Widok na wyspę Iles du Diable w Gujanie Francuskiej

Widok na wyspę Iles du Diable w Gujanie Francuskiej (fot. Shutterstock)

Mimo tęgiego zacofania względem matki Francji Gujana pozostaje wysepką dobrobytu

Miasteczko Grand-Santi zalewał przedpołudniowy upał. Przypiekał jego rondo, murowane domy i skromniejsze chaty. Nie oszczędzał też ludzi czekających w kolejce przed urzędem pocztowym. Maluteńkie biuro było zarazem jedynym bankiem i jedynym miejscem, które kilkutysięcznej społeczności dawało dostęp do gotówki - pisze w książce "Kraj naprawdę i na niby Reportaże z Gujany Francuskiej" Tomasz Owsiany.

Tafarina skończyła raptem dwadzieścia lat, ale wyglądała i funkcjonowała dużo dojrzalej. Jej rodzice nie mieszkali razem. Ojciec Tafariny, Samuel, żył z nową żoną w dalszej części wsi. Według prawa tradycyjnego mógłby żyć z obiema naraz, gdyby relacje z pierwszą się nie popsuły.*

Brak ojca pod jednym dachem nie był tu rzadką sytuacją. Wśród Maronów rodzice nie zawsze trzymają się blisko, a ojciec z reguły gra drugą rolę. Najważniejszy jest bowiem klan matczyny. Dzieci z definicji należą do matki i to jej rodzina jest dla nich najbliższa. Matka może przypisać ojcu część dzieci na wychowanie, ale ojcowskie obowiązki nieraz pełnią bracia matki. Także część ważnych relacji z zaświatami odbywa się w obrębie matczynego klanu. Dorastające rodzeństwo Tafariny interesował przede wszystkim wymiar ziemski i to, że od dominującej siostry mogli całkiem realnie dostać po łbie.

(...)

Tafarina znaczną część roku spędzała w mieście u ujścia wielkiej rzeki, w Saint-Laurent-du-Maroni. Tutaj na wsi była pełnoetatową siostrą w roli matki, w mieście wracała do roli młodziutkiej dziewczyny, która chodzi na imprezy, szwenda się z koleżankami i ogląda sklepowe witryny. I tam też widziała swoje miejsce, mimo nie najlepszych perspektyw.

- Skończyłam klasę o profilu ekonomicznym, zdałam maturę. Nigdzie nie mogłam znaleźć pracy. Szukałam, od progu mówiłam, że nie biorę zasiłków, ale niczego nie mieli. Nawet głupiej pracy na kasie. Często mówią nam, że jeśli chcemy solidnej pracy, to najlepiej wyjechać do Francji. Więc tu na miejscu zostają ci drobne fuchy i rodzenie dzieci, żeby zdobyć zasiłki. Kiedyś mnie to denerwowało, ale teraz sama zaczynam namawiać znajome, żeby po prostu rodziły - narzekała.

W podobnej sytuacji znajdowała się ponad połowa młodych Maronów na zachodzie Gujany.

- Spójrz na rachunki. Płacimy krocie za prąd, kiedy nic wielkiego nie używamy. Ci ludzie są chorzy! - zżymała się, mając na myśli głównie Europejczykówi Kreoli [gujańscy Kreole są potomkami "francuskich" niewolników. W przeciwieństwie do Maronów Kreole odzyskali swoją wolność mocą dekretów lub decyzji właściciela. Definitywnie ich los odmieniło zniesienie niewolnictwa w 1848 roku. Kreole stanowią dziś gujańską klasę średnią. Dominują w lokalnych władzach Gujany, mediach oraz na stanowiskach urzędniczych średniego i niskiego szczebla - przyp.aut.], dzierżących zdecydowaną większość władzy w Gujanie. - A widziałeś tu ceny w sklepach?

Cayenne, stolica Gujany Francuskiej (fot. Shutterstock)
Cayenne, stolica Gujany Francuskiej (fot. Shutterstock)

Widziałem. Tego widoku się nie zapomina! W Grand-Santi dwanaście euro wystarczyło na tackę mrożonych skrzydełek z kurczaka i kilka brazylijskich kiełbas. Wszystkie przetworzone produkty docierają tu z daleka. Wiele z nich z Francji, inne z sąsiednich krajów przez zieloną granicę. Potem w głąb lądu rzeką lub samolotami, w prywatnych torbach, drożejąc w oczach. Dlatego wzdłuż całej Maroni po stronie surinamskiej, vis-a-vis gujańskich miejscowości wyrastają nadrzeczne sklepy, w których dwadzieścia euro pozwala już zakryć dno koszyka [w strefie przygranicznej Surinamu euro jest przyjmowane chętniej niż dolar surinamski - przyp. aut.] Każdy sklep dysponuje też własną pirogą, która za darmo przerzuca klientów. Nieopodal domostwa Tafariny wzywało się ją, waląc kamieniem w wystające z ziemi beczki po paliwie. Gdzie indziej ruch koordynują telefony i krótkofalówki. W ten sposób kręci się codzienny transgraniczny handel.

Gdyby Tafarina chciała wymienić wszystkie lokalne problemy, narzekałaby dłużej, niż robiła fingi. Mogłaby mówić o braku szkół średnich i szpitali w interiorze, o ustawicznych brakach lekarzy i nauczycieli. O tym, że na zdalną naprawę jedynego bankomatu czeka się całymi dniami, a za loty na wybrzeże, mimo państwowych subwencji, trzeba płacić krocie. I że internet fatalny, za to droższy niż we Francji. Jednak mimo tęgiego zacofania względem matki Francji Gujana pozostaje wysepką spokoju i dobrobytu w regionie. I jak magnes przyciąga imigrantów.

Wielu Djuków żyjących w Gujanie od lat nie posiada francuskiego obywatelstwa [spośród Maronów, w Gujanie Francuskiej tylko Alukowie posiadają powszechnie obywatelstwo francuskie, dzięki porozumieniu ich głównego przywódcy (gaan mana) z władzami francuskimi w 1967 roku - przyp. aut.]. Jednak do korzystania z większości państwowych przywilejów wystarczy im karta pobytu i pięć lat cierpliwości. Maronowie z pogranicza wiedzą, że po stronie gujańskiej nawet nielegalni imigranci mogą liczyć na kompleksową darmową opiekę medyczną, a ich dzieci zostaną przyjęte do szkoły. Wiedzą też, że jeśli uda im się wygrać administracyjną batalię, z francuskim kwitem w garści wejdą pod płaszcz bogatego Zachodu. Wówczas nadal będą mieszkać u siebie, wśród swoich, lecz zmieniając brzeg rzeki, wstąpią do socjalnego raju, gdzie zasiłek dla bezrobotnych przewyższa pensję surinamskiego nauczyciela. Ze względnej drożyzny i biedy Surinamu trafią w bezwzględną drożyznę i umiarkowane ubóstwo Gujany. W ubóstwo na miarę francuską, które dla rzesz mieszkańców Filipin lub Madagaskaru byłoby wymarzonym dostatkiem.

***

Miasteczko Grand-Santi zalewał przedpołudniowy upał. Przypiekał jego rondo, murowane domy i skromniejsze chaty. Nie oszczędzał też ludzi czekających w kolejce przed urzędem pocztowym. Maluteńkie biuro było zarazem jedynym bankiem i jedynym miejscem, które kilkutysięcznej społeczności dawało dostęp do gotówki. Od niedawna, odkąd w ścianie urzędu zamontowano bankomat, kolejki nieco zmalały.

- Ale i tak idź z samego rana, bo potem nic nie wskórasz - przestrzegała Tafarina.

Małe miasteczko w Gujanie (fot. Shutterstock)
Małe miasteczko w Gujanie (fot. Shutterstock)

Za metalowe drzwi biura wpuszczano pojedynczo. Jedyny pracownik nawet nie udawał, że mu zależy. Znaczki wydawał, rozmawiając przez telefon. A kolejka rosła. Niektórzy szukali cienia przy piętrowym budynku merostwa w nowoczesnym tropikalnym stylu. Inni chowali się pod własnymi parasolkami. I rozmawiali - nieraz trudno było odróżnić sprzeczki od wesołego przekomarzania.

- Stanę przed tobą, bo jestem dużo starszy. Dziękuję - powiedział siwiejący mężczyzna. Wcześniej wyciągnął z bankomatu siedemset euro. - Muszę dziś opłaty porobić - wyjaśnił komuś z kolejki.

Wkrótce dołączył też dojrzały rasta z dredami pod materiałowym czepkiem, noszący złoto nawet na zębach.

- Suma na yu? Kim jesteś? - spytał zaciekawiony i rozmawiał ze mną życzliwie, dopóki nie usłyszał słowa bukuman, pisarz. Wtedy w mgnieniu oka zmienił ton i przeszedł na francuski: - Hej! A kto ci dał prawo, żeby to robić, co?! Może ja do was też przyjadę i zacznę o was pisać, co mi się podoba, he?! Może nie wiesz, ale jesteś tu wśród ludzi, którzy potrafią czytać, pisać i mogą mówić za siebie!! - krzyczał coraz głośniej. Ludzie z kolejki patrzyli bez słowa, chyba zaciekawieni.

- Możesz to zrobić. Przecież do nas też przyjeżdżają reporterzy - odparłem zaskoczony.

- Mój lud ma za sobą okropne doświadczenia!!

- Wiem, czytałem o tym.

- Na pewno nie wiesz tyle, co ja!

- Tego nie powiedziałem.

- Przyjeżdżasz tu i sobie na nas zarabiasz!

- Na książce na pewno nie zarobię, nawet mi się nie zwróci. Poza tym pracuję na własne konto i przez kilka miesięcy w Gujanie nie zarobię ani grosza.

- Nie zarabiasz, bo jesteś bogaty i cię na to stać!! - grzmiał dalej złotolubny rasta.

- Bogaty? U mnie większość ludzi zarabia w miesiąc tyle, ile ten człowiek przed chwilą wyjął z bankomatu! Z oszczędności jem tu głównie kwak z sardynkami. Poza tym mój kraj nigdy nie miał kolonii ani niewolników. To nas napadnięto i na sto dwadzieścia lat wymazano z mapy świata. Gówno wiesz o moim kraju, ale już masz gotową opinię na mój temat tylko dlatego, że jestem biały!

- Tego nie powiedziałem, nie jestem rasistą... - Rasta spuścił nieco z tonu, ale musiała minąć chwila, nim się uspokoił i usadowił na murku. - Dałem ci trochę do myślenia, co? - dodał butnie, choć już bez złości i po chwili na jego twarzy pojawił się zaskakujący uśmiech. - Mówią na mnie India. Masz!

Nalał nieco pojednawczego rumu do swojego dyżurnego kubeczka. Widać, co miało wybrzmieć, już wybrzmiało. Niedługo potem wsiadł do niewielkiej wywrotki i odjechał. W stronę rzeki i nadbrzeżnej wiaty, którą wieńczył obraz zbiegłych niewolników.

Wyspa Ile du Diable (fot. Shutterstock)
Wyspa Ile du Diable (fot. Shutterstock)

***

Tafarina była już po porannym prysznicu i kąpieli z liści. Teraz szykowała najmłodsze rodzeństwo. Wyiskała głowę siostrze i zaplotła jej starannie warkoczyki. Potem obgryzła paznokcie małemu braciszkowi i natarła go olejkiem kokosowym. Sąsiadki zagrabiły już wokół domów i obsztorcowały należycie swoje dzieci, szykujące się do szkoły. Ranek rozpoczął się poprawnie.

- Mógłbyś się wykąpać w łazience w środku? Trochę się krępuję przed innymi, kiedy myjesz się na zewnątrz - poprosił Szabo, gdy stałem namydlony przy kranie z boku domu.

Elementy Trzeciego Świata, których nie brakowało w okolicy, mogły sugerować luz i degrengoladę. Wszystko jednak miało tu swój porządek, który wyznaczała tradycja i obyczajowa dyscyplina. Pralka mogła stać na zewnątrz, a drapanie się po rowku nikogo nie gorszyło. Ale niezagrabienie wokół domu dwa razy dziennie byłoby oznaką niechlujstwa i powodem do wstydu przed sąsiadami.

- Mnie już męczy część tych zasad, dlatego wolę mieszkać w mieście - przyznała Tafarina. - Wiesz na przykład, że gdyby moja mama miała okres, to nie mógłbyś tu mieszkać? Jeszcze do niedawna nad rzeką stała nawet specjalna altanka i jak się zaczynało munsiki, "choroba miesięczna", to się tam przenosiła. Ona sama uważała, że kobieta, która nie umie zadbać o dom i męża, jest nic niewarta. Kiedy zaś łoiła rodzeństwo, nie była szczególnie surowa. Po prostu robiła to co inni. Krzyki brzmiące jak awantury dobiegały z sąsiedztwa codziennie.

Surowe reguły codziennego życia nie wykluczały jednak wcale śmiechu i radości. Było tego we wsi dużo. I w głośnych rozmowach, i w wesołych sąsiedzkich pogaduszkach. Także naszych, z Tafariną. Tutaj ludzie z nietłumioną ekspresją dawali upust emocjom. I radości, i złości.

- Pamiętam, jak sąsiadka zdzieliła jedną z dziewczyn garnkiem w głowę, tak że poleciała jej krew. Własna matka ją przytrzymywała, żeby sąsiadce było łatwiej - wspominał Szabo, spokojnie, ale z wyraźną dezaprobatą.

Sam miał na ręku wielką bliznę po maczecie, ślad scysji z kuzynem. Nie szukał potem zemsty. Wolał poczekać, aż los lub przodkowie wymierzą sprawiedliwość. Jakiś czas później ktoś wybił kuzynowi kaflem zęby. Szabo nie myślał również iść z tym do żandarmów. Wszelkie konflikty i problemy załatwia się tu we własnej społeczności. Prawo zwyczajowe bierze górę nad państwowym.

* Fragmenty książki "Kraj naprawdę i na niby Reportaże z Gujany Francuskiej" Tomasza Owsianego. Ebook do kupienia TUTAJ>>>

Tomasz Owsiany, autor książki 'Kraj naprawdę i na niby. Reportaże z Gujany Francuskiej' (fot. Materiały prasowe)
Tomasz Owsiany, autor książki 'Kraj naprawdę i na niby. Reportaże z Gujany Francuskiej' (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku