Od jak dawna ubierasz mężczyzn?
- Odkąd pamiętam. Dwie dekady temu przyszedłem do dużych zakładów odzieżowych jako główny projektant. Wtedy tak naprawdę zaczęła się moja przygoda z męskim krawiectwem.
Zawsze wiedziałem, że chcę robić modę dla mężczyzn. Dziś projektować chcą wszyscy. Ja jako mały chłopiec zdecydowałem się zostać krawcem, a z czasem projektantem. To była wzajemna miłość.
Jak na przestrzeni lat zmieniał się wizerunek polskiego mężczyzny? Czym współczesny trzydziestolatek różni się od tego z początków transformacji?
- Dawniej mężczyźni mniej przyglądali się temu, co jest na Zachodzie. Bazowali na własnym guście, ewentualnie na tym, co im ktoś doradził. Dzisiaj - przede wszystkim za sprawą wszechpotężnych mediów - są na bieżąco. Polakom zależy na dobrym wyglądzie, więc śledzą to, co się dzieje na rynku, podpatrują, jak ubierają się Włosi, Francuzi, Anglicy. I korzystają z tego.
Rynek mody męskiej bardzo ruszył do przodu. Kiedyś się mówiło, że ubranie jest wizytówką człowieka, ale było to niewiele znaczącym sloganem. Dziś mężczyźni już wiedzą, że porządny garnitur i dobrze skomponowana garderoba pomaga, nie tylko w pracy.
Zacząłeś projektować w bardzo młodym wieku. Mając 17 lat odebrałeś pierwszą branżową nagrodę. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz te początki?
- To była dla mnie niesamowita przygoda. Jak sobie o tym dzisiaj myślę, to wydaje mi się to wręcz nieprawdopodobne, że młoda osoba trafia do wielkiej fabryki i dostaje na wejściu tak gigantyczny kredyt zaufania. Proszę sobie wyobrazić: 3000 ludzi, 5 zakładów, na samej wzorcowni 100 osób. I niedoświadczony projektant, który realizuje swoje wizje. To brzmi jak bajka, a jednak się wydarzyło.
Judyta Fibiger, która zrealizowała film dokumentalny o mojej pracy ["Before the Show" - przyp. red.], miała to szczęście, że mogła wejść do głównej siedziby firmy tuż przed jej likwidacją. W dokumencie są sceny pokazujące jak odwiedzam tę starą wzorcownię, w której pracowałem. Dziś jest w tym samym stanie, co dawniej, tyle że nie ma już w niej ludzi, maszyn i życia. Jest to bardzo ważna część mnie i mojego doświadczenia. Ale filmem Judyty zamknąłem pewien etap mojej twórczości i biegnę do przodu.
Jak krawiectwo na miarę, które dziś proponujesz, wypada na tle tego z lat 90.?
- Zmieniły się tkaniny, ale wiedza i podstawy tej sztuki są nadal takie same. To jest trochę jak z marszandem. Im człowiek dłużej siedzi w sztuce, tym większego doświadczenia nabiera. Tkaniny się zmieniają, podobnie sposób wykończenia ubrań, ale podstawy pozostają.
Kiedyś krawiectwo miarowe wyglądało inaczej. Nie było tylu sklepów z ubraniami i znajomość z krawcową była pożądana. Ludzie dbali też bardziej o odzież, nosili ją latami. Szycie na miarę pozwalało ubraniom wolniej się starzeć. One zupełnie inaczej "pracowały". Dziś się do tego wraca.
Twój start w świecie mody to współtworzenie marek należących do innych. Kiedy poczułeś, że przyszedł czas założyć coś swojego? Coś, z czym będziesz się mógł w pełni utożsamić?
- Jeszcze działając na Śląsku poczułem, że za chwilę chcę pójść dalej i robić własne rzeczy. To się w naturalny sposób we mnie wykształciło.
Wtedy to było trudniejsze niż teraz?
- To były inne czasy. Na przykład publikacje naszych projektów w kolorowej prasie były czymś niesłychanie oczekiwanym. Nadal lubimy, kiedy nasze rzeczy pojawiają się w sesjach, albo noszą je znane osoby, ale nie ma już takiej presji. Nie służy to bezpośrednio sprzedaży.
Pamiętam, że kiedyś podawałem numer telefonu, drukowali go w gazecie i ludzie do mnie dzwonili. W 1996 roku sprzedałem w ten sposób 18 dużych balowych sukni! To kompletnie inaczej działało. Nie było Internetu, ukazywało się tylko kilka kolorowych luksusowych magazynów. Startowała wtedy "Viva!", były magazyny "Pani" i "Twój Styl". To były nasze podręczniki, z których czerpaliśmy wiedzę o modzie.
Nie przyszło ci wtedy na myśl, żeby wyjechać za granicę?
- Myślałem o zagranicznych studiach. Wymarzone Central Saint Martins w Londynie było jednak dla mnie nieosiągalne pod względem finansowym. Dostałem też fajny prezent od losu, bo studiowałem "na żywo". Praca, którą tak wcześnie zacząłem, okazała się najlepszą szkołą. W tym sensie można powiedzieć, że kształcę się cały czas.
Zawsze ważne było dla ciebie przekraczanie ograniczeń w projektowaniu, myślenie o modzie jako o dziedzinie, która łączy się z innymi gałęziami kultury. Efektem takiego podejścia był między innymi pokaz kolekcji "Hugenoci" z 2008 roku. W Teatrze Wielkim pokazałeś film mody z Charlotte Rampling. To była w Polsce nowość.
- Wydaje mi się, że byłem pierwszym rodzimym projektantem, który pokazywał modę w takim ujęciu. Powstawała scenografia, która korespondowała z aurą kolekcji. Pokaz "Hugenotów" zorganizowałem z okazji 15-lecia mojej marki. To było wtedy zupełnie nowe działanie.
Po raz pierwszy pokazałem film modowy, w Polsce nikt nie znał tego gatunku. Zgodziła się w nim wziąć udział wybitna aktorka - Charlotte Rampling. Obraz został zrealizowany z fotografkami Magdą Wunsche i Agnieszką Samsel. Ten pokaz bardzo ludzi zaskoczył. Raz, że samo miejsce było wyjątkowe, a dwa, że to był inny sposób prezentacji kolekcji. Dziś widzę, że do tego pokazu się wraca i cieszę się z tego.
Warto było.
Twoja marka rozwija się od ponad dwudziestu lat. Jesteś jednym z niewielu projektantów, którzy dziś proponują klientom ubrania szyte na miarę. Czy taką formę krawiectwa można nazwać współczesnym luksusem?
- Na całym świecie ludzie zaczynają powoli doceniać zindywidualizowane podejście do ubrań. Wielkie domy mody przejmują małe pracownie rękodzielnicze, które kultywują techniki, których dziś już nikt się nie uczy. Mam tu na myśli na przykład słynną hafciarnię Le Sage'a, która została wykupiona przez dom mody Chanel. To taka dbałość o tradycję i dziedzictwo narodowe. Za dwadzieścia czy trzydzieści lat może się okazać, że pewne techniki będą na wymarciu, bo nikt nie będzie ich przekazywał kolejnym pokoleniom.
Dziś luksusem jest to, że dana rzecz jest wykonywana ręcznie, przez człowieka, a nie maszynę. Zaczynam dopiero teraz doceniać tę wiedzę, którą posiadam. Ale też ciągle się uczę. Przy okazji opracowywania najnowszej kolekcji "Bukovina" miałem okazję odwiedzić Zofię Karpiel, zwaną królową Podhala. Pani Zofia poznała mnie z osobami, które wykonują ręcznie te wszystkie rzeczy, które się na Podhalu nosi. Osoby żyjące w innych miejscach kraju mogą to nazywać cepelią, ale dla mieszkańców regionu te ręcznie szyte ubrania są zarówno codziennym strojem, jak i ważnym elementem kultury. Odwiedziłem krawcowe, które mają po 80 lat i haftują w tak piękny sposób, że gdyby Karl Lagerfeld do nich przyjechał i to zobaczył, to jestem przekonany, że absolutnie by się tym zachwycił.
Moim osobistym luksusem jest to, że potrafię porządnie skroić, wyhaftować i uszyć daną rzecz. Mam też głód, żeby jeszcze bardziej zgłębiać te "wymierające" tajniki projektowania.
A czym, według ciebie, jest dziś w Polsce luksus?
- Jeżeli dla kogoś luksusem jest wizyta w sklepie Vitkac i kupno drogich, markowych ubrań, to ja to szanuję. Natomiast są ludzie, dla których luksusem jest to, że dana rzecz została wykonana specjalnie dla nich, na miarę. Oczywiście, wymaga to zaangażowania obu stron. Klient czy klientka musi poświęcić temu czas i przyjść na przymiarki. W Polsce mamy do tego dostęp. Mogę podać dla przykładu pracownię obuwniczą Kielmana, która tak samo robi buty dziś, jak robiła je dawno temu.
Ludzie, którzy decydują się na indywidualne zamówienia czują, że otrzymują coś wyjątkowego. Kiedy mój klient wkłada marynarkę zaprojektowaną specjalnie dla niego, wygląda w niej idealnie. To jest tak jak z dobrą kuchnią. Szukamy na mieście dobrych restauracji i kucharzy, i jak trafimy na tego, który ma dobry gust i smak, to chętnie do niego wracamy.
Ubierasz całe pokolenia?
- Najczęściej zdarza mi się to w sytuacji, kiedy jest ślub i przychodzą do mnie pan młody, jego tata, bracia i dziadek. Wtedy ubieram całą rodzinę. Później oni do mnie wracają już pojedynczo i zawsze jest to dla mnie ogromna przyjemność ponownego spotkania z klientem.
Przed chwilą był u mnie klient. Przymierzył koszulę i stwierdził, że musi donosić kilka swoich starych koszul, ale do swojej garderoby będzie teraz dokładał już tylko to, co uszyje u mnie na miarę. Ja go rozumiem, bo sam uszyłem sobie dwa lata temu koszulę i jestem do niej bardzo przywiązany. Wykonałem ją z wysokiej jakości włoskiego lnu i mogę przysiąc, że za trzy sezony nadal będzie wyglądała świetnie. Jeśli kupiłbym sobie taką koszulę w sieciówce, to po pierwszych wakacjach musiałbym ją wyrzucić.
Klienci, którzy do mnie przychodzą, muszą na początku poświęcić trochę czasu na przykład na zdjęcie miar, ale to owocuje później tym, że przestaje dla nich istnieć problem typu: "Co ja mam na siebie włożyć". Biorą taką koszulę z wieszaka i nie muszą dalej myśleć.
A przychodzą do ciebie mężczyźni po porady: co i do czego dobrać?
- Ubieram kompleksowo panów, i to jest o tyle wygodne, że później mają oni po pięć garniturów w szafie, do tego dziesięć koszul, dwie sportowe marynarki, dwie pary casualowych spodni i problem z głowy. Bo mają bezpieczne ubrania, dopasowane specjalnie do ich sylwetki, w których zawsze będą się świetnie prezentować. Jeżeli klient stworzy sobie u mnie raz taki zestaw, to później będzie go miał na lata.
Polacy są trudnymi klientami, czy otwierają się na nowości?
- Różnie z tym bywa. Są tacy, którzy do mnie przychodzą i wiedzą, czego chcą. Ale też tacy, którym trzeba poradzić. Mam też klientów, których coraz trudniej zaskoczyć, bo tak się rozeznali we wzorach i fasonach. Ale to jest dla mnie bardzo miłe uczucie.
Między innymi dla takich nienasyconych nowości klientów zaprojektowałeś wnętrze samochodu Škoda Superb . Czy to jest przejaw dążenia do indywidualizmu, kiedy decydujemy się na wybór samochodu z wnętrzem twojego projektu?
- Absolutnie tak. Ludzie, którzy nasycili się już pewnymi ogólnodostępnymi dobrami, w naturalny sposób skręcają w stronę rzeczy zindywidualizowanych. To się tyczy mieszkań, łodzi i właśnie samochodów. Można to nazwać luksusem życia szytego na miarę.
Po raz pierwszy pracowałem przy takim projekcie.
Towarzyszył temu stres, bo nie wiedziałem, jaki będzie finalny efekt. Jest jednak w Polsce firma Carlex, która znajduje się w Bielsku-Białej i potrafi rozpruć całe auto. Wyjąć z niego wszystko w taki sposób, żeby dopasować mój projekt do wnętrza. To była dla mnie świetna przygoda. Wszystko zostało ręcznie uszyte ze skóry.
Projekt dla Škody jest spójny z kolekcją "Bukovina" na jesień/zima 2015?
- Praca nad kolekcją to jest proces twórczy, który trwa mniej więcej trzy miesiące; człowiek zbiera pewne inspiracje i wrażenia, a później przetwarza to na projekt butów albo spodni. Później, w trakcie szycia, też pojawiają się pewne korekty, organizowane są przymiarki. A finałem jest pokaz. I podobnie było z projektowaniem wnętrza samochodu.
Najpierw pojechałem ocenić, co da się zrobić. Okazało się, że można prawie wszystko, więc później były przymiarki, aż w końcu powstał finalny produkt. Przy tym projekcie najbardziej zależało mi na pokazaniu możliwości, które kryje w sobie rzemiosło.
Inspiracją do kolekcji "Bukovina" było Podhale, na które pewnego razu zabrała mnie Dorota Williams. Ja się absolutnie zachwyciłem tamtejszą przyrodą i ludźmi. Chciałem to zinterpretować na swój sposób. Stąd i nazwa kolekcji. Zresztą zdradzę, że w przyszłej kolekcji chcę to kontynuować i jeszcze głębiej czerpać z naszego dziedzictwa. Badać nowe, nieznane dotąd obszary.
Nie lubisz, kiedy coś cię ogranicza, prawda?
- Kiedyś, na początku kariery, powiedziałem mojej nauczycielce, że nie da się zrobić tego, o co mnie poprosiła. Odpowiedziała: - Nie da to się nożyczek otworzyć, ale nie powiem ci już gdzie . Wszystko się da! Tylko trzeba cierpliwości. Nie lubię ludzi, którzy nie wierzą w siebie i mówią, że z czymś jest problem. Jeśli się nie da, to trzeba znaleźć na to rozwiązanie.
Kiedy przychodzi do mnie nowy klient o trudnej sylwetce, to czasem powtarzamy przymiarki po kilka razy, aby uzyskać właściwy efekt. Potem, gdy widzę dobrze skrojony garnitur, mam ogromną satysfakcję. Podobnie klient, który pierwszy raz ma na sobie dobrze skrojoną marynarkę. Projektowanie to takie ciągłe rozwiązywanie zagadki, które sprawia mi przyjemność.
Tomasz Ossoliński . Krawiec i projektant, artysta i rzemieślnik. W wieku 18 lat objął stanowisko głównego projektanta w największych zakładach odzieżowych w Polsce. Tam zdobył szlify pod okiem najlepszych krawców oraz konstruktorów. Od dwudziestu lat szyje garnitury na miarę oraz projektuje suknie wieczorowe. W jego kreacjach dwukrotnie wystąpili Polacy nominowani do Oscarów - Hanna Polak oraz Agnieszka Holland i Robert Więckiewicz. Wielokrotnie nagradzany m.in. w Elle Style Awards oraz w Polskim Konkursie Reklamy KTR. Od lat tworzy też kostiumy dla opery i teatru. Współpracował przy "Traviacie" w reżyserii Mariusza Trelińskiego oraz wielu spektaklach Teatru Polonia i Och-Teatru. Słynie z organizacji niezwykłych pokazów mody, które zawsze wykraczają poza ramy zwykłego towarzyskiego wydarzenia. Do dziś wspomina się kolekcję "Godziny", "Libertyn" czy "Babel".
Magdalena Linke . Historyk sztuki, studentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim i brytyjskiego prawa w British Law Center, University of Cambridge. Założycielka portalu o prawie, biznesie i modzie Sezon Mag. Uczestniczka warsztatów Fashion Writing i laureatka głównej nagrody Kick into Fashion Industry na festiwalu Art & Fashion by Grażyna Kulczyk w Poznaniu. Pracowała w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Desie Unicum S.A. i magazynie "Art & Business". Publikuje na łamach "Zwykłego Życia", "Fashion Magazine", "Label", "Elle" i vumag.pl.