Agnieszka Kryspin-Gałązka

Agnieszka Kryspin-Gałązka (fot. arch. prywatne)

wywiad gazeta.pl

''Jak chodzę po wsi, to zawsze ucha nadstawiam''. Agnieszka jest sołtyską

- Jestem dla ludzi i pośredniczką, i powierniczką. Ktoś nie wie, jak się dostać do lekarza, ktoś stracił bliską osobę. "Dlaczego to się stało?" - pyta. Albo kiedy w małżeństwie działo się dobrze, a teraz zanosi się na rozwód - opowiada Agnieszka Kryspin-Gałązka, sołtyska z Mazowsza. Mieszkańcy mazowieckich wsi wybierają na to stanowisko tyle samo kobiet co mężczyzn.

Duża jest pani wieś?

Rząśnik-Majdan liczy około 70 mieszkańców. Kiedyś było ich znacznie więcej. Siano tu żyto, saradele, łubiny. Z biegiem lat nasza wieś się zmieniała, uprawianie ziemi przestało się opłacać. Młodzi, po szkole, zaczęli wyjeżdżać za pracą do miasta. Rodzin, które utrzymują się z roli, zostało kilka.

Pani mieszka tu od zawsze?

Miałam mały incydent życia poza moją wsią. Po ślubie zamieszkałam w miejscowości oddalonej od niej 15 kilometrów. Niemniej jednak po pięciu latach wróciłam. Rodzice podarowali mi działkę obok swojej i postawiłam na niej własny dom. Większość prac budowlanych wykonaliśmy sami - z moim partnerem Andrzejem. 

Jako sołtyska ma pani dużo pracy?

Zawsze w styczniu roznoszę mieszkańcom nakazy płatnicze z gminy:  na podatek rolny, leśny i od nieruchomości. W 2020 roku roznosiłam dodatkowo worki na śmieci, bo zmienił się odbiorca odpadów komunalnych, i maseczki.

Kiedy zbliża się termin zapłaty podatków, zapraszam mieszkańców do siebie. Siadamy przy herbacie z ciastkiem i rozmawiamy. O problemach, o radościach, o tym, jak im się żyje. Przy okazji takich rozmów dowiaduję się, co ludziom jest potrzebne.


Agnieszka Kryspin-Gałązka jest bardzo aktywną sołtyską (fot. arch. prywatne)

Pełni pani odpowiedzialną rolę.

Sołtys musi załatwiać najróżniejsze sprawy. Czasem odbieram telefony, że latarnia się zepsuła, więc zgłaszam w gminie awarię. Albo że komuś kuchenka gazowa siadła, więc doradzam, jak znaleźć najlepszego fachowca. Mieszkańcy pytają, jak załatwić pozwolenie na budowę domu, jak złożyć wniosek o dopłatę z Unii albo jak PIT rozliczyć. Pracowałam w administracji, więc wiem, jak to się robi.

Od kiedy mam samochód i jeżdżę nim do pracy, zabieram osoby, które potrzebują podwózki. To nie jest dla mnie problem. Owszem, zdarzało się, że ktoś mnie nabrał. Mówił: "Podwieź mnie po gaz do kuchenki", a okazywało się, że kupował piwo. Czułam się oszukana. Ale jak ktoś mówił wprost, że chce pojechać na piwo, często podwoziłam, choć jechałam w inną stronę. Staram się nigdy nie odmawiać ludziom pomocy.

Jak chodzę po wsi, to zawsze ucha nadstawiam. Patrzę, gdzie krzaki trzeba przyciąć albo oświetlenie wymienić. W urzędzie już mnie znają, więc jak wchodzę, to słyszę: "Pani Agniesiu, co pomóc?". To miłe.

Sporo tych zadań.

Jestem dla ludzi i pośredniczką, i powierniczką. Ktoś nie wie, jak się dostać do lekarza, ktoś stracił bliską osobę. "Dlaczego to się stało?" - pyta. Albo w małżeństwie działo się dobrze, a teraz zanosi się na rozwód. Staram się podtrzymać taką osobę na duchu, mówię: "Jeszcze jest pani młoda, poradzi pani sobie". Boję się coś doradzać. Nie chcę być powodem rodzinnych konfliktów.  

Jak to się stało, że została pani sołtyską?

Pani Wanda Strzałkowska, moja sąsiadka, po swojej drugiej kadencji namawiała mnie, żebym została sołtyską. W końcu mnie przekonała.

W dniu wyborów, to było w lutym 2015 roku, wzięłam urlop i poszłam na zebranie. Była nas trójka kandydatów. Wygrałam przeważającą liczbą głosów mieszkańców.


Agnieszka Kryspin-Gałązka nie wyobraża sobie życia poza wsią (fot. arch. prywatne)

Zastanawiała się pani dlaczego?

Nie wiem. Może dlatego, że skończyłam studia? Jeszcze kilka lat temu w naszej wsi nie było to częste.

Czy przekazanie sołectwa odbywa się podczas jakiejś uroczystości?

Na wybory wzięłam ze sobą bombonierkę dla dotychczasowej sołtyski. Wręczyłam ją pani Wandzie i podziękowałam jej za te 10 lat pracy. Po głosowaniu podpisałam protokół, a pani Wanda oficjalnie przekazała mi pieczątkę i tablicę sołtysa z napisem "sołtys", którą przytwierdza się do ściany domu lub do ogrodzenia. Odniosłam wrażenie, że uczestnicy zebrania oczekują ode mnie czegoś w rodzaju poczęstunku, więc zaprosiłam wszystkich do siebie do domu, na herbatę.

Potem dostałam dokumenty z wyborów sołtysa oraz statut sołectwa. I poczułam się w pełni sołtyską. Pełnię ten urząd już drugą kadencję. Kolejne wybory, w lutym 2019 roku, odbyły się już u mnie w domu.

Znaczy, że się pani sprawdziła?

Drugie wybory były dla mnie sporym zaskoczeniem, bo choć miałam jedną kontrkandydatkę, mieszkańcy oznajmili krótko: "My już mamy swojego sołtysa. I nikogo innego nie chcemy". W rezultacie do wyborów oficjalnie zgłoszono tylko moją kandydaturę.

I kolejne cztery lata ma pani rządzić wsią, a w dodatku zastąpiła pani na tym stanowisku kobietę. Według danych Stowarzyszenia Sołtysi Mazowsza to już tendencja. Mieszkańcy wsi wybierają obecnie tyle samo sołtysek co sołtysów. Dla porównania: w połowie XX wieku na 40 tysięcy osób pełniących tę funkcję w Polsce kobiet było tylko 317.

Cieszy mnie, że coraz więcej kobiet ma swoje zdanie i je wyraża. Kiedyś na wsi panem domu był mężczyzna, a kobieta zwykle musiała się podporządkować. Od kiedy my, kobiety, zaczęłyśmy pracować, wszystko się zmienia. Stajemy się niezależne, możemy współdecydować i zajmować ważne stanowiska.


Agnieszka Kryspin-Gałązka uważa, że kobiety są coraz odważniejsze (fot. arch. prywatne)

Nigdy się pani nie spotkała ze złośliwymi komentarzami?

Nigdy nie usłyszałam, że się na to stanowisko nie nadaję, że sobie, jako kobieta, nie poradzę. Może dlatego, że jestem stąd.

Brzmi idyllicznie, a przecież pewnie jakieś problemy się pojawiały?

Na początku niektórzy się dziwili, że mi się chce. "Ile to ona musi zarabiać?" - komentowali złośliwie. Musiałam tłumaczyć, że jako sołtyska nie dostaję pensji, jedynie 150 złotych za udział w sesji rady gminy. Jednak żeby na nią pójść, muszę wziąć urlop.

Problemem jest za to permanentny brak środków na remonty dróg czy nowe latarnie. Przez pierwsze trzy lata mojego sołtysowania mieliśmy do dyspozycji fundusz sołecki - to było prawie 10 tysięcy złotych rocznie. Z tych pieniędzy zrobiliśmy we wsi nowe oświetlenie i postawiliśmy trzy wiaty przystankowe.

Teraz, gdy funduszu sołeckiego już w naszej gminie nie ma, pozyskuję środki z Urzędu Gminy w ramach tzw. inicjatywy lokalnej. Dostajemy wówczas dużo mniej środków, bo zwykle tysiąc złotych na rok, ale zawsze coś.  Kupujemy z tego materiały na przykład na zrobienie altanek, a prace wykonujemy wspólnie z mieszkańcami.

Ponieważ sołectwo nie ma osobowości prawnej, nie może pozyskiwać żadnych dotacji. Dlatego też założyłam Stowarzyszenie Zakręceni, żeby łatwiej nam było zdobywać fundusze.

Słynne w całej okolicy są pikniki rodzinne, które pani urządza.

Przed każdym piknikiem proszę różne firmy i urzędy, najczęściej marszałkowski, żeby przekazały gadżety dla naszej wsi. Z reguły się udaje. Są one przeznaczane potem na nagrody dla uczestników konkursów, których na piknikach jest sporo.

Nie mamy ani remizy, ani świetlicy, w których mogłoby się coś dziać. Więc wymyśliłam te pikniki, odbywają się one corocznie u mnie na działce. Nawet ze 200 osób bywa na takiej imprezie. Mieszkańcy chętnie mi pomagają - sąsiadki zawsze upieką ciasto. Od pierwszego pikniku, w maju 2015 roku, przychodzą całe rodziny. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że ludzie potrzebują wyjść z domu, porozmawiać. Zarówno ci młodsi, jak i starsi.

Ale organizuję również inne wydarzenia dla naszego sołectwa kilka razy w roku. A w 2018 roku uznałam, że fajnie byłoby, gdyby dzieciaki z naszej wsi miały plac zabaw. 


Jeden z pikników rodzinnych w ogrodzie pani Agnieszki (fot. arch. prywatne)

I mają.

Zaczęłam szukać inspiracji w Internecie i zobaczyłam, że można taki plac zrobić ze starych opon. Namierzyłam gminny punkt odpadów selektywnych i poprosiłam wójta, żeby pomógł nam załatwić transport wszystkiego, co mogłoby się nam przydać.

Tak powstały tunele z opon. Potem mój partner zrobił równoważnię, huśtawkę oraz z części ze szrotu karuzelę - robi furorę wśród dzieciaków. W zeszłym roku z funduszu z Mazowieckiego Programu Aktywizacji Sołectw postawiliśmy dwie wiaty. Latem można tu usiąść, pograć w planszówki. Na działce mamy bramki do piłki nożnej i całoroczny stół do tenisa.  Cieszę się, gdy plac zabaw tętni życiem. Można rozpalić ognisko. Odwiedzają nas mieszkańcy innych miejscowości. Czasem przyjeżdżają tu nawet wycieczki ze szkoły. Uważam, że nie ma lepszej promocji naszej wsi.  

Ze środków pozyskanych z Urzędu Gminy wyremontowaliśmy przydrożną kapliczkę. Zbudowaliśmy również altanę, w której zbieramy się w maju, żeby śpiewać pieśni i się modlić. Tu odbywa się też coroczne święcenie pól.

I jeździmy na wycieczki. Byliśmy na przykład w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowie, Walki i Męczeństwa w Treblince czy Kurpiowskim w Wachu. Kiedyś mieszkańcy wsi byli zajęci głównie pracą na roli. Rzadko wyjeżdżali. Teraz jest inaczej. Rolnicy mają maszyny, a dzięki nim więcej czasu dla siebie. Zdarza się, że na wycieczkę jedzie aż połowa wsi! Wynajmuję autokar ze środków z inicjatywy lokalnej i zazwyczaj mieścimy się w tych kosztach. Jak jedziemy dalej, bywa, że trzeba się dorzucić po 5-10 złotych na osobę.  

Naprawdę chce się pani to wszystko robić?

Daje mi to dużą satysfakcję. Lubię kombinować. Gdy stawialiśmy wiaty przystankowe, obdzwoniłam kilka firm, aż znalazłam taką, która za pieniądze, jakimi dysponowaliśmy, zgodziła się zrobić trzy. Nieco mniejsze, niż początkowo planowaliśmy, ale trzy. Właśnie tylu potrzebują dzieci czekające na autobus do szkoły.


Mieszkańcy wsi budują altankę (fot. arch. prywatne)

Ale pewnie nie od razu wszystko pani potrafiła zorganizować?

Gdy obejmowałam urząd, wiedziałam jedynie tyle, że sołtys raz w roku organizuje zebranie informacyjne i pobiera podatek rolny. To wszystko. Zaczęłam więc jeździć na konferencje mazowieckich sołtysów, żeby się dowiedzieć czegoś więcej.

Ambitnie.

Lubię działać. Na jednym ze spotkań znajoma sołtyska powiedziała mi tak: Jak we wsi jest jeden dom i jeden krzyż, to już można działać. Podniosło mnie to na duchu, bo u nas są dwa krzyże i dużo więcej domów.

Pomyślałam wtedy, że przecież my też mamy sporo możliwości. Że spróbuję wyciągnąć ludzi z domów i namówić ich do pracy na rzecz naszej wsi. Dziś sąsiedzi mówią mi tak: Pisz wnioski, jak się uda, będziemy pomagać.

Więc pani pisze?

Nie boję się pisać pism, w których zabiegam o fundusze. Uważam, że o taką małą wieś, jak nasza, trzeba zawalczyć. Udało nam się pozyskać pieniądze na utwardzenie biegnącej przez Rząśnik-Majdan drogi powiatowej. Była żwirowa, kiepsko się po niej jechało. Od zeszłego roku jest szutrowa. Bywało, że wsiadałam na rower i zbierałam podpisy mieszkańców pod wnioskiem. A potem złożyłam wniosek do starostwa powiatowego. Składam wnioski o dofinansowanie  różnych zadań do różnych instytucji. I czekam na odpowiedź. Nie zawsze się udaje.

Nie ma pani wtedy ochoty, żeby to rzucić i przenieść się do miasta?

Skąd! Po skończeniu szkoły średniej pojechałam z najlepszą koleżanką do Warszawy. Tempo życia było dla mnie zbyt szybkie, nie wiedziałam, jak się poruszać metrem. Wielkie centra handlowe z automatycznymi drzwiami mnie przerażały. Wytrzymałam dwa miesiące i wróciłam na wieś. Tu są lasy i łąki, jest pięknie. Wiosną słyszę śpiew ptaków, jesienią odgłosy jeleni na rykowisku. Oddycham świeżym powietrzem.

Nie zamieniłabym mojej wsi na żadne miasto.


Agnieszka Kryspin-Gałązka mówi, że praca na rzecz wsi sprawia jej radość (fot. arch. prywatne)

Agnieszka Kryspin-Gałązka. Sołtyska we wsi Rząśnik-Majdan. Jest główną księgową w TBS w Ostrowi Mazowieckiej. Pracowała m.in. w ochronie i sklepie, fabryce okien, przedsiębiorstwie przemysłu drzewnego, ośrodku pomocy społecznej i urzędzie skarbowym. Skończyła ekonomię na Uniwersytecie Łódzkim.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (17)
Zaloguj się
  • amigo1

    Oceniono 20 razy 20

    Urzekająca osobowość Pani Agnieszki! I świetny artykuł!

  • mawik_net

    Oceniono 17 razy 13

    Cóż , sołtysowanie żaden biznes i dlatego nie jest zdominowane przez mężczyzn.

  • doctor_spin

    Oceniono 12 razy 12

    czesto powodem wyjazdu ze wsi nie jest sytuacja ekonomiczna a pozorna atrakcyjnosc zycia w miescie. po wynajeciu mieszkania, oplaceniu rachunkow okazuje sie, ze na te miejskie atrakcje niewiele zostaje a koszty, czy tez specyfika jak np wspomniane tempo zycia sa niewspolmiernie wysokie do zarobkow

  • onduma

    Oceniono 12 razy 10

    Kiedys mówiono: Mozna zyc i w miescie gdy na wsi sa tescie.

  • cassius769

    Oceniono 5 razy 5

    az sie chce przeprowadzic

  • java3

    Oceniono 3 razy 3

    Wow, fanastyczna kobieta!
    Takich sołtysów powinna mieć każda wieś. Od razu ludziom żyłoby się lepiej.

  • alagora

    0

    Prosta sprawa rozwalić swoje życie, rozwalić czyjeś życie i tłumacząc się "Boje się doradzać. Nie chcę być nie chce być powodem rodzinnych konflików". Wyrazy uznania dla Pani sołtys pod względem spraw rodzinnych

  • astygmatyk

    Oceniono 15 razy -9

    > zawsze ucha nadstawiam....
    Czuj duch, trzeba mieć zawsze oczy naokoło głowy, żeby babol czego nie podsłuchał.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX