Synowie Małgorzaty Kowalczyk, Hubert i Tomasz, z babcią

Synowie Małgorzaty Kowalczyk, Hubert i Tomasz, z babcią (fot. Maksymilian Rigamonti)

reportaż

"Nie było w nim żadnej skruchy"

Mama opowiadała o wizytach domowych u rodzin z Niebieską Kartą. Jak trzeba było się wycofywać i dzwonić po policję. Ale kto by pomyślał, że siedząc za biurkiem, można być narażonym na niebezpieczeństwo - opowiada Hubert, syn tragicznie zmarłej pracownicy GOPS-u, Małgorzaty Kowalczyk w zbiorze reportaży "Śmierć warta zachodu".

Czasem dziewczyny lubiły zaszaleć. Wsiadały wtedy do fiata uno i jechały na bal.

- Wszystkie?

- Czasami sześć!

- Do uno?

- No dobra, wiemy, że to wbrew przepisom.

- To może lepiej pan tego nie pisze?

- E tam! Niech pisze!

- Mandatu przecież nie dadzą.

Dziewczyny są wieku czterdzieści plus. Siedzą na sofach w skierniewickim Centrum Kultury i Sztuki. Wszystkie przyszły tu ze względu na Gosię. Żeby opowiedzieć, jaka była, jak wyglądała, o czym marzyła, zanim "to się stało". Mówią "to się stało", bo mimo upływu czasu trudno "to" nazwać i mówić o "tym" wprost.

* * *

Poznały się w Ośrodku Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie w Skierniewicach. Ośrodek jest dla ofiar. Zapewnia im pomoc psychologa, prawnika, mediatora, a w skrajnych przypadkach miejsce w hostelu. Może się tu skryć do 16 matek z dziećmi: "Hostel wyposażony jest w kuchnię z pełnym zapleczem sprzętu AGD, łazienkę z ubikacją".

Jolanta Lewandowska: Gosia była samotną matką jak my, była po rozwodzie jak my.

Elżbieta Tomasik: Wspólny problem łączy. Byłyśmy jak siostry.

W ośrodku spędzały dużo czasu - obchodziły Dzień Ziemniaka albo choinkę z konkursami dla dzieci. Zachowało się "konkursowe" zdjęcie Małgorzaty tańczącej z synem na skrawku gazety.

Hania Adamiec: Żeby pan wiedział, jak Gosia lubiła tańczyć.

Fiatem uno z naruszeniem przepisów "siostry" całą paczką jeździły na bale abstynenta. Miały cygańskie chustki z cekinami. Od razu po tych chustach było wiadomo, że tańczą Skierniewice.

Wyprawy na bale abstynenckie były sposobem na odreagowanie, oderwanie się od codziennych kłopotów.

Elżbieta Tomasik: Po drodze śpiewałyśmy, śmiałyśmy się albo płakałyśmy, jak były problemy.

Poznały się w Ośrodku Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie w Skierniewicach. Ośrodek jest dla ofiar (fot. Shutterstock)
Poznały się w Ośrodku Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie w Skierniewicach. Ośrodek jest dla ofiar (fot. Shutterstock)

* * *

Kiedyś podczas takiej wycieczki Gosia opowiedziała koleżankom, że w pracy się boi.

Elżbieta Jabłońska: Że boi się kroków. Wie, że idzie ten człowiek. Rozpoznaje jego chód. Nasłuchuje.

* * *

Małgorzata Kowalczyk pracowała w podskierniewickim Makowie w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Brzydki piętrowy klocek, pomalowany na brudnożółto.

Hubert, starszy syn Małgorzaty, dziś student informatyki: Ściana z napisem "Witamy w Makowie". Pierwsze piętro, okno po prawej. Tam pracowała mama.

Krystyna Foks, matka Małgorzaty: Jeszcze tam nie byłam. Nie wiem, chyba nie dałabym rady tam wejść. Proszę sobie słodzić kawę, stygnie.

* * *

Wcześniej Małgorzata pracowała w firmie gazowniczej i w firmie krawieckiej. Przywoziła robotę do domu. Siedziała nocami.

Hubert: Sukienki, spodnie. Patrzyliśmy, jak szyje, jak kroi. Z młodszym bratem "pomagaliśmy" trochę dla zabawy. Czasem mówiła: "Masz kawałek materiału, przejedź maszyną". Dorabiała rozwożeniem gazet do sklepów, ale ciągle szukała czegoś innego. Wybrała sobie pomoc społeczną. Zrobiła licencjat, planowała magisterkę.

Tomek, młodszy syn Małgorzaty, dziś licealista: Mama była przejęta pracą. Opowiadała o niej. Lubiła to robić.

* * *

- Czy się nadawała?

- I tak, i nie.

Nie nadawała się, bo jak mówi Jolanta Lewandowska: Gosia była za delikatna, za subtelna, za miękka. Elżbieta Tomasik dodaje, że nawet nigdy nie zaklęła.

Wypalała się w tej pracy. Angażowała się emocjonalnie. Czasem chciała pomóc, a nie mogła, bo przepisy są sztywne. Uważała to za wielką niesprawiedliwość, ale nic nie mogła poradzić.

Nadawała się, bo wiedziała, co to znaczy potrzebować pomocy, być w trudnej sytuacji.

Hanna Adamiec: Wiedziała to z własnego doświadczenia. Dlatego chciała pomagać innym. Raz któraś zapytała: "Gosia, a po co ci te studia?". A ona mówiła: "Bardzo chcę tam pracować". Ja panu powiem, ta praca to było jej marzenie. Nie przewidziała tylko...

- Czego?

Hanna Adamiec: Że tak to się skończy. Nikt tego nie przewidywał.

Czasem chciała pomóc, a nie mogła, bo przepisy są sztywne. Uważała to za wielką niesprawiedliwość, ale nic nie mogła poradzić (fot. Shutterstock)
Czasem chciała pomóc, a nie mogła, bo przepisy są sztywne. Uważała to za wielką niesprawiedliwość, ale nic nie mogła poradzić (fot. Shutterstock)

Hubert: Mama opowiadała o wizytach domowych u rodzin z Niebieską Kartą. Jak trzeba było się wycofywać i dzwonić po policję. Ale kto by pomyślał, że siedząc za biurkiem, można być narażonym na niebezpieczeństwo.

Krystyna Foks: Ona nawet na dach wchodziła, żeby czyścić kominy podopiecznym. W tej pracy odnalazła swoje miejsce. Żeby pan wiedział, ilu ludzi przychodzi dziękować. Ja stoję na cmentarzu, przy grobie. A nieznajomi podchodzą i podchodzą: "Bo córka pomogła, załatwiła".

(...)

Poniedziałek 15 grudnia rano.

Małgorzata Kowalczyk wychodzi do pracy w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej w Makowie. Nie ma daleko, ledwie kilkaset metrów. Po pracy ma jeszcze wywiadówkę u młodszego syna Tomka. No i trzeba już zacząć myśleć o świętach! Zostało niewiele ponad tydzień! Ubrana jak zwykle elegancko. But na obcasie. Klipsy.

Hubert: Nie pamiętam żadnego obrazka. Ani samego śniadania, ani jednego spojrzenia mamy. Nic! Wyszedłem z domu. Powiedziałem: "Cześć!". Ja do szkoły, mama do pracy. Za kilka godzin się zobaczymy. Zwykły poranek. A potem też nie szukałem tego wspomnienia.

* * *

Poniedziałek 15 grudnia, wczesne popołudnie. Małgorzata Kowalczyk i Renata Białkowska siedzą przy komputerach w pokoju na piętrze makowskiego GOPS-u.

Na schodach słychać kroki.

Komunikat policji: "Policjanci pod nadzorem prokuratury wyjaśniają okoliczności tragicznego zdarzenia, do którego doszło 15 grudnia 2014 roku około godziny 13.15 na terenie Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Makowie, w powiecie skierniewickim. Ze wstępnych ustaleń wynika, że do pomieszczeń na I piętrze wszedł mężczyzna i doprowadził do podpalenia niezidentyfikowanej cieczy. W wyniku wybuchu cieczy dwie kobiety zostały ranne. Niestety, obrażenia jednej z nich w wieku 40 lat okazały się na tyle poważne, że zmarła. Policjanci wytypowali mężczyznę, który mógł mieć związek z pozostawieniem wspomnianej cieczy i zatrzymali go na terenie powiatu skierniewickiego. 62-latek trafił do policyjnego aresztu".

"Gość Łowicki", fragment artykułu: "Ogień błyskawicznie rozprzestrzenił się wewnątrz pomieszczenia. Sprawca tragedii zbiegł. Pracownicy ewakuowali się na dach sąsiedniego budynku. Niestety, w płonących pomieszczeniach pozostały dwie osoby. Gdy na miejsce zdarzenia przyjechała straż pożarna, z płomieni wyciągnęła dwie poparzone urzędniczki. Pomimo trwającej ponad 45 minut reanimacji jednej z kobiet nie udało się uratować.

Drugą ofiarę z ciężkimi oparzeniami śmigłowcem przetransportowano do jednego z warszawskich szpitali, gdzie lekarze walczą o jej życie".

"Dziennik Łódzki", fragment artykułu: "Z ustaleń śledczych wynika, że 62-latek w poniedziałek ok. godz. 10 widziany był w sklepie w Słomkowie. Świadkowie zauważyli, że miał przy sobie torbę z plastikowymi butelkami. W butelkach, jak przypuszcza prokuratura, mogła znajdować się benzyna wykorzystana w późniejszym ataku. W południe był już w Makowie. Około godz. 12:30 zauważyły go wracające do biura pracownice GOPS. Te same kobiety pół godziny później zostały zaatakowane.

Po ataku mężczyzna prawdopodobnie spokojnie wrócił busem do domu. Gdy do jego drzwi zapukali policjanci, czuć jeszcze było od niego benzynę. Podejrzany trafił do policyjnego aresztu".

Drzwi, przez które wszedł Leszek G. (fot. Maksymilian Rigamonti)
Drzwi, przez które wszedł Leszek G. (fot. Maksymilian Rigamonti)

* * *

Gdy Leszek G. wszedł do pokoju i zaczął rozlewać benzynę, Renata Białkowska (lat 40, matka dwóch córek w wieku 3 i 15 lat) schowała się pod biurkiem. Zginęła od zaczadzenia.

Małgorzata Kowalczyk siedziała bliżej drzwi. Napastnik wylał benzynę bezpośrednio na nią. Podpalił ją. Trzymał drzwi, żeby kobiety nie mogły się wydostać.

Piotr Markowicz, który wbiegł na górę na ratunek, mówił w "Uwadze TVN": "Zobaczyłem tę dziewczynę w drzwiach, prawdopodobnie się wyczołgała. Mówi: >Pomóż mi, pomóż, ale nie wiadomo było, za co ją wziąć. Bo jej ciało. To wyglądało źle. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Wyciągnęła ręce, jakoś udało się ją przeciągnąć na materac i powoli znieść na parter. Całe ciało poparzone. Od głowy widok przerażający. Powiedziała jeszcze: >Mam dwoje dzieci, ratujcie mnie. Klęczałem i trzymałem jej głowę na kolanach, dopóki nie przyjechało pogotowie".

Krystyna Foks: Mąż dzwoni do mnie:

- W GOPS-ie był wypadek. Co Małgosia miała na uchu?

- Kwiatuszek. Klips taki.

- To ona. Zabierają ją helikopterem, ale nie wiem gdzie.

- Mąż nie poznał córki, tak była spalona. W szpitalu lekarz powiedział nam: "Górnicy po wypadkach w kopalni mają po 60 procent poparzonego ciała. I trudno im z tego wyjść. A pani córka 98 procent. Niech pani się niczego nie spodziewa".

(...)

Rozmawiamy o mordercy. Hubert mówi, że w pierwszych dniach chciał mu zrobić krzywdę, "oddać".

- Ale nie bardzo wiedziałem jak. Uspokajali mnie dziadkowie. Stanęło na tym, że chciałem o tym zapomnieć. Co o nim zapamiętałem? Że miał problemy zdrowotne i umarł, rok czy półtora po mamie.

Leszek G. bywał w GOPS-ie często. Znali go tam i się go obawiali. Przed sądem mówił, że żywił żal do wójta i pracownic opieki społecznej, bo nie chcieli go posłać do ośrodka. Taki był motyw zbrodni.

Wójt Makowa Jerzy Stankiewicz potwierdzał w rozmowie z dziennikarzami: "Ten mężczyzna od dłuższego czasu ubiegał się o przyjęcie do domu pomocy społecznej".

Elżbieta Tomasik: To nie była wina tych dziewczyn. Nie mogły nic poradzić, bo ten człowiek nie spełniał warunków przyjęcia go do Domu Pomocy Społecznej. Nie mogły ich nagiąć. A on był znany w okolicy. Ludzie mówili, że próbował wymusić pomoc. Kładł się na przykład na drodze, mówił, że potrącił go samochód, żeby dostać się do szpitala.

G. rzeczywiście miał rentę i dom - do przyjęcia do DPS się nie kwalifikował. Morderca wcześniej leczył się psychiatrycznie. Biegli orzekli, że w chwili popełniania zbrodni jego poczytalność była ograniczona w nieznacznym stopniu. Znaczyło to, że może ponosić odpowiedzialność karną. Został oskarżony o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Skazany przez sąd pierwszej i drugiej instancji na dożywocie.

Sędzia sądu apelacyjnego Jarosław Papis mówił w uzasadnieniu: "To kara wyjątkowa i eliminacyjna, ale w tym przypadku jej wymiar nie budzi zastrzeżeń. [...] Pozbawił życia młode kobiety, które mogły cieszyć się życiem i czerpać radość, patrząc, jak dorastają ich dzieci".

Krystyna Foks: Nie było w nim żadnej skruchy.

Synowie Małgorzaty Kowalczyk, Hubert i Tomasz, są podopiecznymi Fundacji Dorastaj z Nami od 2015 roku.

***

"Śmierć warta zachodu" to zbiór reportaży, wywiadów i esejów, których tematem jest służba - dla kraju i dla drugiego człowieka. Służba żołnierza na misji, policjanta, antyterrorysty, strażaka, ratownika medycznego. Służba i wszystko co się z nią wiąże: honor, odwaga, odpowiedzialność, strach, samotność, ordery, wdzięczność, ale nierzadko także osierocone dzieci, smutek, trauma, żałoba.

Autorzy książki "Śmierć warta zachodu" za punkt wyjścia obrali prawdziwe historie podopiecznych Fundacji Dorastaj z Nami już od 10 lat wspierającej dzieci i rodziny pracowników służb publicznych, którzy zginęli, zmarli lub doznali uszczerbku na zdrowiu podczas służby. Od kwietnia tego roku Fundacja rozszerzyła swoją działalność i objęła opieką także rodziny pracowników ochrony zdrowia, lekarzy, pielęgniarek i personelu medycznego, którzy ponieśli śmierć w walce z COVID-19. Teksty w książce dopełniają czarno-białe zdjęcia Maksymiliana Rigamonti.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Okładka książki 'Śmierć warta zachodu' (fot. Materiały prasowe)
Okładka książki 'Śmierć warta zachodu' (fot. Materiały prasowe)

***

Paweł Reszka. Ur. 1969 w Choszcznie. Dziennikarz. Zaczynał w "Rzeczpospolitej", pracował także m.in. w: "Dzienniku", "Tygodniku Powszechnym", "Newsweeku". Obecnie szef działu krajowego tygodnika "Polityka". Był korespondentem w Moskwie, relacjonował konflikty zbrojne, m.in. w Gruzji, na Ukrainie, w Kosowie. Laureat nagród dziennikarskich, m.in. Nagrody Dariusza Fikusa, Grand Press, Nagrody Andrzeja Woyciechowskiego, tytułu Dziennikarza Dekady oraz Nagrody MediaTory przyznawanej przez studentów dziennikarstwa. Autor książek reporterskich, m.in.: Mali Bogowie, Czarni, Miejsce po imperium, Chciwość.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku