Wyprawa 'w szortach' na Śnieżkę

Wyprawa 'w szortach' na Śnieżkę (fot: Michał Wawrzonek)

społeczeństwo

Morsowanie górskie albo w wodzie? "Nie możemy dopuścić do tego, żeby zwyciężyło ego"

- Wystawianie swojego ciała na działanie zimna jest ekstremalnym doświadczeniem. Po jakimś czasie przestaje się je czuć, robi się przyjemnie, błogo. Może nam się wydawać, że jesteśmy znieczuleni, że nic nam nie zagraża, tymczasem tak nie jest - mówi Agnieszka Jurewicz, która morsuje od 11 lat.

Górskie morsowanie i ponadtrzygodzinna wyprawa na szczyt Babiej Góry tylko w szortach mimo 14-stopniowego mrozu i drugiego stopnia zagrożenia lawinowego skończyły się stanem ciężkiej hipotermii. W sobotę 16 stycznia kobieta została przewieziona przez ratowników GOPR do szpitala. Pozostali morsujący ledwo zeszli o własnych siłach. Następnego dnia ratownicy GOPR uratowali innego wyziębionego turystę - przebywał na zielonym szlaku pomiędzy Malinowską Skałą a Zielonym Kopcem w Beskidach. Miał krótkie spodnie.

Agnieszka Jurewicz, która w Kudowie-Zdroju koordynuje grupę morsów Fun Mors, organizuje morsowanie wodne, ale i wycieczki w szortach w Błędne Skały, porównuje uczestników wyprawy na Babią Górę do turystów wchodzących na Giewont w klapkach albo w szpilkach.

Morsowanie noworoczne w Gdańsku (fot: Michał Ryniak/ Agencja Gazeta)
Morsowanie noworoczne w Gdańsku (fot: Michał Ryniak/ Agencja Gazeta)

- Pozamykano siłownie, parki linowe, nie można skakać na bungee. Ludzie szukają silnych wrażeń gdzie indziej, chcą przeżyć coś ekstremalnego. Morsowanie jest tego typu doświadczeniem - to silny zastrzyk endorfin, adrenaliny. Wejście do zimnej wody to ogromne przeżycie, podobnie jak chodzenie po górach w szortach. Ludzie często mówią, że czują się wtedy, jakby byli na haju. Po jakimś czasie przebywania na zimnie przestaje się je czuć, robi się przyjemnie, błogo. Może nam się wydawać, że jesteśmy znieczuleni, że nic nam nie zagraża, tymczasem tak nie jest, bo może się okazać, że już zaczynają nam się robić na przykład odmrożenia - tłumaczy.

"O czwartej nad ranem obudziłam się z bólu"

Krystyna zaczęła morsować w listopadzie. Jak przyznaje - z nudów. Ma 22 lata, jest zdrowa. Do morsowania namówiła swojego chłopaka. Ich pierwszy raz był krótki - wytrzymali w wodzie kilkadziesiąt sekund, było im zimno, trudno im było wyrównać oddech. Po kolejnych 10 morsowaniach byli już w stanie spędzić w wodzie siedem minut. Krystyna chciała przesunąć granicę jeszcze dalej i wykąpać się przy 20-stopniowym mrozie.

- W niedzielę 17 stycznia wybrałam się z chłopakiem o 21 nad zalew Karczunek. Weszłam do wody na trzy minuty. Ciało nie dawało mi żadnego sygnału, że powinnam wyjść szybciej. Po kąpieli czułam lekki ból w stopach przy chodzeniu, na szczęście mój chłopak się nie kąpał, zaniósł mnie do samochodu. O 4 nad ranem obudził mnie ból i już nie mogłam zasnąć, jeszcze gorzej było kilka godzin później. Podeszwy moich stóp były zaczerwienione, bardzo bolesne - opowiada. Krystyna jeszcze po trzech dniach od morsowania czuła pieczenie w stopach. Tak jej organizm zareagował na duży mróz. - Wiem jedno: do tak zimnej wody już na pewno nie wejdę - obiecuje.

Paweł z odmrożeniami na palcach stopy po morsowaniu walczy od trzech lat. - Nie zaszkodziła mi sama kąpiel, ale bieganie boso po śniegu. Było kilka stopni na minusie. Z opuszków palców zeszła mi gruba warstwa skóry. W tej chwili jest już na 99 procent dobrze, ale przez długi czas nie miałem w palcach w ogóle czucia. Co ciekawe, odmrożenia miałem tylko w prawej stopie, lewa w ogóle nie ucierpiała - opowiada. Od tamtej pory Paweł nie biega już boso po śniegu, z morsowania jednak nie zrezygnował. Twierdzi, że odkąd morsuje, bardzo poprawiła mu się odporność, w ogóle nie choruje.

Gosia podczas wycieczki na Baranią Górę (fot: Jacek Więzik)
Gosia podczas wycieczki na Baranią Górę (fot: Jacek Więzik)

Gosia przekonuje, że aby czerpać przyjemność i korzyści z morsowania, trzeba dobrze poznać swoje ciało. Pierwszą niepokojącą reakcję po morsowaniu zaobserwowała u siebie po wycieczce do kamieniołomu Kozy niedaleko Bielska Białej. Było to około półtora roku po tym, jak pierwszy raz weszła do zimnej wody. - Żeby dostać się do kamieniołomu, trzeba było wejść sporo pod górkę, w związku z tym, że mam nadwagę, mocno się zgrzałam. Zaraz potem było morsowanie, po którym wypiłam ciepłą herbatę. W drodze powrotnej dodatkowo dogrzewałam się mocno w aucie. Po powrocie do domu poczułam się źle, jakbym miała grypę, raz było mi gorąco, raz zimno, ale gorączki nie miałam. Okazało się, że wysiłek połączony z dodatkowym dogrzewaniem organizmu źle na mnie działa. Od tamtej pory przed morsowaniem robię bardzo lekką rozgrzewkę, po kąpieli pozwalam organizmowi bardzo powoli się rozgrzewać, zamiast ciepłej herbaty piję zimną wodę - opowiada.

Gosia, widząc, że jej znajomi morsują również w górach - zdobywają w samych szortach niewielkie szczyty - zapragnęła tego samego. - Chciałam sprawdzić, czy podołam też morsowaniu na sucho. Poszłam na Baranią Górę z bardziej doświadczonymi ode mnie osobami, które doskonale znały trasę. Z braku kondycji nie udało mi się wejść na sam szczyt, nie szłam też cały czas w samych bokserkach i T-shircie, miałam bluzkę z długim rękawem. Dopiero w połowie drogi poczułam, że mogę rozebrać się do krótkich rękawków - opowiada. Gosia cały czas miała ze sobą plecak z ciepłymi rzeczami - kurtką, czapką, rękawiczkami, spodniami. Trochę się bała, że wskutek morsowania na sucho nabawi się zapalenia płuc, skończyło się na lekkich zakwasach.

Gosia podczas morsowania (fot: Marek Wągiel)
Gosia podczas morsowania (fot: Marek Wągiel)

Nie chodzi o bicie rekordów

Agnieszka Jurewicz mówi, że w tym roku osób zainteresowanych morsowaniem jest mnóstwo. - Co chwilę ktoś organizuje wyjście w góry. To osoby doświadczone w morsowaniu, ale i zupełni nowicjusze. Przyjeżdżają w góry znad morza i idą na szlak, którego zupełnie nie znają, bez przygotowania, bez asysty instruktora, bez ciepłych ubrań. Jedni będą mieli szczęście i trafią na ładną pogodę, inni będą mieli tego szczęścia mniej. Sama aktywność nie musi prowadzić do tragedii, pod warunkiem, że robi się to z głową - mówi.

Podkreśla, że ludzie, którzy morsują, mają bardzo różne podejście do tej aktywności. - W naszej grupie morsów jesteśmy bardzo ostrożni. Gdy pojawia się nowa osoba, pytamy ją, czy ma jakieś dolegliwości, jakie ma doświadczenia z ekspozycją na zimno. Na początku wchodzimy do wody na nie dłużej niż 30 sekund, żeby sprawdzić, jaka będzie reakcja, czy uda się uspokoić oddech, jak szybko po wyjściu z wody organizm się zregeneruje. Każdy człowiek trochę inaczej zareaguje na przebywanie w niskiej temperaturze - przekonuje.

Do morsowania wodnego podchodzi tak samo jak do morsowania górskiego. - Gdy wychodziliśmy w góry w styczniu, byliśmy doskonale przygotowani - sprawdziliśmy pogodę, szliśmy nie szlakiem, ale wzdłuż drogi dojazdowej, tak żeby w razie czego można było do nas szybko dojechać samochodem. Rozebraliśmy się do szortów tylko na mniej więcej 45 minut, potem poprosiliśmy wszystkich o ubranie się w cieplejszy strój, który każdy miał w plecaku - opowiada.

Grupa Fun Mors podczas wyprawy w Błędne Skały (fot: Dariusz Lesiczka)
Grupa Fun Mors podczas wyprawy w Błędne Skały (fot: Dariusz Lesiczka)

Może bardziej zaszkodzić niż pomóc

- Problemem w Polsce jest słaba edukacja w zakresie aktywności fizycznej. Przeciętny Kowalski rzuci się na coś, co jest modne, ale nie dowie się wcześniej, w jaki sposób powinien daną aktywność uprawiać, czego powinien unikać - mówi prof. dr hab. Ewa Ziemann z Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Ziemann nie kwestionuje dobroczynnego działania zimna. - Morsowanie w połączeniu z wysiłkiem fizycznym działa przeciwzapalnie. Zabiegi w kriokomorze mogą redukować stężenie markerów zapalnych oraz poprawiać profil lipidowy i zmniejszać skutki insulinooporności u osób z otyłością - tłumaczy. Jak podkreśla, brak jednak jednoznacznych udokumentowanych dowodów naukowych wskazujących na wpływ morsowania na układ immunologiczny. - Morsowanie stanowi raczej jeden z elementów wspomagających utrzymanie organizmu w zdrowiu - przekonuje.

Zaznacza, że morsowanie nie jest dla każdego, a formę regeneracji organizmu trzeba dopasować do indywidualnych potrzeb. Wymienia przeciwwskazania do terapii zimnem: - To przede wszystkim nadciśnienie i choroby układu sercowo-naczyniowego, choroba Reynauda [schorzenie polegające na nadmiernym obkurczaniu się naczyń krwionośnych pod wpływem niskiej temperatury lub stresu, objawia się m.in. blednięciem, zsinieniem skóry rąk i stóp - przyp.red.], choroby układu krążenia, choroby układu nerwowego jak epilepsja. Nawet jeśli ktoś nie cierpi na żadną z tych chorób, nie można przewidzieć, jak jego organizm zareaguje na ekstremalne zimno. Z moimi studentami, w warunkach kontrolowanych, wykonujemy czasem proste ćwiczenie - zanurzamy twarz w zimnej wodzie i monitorujemy pracę serca, sprawdzając w ten sposób czynność układu autonomicznego. Zdarza się, że organizm teoretycznie zdrowej osoby reaguje nadmiernie i dochodzi do zbyt dużego obniżenia rytmu serca - wyjaśnia.

Radzi, aby terapię zimnem zacząć od wzmocnienia mięśni, poprawienia kondycji, a dopiero potem powoli wystawiać organizm na działanie niskich temperatur. - Osobie, która tylko siedzi przed komputerem i w ogóle się nie rusza, ekspozycja na zimno może bardziej zaszkodzić niż pomóc. Mięśnie podczas wysiłku, ale także i podczas ekspozycji na zimno, uwalniają do krwiobiegu szereg białek, które mogą oddziaływać na inne narządy, tkanki oraz komórki i w ten sposób tworzą "dwukierunkową" drogę komunikacji. Ten proces nie zachodzi u człowieka, który prowadzi siedzący tryb życia. Każdy powinien najpierw zbadać, jak zimno na niego wpływa - można zacząć od zimnych pryszniców, marszu na świeżym powietrzu w ubraniu, kąpieli w jeziorze czy morzu wczesną jesienią.

Piotr Pudełko w drodze na Śnieżkę (fot: materiały archiwalne)
Piotr Pudełko w drodze na Śnieżkę (fot: materiały archiwalne)

W przypadku Asi początki były zaskakująco łatwe. - Weszłam na 20 minut do zimnej wody i prawie w ogóle nie czułam chłodu. Nikt nie wierzył, że to mój pierwszy raz - opowiada. Ale po jednej z kolejnych sesji morsowania wyszła z wody sina, nie tylko na ustach, ale również na twarzy, cała się trzęsła, nie mogła mówić. Ponad pół godziny dochodziła  do siebie. Swój stan porównuje do delirium. - Feralnego dnia było co prawda siedem stopni Celsjusza na plusie, ale byłam najwyraźniej jeszcze osłabiona po przebytym koronawirusie i antybiotyku. Gdy weszłam do wody, zaczęło być mi zimno po mniej więcej 15 minutach. Wtedy właśnie powinnam była wyjść, ale zrobiłam to pięć minut później - wspomina. Nie porzuciła morsowania, zrobiła sobie trzy tygodnie przerwy i morsowała w minus 13 stopniach. - Nie miałam żadnych niepokojących objawów - przekonuje.

- Odradzam traktowanie morsowania jako leku na przeziębienie, bo można się w ten sposób nabawić zapalenia płuc - mówi prof. dr hab. Ewa Ziemann. - Ja rozumiem, że każdy chciałby być jak Wim Hof, ale musimy pamiętać o tym, że nie wiemy wszystkiego o jego organizmie. Podejrzewam, że jego organizm ma dużą zawartość brunatnej tkanki tłuszczowej, która zawiera białko rozprzęgające, umożliwiające produkcję ciepła. Z pewnością jest bardzo wysportowany, regularnie ćwiczy. Przede wszystkim jednak ekspozycję na zimno stosuje od lat. Jak ktoś chce być Wimem Hofem, niech się do tego przygotuje.

Stan umysłu

Wim Hof to 61-letni Holender, znany jako "Człowiek lodu", odporny na ekstremalne zimno. Do jego licznych osiągnięć zalicza się m.in. wspinaczka na Mount Everest - dotarł na wysokość 6700 m n.p.m. w spodenkach i sandałach, a potem zmienił buty i pokonał kolejne 1000 metrów, aż w końcu zatrzymała go kontuzja stopy.

Czytając o metodzie Wima Hofa, którą popularyzuje podczas warsztatów, mniej znajdziemy informacji na temat regularnych ćwiczeń, więcej o specjalnej technice oddychania i medytacji. To one mają być kluczem do osiągnięcia oczekiwanych efektów - wytrzymywania nawet kilku godzin w bardzo niskich temperaturach. Hof i jego uczniowie twierdzą, że chodzi przede wszystkim o to, żeby zyskać kontrolę umysłu nad ciałem.

'Podczas wycieczki zdarza się, że ktoś zaprotestuje przeciwko przerywaniu wyprawy, bo 'przyszedł tu, żeby zdobyć szczyt'. Nie możemy dopuścić do tego, żeby zwyciężyło ego' (fot: Michał Wawrzonek)
'Podczas wycieczki zdarza się, że ktoś zaprotestuje przeciwko przerywaniu wyprawy, bo 'przyszedł tu, żeby zdobyć szczyt'. Nie możemy dopuścić do tego, żeby zwyciężyło ego' (fot: Michał Wawrzonek)

Piotr Pudełko, szkolony przez Wima Hofa, który organizuje warsztaty i wyprawy w góry "w szortach", uważa, że niektóre osoby są w stanie zimą chodzić w negliżu po górach, mimo że nigdy wcześniej nie trenowały ekspozycji na zimno. - Chodzi przede wszystkim o stan umysłu, odpowiednie nastawienie, odporność na ból. Bo ból zaczyna się w głowie.

Jak jednak podkreśla, tak jak każdy inaczej reaguje na ból, tak każdy inaczej zareaguje na zimno. - Pamiętam parę, która przyszła do mnie na warsztaty. Oboje byli chorzy na boreliozę. Ona nie miała żadnego wcześniejszego doświadczenia w morsowaniu. On przeciwnie. Pierwszego dnia warsztatów mieli wejść do lodowatego górskiego strumienia. Był styczeń, woda miała maksymalnie jeden, dwa stopnie Celsjusza. Mimo wcześniejszego doświadczenia w morsowaniu, on ledwo wytrzymał w wodzie półtorej minuty. Cały się trząsł. Ona z kolei przeżywała swój najlepszy dzień w życiu, nie chciała wychodzić z wody. Trudno wytłumaczyć, dlaczego zareagowali tak skrajnie inaczej. Najprawdopodobniej chłopak dopuścił do siebie wątpliwości, nie mógł się skoncentrować na "tu i teraz", pozwolił na to, aby lęk wziął nad nim górę - opowiada Piotr. Następnego dnia, podczas wyprawy w góry, sytuacja się odwróciła. Chłopak od początku szedł ubrany, bo miał złe wspomnienie z dnia poprzedniego, jego partnerka wchodziła w szortach. Ona szybko się jednak zmęczyła, bo miała nadwagę, a podejście było dość trudne, on z kolei rozgrzał się i mógł się pozbyć ubrań. Tym razem to on czerpał większą przyjemność z doświadczenia.

Z górskiego potoku szybko można wyjść. A co, jeśli ktoś źle się poczuje podczas morsowania na sucho na szlaku? - Jeśli pogoda lub czyjś stan zdrowia tego wymagają, wycofujemy się. Z naturą nikt nie wygra. Niektórym jednak niełatwo odpuścić.

Jak relacjonuje "Gazeta Wyborcza", kobieta, która w stanie hipotermii trafiła do szpitala, chciała w pewnym momencie zawrócić, jej partnerzy namówili ją jednak, żeby szła dalej, że da radę.

- Ekspozycja na zimno wywołuje stan niesamowitej błogości, niektórzy chcieliby, żeby trwał on jak najdłużej. Ale właśnie w takich sytuacjach najłatwiej przedobrzyć. Zimno znieczula w sposób naturalny, ale, jak z każdym znieczuleniem, i z tym trzeba potrafić zachować umiar - mówi Piotr.

Na zdjęciu Martin Petrus (fot: Martin Petrus)
Na zdjęciu Martin Petrus (fot: Martin Petrus)

Martin Petrus, również szkolony przez Wima Hofa, mówi, jak jego zdaniem trzeba przygotować się do górskiego morsowania: - Przed wyjściem w góry morsujemy w wodzie zazwyczaj przez kilka dni. Na wyprawę nie idziemy w samych szortach, mamy w plecakach ciepłe ubrania, są nawet tak spakowane, żeby można je było szybko na siebie włożyć. Wejście na Śnieżkę znamy już doskonale, wiemy, gdzie bardziej wieje, a gdzie mniej, zawsze zabieramy ze sobą przewodników PTTK. Jeśli uznamy, że warunki są złe albo komuś zrobi się zimno, zawracamy albo idziemy się ogrzać do najbliższego schroniska. Podczas wycieczki zdarza się, że ktoś zaprotestuje przeciwko przerywaniu wyprawy, bo "przyszedł tu, żeby zdobyć szczyt". Nie możemy dopuścić do tego, żeby zwyciężyło ego, więc robimy tak, że uczestników dobieramy w pary, tak aby każdy miał swojego "stróża", osobę, która będzie upewniała się, że partner dobrze się czuje. Zawsze podczas takich wypraw podkreślamy, że należy słuchać uważnie swojego ciała, nie ma nic złego w tym, że ktoś powie, że mu zimno - podkreśla.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (344)
Zaloguj się
  • dawno.urodzony

    Oceniono 109 razy 93

    Pani Krysia weszła do wody przy 20 stopniowym mrozie i obiecała sobie,
    że do tak zimnej wody już nigdy nie wejdzie :-))
    Chciałbym panią Krysię uspokoić, że przy -20, a nawet -40 stopniach,
    woda do której uda jej się wejść będzie miała maksymalnie 0 stopni Celsjusza :-))

  • kamuimac

    Oceniono 81 razy 69

    ludziom bije bo nie moga pójsc ani na basen , ani na siłownie ani nawet na narty . to wymyslaja głupoty . wyprawa w zimie na babia górę jest cieżka nawet w dobrym sprzecie - pójscie w szortach to samobójstwo .

  • grubymisiek1

    Oceniono 95 razy 67

    Banda idiotów, samozwańczy instruktorzy z dudy wzięci, guru z kursami w Internecie o medytacji zwalczjącej zimno. Połączenia przez 5G z reptalianami nie było?

  • matnet77

    Oceniono 48 razy 48

    Redaktory a może tak któryś napisze jaki jest podstawowy błąd tego szaleństwa. Widać wyraźnie braki edukacji. Woda nawet z przerębla nie ma nigdy ujemnej temperatury, a powietrze może mieć nawet kilkadziesiąt na minusie i do tego dochodzi wilgotność i wiatr, co przyspiesza wychładzanie. Tzw morsowanie na powietrzu przy ujemnych temperaturach w górach powinno być klasyfikowane jako próba samobójcza

  • 162tony

    Oceniono 42 razy 42

    Morsowanie - to morsowanie
    Głupota - to głupota

    Ludzie wbiegający w samych spodenkach na śnieżkę w -20 stopni - to głąby

  • naw18

    Oceniono 38 razy 32

    Kolejni kandydaci do nagrody Darwina. Po uratowaniu przed jej przyznaniem za leczenie niech płacą sami. Ciekawe, dlaczego ludzie mieszkajacy cale pokolenia przez setki lata okolicach podbiegunowych jakos nie wpadli na to, ze mozna przeciez chodzic przez caly rok nago..

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX