Radiolog  i onkolog podczas skanowania badań mózgu

Radiolog i onkolog podczas skanowania badań mózgu (fot. Shutterstock.com)

wywiad gazeta.pl

''Ludzie po prostu boją się przychodzić do szpitala. A rak nie poczeka''

Pacjent dzwoni do jednej poradni, słyszy, że są ograniczenia w badaniach. Dzwoni do drugiej, a tam chcą od niego wyników testu na koronawirusa. Kolejne trudności i bariery zniechęcają. Tymczasem podczas diagnostyki obrazowej przypadkowo wykrywa się nowotwory nawet u 10 procent ludzi - mówi prof. Sergiusz Nawrocki, specjalista w dziedzinie radioterapii onkologicznej.

"Rak nie poczeka". To hasło kampanii Polskiej Ligi Walki z Rakiem, pod którym i pan się podpisuje.  

Eksperci Polskiej Ligi Walki z Rakiem, do których i ja się zaliczam, nie mają wątpliwości: rak jest groźniejszy niż koronawirus. Dlatego apelujemy, by zwracać uwagę na wczesne, niepokojące objawy najczęstszych nowotworów. By ich nie ignorować. Chcemy zmotywować pacjentów do pokonania lęku przed zarażeniem COVID-19 i zmobilizować ich, by poszli do lekarza. 

Dzięki takim badaniom jak mammografia, cytologia czy kolonoskopia można szybciej wykryć chorobę i zacząć leczenie. Na przykład rak szyjki macicy jest w początkowym stadium wyleczalny w ponad 90 procentach, podobnie jak rak piersi czy jelita grubego.  

Odkąd zaczęła się pandemia, przestaliśmy się badać? 

Pacjent dzwoni do jednej poradni, słyszy, że są ograniczenia w badaniach. Dzwoni do drugiej, a tam chcą od niego wyników testu na koronawirusa, o czym też słyszałem. Kolejne trudności i bariery zniechęcają ludzi do kontaktu z lekarzem. Tymczasem, statystyki dowodzą, że podczas diagnostyki obrazowej przypadkowo wykrywa się nowotwory nawet u 10 procent ludzi. Na przykład przy okazji USG brzucha czy późniejszej tomografii. To się nazywa incidentaloma, czyli wykrycie przypadkowe.  

Podam pani przykład mojej mamy: jest lekarką, umawiała się na badania przez parę tygodni, bo a to się bała, a to kazali jej zrobić test, a to nie mogła się dodzwonić. Myślę, że niejeden na jej miejscu po prostu by zrezygnował. 

Wiadomo, ile osób rezygnuje?    

Według danych, które pozyskała Fundacja Onkologia 2025, sytuacja wygląda dramatycznie. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że mniej pacjentów się bada, ale nie znałem konkretnych liczb. Fundacja poprosiła NFZ o dane z województw: śląskiego, mazowieckiego i warmińsko-mazurskiego. Okazało się, że w pierwszej połowie zeszłego roku, w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku, w województwie śląskim wykonano o 94 procent mniej mammografii, w mazowieckim o 91 procent, a w warmińsko-mazurskim - o 97 procent. Cytologie były na minusie odpowiednio o 90, 87 i 85 procent. 

Minus 97 procent, czyli w Warmińsko-Mazurskiem nie robiono mammografii prawie w ogóle. 

Właśnie tak to można ująć. Mam przed sobą jeszcze dane dotyczące wydanych kart DILO, uprawniających do szybkiej ścieżki leczenia onkologicznego. Tu też są spadki: województwo śląskie - o 35 procent, mazowieckie - o 36 procent, warmińsko-mazurskie - o 33 procent. Konsylia dotyczące pacjentów onkologicznych: województwo śląskie - o 18 procent mniej, mazowieckie - o 26 procent, warmińsko-mazurskie - o 14 procent. Pierwszorazowe konsultacje chirurgiczne też na minusie: województwo śląskie - o 52 procent, mazowieckie - o 48 procent, warmińsko-mazurskie - o 57 procent. 

W pierwszej połowie 2020 roku, w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku, w województwie śląskim wykonano o 94 procent mniej mammografii, w mazowieckim o 91 procent, a w warmińsko-mazurskim - o 97 procent. Cytologie były na minusie odpowiednio o 90, 87 i 85 procent / Fot. Shutterstock.com
W pierwszej połowie 2020 roku, w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku, w województwie śląskim wykonano o 94 procent mniej mammografii, w mazowieckim o 91 procent, a w warmińsko-mazurskim - o 97 procent. Cytologie były na minusie odpowiednio o 90, 87 i 85 procent / Fot. Shutterstock.com

Wykonano mniej radioterapii. Szczegółowo wygląda to tak: województwo śląskie - minus 57 procent, mazowieckie - 15 procent mniej, warmińsko-mazurskie - 23 procent mniej. 

Ciekawie przedstawiają się dane dotyczące programów lekowych. Mam na myśli takie sytuacje, kiedy lecząc pacjenta z rakiem płuca, możemy zastosować kilka nowych leków. Takich, które zarejestrowano niedawno, które są bardzo drogie, a dostęp do nich jest ograniczony.  

Ich dostępność też dramatycznie spadła?

Już wyjaśniam. Otóż na przykład na Śląsku, w pierwszej połowie zeszłego roku, zanotowano 12-procentowy wzrost liczby pacjentów objętych takimi programami lekowymi w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Na Mazowszu było ich mniej o 2 procent, czyli w granicy błędu statystycznego, a na Warmii i Mazurach - 11 procent wzrostu. Ktoś powie: całkiem ładnie to wygląda.   

Gdzie tkwi haczyk? 

Przed pandemią liczba pacjentów w nowych programach lekowych wzrastała średnio o 20-30 procent rok do roku. Widać więc wyraźnie, że COVID to przyhamował.  

Fundacja Alivia przeprowadziła w zeszłym roku ankiety wśród 500 pacjentów. Wyniki są przerażające: ze względu na pandemię co trzecie badanie lub terapia zostały odwołane. Z 531 placówek wykonujących diagnostykę obrazową tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego i PET-CT, czyli pozytonowej tomografii emisyjnej, 148 ośrodków wstrzymało zapisy na badania. Pan tymczasem apeluje, żeby pacjenci nie rezygnowali, tylko mimo pandemii robili badania. Ale jak przekonać lekarza, żeby dał nam skierowanie?  

Cóż, trzeba być upierdliwym. Wielu pacjentów traktuje lekarza jak boga, a on przecież jest tylko człowiekiem. Czasem omylnym. Radzę więc, by pacjenci nie dawali się zbyć, tylko uparcie i konsekwentnie próbowali się umówić na wizytę do lekarza rodzinnego. A u niego, żeby domagali się diagnostyki. Zwłaszcza jeśli pacjent podejrzewa, że coś jest nie tak.  

Jeśli lekarz uparcie odmawia, można poprosić, żeby potwierdził to na piśmie?  
To bardzo skuteczny sposób. Lekarz nie może pacjentowi odmówić wydania skierowania, skoro ten ma obawy związane ze swoim zdrowiem. Nie znajdzie się chyba taki, który potwierdzi na piśmie, że nie wyda skierowania na badania czy na wizytę u specjalisty.  

21.12.2020 Lodz . Tomasz Karauda rezydent specjalista chorob wewnetrznych w szpitalu im Barlickiego .Fot. Marcin Stepien / Agencja Gazeta
Tomasz Karauda, rezydent specjalista chorób wewnętrznych w szpitalu w Łodzi (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Jak kwestia badań kontrolnych, diagnostyki i leczenia onkologicznego wygląda w pierwszych tygodniach tego roku? 

Danych jeszcze nikt nie zebrał. Jest nieco lepiej, pacjentów z diagnozą zgłasza się do nas więcej, ale daleko nam do sytuacji sprzed pandemii. To jednak tylko moje obserwacje.  

Skupienie się przede wszystkim na walce z koronawirusem spowodowało opóźnienia w diagnozowaniu nowotworów. I to jest właśnie największy problem. Na sporą część zeszłego roku zamknęły się przychodnie. Lekarze udzielali porad głównie telefonicznie, a konia z rzędem temu, kto w trakcie teleporady wychwyci wczesne objawy choroby nowotworowej. Diagnostyka może się zaciąć zarówno w przychodni, jak i w szpitalu. I tu, i tu może na przykład dojść do zakażenia personelu medycznego, może być potrzebna kwarantanna.  

U pana w szpitalu doszło do zakażenia? 

Mieliśmy na oddziale ognisko w zeszłym roku. 18 osób było zakażonych - połowa personel, połowa pacjenci.  

Pan też miał COVID? 

Nie. A teraz już się zaszczepiłem. I czuję się zupełnie dobrze.  

Kiedy się okazało, że 18 osób jest zakażonych, co zrobiliście? 

Zdecydowaliśmy o zamknięciu oddziału na tydzień. Jeden pacjent, ponad 50-letni, z nowotworem krtani, zmarł. Ale na przykład pani ponad 80-letnia, która przeszła COVID, wyzdrowiała i wróciła do nas na leczenie onkologiczne. Pozostali chorzy też już na nowo podjęli terapię.   

Problem z COVID-19 jest o wiele szerszy. Bo choć centra i instytuty onkologiczne funkcjonują, nie są to przecież samotne wyspy. Trafiają do nich pacjenci diagnozowani w innych szpitalach. A te, w większym stopniu niż onkologia, podlegają ograniczeniom, zwłaszcza jeśli mają u sobie oddziały covidowe. Personel jest zaangażowany w pracę na oddziale covidowym, co sprawia, że na innych nie wszystko, w tym badania, jest robione tak szybko i sprawnie, jak potrzeba. W chirurgii onkologicznej, onkologii klinicznej, chemioterapii i radioterapii póki co tego typu ograniczeń nie ma.  

Czym to się skończy? Po COVID zaczniemy umierać na raka? 

U nas, w Polsce, jeszcze tego nie zmierzono, bo danych nie mamy, ale symulację przeprowadzono niedawno w Stanach Zjednoczonych. Wynika z niej, że u chorych na nowotwór piersi i jelita grubego śmiertelność będzie wzrastać  w ciągu paru najbliższych lat o jeden procent rocznie. Mówimy o warunkach amerykańskich. Przekładając to na Polskę - rocznie przybywa u nas około 16-17 tysięcy nowych zachorowań na raka piesi. Jeżeli do tego doliczymy inne nowotwory, będziemy mieli około 200 tysięcy nowych zachorowań. Jeden procent oznacza dwa tysiące niepotrzebnych śmierci rocznie.  

A te symulacje nic nam nie mówią o statystykach pacjentów z rozpoznanymi już nowotworami. Tego nie sposób policzyć.

Pacjenci z rakiem otrzymujący chemioterapię w szpitalnym ośrodku onkologicznym / Fot. Shutterstock.com
Pacjenci z rakiem otrzymujący chemioterapię w szpitalnym ośrodku onkologicznym / Fot. Shutterstock.com

Nie brzmi to optymistycznie. 

Wpływ pandemii na onkologię jest niezwykle podstępny. Wydawać by się mogło, że choroba nowotworowa rozwija się stosunkowo wolno. Że miesiąc czy dwa miesiące zwłoki nie mają dużego znaczenia. Być może. Ale jak chory z rozpoznanym nowotworem przez pandemię zrezygnuje z szybkiej diagnostyki onkologicznej w ramach DILO, to robi się już niebezpiecznie. Gdy choroba jest w zaawansowanym stadium, czas ma bardzo duże znaczenie. Miesiąc, dwa czy trzy mogą zdecydować o tym, czy pacjent może jeszcze podjąć radykalne leczenie przeciw-nowotworowe, z realną szansą na wyleczenie, czy już paliatywne.  

Powie pan, jak to wygląda w konkretnych przypadkach?  

Pacjent z rakiem jelita grubego czeka na kolejne badanie diagnostyczne przed operacją. Jeśli przez pandemię opóźnia się ono o kilka miesięcy, pacjent może mieć przerzuty w wątrobie. A to radykalnie zmienia jego rokowania. Niestety, z takimi przypadkami się ostatnio spotykam.  

Albo pacjent z nowotworem głowy i szyi - czeka go ciężkie leczenie. Zanim je zaczniemy, aby uniknąć infekcji, chory musi wyleczyć zęby. A był taki moment w zeszłym roku, że stomatolodzy zamknęli gabinety, teraz przyjmują, ale też z ograniczeniami. Na leczenie w prywatnym gabinecie go nie stać. Dzwoni do nas i mówi, że nie może przyjść w umówionym terminie. I co ja mam powiedzieć temu biednemu, dosłownie biednemu i cierpiącemu człowiekowi? Często pomagają w takich sytuacjach koordynatorzy ze szpitala, w którym ma się odbyć terapia, dzwonią, podpowiadają różne rozwiązania, przypominają o czekającym leczeniu.

Musi to być frustrujące także i dla lekarzy. 

Owszem, zwłaszcza że przy niektórych nowotworach zegar tyka niemiłosiernie. Ekstremalnym przykładem jest chociażby rak trzustki, którego bardzo trudno wyleczyć. Można próbować jak najszybszą operacją, ale tu decydujące są tygodnie. Później nowotwór z operacyjnego staje się nieoperacyjny. Pozostaje podawanie chemioterapii, która przedłuża życie o parę miesięcy. Ale na wyleczenie nie ma już szans.  

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym się nie mówi. To badania kliniczne różnych nowych leków, które prowadzą ośrodki onkologiczne. U mnie w szpitalu mamy ich rocznie kilkadziesiąt. Dzięki nim chorzy mogą skorzystać z nowych terapii, wspomagających trwające już leczenie. Jednak badania kliniczne też opóźniają się z powodu pandemii. Firmy farmaceutyczne miały w pewnym momencie problem z dostarczeniem nam specyfików do badań, my mieliśmy kłopot z rekrutacją chętnych, wstrzymano też w ośrodkach wizyty osób, które takie badania monitorują.   

W tym roku rozpoczęliśmy niedawno kolejne badanie kliniczne - chodzi o nowy lek na nowotwory głowy i szyi. Pacjentów będziemy rekrutować, ale zakładam, że o połowę mniej niż przed pandemią.  

Dlaczego? 

Ludzie po prostu boją się przychodzić do szpitala. Chętni do badań klinicznych muszą być w dobrej kondycji, a tacy omijają teraz nas szerokim łukiem. Czekają, aż pandemia przejdzie. Do szpitala zgłaszają się ci, którzy czują się bardzo źle. W ogóle jeśli robić porównanie do czasów sprzed pandemii, to trafiają do nas pacjenci, których stan jest o wiele bardziej zaawansowany. Wielu jest już poza możliwościami leczenia onkologicznego, co jest dla mnie najbardziej dramatyczne. 

Podawanie chemii za pomocą pompy infuzyjnej / Fot. Shutterstock.com
Podawanie chemii za pomocą pompy infuzyjnej / Fot. Shutterstock.com

Co robi pana personel, aby uniknąć zakażenia? 

Każdego pacjenta przed przyjęciem na oddziały onkologiczne testujemy na COVID. Tych, którzy mają dodatni test i objawy, odsyłamy do szpitala covidowego. Niektóre osoby nie mają gorączki i innych objawów.  Przyjmujemy je po kilku tygodniach z powrotem na leczenie. Bywało, że to kilka osób w tygodniu. 

Przyznam, że zwłaszcza na samym początku pandemii myśleliśmy: pacjent z nowotworem, z przerzutami, przychodzi do nas na chemioterapię, a tu okazuje się, że ma COVID, więc prawdopodobnie umrze. Na szczęście się myliliśmy. Z najnowszych opracowań wiemy, że śmiertelność na COVID-19 u osób z nowotworami jest wyższa o kilka procent. U starszych nawet o 15. Ale to dane porównywalne do pacjentów z innymi przewlekłymi schorzeniami.  

Oczywiście zawsze trzeba wyważyć za i przeciw. Gdy pacjent ponad 80-letni ma nowotwór niewymagający błyskawicznego leczenia, to możliwe, że odeślemy go z kwitkiem na termin za trzy miesiące. Zakażenie się koronawirusem gdzieś w podróży czy w poczekalni przychodni jest dla niego bardziej ryzykowne niż zwłoka w leczeniu.  

Choć to zawsze są trudne wybory. 

Panie profesorze, bardzo przygnębiająca wyszła nam ta nasza rozmowa.  
To na koniec powiem coś, co zabrzmi optymistycznie. Pandemia pokazała nam, że znaczną część rozmów kontrolnych po leczeniu onkologicznym możemy przeprowadzać przez telefon. Często pacjenci niepotrzebnie przyjeżdżają do kliniki, są co prawda jeszcze zmęczeni terapią, ale czują się dobrze. I nie wymagają badania.  

Niedawno miałem telekonferencję z kolegami lekarzami z innych krajów. Dowiedziałem się, że np. w Australii pacjenci przechodzą chemioterapię w domach. Wprowadzono tę możliwość jeszcze przed pandemią, ze względu na odległości, jakie dzielą ich od szpitali onkologicznych. U nas to nie do pomyślenia. Przełomem było już stosowanie terapii jednodniowych - pacjent się kładzie, dostaje kroplówkę, i gdy wszystko jest w porządku, wraca do domu.  

Niech domowa chemioterapia w Polsce będzie naszym celem przyszłości.   


Prof. Sergiusz Nawrocki (fot. mat. prasowe)

Prof. Sergiusz Nawrocki. Specjalista w dziedzinie radioterapii onkologicznej. Kierownik Kliniki Radioterapii w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej MSWiA z Warmińsko-Mazurskim Centrum Onkologii w Olsztynie. Wykłada na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, gdzie jest prorektorem. Należał do zarządu Polskiego Towarzystwa Radioterapii Onkologicznej, obecnie członek zarządu Polskiej Ligii Walki z Rakiem.  

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (36)
Zaloguj się
  • nilpferd13

    Oceniono 17 razy 17

    Panie Profesorze, dziekuje za wywiad....
    Ja mialam wiecej szczescia, niz pacjenci onkologiczni w Polsce...
    W ubieglym roku w styczniu poszlam do lekarza domowego, bo zaniepokoily mnie bole podbrzusza, dodat nieznane... I sie zaczelo! badania krwi, stolca... nastepnie kolonoskopia.... 25 lutego uslyszalam wyrok: rak jelita grubego, duzy, w ostrym stanie zapalnym, do pilnej operacji... natychmiast tomografia i klinika... Operacje mialam 19 marca, trzy dni po wprowadzeniu stanu kleski zywiolowej w bawarii, gdzie obecnie mieszkam! Wyszlam z kliniki po 14 dniach, pozniej byla wizyta u onkologa, operacyjne wszycie "cewnika" do wlewow pod lewym obojczykiem, a 21 kwietnia rozpoczelam chemoterapie... 3 dni wlewow, co dwa tygodnie przez 6 miesiecy... Po drugim cyklu prawie zeszlam z tego swiata, po ataku alergicznym na Oxalyplatin... Chemoterapia byla bardzo wyniszczajaca, pozbawila mnie nawet wlosow na glowie, chociaz nie powinno tak sie stac... Teraz powoli wracam do sil, ale jest to dlugotrwaly proces... Przede mna za 3 tygodnie kontrolna kolonoskopia... Mam nadzieje, ze wynik bedzie inny, niz ten sprzed roku... Dodam, ze wszystkie terminy badan zalatwiali lekarze lub personel medyczny! Nie mialam ani jednego dnia przerwy w leczeniu... Pytam: dlaczego polscy pacjenci nie maja zapewnionej takiej opieki??? Pozdrawiam serdecznie!

  • mawik_net

    Oceniono 13 razy 13

    Uważa pan że lekarz przestraszy się prośby wydania na piśmie odmowy skierowania na badania? Otóż nie przestraszy się , nie wpisze w kartę prośby , nie napisze, że nie wydał skierowania i co mu pacjent zrobi? Nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobisz?

  • smiki48

    Oceniono 17 razy 11

    panie profesorze, tak wielkiej hipokryzji dawno nie czytalem. Według lekarzy to winni są pacjenci. A prawda jest taka, że do lekarzy specjalistów nie można się dostać. Zacznijmy od rejestracji telefonicznej. W wielu przychodniach cudem jest się dodzwonienie. Następnie terminy badań. Gdyby było tak jak pan profesor twierdzi, że ludzie nie chcą się leczyć, to terminy przyjęć byłyby bardzo krótkie. A niestety czasami trzeba czekać latami a nie miesiącami. Wine za te drastyczne spadki przyjęć i zabiegów ponoszą wyłącznie lekarze. I ci w szpitalach i przychodniach i ci w ministerstwie zdrowia. Bo lekarzami są i ministrowie z wiceministrami zdrowia a także dyrektorz wielu departamentów, o sejmowej i senackiej komisji zdrowia nie wspominając.

  • darcys44

    Oceniono 10 razy 10

    Covid umożliwił Służbie Zdrowia zwiększenie "obrony przed pacjentem" na skalę dotąd w Polsce niespotykaną. Trzeba stworzyć mechanizm ekonomiczny w którym "odpychanie" pacjentów będzie miało dotkliwe skutki ekonomiczne dla "odpychających". Na tyle skuteczne by przyjęcia w prywatnych gabinetach nie były w stanie zrekompensować tej "przykrości".

  • hanka4

    Oceniono 8 razy 8

    Pieprzenie, że ludzie się boją. Ja z moją mamą, którą bolała noga po upadku odbiłam się od niejednych drzwi (X-XI 2020). Lekarz na sor stwierdził przy kolejnej wizycie, że nie ma złamania, więc "po co wy tę kobietę wozicie i męczycie?" Wezwane pogotowie - ratownicy stwierdzili, że nie kwalifikuje się do szpitala, mimo że zwijała się z bólu. Potem covid i wegetacja bez diagnozowania w szpitalu covidowym. Trzy dni po przewiezieniu na internę (wyproszonym) mama po wstępnej diagnozie: mięsak. Nie zdążyli nawet zrobić biopsji. Nasza służba zdrowia zawsze była beznadziejna, ale teraz to już dno i eutanazja, tylko niehumanitarna, bo w wielkim bólu i cierpieniu.

  • kemoti

    Oceniono 8 razy 6

    Hmmmm.... brakuje jednego wyjaśnienia - jak opisać objawy nie mając wykształcenia medycznego aby podczas teleporady lekarz pierwszego kontaktu rozpoznał raka ?

  • ebsp

    Oceniono 8 razy 6

    Jestem pacjentka onkologiczna w Polsce, 3 Stycznia 2020 po 4 dniach pobytu w szpitalu diagnoza rak. Zostalam szybko przeniesiona na odpowiedni oddzial. Tam wspaniali lekarze zrobili mikolejne badania. 10 Stycznia z karta DILO i umowiona przez lekarza prowadzacego wizyta mialam kolejne konsultacje. Po kolejnych 3 tygodniach wszystko bylo zweryfikowane i juz na poczatku lutego rozpoczelam cykl chemioterapii. Po trzech cyklach rak szpiku zazal sie zmniejszc, wiec lekarz prowadzacy umowil mnie na konsultacje do przeszczepu szpiku w Klinice Hematologii, to byl poczatek kwietnia. Kolejne chemie w moim szpitalu, maj pobranie szpiku do autoprzeszcepu. Pod koniec czerwca klinika, silna dawka chemii (co przeszlam to lepiej nie mowic) potem przeszcep i po trzech tygodniach powrot do domu. Jestem w remisji. Terminowo mam robione wszystkie badania. Dzieki wspanialym lekarzom i pielegniarkom zyje. Tak, wwszytko w Polsce w czasie pandemii. Niestety w trakcie pobytow w szpitalach spotkalam pacjentow, ktorzy normalnie mowili, ze boja sie leczyc, chodzic na badania , bo zlapia covid. Niestety z rakiem trzeba walczyc szybko. Pozdrrawiam. Zycze zdrowia

  • hanka4

    Oceniono 5 razy 5

    Pieprzenie, że ludzie się boją. Ja z moją mamą, którą bolała noga po upadku odbiłam się od niejednych drzwi (X-XI 2020). Lekarz na sor stwierdził przy kolejnej wizycie, że nie ma złamania, więc "po co wy tę kobietę wozicie i męczycie?" Wezwane pogotowie - ratownicy stwierdzili, że nie kwalifikuje się do szpitala, mimo że zwijała się z bólu. Potem covid i wegetacja bez diagnozowania w szpitalu covidowym. Trzy dni po przewiezieniu na internę (wyproszonym) mama po wstępnej diagnozie: mięsak. Nie zdążyli nawet zrobić biopsji. Nasza służba zdrowia zawsze była beznadziejna, ale teraz to już dno i eutanazja, tylko niehumanitarna, bo w wielkim bólu i cierpieniu 😢

  • vento_p

    Oceniono 7 razy 5

    Profesory to mają, naprawdę nie wiem skąd tą wizję. Wystarczy tylko sprawdzić czy szpital.dotrzymuje terminu od wystawienia karty DILO. Owszem przyjmą na wizytę, na której lekarz wystawia jedynie skierowanie. W jakim celu pacjent ma trafić do tego lekarza, skoro karta Dilo jest i jedynie na tej podstawie wydaje się skierowanie na badania. Druga rzecz, prawidłowo wyznaczony termin TK ale na opis czeka się ponad 4 tygodnie.To też wina pacjenta. Bez jaj, takie mity to wy możecie wciskać wyborczej a nie znającym to od podszewki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX