Reportaż
(fot. Zdjęcie ilustracyjne - monkeybusinessimages / iStockphoto.com)
(fot. Zdjęcie ilustracyjne - monkeybusinessimages / iStockphoto.com)

Agnieszka to dziś wysoka, szczupła, elegancka dziewczyna, absolwentka kulturoznawstwa i grafiki komputerowej. Pracuje jako grafik komputerowy, fotografuje, projektuje strony internetowe. Wciąż szuka swojego miejsca w świecie. Wie, że dostała drugie życie. Nie ma wątpliwości, że dał je jej prof. Jan Talar*.

W 2003 roku, gdy miała jedenaście lat, na obozie jeździeckim spadła z konia. Mimo że miała na głowie toczek, doszło do obrażeń mózgu i śpiączki.

Prof. Talar to drugi ojciec mojej córki. Opowieść ojca - Roberta Terleckiego

Agnieszka spadła z konia, doszło do ciężkiego urazu głowy. Na miejscu była lekarka, zadzwoniła po pogotowie, powiedziała, co się stało. Dzięki temu lekarze do karetki od razu zabrali leki przeciwobrzękowe.

W chwili wypadku Agnieszka miała jedenaście lat (fot. Zdjęcie ilustracyjne - Zuberka / iStockphoto.com)

Pogotowie zawiozło córkę do szpitala w Pile. Mnie o wypadku powiadomiono dopiero po sześciu godzinach. Gdy przyjechałem, (...) ordynator szpitala w Pile powiedziała, że szanse córki na przeżycie są znikome. Zapytała, czy nie chciałbym pomóc innym ludziom i w razie czego zgodzić się na przekazanie organów córki do transplantacji. To był dla mnie szok. Powiedziałem, że muszę się zastanowić. Dzięki swoim znajomościom zawodowym skontaktowałem się z prof. Markiem Haratem, neurochirurgiem. Obejrzał Agnieszkę, stwierdził, że to przypadek nieoperacyjny i poradził, żebym skontaktował się z prof. Janem Talarem, który był wtedy szefem Kliniki Rehabilitacji szpitala w Bydgoszczy. (...)

Mówiłem pani ordynator z Piły, że widzę zmiany w wyglądzie źrenic Agnieszki. Ale ona stwierdziła, że żadnej zmiany nie ma, że to tylko ja chciałbym taką zmianę zobaczyć. Uważała, że nie ma co robić sobie nadziei. Po kilku dniach prof. Talar zasugerował, żeby spróbować odłączyć Agnieszkę od respiratora. Udało mi się namówić do tego lekarza prowadzącego. Córka zaczęła samodzielnie oddychać.

Dziewiątego dnia od wypadku powiedzieliśmy z żoną, że chcemy zabrać Agnieszkę do innego szpitala. Po wielkich dyskusjach: "Po co", "To nie ma sensu", szpital w Pile się zgodził.

W szpitalu, do którego trafiła Agnieszka po wypadku, lekarze twierdzili, że szanse dziewczynki na przeżycie są bardzo niewielkie (fot. sudok1 / iStockphoto.com)

W wypisie Agnieszki było napisane: "objawy śmierci pnia mózgu". Na pytanie mojej żony, dlaczego taki zapis, pani ordynator stwierdziła, że to pomyłka. Przekreśliła słowa: "objawy śmierci pnia mózgu" i wpisała: "objawy stłuczenia pnia mózgu". Nawet się pod tym przekreśleniem nie podpisała, więc wyglądało to trochę tak, jakby ktoś spreparował dokument!

Na basen w śpiączce

Zawieźliśmy Agnieszkę do kliniki prof. Talara w Bydgoszczy. Już pierwszego dnia, jak ją zobaczył, powiedział, że będzie dobrze. A ona wtedy leżała bez najmniejszego ruchu.

Klinika Profesora to był bardzo nowoczesny oddział szpitalny, widać było też dużą dyscyplinę personelu. Pacjenci od 7.00 rano mieli zajęcia: na basenie (był w szpitalu), w sali gimnastycznej. Na dachu szpitala prof. Talar zbudował ogród: wjeżdżało się tam specjalną windą. Pacjenci jeździli tam "na spacer".

Profesor od razu powiedział, że zabieramy się do roboty. Poszedłem załatwiać sprawy, po chwili wracam, patrzę - na końcu korytarza ktoś siedzi na wózku inwalidzkim, głowa mu zwisa bezwładnie. Podchodzę bliżej, patrzę - to Agnieszka! Myślę: "Czy komuś rozum Pan Bóg odebrał?". A Profesor mówi: "Panie Terlecki, niech pan się nie martwi, na basen z córką jedziemy!". Myślę: "Wariat jakiś, przecież ona jest nieprzytomna!". Rzeczywiście zabrali Agnieszkę na basen! Była w śpiączce, nie ruszała nawet palcem, nie otwierała oczu! (...)

Prof. Talar przed szpitalem w Bydgoszczy w 2014 r. (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

W tej klinice pacjent nie leżał bez ruchu nawet piętnastu minut w ciągu dnia. Zajęcia były non stop, zaplanowane na cały dzień: co chwila rehabilitacja na innych przyrządach. Im lepiej pacjent zaczynał funkcjonować, tym zajęcia były na wyższym poziomie. (...) Wybudzenie Agnieszki poszło jak burza. Według lekarzy z Piły nie miała szans na życie, normalne funkcjonowanie, mówienie, komunikację, poruszanie się. A ona po dziesięciu dniach otworzyła oczy! Po dwóch miesiącach, kiedy wychodziliśmy z kliniki, Agnieszka już chodziła! Słabo jeszcze, ale chodziła na własnych nogach. Jadła sama, mówiła. (...)

Przed powrotem do domu pojechaliśmy z Agnieszką do szpitala w Pile - umówiłem się tam z dyrektorem szpitala, lekarzem prowadzącym i z panią ordynator. Ale pani ordynator nawet na nas nie poczekała. Bała się spojrzeć nam w twarz? Gdy weszliśmy na oddział z córką, pielęgniarka aż klęknęła, jakby obraz na Jasnej Górze zobaczyła! Płakała. (...)

Agnieszka (...) dwa i pół roku po wypadku wróciła do szkoły. Nadrobiła zaległości - dogoniła rówieśników. Nie straciła nawet roku.

***

Już nie czuję się nieśmiertelna. Opowieść Agnieszki Terleckiej

Pamiętam, że obudziłam się w zielonej sali. Obok mnie puste łóżko, z drugiej strony też puste łóżko, a na następnym - sparaliżowana kobieta. Pomyślałam, że to jakiś sen, który mi się śni i zaraz się obudzę. Potem przyszła mama, zabrała mnie na ćwiczenia, na basen, na zajęcia z logopedą. Cały czas miałam przekonanie, że zaraz się obudzę. Po obiedzie mama zabrała mnie do parku i wtedy zaczęłam myśleć, że ten sen trwa już za długo. Wtedy pierwszy raz zadałam mamie pytanie: "Co ja tutaj robię?". Mama uważa, że wtedy odzyskałam świadomość. A ja odzyskałam świadomość już tamtego ranka.

Pierwsza rzecz, jaką pamięta Agnieszka to zielona, szpitalna sala (fot. sudok1 / iStockphoto.com)

Nic nie pamiętam z tego, gdy byłam w śpiączce. Pamiętam obóz jeździecki - wszystko, aż do dnia przed wypadkiem. Dzwoniłam do mamy, płacząc, że koleżanki mnie nie lubią i chcę wracać. Nie wszystko mi się tam podobało: najpierw jeździłam na ośmioletniej klaczy, ale kierowniczka obozu stwierdziła, że da mi półtorarocznego ogiera. Wsiadłam na niego, poniósł mnie w lesie: złapała nas burza, on się przestraszył. Zapanowałam nad nim, ale poprosiłam opiekunkę o zmianę konia. Stwierdziła, że albo jeżdżę na tym, albo na żadnym.

Następnego dnia zdarzył się wypadek.

Żyję dzięki prof. Talarowi

Wiem, jakie były pierwsze diagnozy i że nadzieję dał moim rodzicom prof. Talar. Podobno jak pierwszy raz posadził mnie na wózku inwalidzkim, to mój ojciec chciał mu zrobić krzywdę. Byłam nieprzytomna, sparaliżowana, a on sadza mnie na wózek! (...)

Nie od razu po przebudzeniu doszłam do siebie, ale postępy były szybkie: może po tygodniu stanęłam na nogi i uczyłam się chodzić, a po dwóch miesiącach wróciłam do domu. Oczywiście to nie był koniec rehabilitacji: dalej ją miałam, ale już blisko domu. Miałam też indywidualny tok nauczania, nauczyciele przychodzili do mnie do domu. A w czasie ferii zimowych, w wakacje - rehabilitacja w Bydgoszczy. I tak przez dwa lata.

Agnieszka Terlecka dziś pracuje jako graficzka i fotografka. Po prawej jej dwie prace (fot. materiały promocyjne)

Po dwóch latach wróciłam do szkoły, nie straciłam ani jednego roku. Test szóstoklasisty zdałam świetnie, dostałam 38 punktów na 40. (...) Bez problemu przeszłam potem przez liceum i przez studia.

Uczenie się na nowo

To nie jest tak, że człowiek się wybudzi i już jest wszystko w porządku: mówi, wstaje, wszystkich rozpoznaje. Powrót do normalności to ciężka praca. Mamie kręgosłup przy mnie wysiadł, bo zdarzało się, że w ciągu godziny nosiła mnie sześć razy do łazienki.

Uczyłam się wszystkiego od początku, włącznie z relacjami międzyludzkimi. Do mojej cioci potrafiłam powiedzieć: "Sp***dalaj", jak mi się coś nie podobało. To norma: wiele razy słyszałam w szpitalu, jak faceci wyzywali swoje narzeczone, siostry, matki, żony od dziwek, ku*ew itp. To taki powrót do bycia na poziomie dziecka, które się nie kontroluje, nie ma blokad. (...) W szpitalu rehabilitanci nie zwracali uwagi, gdy ktoś się źle odzywał, czy nieodpowiednio zachowywał. Najważniejsze było, że w ogóle zaczynał mówić, chodzić.

Wyjątkiem była jedna z moich rehabilitantek. Pamiętam, że już wtedy chodziłam, ale brzydko. Mama mówiła: "dobrze, wystarczy". Ja też miałam dość ćwiczeń, często nawet płakałam na sali rehabilitacyjnej. A wtedy rehabilitantka powiedziała do mojej mamy, że nie chodzi o to, żebym chodziła, tylko żebym chodziła jak modelka, bo jestem kobietą. (...)

Prof. Talar w bydgoskiej klinice, 2005 r. (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)

Druga szansa

Był czas, że uważałam, że jestem nieśmiertelna. Wdawałam się w ryzykowne sytuacje, uważałam, że skoro raz wydarzył mi się wypadek, z którego wyszłam, już nic nie ma prawa mi się stać.

Jak miałam czternaście, piętnaście lat, olśniło mnie, że mogłoby mnie już nie być. Wracałam z mamą samochodem po treningu lekkoatletycznym (kiedy nie chciałam już chodzić na rehabilitację, rodzice kazali mi wybrać sobie jakiś sport - wybrałam lekkoatletykę i basen). I kiedy tak wracałyśmy razem, nagle pomyślałam, że przecież mogłoby już mnie nie być. Bo ktoś mógłby zadecydować, że nadaję się tylko na organy. Popłakałam się. Jedyny raz.

Co mi pozostało po urazie? Nie umiem jeździć na rowerze - chyba nie nauczyłam się łapać równowagi. Jak jestem zmęczona, to krzywo stawiam prawą nogę. Silniejszą mam lewą rękę niż prawą. Nie mogę pić alkoholu na spirytusie, przyjmować leków hormonalnych. Powinnam się oszczędzać, więcej spać, wypoczywać. Tylko że ja żyję w trybie nocnym, do czwartej rano i od dziesiątej. Artyści tak mają.

Uważam, że dostałam drugą szansę. Dlatego staram się nie marnować życia, każdego dnia uczyć się czegoś nowego. Skończyłam kulturoznawstwo z grafiką komputerową, wcześniej dwuletnią szkołę plastyczną o profilu fotografia artystyczna. Uczę się informatyki, zdobywam zawód technika procesów multimedialnych. Pracuję jako grafik dla jednej z organizacji pozarządowych, projektuję strony internetowe. Pasjonuje mnie kultura, sztuka, lubię podróże. (...) Rozsądek wrócił. Już nie myślę, że jestem nieśmiertelna.

Książka ''Wybudzeni. Powrót do życia. Polskie historie'' autorstwa Katarzyny Pinkosz ukazała się nakładem wydawnictwa Fronda (fot. materiały prasowe)

*Fragment książki Katarzyny Pinkosz "Wybudzeni. Powrót do życia. Polskie historie''.

Katarzyna Pinkosz. Dziennikarka, autorka reportaży. Od lat pisze o sprawach związanych z medycyną. Dwukrotnie otrzymała nagrodę Kryształowe Pióro. Przed "Wybudzonymi..." wydała książkę "O dwóch takich. Teraz Andy" o wyprawie niepełnosprawnych podróżników na Aconcaguę.

Zobacz wideo