Będziesz sądzony przed Sądem Najwyższym, po apelacji twojego wroga nr 1 Ryszarda Nowaka od wyroku uniewinniającego cię od zarzutu obrazy uczuć religijnych. Sądzisz się już z nim wiele lat, więc on jest chyba już jak członek rodziny?
- Jest na jakimś etapie mojej duchowej adopcji. A tak naprawdę to on uprawia jakiś rodzaj pasożytnictwa. Wróg to duże słowo. Pasożyt. To chyba dużo trafniejsza deskrypcja...
Bo buduje na procesach z tobą swoją pozycję wojującego katolika?
- Jestem łatwym celem, bo stoję "na świeczniku", a przecież zespołów tzw. obrazoburczych, które uprawiają muzykę radykalną, uderzającą w tzw. uczucia religijne, są w Polsce setki. Ale ja się uśmiecham do tego, że jesteśmy kreowani na największego wroga publicznego, że zespół powinien być zakazany. Każdy niesie swój krzyż, nawet ja.
Krzyż?! Nawet ty?
- Tak, odwrócony, ale niosę.
To zabawne, że nawet ty, który szydzisz z religii katolickiej, jej symboli, i ciepło się wyrażasz o szatanie, używasz języka religijnego, Biblii, bo nie ma innego. Boli cię to, śmieszy?
- Jakoś nie siłuję się z faktem, że tutaj się urodziłem, że tak zostałem wychowany. Zawsze czułem, że jesteśmy ofiarami czasu i przestrzeni. Akurat tutaj nas wyrzuciło z łona matki, pod tą szerokością geograficzną, gdzie monopol na prawdę ma religia katolicka. To jest trochę taki "paragraf 22", bo czuję mnóstwo paradoksów i rzeczy, które się wykluczają. Gdyby ktoś z boku spojrzał na moje życie... Sam mam wrażenie, że z jednej strony neguję religię, ale z drugiej jestem blisko niej cały czas. Ten full kontakt stwarza bliskość, jesteśmy jak brat z siostrą.
Gdyby ci zabrać religię, którą atakujesz, to artystycznie by cię nie było?
- Dlatego jestem jej wdzięczny.
W świecie muzułmańskim istnieją zespoły heavymetalowe?
- Tak.
I one wtedy atakują swoją religię?
- Tego nie wiem, nigdy nie analizowałem tej sceny.
Gdyby tak było, to ich kariery czy nawet życia trwałyby krótko, z tego, co wiemy o świecie islamskim. Ty masz trochę szczęścia, bo katolicy już od kilkuset lat nie palą na stosach i nie zabijają sympatyków szatana.
- Znaleźli inne, "bardziej cywilizowane" sposoby na kamienowanie, tudzież ukrzyżowanie.
Czujesz się kamienowany i krzyżowany?
- Siłą rzeczy stałem się "męczennikiem" tej sprawy.
Znowu to powiedziałeś... Mogłeś powiedzieć "ofiarą", ale mówisz "męczennikiem".
- Znowu. Chrześcijańską nomenklaturę, jak widać, wyssałem z piersi matki. Jednak to zestawienie sacrum - profanum towarzyszy mi cały czas. Robię to zupełnie automatycznie i do tego też się uśmiecham. Postaraj się wejść w moją skórę. Założyłem zespół, który gra moją ukochaną muzykę i niesie taki, a nie inny, bliski mi, przekaz.
Czy to musi być przekaz antyreligijny?
- Absolutnie nie. Heavy metal to niezliczone wątki, od najbardziej błahych rzeczy, przyjemności cielesnych tego świata, czystego hedonizmu, przez tematy mocno zaangażowane ideologicznie i filozoficznie, po tematy społeczne. Jeżeli ktoś próbuje kwestionować inteligencję muzyki heavymetalowej, to mówię wtedy: znajdź inny gatunek, który tyle barw zawiera. Znam zespoły, które nawet o piłce nożnej śpiewały, i to jest wszystko zaklęte w ciężkie dźwięki.
Czy to muzyka niezgody, buntu, czy raczej afirmująca?
- Dla mnie to są nieskończone pokłady jakiejś euforii życiowej, totalnej witalności. To, co my robimy, jakkolwiek startuje od negacji, to później jest już tylko kreacją, budowaniem, tworzeniem. Jest upadek po to, żebyśmy mogli wstać, żebyśmy mogli samostanowić, decydować o sobie, wybrać własną drogę. To jest silnie afirmująca postawa, to jest celebracja życia. Ekstremalnie pozytywna, ale oczywiście antagoniści widzą w niej tylko wątki deprawujące albo świętokradcze czy bluźniercze.
Zdarzyło ci się posłuchać piosenki heavymetalowej o miłości, która by cię wzruszyła do łez?
- Oczywiście, bardzo często się wzruszam.
Przy heavy metalu?
- Też, łzy są na porządku dziennym. A mnogość gatunków i muzyki, którą dziennie "przyjmuję", jest olbrzymia - jestem nałogowcem.
Lubisz płakać?
- Nie jestem płaczkiem, ale czasem lubię, to oczyszcza.... Ostatnio zastanawiałem się, kiedy ostatnio tak z siebie płakałem i to było z rok temu, poczułem jakąś bezsilność.
A tak ze wzruszenia?
- Oj, to jest cudowne! Dość często zdarzają mi się uniesienia, których efektem są łzy. Łzy szczęścia. Najczęściej łzy towarzyszą mi w kinie, takie euforyczne łzy, kiedy czuję, że coś jest fantastyczne, że ma w sobie pozytywną wibrację! I to mnie z zewnątrz rozsadza.
Kiedy płaczesz, czujesz się bardziej człowiekiem?
- Też. Ale śmiech i płacz są komplementarne. Jeżeli ktoś tylko się śmieje, a nie potrafi płakać, to już jest jakaś patologia. Wszystko, co we mnie jest, czyni mnie człowiekiem, złość, gniew, nawet nienawiść, miłość... Te dwie ostatnie zabierają mnóstwo energii.
Porzuciłeś więc i nienawiść, i miłość?
- Nie, absolutnie, jestem otwarty, przyjmuję wszystko to, co się dzieje, to, co we mnie zachodzi, nauczyłem się tych rzeczy nie tłumić. Bo po co? To jest niezdrowe.
Kiedy się tego nauczyłeś?
- To jest proces, uczę się tego jeszcze. Uczę się też o tym mówić. Od tego bierze się też np. białaczka, że się w sobie blokuje emocje i nie wyrzuca ich w jakiś zdrowy sposób.
Wierzysz w to?
- Jestem przekonany, że choroby to manifestacja jakichś traum, ran, wewnętrznych blokad, które kolekcjonujemy. I w pewnym momencie następuje erupcja.
I twoja choroba tym była?
- Jeszcze nie wiem... Dopiero eksploruję różne tematy, które mnie interesują.
Jakie?
- Na przykład teorie hellingerowskie, fantastyczne.
Przeszedłeś tę terapię?
- Tak, pracowałem nad tym trochę.
I co się okazało, jaką masz rodzinną przeszłość?
- Zauważyłem, że gdzieś w rodzinie na linii męskiej jest jakaś potężna blokada, czyli ojciec, dziadek, pradziadek... Moje ciało podczas sesji pokazywało, gdzie kompletnie puszczały emocje i to były sygnały dla mnie, że tam jest jakiś emocjonalny supeł.
Co to znaczy?
- To nie jest tak, że jesteśmy podobni tylko do swoich rodziców. Oczywiście ich cechy i geny dziedziczymy, ale wydaje mi się, że w nas jest dużo więcej, że jesteśmy sumą doświadczeń i sytuacji, które się działy na przestrzeni wielu pokoleń, a nie tylko jednego. Więc jeżeli tam były jakieś blokady, jakieś problemy rodzinne, głębokie traumy, poronienia, samobójstwa, morderstwa, to już jest poważne zakłócenie energii.
Charakteru tych supełków nie rozgryzłeś?
- Chodzi przede wszystkim o ciebie i twój stosunek do tych supełków. O samą świadomość, że masz "coś takiego". I jeżeli "to" puścisz, wybaczysz, uśmiechniesz się do tego, to problem przestaje istnieć, znika. To też jest kolejna piękna teoria, nad którą pracuję od kilku lat i praktykuję od kilku lat. Odpuszczanie zamiast siłowania się z życiem i sytuacjami, z różnymi siłami, które na nas działają, a na które często nie mamy większego wpływu. Często bardzo mocno "coś" ściskamy, kurczowo, a wystarczy to puścić, żeby zyskać nad "tym" kontrolę. Zauważyłem, że to działa w wielu sytuacjach interpersonalnych, w związkach, w relacjach między ludźmi, koleżeństwie, przyjaźni, pracy.
Mówiłeś, że z bezsilności płakałeś ostatni raz rok temu, czego dotyczyła ta bezsilność?
- W tej chwili nie pamiętam, pamięć mam tragiczną.
Pamiętasz jeszcze, że byłeś narzeczonym Dody?
- Oczywiście, to ważny czas w moim życiu.
I że chory byłeś, też pamiętasz?
- Bardzo, aczkolwiek tego nie rozpamiętuję.
Pisałeś w chorobie dziennik?
- Nie, ale powinienem. Pamiętam momenty jakichś iluminacji, niemal narkotycznych, bo przyjmowałem dziwne leki, często to była morfina. Często zdarzało mi się w pół śnie, pół jawie mieć taki strumień myśli, wylewały mi się z głowy jakieś koncepcje, wizje, pomysły. Myślałem: to jest zajebiste, to jest rewelacyjne! Tylko nigdy tego nie zapisałem od razu, bo przecież "wstanę za trzy godziny, otworzę komputer i to spiszę". Kiedy się budziłem, nigdy nie byłem w stanie ich ponownie odtworzyć. Teraz też mi się to zdarza, po prostu coś na mnie spływa, ale już się nauczyłem i otwieram komputer albo szybko biorę telefon, i wszystko spisuję.
Przy użyciu jakichś środków?
- Nie, jestem mało "środkowy". Bardzo lubię kawę, z alkoholi pijam raczej białe wina, rzadko się upijam, narkotyki zdarzają się, ale nie działają uzależniająco. Po prostu życie codzienne, energia życiowa działa na mnie szalenie pobudzająco i bardzo inspirująco. Póki co wystarcza, by unosić się pół metra nad ziemią.
Byłbyś gorszym człowiekiem, gorszym muzykiem, gorszym twórcą, gdybyś nie zachorował?
- Co znaczy gorszym?
Płytszym.
- Oczywiście to było graniczne doświadczenie i szalenie głębokie, więc odcisnęło na mnie piętno, które będę przerabiał do końca życia. Zauważyłem, że cały czas do tego wracam, nie rozpamiętując samej choroby, bo mam wrażenie, że to był taki katalizator, impuls do tego, żeby zacząć poważną pracę nad sobą. Po chorobie wskoczyłem w życie jak w głęboką wodę na główkę, chciałem po prostu żyć. W cokolwiek, co się wtedy wpisywało w definicję życia, chciałem się cieszyć z czegokolwiek. Czekałem na koncerty i cieszyłem się wszystkim jak małe dziecko, które dostało w prezencie magiczną codzienność. Ale nie towarzyszyła temu żadna refleksja, np. taka, że mogłoby mnie nie być. Dopiero teraz myślę, że ona była drogowskazem, znakiem.
A od kogo znakiem, drogi panie, od kogo?
- Od życia, od czegokolwiek, darujmy już sobie definiowanie wszystkiego.
Może od szatana? Żeby być konsekwentnym...
- Po prostu drogowskaz, coś, co ci wskazuje drogę. Jak jeździsz samochodem, to czasami potrzebujesz drogowskazu, żeby wiedzieć, gdzie pojechać. I tylko tyle. To, czy i jak zdecydujemy się go czytać, to już nasza indywidualna sprawa.
A ty jak przeczytałeś ten drogowskaz?
- Że czas pracy nad sobą nigdy się nie kończy, a teraz jest moment, by poświęcić jej zdecydowanie więcej uwagi. Czas zajrzeć do środka, a nie tylko wyglądać na zewnątrz. Jestem typem mocno ekstrawertywnym i potrzebuję świata, zresztą często myślę o sobie jak o takiej gąbce, która nasiąka energią świata. Po prostu płynąłem przez życie, brakowało mi momentów, kiedy mogę się zatrzymać i zajrzeć do środka. A tego potrzebowałem, chcę wiedzieć więcej o samym sobie.
Pozaglądałeś i co tam jest w środku?
- Chodzi o naukę przyglądania się sobie samemu, bez potrzeby nazywania tego. O umiejętność przeżywania takich "stop klatek", czyli wyłączania się, zatrzymywania w życiu.
W jakich momentach?
- Jakichkolwiek. W tej sprawie nastawiałem sobie w telefonie budzik. I kiedy pędziłem przez życie, jechałem gdzieś albo gdzieś biegłem, albo coś po prostu robiłem, budzik dzwonił i mnie zatrzymywał. Mam wtedy dwie minuty albo pięć, sam ze sobą to ustalam. Wyłączam telefon, siadam gdzieś albo wychodzę z samochodu i siadam na krawężniku, próbuję poczuć lewą nogę, prawą rękę, czy ja je w ogóle czuję... To jest moment, kiedy staram się być obecny. Albo zobaczyć siebie w tej sytuacji. Trafiłem na taką piękną maksymę filozofa Gurdżijewa: "pamiętaj o samym sobie". Definiował to w ten sposób, że np. w tej sytuacji, w której teraz jesteśmy, czyli jestem ja i ty, rozmawiamy, jest jeszcze trzeci plan, o którym chyba rzadko myślimy. Ten trzeci plan polega na tym, że muszę sobie wyobrazić, jak "coś" ze mnie ulatuje, siada nieopodal i nas obserwuje. Powstaje takie 3D.
Wtedy jesteśmy my i tamten ty?
- Tak i tamten ja, czyli pojawia się jakaś głębia, coś więcej niż te nasze powłoki i nasze ego, które się tu zderza, jakieś kreacje, avatary, które stworzyliśmy i które muszą zrobić wywiad, sprzedać jakąś prawdę, tudzież nieprawdę.
Niedawno w "Guardianie" znowu przechwalałeś się swoim uwielbieniem dla szatana. Przypomnijmy argumenty, których używasz roboczo w tej sprawie. Cenisz sobie w szatanie niezależność, swobodę, wolność, coś pominąłem?
- Myślałem dwa dni temu o szatanie i gdzieś tam oczywiście Jezus, tak jak na kreskówkach, tutaj siedział na jednym ramieniu. Zastanawiałem się, skąd to uwielbienie, skąd ta celebracja właśnie tej czarnej strony i tych czarnych charakterów, bo one często są bohaterami naszych płyt, moich tekstów. I wpadłem na to, że żadna inna postać literacka nie wzbudza takich emocji. Człowiek ją wymyślił, opisał, żeby później w jej imię wywoływać wojny, zabijać, tworzyć, pisać etc. W tym kontekście szatan obok Jezusa konkurencji nie ma w żadnej mitologii, kulturze.
A dobro jest nudne?
- Literacko i w sztuce zdecydowanie tak. Kiedy oglądałem "Dynastię", to zdecydowanie bardziej uwielbiałem tę sukę Alexis niż przezroczystą Krystle, na widok której - żartując - rzygać mi się chciało.
Nie przeszkadza w tej twojej fascynacji szatanem to, że szatan to też nienawiść, zabijanie, po prostu zło?
- Nie przeszkadza mi to.
Bo?
- Bo to jest twoja definicja.
To jest definicja literacka, na którą się powołujesz.
- Jedna z wielu.
W twoich opowieściach ten szatan jawi się jak taki po prostu trochę niegroźny freak.
- Absolutnie nie. Moja wizja diabła jest dużo bliższa tej z poematów Micińskiego, Shelleya czy Miltona. W naszej muzyce, naszej twórczości szatan to jest bardzo konkretne narzędzie i bardzo konkretna metafora. Ja sam tego potrzebuję, tego archetypu, który działa na mnie bardzo motywująco i budująco. Powszechnie jest używany jako kozioł ofiarny ludzkich słabości, a moim zdaniem niesie ze sobą bardzo uniwersalne wartości. Hebrajskie Szeitan oznacza m.in. buntownika, ale też kogoś, kto zadaje pytania. Albert Camus, definiując człowieka, powiedział kiedyś: "Buntuję się więc jestem". Dla mnie to jest bardzo ludzkie, nasze, moje. Jestem tak zżyty z tym, że to, o czym mówię, może się wydawać jakimś rodzajem obsesji, ale dla mnie to narzędzie do artystycznego funkcjonowania.
Ten twój szatan jest bardzo podobny do szatana z "Mistrza i Małgorzaty", do Wolanda, który właściwie w Moskwie wprowadza ludzi w takie sytuacje, żeby się okazało czarno na białym, kim są.
- To prawda, obnaża fałsz, hipokryzję.
Ale w świecie religii katolickiej, do której też się odwołujesz, szatan to jest zło, kłamstwo, od prawdy jest Jezus. Tej tradycji nie przejmujesz, dla ciebie szatan taki nie jest?
- Nie, adaptuję tę interpretację chrześcijańską. No i mamy dwie strony barykady, a dla mnie jest oczywiste, że idę na tamtą. Oczywiście jest ten garb, który zbudowali tej postaci jego adwersarze, to jest ich narzędzie, potrzebne do tego, żeby antagonizmy mogły funkcjonować, żeby była wyraźna granica między czarnym i białym. Ok. Na gruncie literackim to jest szalenie inspirujące. Ale w życiu to byłoby straszne spłaszczenie cech naszej natury, tego kim jesteśmy. Nie jesteśmy czarno-biali.
Graliśmy niedawno na Syberii. Przyszła reprezentacja polskiego konsulatu, w towarzystwie głowy lokalnego Kościoła polskiego. Ktoś zasygnalizował, że są i czy mogą przyjść się przywitać. Dla mnie to było oczywiste, że jak przychodzi ksiądz, to ma krzyż na szyi, a ja z kolei na scenie zostawiłem to, co chciałem wyrzygać, to, co mnie boli, to, co...
Paliłeś krzyż, darłeś Biblię?
- Nie, tego nie było, ale jeżeli śpiewam "Christians to the Lions", czyli "Chrześcijanie do lwów", cytując cesarzy rzymskich, to stoi za tym konkretna myśl przecież, przekaz jest oczywisty. A za kulisami spotykam się z człowiekiem i szanuję, a on szanuje moją przestrzeń. Spotykamy się poza ringiem, pijemy razem wódkę, wznosimy toasty, za wszystkie najważniejsze rzeczy, życzymy sobie wszystkiego dobrego, bo tego życzę każdemu, potrafimy być totalnie ponad. Bo człowiek spotyka człowieka.
Pomału kończą ci się prowokacje antychrześcijańskie, paliłeś krzyż, darłeś Biblię, śpiewałeś pieśń pochwalającą mord na św. Wojciechu...
- Myślałem o tym.
I co dalej? Co jeszcze możesz zrobić w tym teatrze na scenie? Możesz dać się ukrzyżować i zejść z tego krzyża oczywiście.
- Nasza ostatnia płyta, "The Satanist", jest jak dotąd merytorycznie najbardziej radykalną rzeczą, jaką Behemoth popełnił. Nagrywamy dziesiąty album, a ja kręcę się cały czas wokół tego samego tematu, ale z drugiej strony nie analizuję tego. Jeżeli to wypływa ze mnie... Masz jakiś piękny mebel w domu, który cię inspiruje, który jest fajny, ale od czasu do czasu musisz zedrzeć z niego starą farbę, przemalować albo przestawić w inne miejsce. Po dwóch, trzech latach znowu zrywasz farbę, malujesz... ale to jest wciąż ten sam mebel.
Rozumiem, ale za każdym razem musisz szukać nowych środków i...
- Szukam, a to jest coraz trudniejsze...
Bo już większość bluźnierczych happeningów wykorzystałeś.
- To nie jest tak, że sobie otwieram Biblię bluźniercy i odfajkowuję kolejne punkty. Nie siedzę też z zespołem albo jakimiś piarowcami i nie zastanawiamy się, co zrobić, żeby znowu wzbudzić...
Wzmożenie religijne.
- Tak albo jakąś reakcję środowisk katolickich. Mam do tego prawo, łącznie z najgłośniejszym incydentem biblijnym. To jest scena, rekwizyt, za który zapłaciłem, stoi za tym jakaś myśl moja, bardzo, mam nadzieję, zwarta i bardzo konkretna.
A gdybyś stanął na ruchliwej ulicy i zrobił to samo?
- Nie zrobiłbym tego, absolutnie nie! Bo w tym momencie wkroczyłbym w wolność tych ludzi. Sam czuję jakąś niechęć do ludzi, którzy na ulicy głośno manifestują, np. palą tęczę, nigdy mnie nie interesowało branie udziału w tego typu happeningach.
Dlaczego nie spaliłbyś Biblii na ulicy? Żeby nie urazić uczuć religijnych innych ludzi?
- Bo zdaję sobie sprawę, że tak mogłoby się to skończyć. Nie mam w sobie jakiejś agresji do katolików, a to dla mnie byłby rodzaj agresji i ataku werbalnego. Dość bezpośredni.
Czyli nigdy cię nie kusiło, żeby w swoim stroju scenicznym pójść na uczęszczaną mszę?
- Świadomie unikam miejsc, w których mógłbym się zirytować, które mnie śmieszą czy nudzą. Tak samo jak nie idę do kina na film reżysera, którego nie lubię, tak samo nie chodzę do kościołów w czasie mszy. Chodzę, kiedy są puste, bardzo stare wtedy są najpiękniejsze.
Rozumiem. Ale jak już wchodzisz do takiego pustego kościoła, to podziwiasz czy szukasz jakiegoś ducha?
- Inspiracji... A może coś na mnie spłynie pewnego dnia.
Nie boisz się tego?
- Bynajmniej.
Bawi mnie w twojej biografii to, że pierwszą gitarę, którą potem wykorzystywałeś do sporu z Jezusem, kupiłeś za pieniądze z Pierwszej Komunii Świętej.
- Takie śmieszne, wykluczające się sprzeczności towarzyszą całemu mojemu życiu. Na każdym kroku to widzę, obcuję z tym i uwielbiam to robić.
Dojrzewasz?
- Od kilku lat mam wrażenie, że daję sobie i innym coraz większe przyzwolenie na błędy i np. na kompleksy. Nie wstydzę się tego, uśmiecham się do tego, jak coś mi bardzo przeszkadza w życiu albo przeszkadza moim bliskim, na których mi zależy, no to zaczynam nad tym pracować albo jakoś przerabiać, tak żeby nie wadziło za bardzo. Kiedyś byłem bardzo reaktywny.
Co to znaczy?
- Jeżeli jakieś słowo, gest mogą cię urazić i ty masz potrzebę natychmiastowej kontry. To jest słabość, czyli pewnie też jakieś kompleksy. I pracuję nad tym. Nie muszę zawsze kontrować. Jak jeździłem średniej klasy autem, to zawsze musiałem być pierwszy, chociaż bardzo źle jeździłem, szybko, brawurowo, niebezpiecznie. A kiedy sprawiłem sobie wymarzone, takie stylowe, bardzo fajne auto...
Jakie?
- Audi A5, całe w czarnym macie, przepiękne po prostu. I teraz jeżdżąc nim, odpuściłem. Po prostu wiem, że to jest prawdopodobnie najszybszy samochód na ulicy. Wystarczy mi świadomość, więc już nie muszę się ścigać, nie muszę być pierwszy, a jak widzę, że ktoś mi zajeżdża, to się po prostu uśmiecham. Żal mi ludzi, którzy robią niefajne rzeczy, niezależnie, czy jest to ulica, czy życie. Tak, współczucie i żal to uczucia, które ostatnio najczęściej odczuwam w konfrontacji z ludzką ułomnością...
Empatia...
- Empatia.
Starzejesz się.
- Dzięki Bogu! Żyjemy po to, żeby się dobrze czuć sami ze sobą. Bo z sobą samym będzie ci dobrze, to jak będzie jeszcze ktoś inny, a może kilka osób, mówię o przyjaźni, o rodzinie, to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wszystkim będzie dobrze.
Opowiedz mi coś o sumeryjskim bogu Nergalu. Czego to był bóg?
- To był bóg podziemia. Mąż bogini Ereszkigal. Strącony z niebios. To imię wybrałem sobie w wieku 15 lat, tak naprawdę niewiele wtedy o nim wiedziałem.
Ale to był bóg okrutny, zły czy szlachetny i dobry?
- Przedchrześcijańskie, pogańskie mitologie mają to do siebie, że nie było w nich takiego skrajnego podziału na dobrych i złych. Na tym polegała mądrość pogańskich politeistycznych religii, że potrzebowali bogów i każdy musiał odpowiadać za jakąś sferę życia, ale chodziło o to, żeby całość tego życia objąć i żeby je zaakceptować. Stąd świat bogów nie był spolaryzowany tak radykalnie na czarne i na białe. I to jest piękne.
A potem przyszedł Jezus, przyszedł Mahomet, i wszystko zepsuli.
- W telegraficznym skrócie. To była oczywista kastracja starożytnych mitologii i całego bogactwa, które niosły ze sobą. Chrześcijaństwo nie jest żadną oryginalną koncepcją, to tylko suma i konglomerat wcześniejszych mitów. Radykalnie uproszczonych... tak, by móc łatwiej kontrolować ludzi.
Piotr Najsztub. Dziennikarz, publicysta. Prowadzi program "Prawda nas zaboli" w TOK FM. Współpracuje z tygodnikiem "Newsweek". Jest współwłaścicielem warszawskiej restauracji Przegryź. Robi świetne wywiady oraz rosół.