artykuły
fot. Radek Budnicki (fot. Radek Budnicki)
fot. Radek Budnicki (fot. Radek Budnicki)

Niedawno byłeś, jak sam o sobie mówisz, zwykłym pieszym . Nagle złapałeś za aparat i zacząłeś fotografować ludzi na ulicy. Co było impulsem, który spowodował u ciebie tę zmianę?

- Rok temu wyjechałem służbowo do Bukaresztu. Zamieszkałem w dość ponurej okolicy, naprzeciwko tego słynnego wielkiego pałacu Ceau?escu, obecnie parlamentu. Codziennie rano, ubrany w białą koszulę, jechałem metrem do biura, ale wracałem piechotą, żeby obejrzeć miasto. Widoki były raczej smutne. Na ulicach żebrali starsi ludzie, pełno było bezpańskich psów... U nas jednak tak źle to nie wygląda, jest chyba większa wrażliwość na tego typu obrazki, tam nikt się tym nie przejmował. No więc wracałem tak codziennie do swojego mieszkania, robiąc zdjęcia zwykłą komórką.

Któregoś dnia w samym centrum zauważyłem małą dziewczynkę, która wyszła boso z bramy (a to był luty!) i podeszła do matki, która zbierała do butelki wodę spływającą do studzienki kanalizacyjnej. Podeszła do niej po topniejącym śniegu i... napiła się tej wody. Odruchowo zrobiłem zdjęcie i od razu poczułem wstyd - że uwieczniam biedę i nieszczęście, po czym wracam sobie do klimatyzowanego apartamentu. Ale jednocześnie poczułem też ogromne emocje, uświadomiłem sobie, że uchwycenie takiej chwili jest niezwykłe i bardzo trudne, że jest to taki właśnie decydujący moment , jak mówił Henri Cartier-Bresson, prekursor fotografii ulicznej. To był dla mnie przełom - postanowiłem szukać decydujących chwil.

fot. Radek Budnicki ()

Zdjęcia z Bukaresztu wrzucałem na Facebooka. Szybko okazało się, że wzbudzały one dużo większe zainteresowanie niż fotografie z atrakcyjniejszych miejsc, w których bywałem. Dostawałem sugestie dotyczące kadru, kompozycji, a najwięcej lajków zbierały zdjęcia pokazujące ludzi. Mój szwagier, zawodowy fotograf, powiedział, że powinienem zająć się fotografowaniem na poważnie. Zrobiłem to - wróciłem do Warszawy, kupiłem najtańszą lustrzankę ze zwykłym kitowym obiektywem i zacząłem robić zdjęcia. Budynków, kapliczek w podwórkach, graffiti na murach i oczywiście ludzi. Dowiedziałem się wtedy, że istnieje coś takiego jak street photography , zagłębiłem się w literaturę i liczne fora internetowe, aż trafiłem na blog Mateusza Grybczyńskiego, człowieka, który nauczył mnie patrzeć i pokazał, czym jest prawdziwy street.

A czym jest?

- To nie są zdjęcia po prostu tego, co jest wokół nas na ulicy. To nie są zdjęcia bezdomnych osób, pijaczków czy ulicznych grajków. To nie są tchórzliwe kadry, zebrane z ukrycia długim zoomem. To złapanie ulotnej chwili, czegoś, co pojawiło się na moment, co już nie wróci. Jedno z pierwszych zdjęć, które zrobiłem, to kadr pokazujący dwa mijające się wózki - dziecięcy i inwalidzki. Takie mocne zestawienie, kontrast, proza życia, przemijanie i jedna decydująca chwila. Żadnego pozowania, ustawiania, bo o tym w streecie nie może być mowy.

fot. Radek Budnicki ()

Czyli żeby zacząć uprawiać uliczną fotografię, trzeba po prostu wyjść na miasto z aparatem?

- Trzeba fotografować, przede wszystkim. Zdjęcia to jedyna rzecz, która może cię obronić. Ale też ważne jest, żeby uczyć się od najlepszych, chodzić na warsztaty, wykłady. Gdy zapoznałem się z dziełami klasyków fotografii ulicznej, zorientowałem się, jak beznadziejne były dotychczas moje kadry. Henri Cartier-Bresson, Elliott Erwitt, Robert Frank - to moi mistrzowie.

A sprzęt? Na ile jego dobór jest istotny?

- Dla streetowca najważniejsze jest, żeby aparat był wygodny. Żeby dobrze leżał w dłoni. Parametry techniczne to sprawa drugorzędna. Dlatego w streecie popularne są niewielkie, lekkie aparaty, kompakty albo tzw. bezlusterkowce. Ja natomiast dobrze się czuję z lustrzanką - mam niedużego nikona D3300, który dobrze leży w dłoni, poza tym lubię trzask lustra, bo wiem, że zrobiłem zdjęcie. O obiektywach zwykło się mówić, że najlepszy jest jasny i szeroki kąt. To prawda, ale one są na ogół drogie. Mnie w zupełności wystarcza zwykły kitowy zoom 18-55 mm. Zresztą ja nie polecam kierować się kryterium ceny. Dobre zdjęcia streetowe można zrobić czymkolwiek, np. komórką.

fot. Radek Budnicki ()
fot. Radek Budnicki ()

Po co właściwie robisz te zdjęcia? Dla siebie, w ramach hobby czy może chcesz coś przekazać światu?

- Chcę, żeby moje zdjęcia były oglądane, i to przez jak największą liczbę osób. Ogromnąprzyjemność sprawiają mi komentarze, i z biegiem czasu coraz bardziej lubię te krytyczne. Między innymi dlatego tak cenię Mateusza Grybczyńskiego, bo on chyba najbardziej jechał po moich zdjęciach. Zresztą to, co w streecie jest takie fascynujące, to właśnie różnorodność interpretacji. Gdy wrzucam swoje zdjęcia do internetu, pojawiają się przy nich zupełnie różne komentarze, jedni widzą to, inni - co innego; to jest niesamowite. Chętnie włączam się w te dyskusje, bo lubię rozmawiać z ludźmi. Drugą rzeczą, którą chcę realizować, jest pokazywanie codzienności Warszawy w sposób niezwykły. Nie fotografuję na eventach, nie robię reportaży - chcę tylko wychwycić magię chwili w codziennych, zwyczajnych sytuacjach, gdy chodzimy do szkoły czy do sklepu.

Zrobiłeś takie zdjęcie, które szczególnie lubisz?

- Jest taka fotografia, która mi się bardzo podoba, ale nie zyskała jakiegoś szczególnego uznania publiczności. Przedstawia panią sprzedającą lody w okienku i dwóch panów w garniturach. Każdy patrzy w inną stronę, a wszystko jest na tle pastelowej ściany. Jest gra kolorów i wyszedł z tego trochę taki fashion street .

fot. Radek Budnicki ()

A czy Warszawa jest atrakcyjna dla streetowca ? Wyróżnia się jakoś spośród innych miast?

- Jest stosunkowo bezpieczna. Porównuję ją np. z Nowym Jorkiem czy Londynem. U nas nie ma tego efektu, który wywołał 11 września. Fotograf na ulicy nie jest od razu brany za terrorystę. Słyszałem, że w Londynie po zamachach w metrze były zalecenia od władz, żeby zwracać uwagę na osoby podejrzane, m.in. fotografujące. Doszło do tego, że tamtejsi fotografowie zorganizowali akcję pt. "I'm a photographer, not a terrorist!".

Natomiast z praktycznego punktu widzenia pierwsze, co w Warszawie rzuca się w oczy, to szerokie chodniki. Najpiękniejszy street powstaje w miastach, gdzie chodniki są wąskie, a budynki wysokie, jak na przykład w Nowym Jorku. Tam ludzie się tłoczą, przechodzą blisko siebie, światło przebija się między drapaczami chmur, rzucając ostre cienie, fotograf może pozostać w centrum zdarzeń, ale jednocześnie jest mało widoczny - to idealne warunki dla fotografii ulicznej. W Warszawie jest trudniej - przez te szerokie chodniki ludzie chodzą daleko od siebie, żeby złapać dobry kadr muszę podchodzić bardzo blisko nich, przez co rzucam się w oczy i po prostu czasem ich straszę. Drugim problemem w Warszawie jest to, że mamy stosunkowo niewiele słonecznych dni. A mocne, kontrastowe światło jest dla streetu bardzo istotne. Zagraniczni fotografowie dziwią się czasem, jak my tu robimy tyle dobrych zdjęć, skoro przez większość dni w roku jest pochmurno.

fot. Radek Budnicki ()
fot. Radek Budnicki ()

Czyli nie każda pora jest dobra na street ?

- Oczywiście! Najlepsze są poranki i późne popołudnia, kiedy słońce jest nisko, a cienie są długie.

Jak trochę pochodzisz po mieście z aparatem, to będziesz wiedzieć, w których miejscach jest atrakcyjne światło i konkretnie o której godzinie. Na przykład na placu Bankowym, gdy patrzymy na ratusz na wysokości przejścia dla pieszych, późnym popołudniem światło świeci z dwóch stron - z zachodu i z przeciwnej strony, odbite od Błękitnego Wieżowca . Zdjęcia wykonane w tym świetle są przepiękne.

No właśnie - pewnie masz takie ulubione miejsca na fotograficzne łowy?

- Pasaż Wiecha. Idealna gra świateł praktycznie o każdej porze dnia. Zrobiłem tam jedno z moich ulubionych zdjęć, zimą, w bardzo słoneczny dzień. Chodnikiem szła dziewczyna, a za nią skrzyżowały się pięknie promienie światła - naturalnego i odbitego od elewacji. Bardzo lubię tę fotografię, trochę też dlatego, że jest jedną z nielicznych wykonanych przeze mnie na kliszy. Poza tym to Nowy Świat, Chmielna, okolice biurowców - wszędzie tam, gdzie jest dużo ludzi, jest też prawdziwy street .

fot. Radek Budnicki ()
fot. Radek Budnicki ()

A łatwo się fotografuje warszawiaków? Nie denerwują się, gdy widzą wycelowany w nich obiektyw?

- Kobiety na ogół się uśmiechają, mężczyźni częściej patrzą spode łba. Ale zwykle reakcje przechodniów na mnie, fotografa, są pozytywne. Ja zresztą staram się być niezauważalny. Chodzę dość szybko, jak zobaczę coś interesującego, robię zdjęcie i idę dalej, nie zatrzymuje się, nie wyczekuję, nie podglądam zdjęcia na ekranie aparatu, nie nawiązuję kontaktu wzrokowego. To podstawowa zasada - nie patrzeć w oczy osobie, którą się fotografuje. Bo jak spojrzysz, to ona od razu to zauważy i przestanie zachowywać się naturalnie. Bardzo pomaga też uśmiech, rozwiązuje wiele potencjalnych problemów.

Nie pytają, czemu ich fotografujesz?

- Rzadko, ale zdarza się. Wtedy mówię prawdę - że fotografuję miasto i ludzi, że podoba mi się pani ubranie, styl, że fajnie pan wygląda. I zwykle kończy się to życzeniem mi miłego dnia.

fot. Radek Budnicki ()
fot. Radek Budnicki ()

Żadnych nieprzyjemnych historii?

- Raz mi się zdarzyła. Na Nowym Świecie sfotografowałem bardzo ciekawie wyglądającego rowerzystę, który mnie mijał. On to zauważył, zawrócił i w dość agresywny sposób zaczął wypytywać, po co robię mu zdjęcia. Próbowałem wyjaśniać, że fotografuję dla siebie i że do tego mam prawo, i nie zamierzam publikować nigdzie tego zdjęcia. Ale mężczyzna był nieprzyjemny, zaczął mnie wyzywać, więc przerwałem dyskusję i sobie poszedłem. Nie jestem agresywny, unikam takich sytuacji, nie mam potrzeby jakiejś walki w imię zasad. Poza tym nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego.

To znaczy, że społeczeństwo mamy przyjazne czy po prostu masz takie szczęście?

- Znajomi mi mówią, że nie potrafiliby fotografować na ulicy, bo na nich na pewno ludzie reagowaliby agresją. Nie wiem, być może ma znaczenie to, że jestem łysy i wysoki. Może to budzi jakiś respekt w naszej kulturze? W każdym razie faktycznie większość ludzi wokół mnie jest przyjaźnie nastawiona i nie mam raczej problemów z fotografowaniem ich. Trzeba też podkreślić, że wiele zdjęć streetowych w ogóle nie wymaga konfrontacji z ludźmi, ale jak już do niej dojdzie, nie należy kryć się, udawać szpiega, uciekać, tylko zrobić zdjęcie, a potem na przykład lekko obrócić się i fotografować coś obok - wtedy sprawiamy wrażenie, że nie koncentrowaliśmy się na danej osobie, tylko tak ogólnie robimy sobie zdjęcia. Ludzie przestają się niepokoić, że to nimi jesteśmy tak zaabsorbowani, co byłoby podejrzane. Patrzą na ciebie jak na faceta, który po prostu fotografuje wszystko w okolicy.

fot. Radek Budnicki ()

Z jednej strony fotograf nie powinien się kryć, z drugiej - musi być niewidzialny dla przechodniów. Trudne!

- Od każdej reguły są wyjątki. Bruce Gilden, nowojorski fotograf, ma kompletnie odmienny styl pracy. Trzymając aparat w jednej dłoni, a w drugiej lampę błyskową, podchodzi tak blisko ludzi, że oni aż odskakują. To jest dopiero odwaga! I te zdjęcia są niesamowite! Ale ma przez to wiele nieciekawych sytuacji, w końcu to jest Nowy Jork, gdzie można dostać kulkę, jak się komuś podpadnie na ulicy. Polecam obejrzeć film "Everybody street" - jest tam o tym mowa. Gilden zresztą jest w ogóle nietypowym fotografem ulicznym, nie tylko dlatego, że bardzo rzuca się w oczy, ale też dlatego, że używa sztucznego światła z lampy, a część jego zdjęć jest ustawiana.

fot. Radek Budnicki ()

Prawo mamy takie, że publikacja wizerunku wymaga w większości przypadków zgody osoby fotografowanej. Prosisz na ulicy o te zgody?

- Nie. Prawdę mówiąc, po prostu liczę na to, że nikt mnie nie pozwie. Ja zresztą nie pokazuję ludzi w złym kontekście, nie czerpię też zysków z tych fotografii - myślę, że to też ma znaczenie.

A nie chciałbyś zacząć zarabiać na swoich zdjęciach?

- Nie. Zauważyłem, że streetowcy, którzy żyją z fotografowania, szukają kadrów tylko według kryterium: sprzeda się czy nie. Ja mam swoją pracę, z której żyję i którą bardzo lubię, więc w fotografii mogę się skupić na tym, co naprawdę mnie kręci, nie muszę robić zdjęć na siłę. Gdy wychodzę na ulicę z aparatem, nie mam planów, nie wiem, co się za chwilę wydarzy, nie nastawiam się na konkretne zdjęcia. A jeśli nagle pojawi się jakiś ciekawy temat, to czuję się dosłownie jak dziecko w sklepie z zabawkami.

Więcej zdjęć Radka Budnickiego można zobaczyć na fanpage'u Warsaw Street Shots .

Jarek Zuzga . Dziennikarz, fotograf Warszawy, szef projektu "Okno na Warszawę", współtwórca serwisu polskich fotoedytorów prasowych Fotoedytorzy.pl