jednorodny materiał powierzchniowy składający się z żywicy akrylowej oraz minerałów naturalnych). Zaprojektowali też siedzisko Fikka i płytę kuchenną dla marki Amica.

Zamieszczone na stronie internetowej portfolio prezentowało nie tylko wspólne, ale także indywidualne dokonania projektantów. Czy to sprawiło, że IKEA zgłosiła się właśnie do nich? Zdaniem Mai mogło tak być. Z Polski taką samą propozycję dostał Tomek Rygalik. Warunkiem, aby podjąć współpracę przy tworzeniu kolekcji IKEA PS, był udział w warsztatach, które stanowiły pierwszy etap selekcji. W Szwecji spotkało się ponad dwudziestu projektantów z całego świata. Grupa oceniana była na wielu płaszczyznach, ale bardzo ważne były zdolności komunikacyjne. Wszyscy dostali to samo, bardzo enigmatyczne zadanie: Miasto, młodość, mała powierzchnia mieszkania, życie w ruchu, nawiązanie do tradycji. Odbiorcy kolekcji: współcześni nomadzi, którzy cenią design i niestandardowe rozwiązania. Premiera: 2014 rok. Któryś z projektantów zapytał: - Ale skąd mamy wiedzieć, co będzie fajnego za cztery lata? - Wy nam powiedzcie - padła odpowiedź, którą szczególnie zapamiętała Maja.

Paweł z kolei ciągle ma w głowie dwa hasła, które były powtarzane: co-working oraz co-creation . - Patrzymy na siebie, słysząc te hasła. Jesteśmy podzieleni na grupy, niby ze sobą konkurujemy, ale teraz musimy opowiadać o swoich pomysłach. Widzę, że obok mnie podobny problem ma Tomás Alonso z Wielkiej Brytanii, który drapie się po głowie i nie wie, czy mówić, czy nie - śmieje się. Po powrocie do Polski mieli miesiąc na zgłoszenie pięciu propozycji. W jakiej kategorii produktowej? Dowolnej, ponieważ marka jest w stanie wyprodukować prawie każdy produkt do domu. - Potrzebowaliśmy sposobu na przełożenie swoich pomysłów. Wybraliśmy karteczki A5, na których szkicowaliśmy zarys i które później przyczepialiśmy do ściany. Wyglądało to super, ale trzeba było w końcu dokonać selekcji i doprecyzować pomysły - opowiada Krystian. Modelowali w 3D, robili renderingi. Krystiana najbardziej martwiło, że ich działanie nie jest do końca racjonalne i nie nałożyli na to filtru biznesowego.

Ich produkty musiały nie tylko odzwierciedlać pomysł dyrektora kreatywnego marki, ale także stworzyć spójną kolekcję z propozycjami innych projektantów, spełnić produkcyjne i kosztowe wymagania firmy. W rezultacie zaproponowali składaną ławkę, lampę, fotel, sofę, szklane naczynie oraz sekretarzyk. W końcu o etap wdrożenia walczyły dwa ostatnie pomysły. Wygrał sekretarzyk, ponieważ okazał się tańszy w produkcji. Jest to niewielki mebel, który ma 90 centymetrów szerokości i 127 centymetrów wysokości, otwór na kable i blat, który się rozkłada. Dostępny jest w dwóch kolorach: białym i pomarańczowym. Cała trójka do tej pory żałuje, że nie udało się ze szkłem, ponieważ produkt nawiązywał do polskiej tradycji. Jakiej? Tego nigdy się nie dowiemy, ponieważ niezrealizowane projekty objęte są tajemnicą. Sekretarzyk, który możemy kupić, projektanci widzieli w salonie, tam gdzie współcześnie praca łączy się z wypoczynkiem. To mebel uniwersalny.

fot. materiały prasowe

Dzisiaj nie są w stanie powiedzieć, kto cztery lata temu rzucił hasło: Zróbmy sekretarzyk! Może był to Paweł, który w tamtym czasie zabierał swoich studentów do magazynów w Otwocku, gdzie mogli na własne oczy zobaczyć meble z XIX i XX wieku? Jak wspomina, było tam dużo zamykanych biurek, którym robił zdjęcia. A może Krystian, który zapamiętał slajd z prezentacji na warsztatach w Szwecji? Zawierał dokumentację z europejskich domów, w których przestrzeń nie była uporządkowana. Czy może Maja, która skończyła szkołę muzyczną i inspirował ją kształt pianina? Najważniejsze, że udało się projekt zrealizować. Nawet pomimo że kilkakrotnie musieli go zmieniać. Na początku miał matę korkową, potem została wymieniona na blachę, do której można doczepić pojemniki, ale wszystkie dodatkowe rozwiązania zwiększały koszty produkcji. Wersja z pomarańczowym kolorem nie wyszła od nich, padła ze strony producenta. Kolor został wybrany dla całej kolekcji IKEA PS 2014 i pojawia się w wielu projektach. Maja, Krystian i Paweł współpracą z IKEA zajmowali się cztery lata. Tyle trwał proces projektowania, poprawiania i wdrożenia do produkcji. Dla porównania: inne meble wprowadzane są do oferty tylko przez dwa lata. W międzyczasie projektanci przestali funkcjonować jako Kompott i każdy założył autorskie studio.

Projektowe credo

Maja najchętniej z mebli projektuje te tapicerowane oraz tekstylia. Przyznaje, że gdyby skupiła się tylko na meblach, to umarłaby z nudów. Uważa, że projektowanie to narządzie, które działa w różnych sferach, dlatego chętnie przy współpracy z firmą Touchideas zajmuje się tworzeniem nowych produktów, budową marek i innowacjami na rynku FMCG, czyli produktów szybko zbywalnych. W sklepach znajdziemy efekty trzech projektów, w których brała udział - dwa nowe opakowania dla marki piwowarskiej oraz opakowanie zup. Bardzo nie lubi nadbudowy marketingowej produktu, czyli konstruowania marek na wymyślonych historiach - wtedy oznacza to, że produkt nie jest na tyle dobry, by o nim opowiedzieć. Strategia, badanie, projektowanie - wtedy powstaje coś, co ma sens.

fot. materiały prasowe

Podobnie myśli Krystian, który niedługo skończy projekty dla polskich marek Noti oraz Koło. Przyznaje, że najlepiej czuje się w projektowaniu mebli i akcesoriów. Oczywiście w grupie, z ludźmi różnych profesji. Idealny model pracy to metodologia, obserwacja, projektowanie. Gdy może uczestniczyć w takim procesie, ma szansę na chwilę stać się badaczem, zyskuje wiedzę i świadomość problemu, który dzięki projektowaniu może rozwiązać.

Paweł zdecydowanie woli projektowanie mebli, a nie małych przedmiotów. To, że woli, nie znaczy, że nie podejmie się każdego wyzwania. Projektuje na bazie obserwacji i analizy codziennych zachowań, materiałów i procesów wytwarzania. Ostatnio stworzył parawan na wystawę polskiego designu w Nowym Jorku zatytułowaną "NASZ", a organizowaną przez Studio Rygalik. W lipcu leci do Turcji, gdzie będzie uczestniczył w projekcie z tureckimi rzemieślnikami pracującymi w starej otomańskiej technice kundekari . Co to będzie? Jeszcze nie wiadomo. Pewne jest jednak, że będzie to produkt z drewna.

A co dalej z sekretarzykiem? Czy zostanie w ofercie IKEA? Zdarza się, że kilka sprzedażowych hitów z kolekcji wizerunkowej trafia do stałej. Jeśli tak się stanie, będzie to pierwszy produkt w historii marki, na którym naklejka made in Poland oznacza także designed in Poland .

Dominika Olszyna . Kulturoznawca, wicenaczelna magazynu o wnętrzach "M jak mieszkanie", w którym prowadzi rubrykę "Ładne rzeczy" dedykowaną polskim projektantom. Autorka tekstów o designie, kulturze oraz modzie publikowanych na łamach "Exklusiva", "K Maga", "Wysokich Obcasów", "Podróży".