Widok na Singapur

Widok na Singapur (fot. Shutterstock)

świat

Polacy w Singapurze. "Przeciętny mieszkaniec nie ma samochodu, ale zatrudnia gosposię"

Miasto, państwo i wyspa w jednym. Szpitale wyglądają tu jak pięciogwiazdkowe hotele, a na kolację można w nich zjeść homara. Do taksówkarza mówi się "wujku", do sprzedawczyni "ciociu". Architektura oszałamia, podobnie jak przyroda. Rysą na tym obrazie jest prawo, które dopuszcza najsurowsze kary. Polacy w Singapurze mówią: żyjąc w tym kraju, trzeba się do niego dostosować.

Witold, 64 lata

Po raz pierwszy zamieszkał w Singapurze w 1986 roku, został na sześć lat. Potem wracał tu wielokrotnie i regularnie. Jest tym krajem zafascynowany. - Założyciel Singapuru Lee Kuan Yew był dla mnie największym geniuszem politycznym XX wieku - mówi Witold. - Po wojnie jako młody prawnik poleciał na studia do Londynu i już tam stworzył wizję państwa-miasta. Niektórzy jego rządy - ze względu na surowe prawo, które wprowadził - nazywali tresurą, inni dyktaturą. Dla mnie to absolutnie wyjątkowy przywódca, który z czterech zwaśnionych grup: chińskiej, malajskiej, hinduskiej i angielskiej - zrobił jeden naród, kochający tę wyspę jak swoją ojczyznę. Od 16 lat premierem jest najstarszy syn założyciela Singapuru - Lee Hsien Loong. W kraju panuje ustrój autorytarny - opowiada Witold.

Na położonej u południowego krańca Półwyspu Malajskiego wyspie Singapur, zamieszkiwanej przez prawie 6 mln ludzi, obowiązuje prawo, które dopuszcza nawet karę śmierci. - Jest orzekana np. za morderstwo, asystowanie przy samobójstwie osobie nieletniej czy dążenie do wywołania wojny. Ale też - uwaga! - za korupcję wśród urzędników. Siedem lat temu prawo nieco złagodzono. Teraz za zabójstwo czy przemyt narkotyków może grozić dożywocie - mówi Witold. - A za wandalizm czy włamanie - kara chłosty - dodaje. Podkreśla, że ludziom przestrzegającym przepisów żyje się w Singapurze bardzo dobrze, bo czują się bezpiecznie.

Surowe reguły dotyczą też porządku w miejscach publicznych. - Za palenie papierosów albo plucie na ulicy można dostać wysoki mandat. Zabronione jest żucie gumy - wylicza Witold. Ten ostatni zakaz wprowadzony został w latach 90., żeby poradzić sobie z plagą poprzyklejanych wszędzie gum.

Witold podczas powitania Nowego Roku w Singapurze (fot. Archiwum prywatne)
Witold podczas powitania Nowego Roku w Singapurze (fot. Archiwum prywatne)

Witold twierdzi, że w Singapurze nie ma zbyt wielu zwolenników zmian w prawie. - Od lat walkę o nie toczą trzy osoby: lekarz, DJ i prawnik, ale nie mają oddolnego wsparcia - mówi. 

Witold zachwyca się singapurskim rozmachem architektonicznym. Wśród miejsc zapierających dech w piersiach wymienia  np. lotnisko Changi. - Jest nieporównywalne z żadnym innym na świecie. I chyba jedyne, na którym pasażerowie - zamiast szybko przejść do swojej bramki - chcą zostać jak najdłużej. Tak nawet ustala się siatkę połączeń, żeby im to umożliwić - mówi. - W zeszłym roku otwarto Jewel - nowy terminal. Ma 10 poziomów, na których znajduje się 200 restauracji i 450 sklepów. Do tego kina, parki rozrywki, hotel czy salony gier. I oczywiście piękna przyroda, jak w ogrodzie botanicznym. Potrzeba by tygodnia, żeby zaliczyć wszystko. Z innych atrakcji Singapuru Witold wymienia Gardens by the Bay. - Park ma 103 hektary, a jego największą atrakcją są dwie "szklarnie" - rodzaj ogrodów botanicznych, w których zgromadzono roślinność z pięciu kontynentów.

Dodaje, że w państwie-mieście świetnie ma się też kultura. - Ludzie mają czas i pieniądze, by z niej korzystać. Jednym z symboli Singapuru jest Esplanade - kompleks dwóch półkolistych sal koncertowych na 1600 i 2000 widzów. Dzięki swojej niezwykłej, futurystycznej architekturze znane są na świecie jako "oczy muchy". Słyną też z genialnej akustyki, wielu uważa, że najlepszej na świecie.

Witold z futurystycznym osiedlem Interlace w tle (fot. Archiwum prywatne)
Witold z futurystycznym osiedlem Interlace w tle (fot. Archiwum prywatne)

Michał, 43 lata

Do Singapuru wysłał go na kontrakt bank, w którym pracował. Miał zostać rok-dwa, wyszło 10. - Na razie jest mi tu dobrze, mam żonę Singapurkę i dziecko - mówi. Chwali m.in. klimat. - Przez cały rok jest tu powyżej 25 stopni Celsjusza. Choć chwilami tęsknię za porami roku.

W Singapurze są cztery języki urzędowe: angielski, chiński, malajski i tamilski, choć w powszechnym użyciu jest ten pierwszy. Zdaniem Michała w Singapurze ludzie żyją w symbiozie, mimo że miejscowa ludność to przedstawiciele różnych kultur i religii. - Dlaczego to działa? Bo każda narodowość promuje najlepsze elementy swojej tradycji - stwierdza.

W klasyfikacjach najdroższych miejsc na świecie Singapur zwykle zajmuje czołowe pozycje. Michał twierdzi jednak, że to, co niezbędne do życia, jest stosunkowo tanie, np. jedzenie czy transport publiczny, z którego korzysta większość mieszkańców. Ale już samochód traktowany jest jako dobro luksusowe. - Żeby móc jeździć, trzeba wykupić specjalny certyfikat. Kosztuje średnio 50 tysięcy dolarów singapurskich [ponad 140 tys. zł - przyp. aut.], ważny jest przez 10 lat. Droższe niż w Europie są tu też same samochody. Podstawowy VW Golf kosztuje ponad 300 tysięcy złotych - wylicza.

Michał od czterech lat prowadzi własną firmę. Rozwinął tę, którą jego rodzina założyła 20 lat temu w Polsce i otworzył jej filię w Singapurze. Promuje polskie nowoczesne technologie w Azji Południowo-Wschodniej. - W Singapurze jest prościej, jeśli chodzi o własny biznes. Stabilny jest system prawny, podatki - stosunkowo niskie, wszystko da się zrobić przez Internet, a urzędnicy są przyjaźni i bardzo dobrze wykwalifikowani. Budżetówka jest tu jedną z najlepszych ofert pracy.

Michał z widokiem na Central Business District i Singapore Cricket Club (fot. Archiwum prywatne)
Michał z widokiem na Central Business District i Singapore Cricket Club (fot. Archiwum prywatne)

Mikołaj, 39 lat

- Jeśli chcesz przyjechać do pracy w Singapurze, musisz mieć wartość dodaną: być wysoko wykwalifikowany albo móc wesprzeć rozwój państwa, czyli prowadzić dochodowy biznes - mówi Mikołaj. Wyjechał z Polski 21 lat temu, najpierw mieszkał w Genewie, potem w Zurychu.

Przyznaje, że singapurski system prawny jest restrykcyjny, ale od razu zaznacza, że nie będzie się na jego temat negatywnie wypowiadał. - To dobrze funkcjonuje. Ludzie przyjeżdżają tu z różnych kultur i gdyby kraj był zorganizowany inaczej, panowałby chaos i byłoby niebezpiecznie - twierdzi Mikołaj. Przykład? W czasie lockdownu, kiedy zakazane było gromadzenie się w celach towarzyskich, przypadkowo spotkało się na ulicy siedmioro znajomych - obcokrajowców. Kupili alkohol na wynos i rozmawiali. Dostali po kilka tysięcy dolarów singapurskich grzywny, a sześciu usunięto z kraju bez możliwości powrotu. Pisały o tym lokalne i zagraniczne media.

Dzisiaj zakażeń w Singapurze jest bardzo mało. Przy prawie sześciomilionowym zaludnieniu to pojedyncze przypadki, w drugiej połowie grudnia - maksymalnie niewiele ponad 20. - Singapur radzi sobie z COVID-em wzorowo. Za nieprzestrzeganie restrykcji są bardzo wysokie kary finansowe. Wciąż obowiązują pewne obostrzenia, np. przez cały czas w pomieszczeniach i na zewnątrz musimy nosić maseczki, wszelkie spotkania mogą się odbywać w grupach do ośmiu osób, a podróżować poza granice kraju można tylko za zgodą ministerstwa. Restauracjom wolno serwować alkohol do 22.30. Jeśli któraś złamie przepisy, zostaje zamknięta za karę na dwa tygodnie - wylicza Mikołaj i dodaje, że pandemia ma dość zaskakujące konsekwencje gospodarcze. - W trakcie lockdownu brakowało w Singapurze jajek. Kryzys rozwiązały te sprowadzone z Polski. Od tego czasu coraz więcej produktów z naszego kraju trafia na półki tutejszych sklepów.

Mikołaj ze swoją dziewczyną w restauracji na 65. piętrze (fot. Archiwum prywatne)
Mikołaj ze swoją dziewczyną w restauracji na 65. piętrze (fot. Archiwum prywatne)

W singapurskim miksie kultur dominuje chińska, bo też Chińczycy są tu najliczniejszą grupą. - Jej nieodłączne cechy to skupienie na rodzinie i zapewnieniu jej dobrobytu. Ważny jest też rozwój. Od dziecka kładzie się duży nacisk na naukę matematyki i języków, w szkole jest wiele egzaminów. Jak dziecko ma 12 lat, już można określić, jakie jest prawdopodobieństwo, że pójdzie na studia i jakie ma szanse na rozwój kariery - mówi Mikołaj. Już w czwartej klasie podstawówki są pierwsze egzaminy, których wyniki decydują o tym, czy dzieci trafią do klas o wyższym poziomiem nauczania. Na koniec szóstej klasy - ostatniej w podstawówce - jest podobnie, z tym że ten egzamin decyduje też o wyborze szkoły średniej.

Zdaniem Mikołaja przez wiele lat biali byli w Singapurze uznawani za lepszych, bo pracowali na wyższych stanowiskach. - Lokalni mieszkańcy trochę się od nich dystansowali, ale teraz to się zmienia. Ciągle jednak Singapurczycy niechętnie wchodzą w związki z ekspatami. Chcą budować i utrzymywać rodzinne biznesy we własnym kręgu - mówi. Sam od roku jest w związku z Singapurką. Z miejscowymi chętnie się integruje, ale trzyma się też z Polonią. - Zrzeszamy się i wspieramy. Działa tu np. Polish Association. Przed pandemią raz w miesiącu mieliśmy spotkania, na każdym było po 40-50 osób. Teraz organizujemy webinary, których gośćmi są ciekawi Polacy. Chcemy, by poznawała nas lepiej lokalna społeczność. Mieliśmy mikołajki, zbiórkę na WOŚP. W tym roku aukcja będzie się odbywać online jako event zamknięty oraz za pośrednictwem serwisu Allegro. Prawdopodobnie spotkanie fizycznie nie zostanie zaakceptowane przez ministerstwo.

Mikołaj od lutego nie był w biurze, cały czas pracuje z domu. Z sentymentem wspomina czasy sprzed COVID-u i podróże. - Zanim przyszedł koronawirus, Singapur był bazą wypadową do różnych ciekawych miejsc. Na Bali leci się zaledwie dwie godziny, tyle samo na wyspy tajskie, gdzie jest wspaniałe lokalne jedzenie. Na weekend można też polecieć do Perth. Lot trwa pięć godzin, ale zmienia się półkulę i klimat o 180 stopni.

Mikołaj na plaży na wyspie Sentosa w Singapurze (fot. Archiwum prywatne)
Mikołaj na plaży na wyspie Sentosa w Singapurze (fot. Archiwum prywatne)

Paula, 29 lat

Do Singapuru przyleciała na studia i tu kończyła trzeci rok licencjatu z marketingu. Dodatkowo dorabiała jako modelka, dzięki czemu poznała ludzi z branży. Po obronie dyplomu najpierw pracowała w firmie modowej, potem w dziale marketingu singapurskiego wydania magazynu "L'Officiel". Odeszła po tym, jak obiecano jej awans, a ostatecznie stanowisko dostał mężczyzna, który wcześniej pracował jako jej asystent. Był Singapurczykiem.

Z branży modowej przeniosła się do farmaceutycznej, a teraz działa na własną rękę. - Nadal pracuję z różnymi markami modowymi, promuję modę ekologiczną, opracowuję też program medytacyjny. Ale decyduję o sobie w stu procentach. Wcześniej, gdy pracowałam dla kogoś, zawsze to firma była najważniejsza - opowiada.

Paula chwali singapurski porządek i bezpieczeństwo. - Mnie i mojemu mężowi Ole, który jest z pochodzenia Niemcem, zdarzyło się zostawić kartę w bankomacie. Raz zorientowaliśmy się dopiero po trzech godzinach. Wróciliśmy na miejsce, leżała z boku. Innym razem w taksówce wypadł nam telefon. Kierowca przyjechał go oddać. Jak pracuję w kawiarni i muszę wyjść do toalety, zostawiam laptop na stoliku, bez strachu, że ktoś ukradnie - podaje przykłady.

Zaznacza, że ludzie są na ogół uczciwi, a przede wszystkim - przestrzegają przepisów. - W metrze nie można jeść ani pić, często za to zdarza się ktoś, kto obcina paznokcie - śmieje się Paula. - Nigdy nie widziałam tu protestu na ulicy. Nie można tak po prostu zrobić demonstracji. Wcześniej trzeba mieć zgodę policji i zarządu parków narodowych, bo tylko w parku Hong Lim, w specjalnie wyznaczonym miejscu, Speakers' Corner, takie protesty mogą się odbywać. Rozmawiając ze znajomymi Singapurczykami, słyszę, że oni popierają takie rozwiązania. Większość docenia jakość życia, jaką zapewnia im rząd.

Na początku pobytu w Singapurze Paulę zdziwiło to, że starsze osoby nazywa się ciocią albo wujkiem. W sklepie do sprzedawczyni mówi się "auntie", a do taksówkarza "uncle". - To taki zwrot grzecznościowy, jak u nas pan czy pani - tłumaczy.

Paula chwali singapurski porządek i bezpieczeństwo (fot. Archiwum prywatne)
Paula chwali singapurski porządek i bezpieczeństwo (fot. Archiwum prywatne)

Średnio wspomina swoje zetknięcie z kuchnią singapurską. - Sztandarowe danie nazywa się chicken rice. To gotowana pierś z kurczaka z ryżem, do tego sos sojowy i przyprawy. Mają też carrot cake, ale nie jest to ciasto marchewkowe, tylko papka, w której wyczuwa się rybę - opisuje i dodaje, że inna niż w Polsce jest również kultura jedzenia. - Singapurczycy bardzo głośno wciągają makaron. Są dumni ze swojej kuchni i to manifestują. Przejawia się to też w języku. Zamiast "how are you?" spytają, czy już coś jadłaś.

Chwali organizację służby zdrowia, choć zaznacza, że jest droga. - Za ubezpieczenie płacę tysiąc dolarów singapurskich na rok, obejmuje ono leczenie w przypadku chorób przewlekłych albo w razie wypadków. Mogę korzystać z państwowych i prywatnych placówek. Ale żeby pójść do lekarza z grypą, nie trzeba mieć ubezpieczenia. Wizyta kosztuje od 20 do 50 dolarów singapurskich - mówi. - Ostatnio miałam teleporadę, lekarz przepisał leki, a po dwóch godzinach dostarczono mi je do domu.

Paula miała też okazję odwiedzić koleżanki po porodach. - Szpital przypominał pięciogwiazdkowy hotel. A jak kolega miał operację, to dostał iPada i na kolację mógł wybrać danie z restauracyjnego menu. Na liście był m.in. homar. To prywatny szpital, ale państwowe też są na wysokim poziomie.

Co robi się w Singapurze w wolnym czasie? - Gramy w tenisa, wynajmujemy jacht albo łódkę i pływamy wokół wyspy. Pełno jest parków, w których na wolności żyją małpy, aligatory, węże czy pająki. Ludzie chodzą wyznaczonymi szlakami, a zwierzęta można spotkać na każdym kroku. Raz zaatakowały mnie małpy, bo nie wiedziałam, że nie można patrzeć im w oczy. Podeszły, sycząc i szczerząc zęby. Na szczęście doświadczony spacerowicz poradził, żebym poszła za nim, wpatrując się w ziemię. Wtedy małpy odeszły.

Ludzie w Singapurze są na ogół uczciwi, a przede wszystkim - przestrzegają przepisów (fot. Shutterstock)
Ludzie w Singapurze są na ogół uczciwi, a przede wszystkim - przestrzegają przepisów (fot. Shutterstock)

Magda, 34 lata

Dla Magdy i jej męża Piotra wyjazd do Singapuru był częścią rodzinnej strategii. Uznali, że to państwo-miasto pozwoli im rozwijać kariery - on pracuje w bankowości, ona w konsultingu. Chcieli zadbać o edukację dzieci. - Zależało nam, żeby miały różne perspektywy, zobaczyły inne kultury - tłumaczy Magda. - Mają trzy i pięć lat, chodzą do prywatnego przedszkola, państwowe placówki są tylko dla Singapurczyków i stałych rezydentów. Uczą się angielskiego i mandaryńskiego. Malują na liściach bananowca. Na Boże Narodzenie przychodzi Mikołaj, na chińskie Święto Środka Jesieni robią księżycowe ciasteczka, a na hinduistyczne święto światła Dipawali układają mandale z ryżu.

Magda opowiada, że w Singapurze są odmienne od polskich standardy, jeśli chodzi o poziom i styl życia. - Przeciętny człowiek nie ma samochodu, ale prawie każda rodzina zatrudnia gosposię. Wiele mieszkań jest tak skonstruowanych, żeby miała swój pokoik i łazienkę. Nasza pochodzi z Indonezji. Przede wszystkim zajmuje się sprzątaniem, czasami zostaje z dziećmi, gdy chcemy wyjść wieczorem. Nauczyła się gotować dania kuchni europejskiej, ale sobie przyrządza lokalne potrawy. Dla nas są za ostre.

Kiedy Magda mieszkała w Polsce, myślała, że nie ma ręki do roślin. - Tu na balkonie zrobiła mi się dżungla. Singapurczycy bardziej muszą martwić się o to, jak tę przyrodę okiełznać. Chodniki są na przykład w strasznym stanie, bo spomiędzy płytek wybijają korzenie drzew. Ostatnio w okolicy były roboty drogowe. Po ich zakończeniu robotnicy położyli na ziemi płachtę z kokosa. Dziwiłam się, dlaczego nie posiali trawy. Po sześciu miesiącach na tej macie pełno było zieleni.

Dzieci Magdy w singapurskim przedszkolu malują na liściach bananowca (fot. Archiwum prywatne)
Dzieci Magdy w singapurskim przedszkolu malują na liściach bananowca (fot. Archiwum prywatne)

Marcin, 40 lat

Zdaniem Marcina dziś Singapur jest dla Polaków tym, czym kiedyś były Stany Zjednoczone. - Ta wyspa to trochę taka Ziemia Obiecana. Po przyjeździe uderzyła mnie zieleń i architektura, wszystko tu jest zrobione z głową - twierdzi.

Na wyspie spędził prawie rok. Pracował w marketingu, ale smak życia w państwie-mieście najbardziej poznał dzięki sportowi. Był pierwszym Polakiem, który grał tu w ekstralidze unihokeja. - W trzydziestoosobowej drużynie było tylko trzech ekspatów, wśród nich ja - opowiada. - Singapurczycy są mili i bardzo pomocni. Mają we krwi pracę zespołową. Najpierw zadbają o drugą osobę, później o siebie. Ale jednocześnie trudno bardziej się z nimi zaprzyjaźnić. Mnie się to udało właśnie dlatego, że razem graliśmy.

Marcin w swoim singapurskim biurze (fot. Archiwum prywatne)
Marcin w swoim singapurskim biurze (fot. Archiwum prywatne)

Marcin twierdzi, że w Singapurze życie kręci się wokół jedzenia. - Podoba mi się to, że z food courtów korzystają i biedni, i bogaci. W restauracjach natomiast zamówione dania kładzie się na środek stołu i dzieli między wszystkich. Singapurczycy potrafią zacząć dzień od zupy z makaronem i pulpetami rybnymi. Charakterystyczną śniadaniową potrawą są tosty Kaya, podawane z masłem, dżemem kokosowym i jajkiem na miękko - takim, że białko jeszcze nie jest ścięte. Kawa jest fatalna, ale z takim śniadaniem - do przełknięcia. Zaparzają ją w specyficzny sposób, przez filtr, taką jakby skarpetę. I nie wyciągają łyżeczki z kubka podczas picia.

Singapur dał Marcinowi dwie rzeczy. Dzięki nawiązanym tam kontaktom pojechał pracować na plantację kawy do Indonezji. Dzisiaj - już w Polsce - prowadzi kawiarnię i sklep online z kawą. Z państwa-miasta przywiózł też większą pewność siebie. - Gdyby nie Singapur, nie wiedziałbym, gdzie jest punkt odniesienia w biznesie. I nie mówiłbym tak pewnie po angielsku. Mimo że to jeden z języków urzędowych, wcale nie jest na najwyższym poziomie. Mówi się nawet o typowej dla Singapuru odmianie - Singlish. Nikt nie ma barier, żeby mówić, nawet jak robi błędy. I tego też się nauczyłem.

Marcin w jednej z singapurskich bibliotek (fot. Archiwum prywatne)
Marcin w jednej z singapurskich bibliotek (fot. Archiwum prywatne)

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Regularnie współpracuje z Weekend.gazeta,pl. Publikowała też m.in. w "Dużym Formacie", "Polityce", "Newsweeku", serwisach Polityka, WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku