Poszukujemy rodziców biologicznych, by się dowiedzieć, że to jednak nie była nasza wina

Poszukujemy rodziców biologicznych, by się dowiedzieć, że to jednak nie była nasza wina (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

Nastolatka zaszła w ciążę z księdzem. Rodzice kazali jej wyjechać na drugi koniec Polski i oddać dziecko

- Pewna kobieta napisała do mnie, że na pewno mama ją zostawiła dlatego, że miała krzywe nóżki. Ja uważałam, że powodem było to, że nie byłam zbyt ładnym dzieckiem. Coś musiało być w nas nie tak, że ta druga strona nie była w stanie nas pokochać. Poszukujemy rodziców biologicznych, by się dowiedzieć, że to jednak nie była nasza wina - mówi Bożena Łojko, założycielka i prezeska fundacji Zerwane Więzi, która pomaga odnajdywać biologiczne rodziny oraz prowadzi warsztaty dla rodzin zastępczych i adopcyjnych.

Na pewno pani pamięta dokładnie, co powiedziała biologicznej matce, kiedy pierwszy raz stanęłyście twarzą w twarz?

Przedstawiłam się, podałam swoją datę urodzenia i powiedziałam, że szukam pani Jolanty. Odpowiedziała: "To nie ja! Proszę przyjść za dwie godziny". I zamknęła drzwi. Miałam wtedy 25 lat. Biologicznych matki i ojca próbowałam szukać już 10 lat wcześniej, ale na szczęście rodzice mnie od tego odwiedli. Jako nastolatka absolutnie nie byłabym przygotowana na to wszystko, co znalazłam.

Pani wiedziała od samego początku o tym, że została adoptowana, prawda?

Tak, i bardzo dobrze, że tak było. I tak dowiadywałabym się o tym na każdej imprezie rodzinnej, kiedy ciocie pytały rodziców, czy nie żałują, że mnie wzięli. 

Zadawały takie pytanie? W dodatku przy pani?! 

Tak. W szkole miałam to samo. Podstawówka to był horror. Nauczycielki mówiły wprost, że nie stać mnie na ocenę wyższą niż trzy. A wtedy przecież jedynek nie było. Przy całej klasie powtarzały, że patologia rodzi patologię. Dopiero w ósmej klasie mama się wykłóciła i zorganizowano dla mnie egzamin komisyjny z polskiego. Dostałam czwórkę, a potem przyjęto mnie do liceum. 

Chciałabym się jeszcze wrócić na chwilę do samego początku. Pani została adoptowana jako pięciolatka. Pamięta pani te dni?

Mam przebłyski wspomnień z domu dziecka. Pamiętam twarde, metalowe łóżka i taką sytuację, że stoję w rzędzie koło innych dzieci, czekając na kąpiel. Wkładano nas siłą do wanny. Pamiętam, jak się krztusiłam pod silnym strumieniem wody. Trauma. Natomiast adopcji nie pamiętam wcale. Tata mi opowiadał, że przyszli po chłopca, ale przedstawiono im czworo dzieci i ja pierwsza do nich podeszłam i usiadłam na kolana. Powiedzieli: "Nie chcemy nikogo innego, tylko ją!". Dla mamy adopcja była tematem tabu, ale tata zawsze powtarzał, że to nie jest żaden powód do wstydu. I ja traktowałam to jako rzecz naturalną. Jednak zawsze kiedy pojawiały się trudniejsze chwile w relacjach z rodzicami, wyobrażałam sobie, że ci rodzice biologiczni gdzieś tam są, że są wspaniali i że z nimi byłoby mi lepiej. To była taka bezpieczna, emocjonalna poduszka. 

Bożena Łojko (fot. Archiwum prywatne)
Bożena Łojko (fot. Archiwum prywatne)

Nie czuła pani żalu do biologicznych rodziców? 

Oczywiście! Wszystkie adoptowane dzieci czują żal. Czują się porzucone. Oddali mnie - to wiem, ale nie wiem dlaczego. To z automatu daje człowiekowi poczucie, że jest gorszy. Ja od zawsze czułam się gorsza. Zawsze też wiedziałam, że muszę biologicznych rodziców znaleźć. "Żeby zobaczyć, do kogo jestem podobna" - mówiłam. Ale to oczywiście była tylko przykrywka. Bo tak naprawdę chodzi o to, żeby zrzucić z siebie winę. Dowiedzieć się, że to nie przeze mnie.

Zrzucić z siebie winę za porzucenie? 

Niestety, tak to odbieramy. Winę bierzemy na siebie. Niedawno pewna kobieta napisała do mnie, że na pewno mama ją zostawiła dlatego, że miała krzywe nóżki. Ja uważałam, że powodem było to, że nie byłam zbyt ładnym dzieckiem. Coś musiało być w nas nie tak, że ta druga strona nie była w stanie nas pokochać.

I dlatego pada pytanie: "Dlaczego mnie oddałaś?". 

Tak, żeby usłyszeć, że to nie we mnie była wina, ale czynniki zewnętrzne, najczęściej bieda, zdecydowały. Ale rodziców biologicznych szukamy też dlatego, że rodzina adopcyjna, nawet jeśli jest wspaniała, jak moja, to nie jest własna krew. Pamiętam, że w siódmej klasie podstawówki miałam narysować drzewo genealogiczne. Powiedziałam mamie: "Przecież ja nie znam swojego drzewa". Narysowałam to adopcyjne, ale czułam, że ten rysunek to jest oszustwo. Dowiedzieć się prawdy o swojej tożsamości, historii, korzeniach - to jest niesamowicie ważne, by móc ruszyć do przodu.

Z jak ogromnym bagażem emocji człowiek wybiera się na takie spotkanie z rodziną biologiczną!

I ogromną nadzieją! Że się poczuje wielką, matczyną miłość i absolutną akceptację. Że ona przeprosi. Przyjmie do rodziny. Miałam na to wszystko autentyczną, ogromną nadzieję, która potem się zawaliła.

A czy pani cokolwiek wiedziała o swoim wczesnym dzieciństwie? 

Przeczytałam w dokumentach sądowych, że byłam z rodzicami biologicznymi do siódmego miesiąca. W domu libacja za libacją. Alkohol i narkotyki. Przypalali mnie papierosami. Rzucali mną o ścianę. W którymś momencie zareagowali sąsiedzi i policja mnie zabrała. Jako dorosła kobieta miałam wykonany rezonans. Lekarz powiedział: "Widzę, że miała pani poważny wypadek". A ja nigdy nawet nie spadłam z roweru. Kości barkowe mam pogruchotane i źle zrośnięte w efekcie tego, co mi robili, kiedy byłam malutka i czego nie pamiętam. 

Dowiedzieć się prawdy o swojej tożsamości, historii, korzeniach - to jest niesamowicie ważne, by móc ruszyć do przodu (fot. Archiwum prywatne)
Dowiedzieć się prawdy o swojej tożsamości, historii, korzeniach - to jest niesamowicie ważne, by móc ruszyć do przodu (fot. Archiwum prywatne)

Wiedziała pani, jak panią krzywdzili, a jednak chciała ich odszukać i miała nadzieję, że odnajdzie wspaniałych ludzi i miłość. 

Tak! Wyidealizowałam ich niesamowicie mocno. W aktach sądowych znalazłam adres ojca biologicznego. Pojechałam i zobaczyłam starszego, małego pana. Totalnie wyniszczonego alkoholika. Wyglądał tragicznie! A przecież w moich wyobrażeniach ojciec był zadbany, czysty. Byłam zszokowana. 

Jak zareagował na pani pojawienie się? 

Potraktował mnie jak obcą osobę. Podał adres biologicznej matki i powiedział, że mam brata, o czym do tamtego dnia nie wiedziałam. To wszystko. 

Nie było przytulenia, wzruszenia?

Nie. Absolutnie. Nic podobnego. Prosto od niego pojechałam do biologicznej matki. Na szczęście była ze mną cioteczna siostra, bo byłam tak roztrzęsiona, że nie potrafiłam sama prowadzić samochodu. 

Matka się wyparła. 

Ale ja od początku wiedziałam, że to jest ona. Czekałam pod jej domem, a kiedy po dwóch godzinach wróciłam, jak kazała, wpuściła mnie do środka i powiedziała, że tak, że jest matką, że nie chciała mnie oddać, że odebrano mnie siłą. O bracie opowiadała, że miał wodogłowie i zmarł. Kłamstwo za kłamstwem. 

A czy tam odnalazła pani uczucie, więź? 

Przez dwa lata o to walczyłam, ale kiedy na jej 56. urodziny przyniosłam 56 róż, a ona wzruszyła tylko ramionami i kazała je włożyć do wanny, zrozumiałam, że to się nie uda. Na siłę mnie nie pokocha. Potem kontakt był sporadyczny, aż któregoś razu, kiedy spotkałam ją na ulicy, odwróciła wzrok. Udawała, że mnie nie widzi. To był koniec. Na szczęście byli przy mnie wtedy były mąż, rodzice adopcyjni, siostry cioteczne. Pomogli przez to przejść. W trakcie terapii zrozumiałam, że dla niej to też był duży szok: zjawiłam się i przypomniałam traumatyczną historię. Byłam wyrzutem sumienia, a wyrzut sumienia trudno zaakceptować.

Żałowała pani, że ją pani znalazła? 

Nie. Konfrontacja z rzeczywistością pozwoliła pozbyć się tego strasznego poczucia winy. To się nie stało od razu, ale stało się. 

Wszystkie adoptowane dzieci czują żal (fot. Archiwum prywatne)
Wszystkie adoptowane dzieci czują żal (fot. Archiwum prywatne)

Potem, w Szwajcarii, odnalazła pani swojego brata. (Bożena Łojko uważa, że adopcja była nielegalna i doszło do handlu dzieckiem). Czy z nim utrzymuje pani bliskie relacje?

Tak. Jurek, kiedy go odnalazłam, był zszokowany, ale też przeszczęśliwy! Jesteśmy w stałym kontakcie, w ubiegłym roku się spotkaliśmy. Jednak z rodzicami biologicznymi mój brat nie chce się spotkać. Informacje o nich czerpie tylko z moich opowieści. Mimo że od naszego poznania minęło 20 lat, wciąż boi się przyjechać, poznać ich i ułożyć własną historię. 

A może po prostu tego nie chce? Nie potrzebuje?

Z mojego doświadczenia wynika, że absolutnie wszyscy chcą poznać rodziców biologicznych, chyba że są na etapie wypierania prawdy o swoim pochodzeniu. U nas nie robiono tego typu badań, ale kiedy w USA sprawdzono, czy adoptowane osoby poszukują korzeni, to wyszło, że w stu procentach tak. 

Jak wyglądają takie poszukiwania? Prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu jest zagwarantowane ustawowo. 

Gwarantuje to i ustawa, i Konstytucja, i Konwencja o prawach dziecka!  W teorii urzędnicy nie mają prawa odmówić wglądu do pierwotnego aktu urodzenia, ale w praktyce tak właśnie się dzieje. Są z tym bardzo duże problemy. 

Jak to? Dlaczego urzędnicy odmawiają? 

Jedni się powołują na RODO i twierdzą, że to dane osób, które przecież są już obce. Inni potrafią powiedzieć: "Po co to pani?" i odmówić bez podania przyczyny. My w fundacji potrafimy sobie radzić w takich sytuacjach, wiemy, jakie pisma należy złożyć, żeby uzyskać dokumenty.

Zgłaszają się do was młodzi dorośli? Na zasadzie: kończę 18 lat, mam prawo się dowiedzieć, kim oni byli, więc szukam?  

O nie. To nie takie proste. Niektórzy czekają do śmierci rodziców adopcyjnych, ponieważ wciąż pokutuje stereotyp, że ich skrzywdzisz, jak będziesz szukać biologicznych. Wielu więc nie szukało i zgłasza się do nas, mając 50, 60, 70 lat w nadziei, że odnajdzie choćby grób rodziców biologicznych.

I będą mogli zapalić znicz.   

Tak, ale też żeby odnaleźć rodzeństwo! Mamy przecież 75-letnich bliźniaków, którym pomogliśmy się odnaleźć! Pan Andrzej mieszkał w Stanach. Matka na łożu śmierci powiedziała, że jest adoptowany. On i pan Stanisław zgłosili się do nas jednocześnie, co prawda pod różnymi nazwiskami, jednak wyłapanie miejscowości i dat urodzenia było dość proste. Najcudowniejszy był moment, kiedy biegli do siebie i padli sobie w ramiona! Potrzebowali potem 20 minut, żeby się wypłakać. 

Niektórzy czekają do śmierci rodziców adopcyjnych, ponieważ wciąż pokutuje stereotyp, że ich skrzywdzisz, jak będziesz szukać biologicznych (fot. Shutterstock)
Niektórzy czekają do śmierci rodziców adopcyjnych, ponieważ wciąż pokutuje stereotyp, że ich skrzywdzisz, jak będziesz szukać biologicznych (fot. Shutterstock)

Piękna historia. 

Ale zdarzają się też straszne. Pani Ania miała 50 lat, jej matka była umierająca i wtedy właśnie zadzwoniła do niej kuzynka: "Nie próbuj nawet startować do spadku, bo ty nie jesteś jej dzieckiem!". Rodziny biologicznej nie udało się odnaleźć, ponieważ matka biologiczna rodziła na dokumenty matki adopcyjnej. Taki był między nimi układ. Pani Ania od trzech lat jest w leczeniu psychiatrycznym. Wiele jest takich sytuacji, kiedy świat się wali dorosłemu człowiekowi, bo rodzina nie chce się z nim podzielić majątkiem i kłamstwo wychodzi na jaw.

Znam mężczyznę, który tak jak pani wiedział od samego początku, że został adoptowany, a jednak kiedy rodzeństwo zaczęło go szukać w mediach społecznościowych, nie odpowiedział od razu na ich apele. Zastanawiał się dwa tygodnie! 

Mnie to nie dziwi. Kiedy pojawia się biologiczna rodzina, człowiek nie wie, czy nie będą go chcieli wykorzystać. A może im chodzi o pieniądze? A przede wszystkim jest strach, czy to się ułoży. Co, jeśli się nie zaakceptujemy? 

Tamten mężczyzna się zdecydował i wszyscy - jego adopcyjni rodzice i biologiczni bracia i siostry - nie tylko się zaakceptowali, ale zaprzyjaźnili. 

Wszystko jest kwestią dojrzałości. Trzy lata temu pomogliśmy odnaleźć dziewczynie jej biologiczną matkę, która zaprzyjaźniła się z jej matką adopcyjną! Dziewczyna jest zachwycona i mówi, że teraz ma dwie mamy. 

Jaka jest historia tej biologicznej?  

Mieszkała na wsi. Była nastolatką, kiedy zaszła w ciążę z księdzem. Rodzice kazali jej wyjechać na drugi koniec Polski, tam urodzić i oddać dziecko. Nie było mowy, żeby je zatrzymała. Kiedy po kilkunastu latach córka ją odnalazła, była szczęśliwa!

I to jest chyba właśnie "spełnienie marzeń", prawda? Okazuje się, że to była nastolatka, która oddała, bo ją zmuszono, ale zawsze dziecko kochała i na nie czekała.

Tyle że to wcale nie jest powiedziane, że ona kocha i czeka! Często bywa tak, że kobiety odcinają się od przeszłości i zakładają rodziny, które nic o tej przeszłości nie wiedzą. I teraz one się boją, że takie spotkania zrujnują wizerunek, który starannie wypracowały. Mieliśmy historię dziewczyny, która również urodziła jako 16-latka i oddała dziecko, ale potem ułożyła sobie "drugie" życie. Córkę, która ją odnalazła, wygnała. I była tragedia. Kolejna trauma! Kolejne porzucenie! Pomagaliśmy jej to wszystko przeżyć. Przeszła terapię. Dlatego wściekam się, kiedy widzę w portalach społecznościowych grupy, które biorą pieniądze za pomoc w odnalezieniu biologicznej rodziny, ale wszystko, co oferują, to adres. Potem człowiek zostaje sam. My robimy tak, że najpierw kontaktujemy się z biologiczną matką, rodzeństwem i pytamy, czy w ogóle chcą się zobaczyć. Czasem potrzebują czasu, by się zastanowić, czasem się godzą na spotkanie, ale nie w domu. Przygotowujemy osoby na to, że spotkanie może być trudne, że matka może być nietrzeźwa, że wizerunek, jaki w sobie nosiliśmy, może runąć. Tak jak to było u mnie.  

Często bywa tak, że kobiety odcinają się od przeszłości i zakładają rodziny, które nic o tej przeszłości nie wiedzą (fot. Shutterstock)
Często bywa tak, że kobiety odcinają się od przeszłości i zakładają rodziny, które nic o tej przeszłości nie wiedzą (fot. Shutterstock)

A jednak pani stanowczo twierdzi, że to spotkanie jest ważne i powinno się odbyć.

Nigdy nie miałam sytuacji, żeby ktoś, kto odnalazł biologiczną rodzinę, tego żałował. Nigdy! Za każdym razem dzwonią i mówią, że było warto. Nawet jeśli nie chcą potem w ogóle utrzymywać kontaktów. Opowiem pani historię 37-letniego mężczyzny, który o tym, że był adoptowany, dowiedział się przypadkiem, wyciągając akt urodzenia, który był mu potrzebny do zawarcia małżeństwa. Wściekł się. Im później się osoba dowiaduje, tym ma większe pretensje. I słusznie, bo to wcale nie jest chronienie dziecka, tylko oszukiwanie. 

Odnalazł biologiczną matkę?

Tak. Zajechał na wieś, spotkał się z nią raz i więcej już kontaktu nie chciał. Biologiczna matka interesowała się tylko tym, czy nie mógłby jej pożyczyć 20 złotych na alkohol. Zobaczył, jakby to jego życie wyglądało, gdyby adopcji nie było.  

Rozumiem, że takie spotkanie, mimo że nieskończenie przykre, rozczarowujące, to może być też swego rodzaju oczyszczenie. 

Dokładnie tak. Taka sytuacja jeszcze bardziej wiąże z rodziną adopcyjną, szczególnie jeśli ta wspiera w trakcie poszukiwań, ale nie każdy tak potrafi. Kiedy tamten mężczyzna powiedział, że chce odszukać kobietę, która go urodziła, w domu była awantura. "Jak możesz mi to robić?", "To ja wszystko ci w życiu dałam". Adopcyjne matki często nie akceptują prawa dziecka do poszukiwania korzeni, a wynika to ze strachu, że dziecko wybierze tamtą matkę. Że porzuci rodzinę adopcyjną. Ten strach przesłania logiczne myślenie, ponieważ ono nie zostawi. 

Nie zna pani takiego przypadku?

Żadnego.

A jak się układają relacje rodzeństw, które się odnajdują?

Najczęściej mają dobry kontakt, choć tu potrzeba czasu, by zrozumieć zachowania drugiego człowieka. Często jest oczekiwanie, że od razu będzie miłość i stworzymy rodzinę, ale przecież spotykają się dorośli - 30-, 40-letni ludzie, których łączy genetyka, ale jednak wychowywali się w innym środowisku, mają inne nawyki, zwyczaje. Kobieta z Górnego Śląska, niesłychanie otwarta, z sercem na dłoni, odnalazła siostrę wychowaną w żydowskiej, ortodoksyjnej rodzinie w Niemczech. Pobiegła do niej z wyciągniętymi ramionami, a tamta przywitała ją chłodno, z dużym dystansem. 

Straszne rozczarowanie! 

Potrzebowały półtora roku, by do siebie dotrzeć. Dziś mają dość dobry kontakt.

A czy jest możliwe, by całkowicie wyjść z traumy bycia porzuconym? 

Tak, ale powinno się pójść na terapię. Mimo że skończyłam psychotraumatologię i potrafię pomagać innym, sama również wciąż z niej korzystam. To pomaga zrozumieć uczucia, które wszyscy mieliśmy, a to zrozumienie daje poczucie siły i pozwala iść dalej. 

Często jest oczekiwanie, że od razu będzie miłość i stworzymy rodzinę, ale przecież spotykają się dorośli - 30-, 40-letni ludzie, których łączy genetyka, ale jednak wychowywali się w innym środowisku, mają inne nawyki, zwyczaje (fot. Shutterstock)
Często jest oczekiwanie, że od razu będzie miłość i stworzymy rodzinę, ale przecież spotykają się dorośli - 30-, 40-letni ludzie, których łączy genetyka, ale jednak wychowywali się w innym środowisku, mają inne nawyki, zwyczaje (fot. Shutterstock)

Jakie są te wspólne uczucia dla osób adoptowanych? 

Bezradność i niewiedza. One są najgorsze. Nie mogę odnaleźć matki biologicznej, nie mogę nawet o niej mówić, by nie skrzywdzić matki adopcyjnej. Wstydzę się tych pragnień, więc ukrywam je nawet przed samym sobą. Człowieka bardzo mocno niszczy, kiedy nie może się dowiedzieć, kim jest. Od kilku lat prowadzimy warsztaty dla rodzin zastępczych i adopcyjnych, pracujemy z rodzicami i dziećmi. To żaden wstyd pogadać. Rodziców proszę, żeby nie mówili dzieciakom, że spotkają się z panią terapeutką, tylko z kimś, kto też był adoptowany. To bardzo pomaga. Na spotkaniach rozmawiamy o uczuciach, ale zawsze wychodzi też wiele głupich błędów, które rodzice robią, a które wynikają z nieświadomości. Mieliśmy grupę rodziców, którzy celebrowali dzień, w którym stworzyli rodzinę adopcyjną. Urządzali wtedy imprezę, kupowali dziecku prezent. Dopiero u nas na warsztatach 12-latka się odważyła i powiedziała: "Dla was to może fajny dzień, ale dla mnie tragiczny. Przypominacie mi co roku, że nie jestem wasza". Dopiero wtedy to do nich dotarło.

Inne błędy?

Bunt nastolatka u dziecka adoptowanego, które jest emocjonalnie niepoukładane, ma duży ostrzejszy przebieg niż u innych. I wtedy zamiast spokojnej rozmowy, próby sięgnięcia do źródła tego gniewu, padają hasła: "Po kim ty to masz?". Albo wręcz: "Masz to w genach". Takie stwierdzenia nie wynikają z braku miłości! Biorą się z bezradności. Rodzice adopcyjni często ją czują, obwiniają się. W ogóle się o tym nie mówi, ale tak jak matki biologiczne przeżywają czasem szok poporodowy, tak matki adopcyjne doświadczają  poadopcyjnego. I wtedy, i w późniejszych latach obwiniają się za to straszliwie, a prawda jest taka, że mają prawo do różnych momentów. Do odczuwania bezgranicznej, absolutnej miłości do dziecka, zachwytu nad nim, ale też czasem do nienawiści.

Mocne słowa. 

Dlaczego? A czy biologicznego dziecka każdy rodzic nie miał chwilami ochoty rozszarpać na strzępy? Moje dzieci mają 11 i 13 lat i coś o tym wiem. Żartuję, ale sama pani widzi - w tym tkwi problem, że adopcja to wciąż tabu. Jak słucham rodziców adopcyjnych, to strasznie mi ich żal. Ogromnie siebie obciążają, za dużo od siebie wymagają. A często nie wiedzą, co mają robić. Rząd w ogóle rodzin adopcyjnych i ich potrzeb nie widzi. To jest paradoks, że Polska jako kraj, w którym tyle się mówi o rodzinie, w przypadku adopcji jest ewenementem na skalę europejską, gdzie po samej procedurze ucina się wszystko. Zero pomocy. Zero wsparcia. Nie mówię o kontroli, ale w Holandii, Francji, Włoszech czy Niemczech ciocia czy wujek z ośrodka adopcyjnego - czyli psychologowie - co jakiś czas przychodzą do domu. Pytają, jak mogą pomóc. Rozmawiają i widzą, jak się budują więzi. U nas tego nie ma, bo u nas to się nazywa ingerencja w rodzinę. A świadomi rodzice adopcyjni doskonale wiedzą, że potrzebują pomocy specjalistycznej. Zaburzenia więzi bywają mylone z aspergerem, czy wręcz spektrum autyzmu. A dzieci adopcyjne owszem, bywają ogromnie wybuchowe, ale to dlatego, że nie potrafią sobie poradzić z emocjami. Jeszcze kilka lat temu nikt się w Polsce zaburzeniami więzi nie zajmował, teraz ta dyscyplina kiełkuje, a jest kluczowa dla terapii dzieci z rodzin adopcyjnych. 

A czy pani wciąż czuje żal do biologicznej matki?

Nie. Nie czuję do niej żalu, ale nie mam też potrzeby, żeby się z nią spotykać, bo o czym miałabym z nią rozmawiać? I to wszystko jest w porządku. Wiem, że mam do takich uczuć prawo. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku