MATERIAŁ promocyjny
Jakub Małecki (Fot. Radek Polak/ Materiały Promocyjne)
Jakub Małecki (Fot. Radek Polak/ Materiały Promocyjne)

Piotrek Banasik: To będzie trudna rozmowa, bo o wielu rzeczach nie możemy mówić – choćby dlatego, że nie chcemy robić spoilerów tym, którzy jeszcze "Korowodu" nie czytali i nie słuchali. Dlatego zacznę neutralnie: co udało Ci się ostatnio wypatrzyć przez Twoją lustrzankę i nowy obiektyw do podglądania zwierząt?

Jakub Małecki: Rzeczywiście, robienie zdjęć różnym zwierzakom i podglądanie życia, które nie wie, że je podglądasz, to dla mnie duża przyjemność, chociaż o samej fotografii to nie wiem prawie nic. Wczoraj obok mojego domu pojawiła się malutka sarenka z mamą, musiała się dopiero co urodzić, regularnie też, zawsze w tym samym miejscu, spotykam białego daniela, przepiękne, wielkie, tajemnicze zwierzę jak z baśni. Zawsze, kiedy go widzę, myślę sobie, że jak wrócę do domu będzie tam na mnie czekał jakiś list z Hogwartu albo coś takiego. Że te spotkania są po prostu nie z tego świata.

Lubisz tańczyć?

O rety… To trochę skomplikowane, bo niby nie – ale są takie sytuacje w życiu, że zmieniam się w takiego typowego wujka Staszka z wesela. To jest coś, co zupełnie nie pasuje do mojego charakteru, tak mi się wydaje. I nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Na jakichś większych imprezach chyba po prostu się stresuję, więc wypijam jakiś alkohol i później się nagle orientuję, że spocony, rozchełstany tańczę od pięciu godzin z jakimiś ciociami, babciami i tak dalej. Żona się ze mnie wtedy śmieje, ale mam wrażenie, że chyba mimo wszystko lubi mnie takiego, bo wtedy się trochę wyłaniam z tej swojej skorupy, w której przez większość czasu siedzę zamknięty.

A grasz na jakimś instrumencie?

Nie, nigdy nie grałem i muzyka nigdy też nie zajmowała w moim życiu jakiegoś ważnego miejsca. Słucham wprawdzie dość sporo, na przykład w samochodzie, pewnie tak jak większość ludzi, ale mam wrażenie, że korzystając z tych muzycznych aplikacji jestem w jakimś ogromnym pałacu, w którym czekają na mnie miliony pomieszczeń, a ja ciągle siedzę w dwóch lub trzech tych samych. Mam różnych ulubionych wykonawców czy zespołów, ale w ciągu roku pewnie przez większość czasu słucham w kółko tych samych kilkunastu utworów.

O taniec i muzykę pytam dlatego, że podczas czytania "Korowodu" wróciła do mnie fraza naszego noblisty: "wszystko było rytmem". Sam mówisz o tym, że wiesz, ile sylab powinny mieć słowa w tekście, żeby dobrze brzmiały. Czy w Twoim odczuciu literatura jest na swój sposób matematyczna?

Bardzo ciekawe, też o tym sporo myślałem. Mnie samego zaskakuje to, że przykładam tak dużą wagę do rytmu zdań, do formy, w jakiej książka jest napisana, a jednocześnie, tak jak już mówiliśmy, nie mam żadnej głębszej relacji z muzyką, nie chodzę na koncerty, nie zbieram płyt, nie interesuję się nowymi premierami i tak dalej.

Jakub Małecki, pisarz, z wykształcenia ekonomista (Fot. Radek Polak/ Materiały promocyjne)

Kiedy tak o tym myślę, to wydaje mi się, że "matematyczne" podejście do literatury bardziej jednak przeszkadza, niż pomaga. Czytałem sporo autorów, którzy wywodzą się ze świata nauki, a piszą powieści – i często te ich teksty były dla mnie trochę zbyt suche, jakby zbyt precyzyjne i na sztywno zaplanowane, co ostatecznie sprawia, że to w moim odczuciu nie jest dobra literatura, że czegoś jej brakuje. Może brak jakiejś naturalności i czegoś nieprzewidywalnego pozbawia pisanie pewnego piękna. Ale znam też autorów, którzy potrafią te dwie rzeczy – podejście "matematyczne" i literackie wyczucie – połączyć, i ich książki bywają wtedy urzekające.

Skąd więc wiesz, ile sylab powinno mieć kolejne słowo albo jak ustawiony akcent?

Prawdę mówiąc, nie wiem, skąd wiem. Próbowałem sobie to jakoś wytłumaczyć i rozpisywałem to na kartce albo w tabelkach, podejrzewając, że może wynika to z długości zdań, które poprzedzają to konkretne zdanie, albo że może jest jakiś inny ciąg przyczynowo-skutkowy, ale ostatecznie okazało się, że nie ma w tym żadnego innego powodu niż to, że coś mi "na ucho" brzmi dobrze albo nie brzmi dobrze.

Nawet czytając książki innych autorów mam czasami taki zgrzyt, że gdzieś powinno być dłuższe albo krótsze słowo, więcej sylab albo mniej – i nie stoi za tym żadna konkretna wiedza, tylko raczej intuicja, że powinno być tak, a nie inaczej. Nie potrafię tego wyjaśnić.

Dawid Ogrodnik, jeden z narratorów słuchowiska 'Korowód' (Fot. Łukasz Sokół/ Materiały promocyjne)

Wolisz porządek czy chaos w literaturze?

Chciałbym, chyba żeby u podstaw moich opowieści leżał pewien chaos, jakaś nieprzewidywalność, coś szalonego, a jednocześnie zależy mi na tym, żeby już w samym pisaniu, w stylu, zdaniach, konstrukcji był porządek i rytm, o który pytasz, a poza tym dbałość językowa. Wydaje mi się, że takie połączenie jakiegoś rodzaju szaleństwa i precyzji – oczywiście w odpowiednich proporcjach – może dawać dobrą literaturę.

Jako ekonomista z wykształcenia znasz się na tych proporcjach bardzo dobrze.

No może i tak, ale jeśli chodzi o pisanie, to myślę sobie, że moim jedynym nauczycielem były po prostu książki, które w życiu przeczytałem. A przeczytałem naprawdę wszystko, o czym tylko słyszałem, że jest trudne, długie, dziwne, nudne, wymagające, ambitne, szalone, oryginalne, napisane nietypowo i tak dalej. Ta masa książek, które znam, czytam i które od dziecka uwielbiam, pewnie w jakimś stopniu pozwoliła mi wyrobić sobie zdanie o tym, co jest w mojej ocenie dobrą literaturą, a co nie.

Forma czy treść?

Kiedy wyobrażam sobie dwie książki, z których jedna ma ciekawą, wciągającą fabułę, ale jest napisana nieudolnie, niezręcznie i tak, że nie wierzę w ani jedno zdanie, a w drugiej przez dwieście stron prawie nic się nie dzieje, tylko ktoś siedzi i na przykład pije herbatę, ale jest ona przepięknie, fascynująco i oryginalnie napisana – to ja jestem za tą drugą.

Co Ci się ostatnio śniło? Mam takie wrażenie, że ten motyw snu gdzieś przewija się w Twoich historiach i często jest przetwarzany na różne sposoby. Karczma na Bałtyku pojawia się w tle jednego z wcześniejszych opowiadań, a w "Korowodzie" tworzy pewną oś fabularną.

To ciekawe, że zwracasz uwagę akurat na ten motyw, bo rzeczywiście to chyba jedyny mój sen, który później znalazł się w książce. Głównie pewnie dlatego, że moje sny po prostu nie mają ładu i składu, wszystko tam jest pomieszane i zwariowane. O tej karczmie na zamarzniętym Bałtyku musiałem gdzieś usłyszeć albo przeczytać i chyba dość mocno utkwiło mi to w głowie, skoro później zacząłem o niej śnić, i pojawiła się w opowiadaniu, a potem wreszcie w pierwszej scenie "Korowodu".

Jakub Małecki (Fot. Radek Polak/ Materiały promocyjne)

Tworzysz w ten sposób swoje literackie uniwersum.

No, pewnie raczej takie mini-mini-uniwersum. Lubię czasami swoje powieści łączyć, ale bardzo cieniutkimi niteczkami. Na przykład w "Święcie ognia" bohaterki nazywają się tak samo jak bohater "Dygotu", wymyśliłem, w jaki sposób są spokrewnieni, a w pierwszej wersji książki Nastka i Łucja nawet wspominały swojego dalekiego krewnego, albinosa, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale ostatecznie uznałem, że to do tej książki nie pasuje, i nic do niej nie wnosi. To są właśnie zwykle takie drobiazgi, na które pewnie większość czytelników nie zwróci uwagi.

W ogóle mam wrażenie, że różne tęsknoty, obsesje, to jest duża część moich książek. Że w pisaniu pomaga mi to, co w życiu mi normalnie przeszkadza. Ta właśnie jakaś ogromna tęsknota nawet nie za czymś, ale do czegoś, i wszystkie moje słabości. Czasami się mówi "rosnąć w siłę", a ja o jednym z moich bohaterów napisałem, że "rośnie w słabość". I tak się właśnie czuję.

Sam "Korowód" miał dość nietypową akcję promocyjną: na okładce nie było żadnego blurba, nie rozsyłaliście jej z wydawnictwem do krytyków i recenzentów… W pierwotnej wersji miała być nawet zafoliowana, żeby nie dało się zajrzeć do środka. O równolegle wydanym audiobooku na Empik Go  opowiedziałeś w dniu premiery. Rozumiem Twoją niechęć do akcji promocyjnych, ale to chyba krok za daleko?

Dla mnie jedną z największych przyjemności w czytaniu jest, to kiedy idę do antykwariatu, kupuję książkę, o której nic nie wiem i która nie ma na okładce żadnej grafiki ani opisu, a potem wracam do domu z tą wielką tajemnicą i zaczynam czytać. Dopiero wtedy dowiaduję się, w jakich jestem czasach, w jakim miejscu, w jakiej historii, i to jest dla mnie niesamowite. Pomyślałem, że może część czytelników moich książek też lubi to doświadczenie, dlatego zdecydowaliśmy się z wydawcą na tak nietypową formę, w jakiej ukazał się "Korowód".

Ale też zależało nam, żeby każdy czytelnik miał wybór, bo jeśli ktoś lubi wiedzieć, co to za książka, którą trzyma w ręku, to z tyłu na okładce jest taki mały kod QR, który można zeskanować i który prowadzi do strony internetowej poświęconej tej powieści.

Wyobrażam sobie, że nie jest łatwo namówić wydawnictwo na promocję produktu przez – bądź co bądź – brak promocji.

Na początku ludzie z wydawnictwa chyba się zastanawiali, czy to na pewno dobry pomysł, ale po lekturze "Korowodu" wszyscy już byli na tak. Wydaje mi się, że akurat w przypadku tej książki streszczanie jej czy przybliżanie treści w opisie może w dużym stopniu popsuć radość z lektury i odkrywania tej historii.

 

Ja przeczytałem książkę niedługo po premierze, a teraz jestem świeżo po wysłuchaniu audiobooka przygotowanego przez Empik Go. Słuchałeś już tej interpretacji?

Muszę się przyznać, że ja w zasadzie nigdy w życiu nie przesłuchałem żadnego audiobooka. Natomiast w przypadku "Korowodu" od początku było wiadomo, że Empik Go realizuje jakąś wielką superprodukcję, że to będzie coś innego niż po prostu audiobook. I akurat, kiedy dostałem pliki z gotowym nagraniem całości, jechałem gdzieś daleko samochodem, miałem dużo czasu i włączyłem to sobie. I muszę powiedzieć, że byłem zachwycony. Cała ta oprawa muzyczno-dźwiękowa jest tak bogata, że czułem się, jakbym oglądał film w kinie. Lektorzy, interpretacja, efekty, wszystko tam robi moim zdaniem niesamowite wrażenie.

To wybitni fachowcy, jak choćby Krzysztof Gosztyła – legenda polskich słuchowisk, świetny Jakub Gierszał czy moja ulubiona aktorka, Karolina Gruszka.

Tak, i jeszcze Dawid Ogrodnik. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że oni wszyscy biorą w tym udział. A co do Karoliny Gruszki, to marzyło mi się, żeby dwie części książki, opowiadające losy tej samej bohaterki, ale w bardzo różnych etapach jej życia, czytała jedna osoba. I moim zdaniem Karolina Gruszka zrobiła to przepięknie, jej fragmenty to chyba w ogóle moje ulubione części tego słuchowiska.

Każdy z aktorów dokonuje własnej interpretacji swojej postaci, Ty jednak jesteś jeden – i musisz zidentyfikować się z każdym ze swoich bohaterów. O ile rozumiem, że nie miałeś problemu z częścią autobiograficzną, to jak wchodzisz w rolę piętnastoletniej Barbary?

Zawsze mnie to trochę dziwiło, że teoretycznie dość łatwo pisze mi się narracje kobiece czy nawet dziewczęce. Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, bo nic z mojego życia tego nie tłumaczy. Dorastałem raczej w otoczeniu mężczyzn, mam dwóch braci, całą młodość spędziłem na osiedlu z kolegami na ławce. I sam nie rozumiem, dlaczego aż tak bardzo ciągnie mnie akurat do takich tematów, do takiej atmosfery w książkach, czy do takich postaci. Taki się po prostu chyba urodziłem, nie mam na to innego wyjaśnienia.

Jakub Małecki (Fot. Radek Polak/ Materiały promocyjne)

W Twoich tekstach pojawia się też Twoje alter ego – jesteś bardziej jak Orhan Pamuk, którego awatar spaja całą historię, czy raczej jak Hitchcock, który pojawieniem się na ekranie nadaje sygnaturę swoim dziełom?

Nie wiem, nie myślałem raczej o tym w ten sposób. Bohater o nazwisku Jakub Małecki pojawia się w "Korowodzie", bo jego wątek idealnie moim zdaniem pasuje do tej historii – i to chyba jedyny powód, dla którego go wprowadziłem. Ale jestem też przekonany, że to się nigdy więcej nie wydarzy, bo ta książka jest tak intymna i tyle tam o sobie powiedziałem, że więcej już po prostu się nie da.

Nie chcę bawić się w terapeutę ani zanadto psychologizować – ale może to był Twój pomysł na oswojenie swoich lęków? Jaki kształt ma Twój Kształt?

Obiecałem sobie, że akurat o tym nie będę nigdzie publicznie mówił, ale też, żeby tak zupełnie nie unikać odpowiedzi, to powiem tylko, że moja żona po lekturze "Korowodu" skomentowała tę książkę słowami: "Rozumiem, że chciałeś właśnie to opowiedzieć, więc w porządku".

Marta dowiedziała się czegoś nowego o Tobie z tej książki? To pytanie o to, jak dalece się odsłoniłeś przed czytelnikami.

O większości z tego, co opisałem w "Korowodzie", rozmawialiśmy już wiele razy, ale nie wiem, być może coś mogło ją jednak zaskoczyć. Natomiast w tej części biograficznej prawda miesza się z fikcją i to daje mi jakieś tam poczucie bezpieczeństwa, bo nie muszę nikomu mówić, który fragment wydarzył się naprawdę, a który nie.

W jaki sposób teraz czytasz świat?

Czytanie jest dla mnie czymś niesamowicie ważnym i nie wyobrażam sobie nie czytać, żyć tylko w swoim życiu i w żadnym innym. Podejrzewam, z czego to wynika, w każdym razie zawsze staram się mieć na wyciągnięcie ręki ten inny świat, to życie inne niż moje. Jakiś czas temu miałem zresztą taki zwyczaj, że nigdy nie kupowałem sobie książek na zapas…

Podziwiam.

Ale już z tego złego zwyczaju zrezygnowałem. Natomiast bywało tak, że kiedy wieczorem kończyłem czytać książkę, to prędko wsiadałem na rower czy do samochodu, jechałem do czynnego jeszcze Empiku i kupowałem sobie kolejną – bo nie wyobrażałem sobie pójść spać i nie być, chociaż troszeczkę w tym jakimś innym świecie oprócz mojego.

Zawsze tak było?

Chyba tak. Kiedy opublikowałem pierwszą książkę, kiedy pojawiały się jakieś wywiady i tak dalej, moi koledzy osiedlowi z Koła przypominali mi, że w dawnych czasach lubiłem zadawać im jakieś abstrakcyjne pytania – siedzieliśmy na ławce i nagle pytałem: "A gdyby teraz zza bloku wyszedł lew, to co byście robili?". Oni zresztą tym faktem, że wydałem książkę, byli zaskoczeni chyba tak samo mocno jak ja.

Pamiętam też ten wspaniały moment, kiedy wyrobiłem sobie kartę biblioteczną i dotarło do mnie, że mogę zupełnie za darmo wziąć książkę – albo nawet kilka – i po prostu zabrać ją do domu, przeczytać, a potem przyjść po kolejne. Wydawało mi się, że to jest niemożliwe. Wyszedłem wtedy z tej biblioteki i patrzyłem na mijających mnie ludzi, przekonany, że oni na pewno nie wiedzą, że jest taka możliwość. Że można w tym budynku za darmo pożyczać książki, ile się chce. Bo przecież gdyby wiedzieli, to by tu wszyscy przybiegli… Do dzisiaj się nie przyzwyczaiłem, że coś tak niesamowitego jest na wyciągnięcie ręki.

Moja mama była bibliotekarką, więc wychowywałem się między bibliotecznymi regałami. Przychodziłem po szkole i siadałem gdzieś w kącie i czytałem, co mi wpadło w ręce – często książki dla mnie za trudne albo nieodpowiednie. Ale to zaszczepiło we mnie miłość do czytania.

Ja na początku czytałem same książki przygodowe, Karola Maya, Juliusza Verne’a, Jacka Londona i tak dalej… Wielkie przygody i wielkie awantury. Ale pamiętam, jak wziąłem z półki jedną z niewielu książek, które mieliśmy w domu. To byli "Nędznicy" i zupełnie nie spodziewałem się, co ta książka ze mną zrobi. Nie miałem pojęcia, że czytanie może być takie… bolesne, smutne. To był chyba pierwszy przypadek, kiedy książka zrobiła ze mną coś innego niż tylko dała mi frajdę, przyjemność. A potem powoli pojawiła się cała ta ogromna paleta różnych emocji, które mogłem odnajdować w czytaniu.

"Korowód" wciągnął mnie na tyle mocno, że przeczytałem go w jeden dzień – chociaż na swój użytek nazywam ten rodzaj literatury "niespieszną". W jednej z recenzji przeczytałem jednak inny termin: literatura introwertyczna. Jak sam byś nazwał to, co robisz?

Nigdy nie spotkałem się z tymi terminami, ale "literatura introwertyczna" mi się podoba – bo chyba rzeczywiście taka jest. I ja taki jestem.

A jeśli już jesteśmy przy nazywaniu książek, to ja na przykład jestem zachwycony tym, że moje książki stoją w księgarniach na półce "literatura piękna". Literatura piękna... Nie mógłbym sobie chyba wymarzyć wspanialszej nazwy.

embed

Okładka książki w wydaniu papierowym. Fot. Materiały Promocyjne

Jest jeszcze jedno słowo: w jednej z recenzji pani skarżyła się, że na początku zabrakło jej "małeckości". Znasz definicję?

Jakiś czas temu usłyszałem, że jest taki hasztag na jednym z portali społecznościowych, ale co się pod nim kryje, to w sumie nie wiem, chyba to jest bardziej pytanie do moich czytelników. Mi aż dziwnie jest wypowiadać to słowo…

Jakub Małecki (Fot. Radek Polak/ Materiały promocyjne)

Natomiast to jest dość ciekawe, bo jeśli istnieje ta cała "małeckość", czyli jakiś mój charakterystyczny styl, to wyobrażam sobie, że wielu czytelników chciałoby go widzieć w kolejnych książkach, jak ta pani, o której wspominasz, ale też wielu czytelników chciałoby dostawać zawsze coś innego, jakąś niemałeckość. Choć tak, jak mówię, dla mnie w ogóle jest czymś niewiarygodnym to, że o tym w ogóle rozmawiamy, że tyle ludzi czyta moje książki, że powstają specjalne hasztagi. I tym, że ja w ogóle udzielam jakiegoś wywiadu…

Marzy mi się konstruować książki i używać języka w taki sposób, żeby po lekturze czytelnik mógł powiedzieć: "czegoś takiego jeszcze nie znałem", i że do niczego konkretnego nie może tego porównać. Staram się szukać ciekawej i innej formy, ale która jednocześnie nie będzie męcząca czy przekombinowana. Napisałem kiedyś opowiadanie złożone tylko i wyłącznie z liścików, które pewna dziewczynka, potem dziewczyna, kobieta i staruszka wysyła z balonem do nieba w rocznicę urodzin swojego zmarłego ojca. I całą jej historię poznajemy właśnie z tych liścików. Marzy mi się opowiadanie historii właśnie w taki zwyczajny-niezwyczajny sposób.

Moje ulubione zdanie ze studiów brzmi: "redakcja jest redukcją", co z kolei kojarzy mi się z tym, jak napisałeś kilkaset stron swojej pierwszej książki, która po redakcji stała się krótkim opowiadaniem.

To prawda, ale wtedy nie było mi wcale zbyt wesoło. Porzuciłem pracę w banku i miałem wreszcie ten upragniony wolny czas, czyli jedyne narzędzie, jakiego mi brakowało w pisaniu, więc rzuciłem się do pracy i po kilku miesiącach okazało się, że jestem bardzo niezadowolony z tego, co napisałem. Cała książka trafiła do kosza. Ale i później też wiele razy zdarzało mi się usuwać dziesiątki stron. W moim przypadku to jest chyba nieodłączna część pisania. Zazwyczaj książka, która trafia ostatecznie do księgarni, jest znacznie krótsza niż jej pierwsza ukończona wersja.

Robisz notatki na marginesach, kiedy masz jakieś zdanie, które chcesz sobie zapamiętać? Pytam, bo moja rodzinna legenda mówi, że tak poznali się moi rodzice – tata przyniósł do biblioteki książkę, z której musiał gumkować swoje notatki, bo mama nie chciała jej przyjąć.

Co za wspaniała historia, jak z filmu. Zdarza mi się, że coś sobie zapisuję, ale najczęściej chyba robię telefonem zdjęcia fragmentów, które mi się podobają. Dużo też zapamiętuję, często są to zdania otwierające powieści, ale też jakieś wspaniałe inne rzeczy ze środka, i bywa tak, że jak jadę gdzieś autem, idę na spacer i tak dalej, to sobie je przypominam, nawet mówię na głos. Czasami mi się wydaje, że mam głowę wytapetowaną od środka setkami takich pięknych, zapamiętanych zdań.

Materiał promocyjny Empik Go