Adam Mickiewicz, poeta - fotografia portretowa. Reprodukcja fotografii Michała Szweycera z 1853 r.

Adam Mickiewicz, poeta - fotografia portretowa. Reprodukcja fotografii Michała Szweycera z 1853 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

wywiad gazeta.pl

"Niektórzy mówili, że Mickiewicz wychodzi nocami z trumny, robi rozgardiasz w świątyni i obgryza świece"

Kiedy sprowadzono szczątki Mickiewicza do Krakowa i złożono je na Wawelu, nastały deszczowe lata. Galicyjscy chłopi uznali dość szybko, że to wina poety, który za życia miał być płanetnikiem, człowiekiem mającym władzę nad pogodą. Podkrakowski lud uważał, że trumnę poety należy wrzucić do Wisły, żeby problemy ustały - mówi Łukasz Kozak, autor książki "Upiór. Historia naturalna".

Jeszcze w trakcie lektury twojej książki zadzwoniłem do mamy z pytaniem, czy urodziłem się z zębami, czy też bez. Też sprawdzałeś?

Z pewnością są ludzie, którzy urodzili się z zębami i zauważyłem po ukazaniu się książki, że dzielą się teraz ze mną informacjami o tym. Rodzice takich dzieci na szczęście nie postępują już jak Marcin Socha ze wsi Nowe Chrusty, który w 1933 roku swemu nowo narodzonemu dziecku uciął z tego powodu głowę.

Jest też całkiem sporo osób, które się urodziły w czepku, czyli z fragmentem błony płodowej na głowie, i także są w związku z tym podejrzane. Jak widzisz, wszystkie te symptomy upioryzmu są bardzo powszechne. Nie chodzi tu o żadne wyjątkowe cechy fizyczne.

A nieświeży oddech? Czy on wskazuje na upiora?

Nieświeży oddech to za mało. To musi być chuchnięcie, które zabija. I to działa tylko w okolicach Krakowa. Zabójcze "chuchnięcie w gębę" to cecha małopolskich strzygoni.

Rumiana twarz?

Tak, to jest podstawa. Ślad został w zanikającym już, niestety, powiedzeniu "czerwony jak upiór". Dzisiaj koleżanka powiedziała mi, że jeszcze jej babcia mówiła tak do swego małżonka. Bardzo mnie to ucieszyło. Przy czym trzeba pamiętać, że twarz jest czerwona zarówno za życia, jak i po śmierci. Jeśli trup nadal jest rumiany, nie rozkłada się i płynie w nim krew - to na pewno upiór.

I co wtedy?

Mamy mnóstwo źródeł opisujących rozmaite zabiegi wobec takich trupów: od obsypywania makiem do ćwiartowania, przebijania kołkami, obcinania głowy i palenia. Lista jest dość długa.

Trochę się uśmiecham, ale to temat w gruncie rzeczy poważny.

Bardzo, bo to prowadziło do samosądów nie tylko na umarłych, ale także żywych, na co przykładem są opisane przez Iwana Franko zajścia w Nahujowicach, gdzie w 1831 roku siedmiu mężczyzn wskazanych przez chłopca, który uważał się za żywego upiora, także za upiory uznano. Maltretowano ich straszliwie, a na koniec spalono żywcem.

Takich przypadków jest naprawdę sporo, opisuję je w książce. O ile możemy się śmiać, że strzygoń pod Krakowem pije wódkę i bije się z chłopami, to większość historii zabawna nie była. Był za to ogrom uprzedzeń, emocji, lęków i wykluczeń.

Łukasz Kozak, autor książki 'Upiór. Historia naturalna' (fot. Martyna Marcinkowska)
Łukasz Kozak, autor książki 'Upiór. Historia naturalna' (fot. Martyna Marcinkowska)

Dotychczas łączono zwykle upiory ze słowiańską mitologią, ty zaś piszesz, że nie ma czegoś takiego jak słowiańska mitologia.

Z pełną świadomością obrażam uczucia religijne Turbosłowian i uczucia narodowe Wielkolechitów, gdyż mitologia słowiańska sama w sobie jest mitem. Zaistniała jako pewna konstrukcja i zawsze była zmyślana przez rozmaitych ludzi o niej piszących. Pierwszy był Jan Długosz, który zmyślił sobie panteon bogów słowiańskich (a raczej "prapolskich") i w kolejnych stuleciach stosowano mniej więcej tę samą metodę.

Następnie przychodzi Aleksander Gieysztor, zasłużony mediewista, który jednak pobłądził i napisał do dzisiaj uznawaną za klasykę "Mitologię słowiańską", gdzie wyjaśnia wszystko przestarzałą indoeuropejską kalką. Ta jego komparatystyka mitologiczna jest w gruncie rzeczy jałowa i niczego nie dowodzi.

To co mamy?

Tak naprawdę mamy tylko strzępki źródłowe, przefiltrowane przez chrześcijańskich pośredników piszących po łacinie. A nie trzeba być tęgą głową, żeby wiedzieć, że bóstwa Rusi Kijowskiej nie są słowiańskie, tylko skandynawskie - kniaziowie przyszli ze Skandynawii.

W co więc wierzono?

W szamanizm. Przy czym zaznaczam, że używam "szamanizmu" z racji braku lepszego słowa. Jako szamanizm rozumiem pewną wiarę w relacje między ciałem a duszą, wierzenia ekstatyczne, które utrzymują się aż do XX wieku i znajdują idealną manifestację w upiorach będących - powtarzam - ludźmi. Samo słowo "upiór" jest pochodzenia tureckiego - turecki "ubyr" oznacza czarownika - i przyszło do nas przez Ruś ze stepów. Jedynym rodzimym, słowiańskim określeniem upiora jest "wieszczy", słowo do dziś funkcjonujące wśród Kaszubów.

Mnie, przyznaję, zaskoczyło najbardziej to, że można być upiorem za życia. Myślałem, że upiorami są tylko trupy.

Ja, zanim nie zacząłem pisać książki, też o tym nie słyszałem, bo, jak się okazuje, żywy upiór to postać, która się całkowicie wymknęła badaniom dwudziestowiecznym, choć wiek wcześniej mieliśmy jeszcze świeże relacje z samosądów na żywych upiorach. Poczułem więc, że trzeba zagłębić się w ten temat i znalazłem niespodziewanie dużo źródeł, które wprost nazywają ludzi żywych upiorami i przypisują im nadnaturalne zdolności. Oczywiście taki człowiek po śmierci, jeśli nie wykona się odpowiednich zabiegów wobec jego ciała, będzie wyłaził z grobu i przynosił zniszczenie.

Ale też były, jak piszesz, i takie upiory, które po śmierci pomagały.

To znów typowe jest tylko dla strzygoni krakowskich, które wstają z grobu, by pomagać rodzinie w gospodarstwie. Sypiają nawet z żonami i płodzą dzieci. Strzygonie są najbardziej oswojonymi ze wszystkich upiorów. Widać, że kultura Krakowa miała na nie spory wpływ.

Po lewej: panienki w trumienki; po prawej: kozioł z łopatą. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka
Po lewej: panienki w trumienki; po prawej: kozioł z łopatą. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka

Upiór, wieszczy, strzyga - są między nimi jakieś zasadnicze różnice?

Zasadniczo nie, wszystko to są synonimy. Po prostu "upiór" za sprawą literatury, choćby Mickiewicza, zdominował terminologię. Kiedy "upiór" pojawia się w polszczyźnie w XVII wieku, oznacza trupa, który wyłazi z grobu, jak strzyga, strzygoń czy wieszczy. Dopiero późniejsza kultura zrobiła z "upiora" zjawę, ducha, fantom.

W książce pojawia się sporo złośliwości tu i tam. Napisałeś ją ze zdenerwowania?

Ze zdenerwowania napisałem być może część wstępu. Resztę napisałem, bo trafiłem na źródła, których nikt dotąd nie znał i których zbieranie mnie kompletnie pochłonęło. A wszystko zaczęło się od zamówienia od Instytutu Adama Mickiewicza, który zażyczył sobie ode mnie książki o polskich wierzeniach ludowych. Pracując nad nią, myślałem, że to będzie dość proste - Kolberg i inni ludoznawcy, wiadomo. Tymczasem okazało się, że kiedy sięgnąłem do prasy czy dokumentów sądowych, otworzył się przede mną świat, do którego nikt jakoś nie zaglądał. Dzięki niemu zdałem sobie sprawę, że to nie mitologia, ale prawdziwe życie, że ludzie byli upiorami, umierali z ich powodu, polowali na upiory, mówili tak o sobie. Upioryzm to praktyka dnia codziennego.

Odkryłeś coś jeszcze.

Nagle wpadłem na trop Mickiewicza wychodzącego z grobu, więc musiałem, ku złości redaktorki książki, opóźnić publikację i powiedzieć, że muszę napisać jeszcze jeden rozdział.

Wychodzącego z grobu?

Kiedy sprowadzono szczątki Mickiewicza do Krakowa w 1890 roku i złożono je na Wawelu, nastały deszczowe lata. Galicyjscy chłopi uznali dość szybko, że to wina poety, który za życia miał być płanetnikiem, człowiekiem mającym władzę nad pogodą i te jego zdolności pozostały po śmierci. Co więcej, zsyłanie klęsk żywiołowych przypisywano często upiorom, wobec tego niektórzy wprost mówili, że Mickiewicz wychodzi nocami z trumny, robi rozgardiasz w świątyni i obgryza świece. Podkrakowski lud uważał, że trumnę poety należy jak najszybciej wrzucić do Wisły, żeby problemy ustały. W taki sam sposób pozbywano się wówczas domniemanych upiorów pochowanych na cmentarzach.

Po co nam właściwie książka o upiorach?

Po to, by się czegoś dowiedzieć o Polsce, bo upiory bardzo dużo mówią o wielu aspektach naszej kultury. I nie chodzi mi tu o ulubione przez Polaków grzebanie w grobach, bo to są rzeczy raczej elitarne, związane z kultem relikwii. A upiory są antyelitarne. Upiory to anarchiści słowiańskiego ducha. To ludzie, którzy buntowali się przeciwko ograniczeniom materii, przeciwko śmierci, przeciwko swojej społeczności. Popatrzmy na figurę upiora w "Dziadach" Mickiewicza, przecież to jest bohater bajroniczny, wielki buntownik.

Po lewej: nieproszeni; po prawej: oczy z pryszczami. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka
Po lewej: nieproszeni; po prawej: oczy z pryszczami. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka

Twoja książka wydaje się bardzo aktualna także z innych powodów.

Sprawa zarazy i pandemii sama przyszła. Protoszczepionki w postaci picia krwi upiora dla zabezpieczenia się przed zarazą też same się pojawiły. Naprawdę nie spodziewałem się, że to, w czym grzebię, będzie aż tak aktualne.

Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Dlatego, że nieustająco tkwimy w pewnych schematach myślenia, które doprowadzały kiedyś to tego, że zaistniał fenomen upioryzmu. Każdy moment kryzysu, każda zaraza, każdy pomór bydła, każda klęska żywiołowa powodowała, że społeczność szukała winnego - zazwyczaj był nim martwy człowiek wychodzący z grobu. Dzisiaj w sytuacji kryzysowej także widzimy różne atawizmy, choć ludzie już nie biegną na cmentarz i nie wykopują upiorów, by im uciąć głowy. Dzisiaj mówimy, że "budzą się upiory", ale chyba już się nie budzą.

Czy upiory mieszkały też w miastach?

Oczywiście, co ciekawe, w miastach mamy przykłady głównie upiorzyc. Choćby kobietę spod Lwowa, którą pochowano pod murami miejskimi i gdy zaczęła się zaraza, uznano, że była upiorzycą. Kiedy rozkopano jej grób, okazało się, że ciało nie było rozłożone, a ona sama żuje całun i mlaszcze w trumnie. W Warszawie w czasie dżumy w 1625 roku burmistrz powietrzny - powoływany na czas zarazy - prowadził rejestr epidemiczny i znalazła się w nim notka o szklarce, która "leżąc w trumnie, chustę jadła". Burmistrz kazał jej uciąć głowę rydlem. W XVIII wieku także w Poznaniu ścięto trupa "wieszczej niewiasty" w czasie zarazy.

Oświeceni, w tym Kościół katolicki, prowadzili nieustanną "walkę z zabobonem", ale chyba nieudaną?

Kościół był podzielony na oświecony i jezuicki, tak bym to powiedział. Jezuici widzieli wielki potencjał kaznodziejski w historiach o upiorach, bo zawsze lubili kazania, które robią wrażenie na wiernych, a historie o chodzących trupach były - nie da się ukryć - niesamowicie atrakcyjne. Można więc powiedzieć, że jezuici przyczyniali się do potwierdzenia wiary w upiory, z tym że była to inna interpretacja od ludowej. Lud wierzył, że upiory mają dwie dusze, co dla jezuitów było nie do przyjęcia, byłaby to herezja. Poza tym jezuici nigdy nie używali sformułowania "żywy trup", bo oznaczałoby to zmartwychwstanie, mówili "chyży, żwawy trup". Generalnie wyjaśnienie katolickie było takie, że upiory to ciała opętane przez diabła.

Cienka była też granica między upiorem a świętym.

Bo tylko ciała upiorów i świętych się nie rozkładają. Ciekawa jest w tej materii historia Anny Omiecińskiej, nowicjuszki brygidek, która umarła, ale jej ciało się nie rozkładało. Był to w klasztorze wielki problem, gdyż nie było wiadomo, czy to święta, czy upiorzyca. Jezuici smołują więc jej trumnę, napełniają wodą święconą i czekają, a tu nic się nie dzieje. W końcu Omiecińska pojawia się we śnie jednemu jezuicie i pyta, jak długo będzie leżeć w tej kąpieli. Okazała się świętą. 

Po lewej: głowy czerwone, po prawej: kiełbasiany chłopiec. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka
Po lewej: głowy czerwone, po prawej: kiełbasiany chłopiec. Obrazy Aleksandry Waliszewskiej z książki 'Upiór. Historia naturalna' Łukasza Kozaka

Fascynujące jest to organiczne wręcz onegdaj współżycie świata żywych i świata trupów. Dzisiaj niewyobrażalne.  

Medykalizacja śmierci, rozpowszechnienie kremacji - dodajmy, że spalenie ciała jest najlepszym sposobem na neutralizację upiora - wszystko to spowodowało, że oddaliliśmy się nie tylko od śmierci, ale i od martwego ciała. A martwe ciało nie było kiedyś postrzegane tylko jako martwa tkanka. Na Kaszubach wierzono na przykład w obecność duszy zmarłego w okolicy trumny w czasie czuwania, obserwując uważnie trupa, czy nie robi się czerwony lub się nie porusza, bo to by oznaczało, że staje się wieszczym.

Groby rozkopywano bez żadnego problemu, trupy wyciągano, dekapitowano, spuszczano z nich krew, pito z wódką, kawą czy dodawano do placków - takie przypadki też znalazłem. Wszystko miało moc apotropaiczną, czyli chroniło przed złem.

W książce przytaczam relację Stanisława Czyńskiego z 1873 roku, prawnika, który opisuje długi ceremoniał upiorobójstwa, w którym uczestniczyła cała wieś. Często się przy tym chłopi upijali, co ratowało ich przed zsyłką na Syberię, bowiem XIX-wieczne prawo rosyjskie uznawało, że jeśli ktoś rozkopał grób w stanie opilstwa, może trafić do więzienia najwyżej na dwa lata. Na to wszystko były paragrafy, co oznacza i ponad wszelką wątpliwość dowodzi, że upiory zawsze były integralnym elementem życia w Polsce.

KSIĄŻKA DOSTĘPNA W FORMIE EBOOKA NA PUBLIO.PL

Łukasz Kozak. Mediewista, ekspert w dziedzinie technologii, nowych mediów i promocji dziedzictwa kulturowego. Badacz nieoczywistych wątków w historii kultury. Autor prac naukowych i popularyzatorskich, wykładowca. Współtwórca audycji mediewistycznej "Kryzys wieku średniego" w radiowej Dwójce, kurator programu muzyki dawnej Festiwalu Nowe Epifanie. Współpracuje z licznymi instytucjami kultury i ośrodkami naukowymi przy tworzeniu nowych rozwiązań technologicznych dla zbiorów cyfrowych.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue". 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku