Prof. Karolina Sieroń

Prof. Karolina Sieroń ((fot. archiwum prywatne))

wywiad gazeta.pl

Karolina Sieroń: Koledze, który wprowadzał mnie w stan śpiączki, powiedziałam: "Pamiętaj, że ja mam dzieci"

- W szpitalach nie ma odwiedzin, więc wysyłałam im SMS-y. Na początku nawet to było dla mnie ogromnym wyzwaniem, żeby samodzielnie wyklikać: "Żyję. Wróciłam" - mówi prof. Karolina Sieroń, która zakaziła się koronawirusem, ratując chorych na COVID, i sama otarła się o śmierć. Lekarka przez osiem dni była pod respiratorem w stanie śpiączki farmakologicznej.

Chciałabym panią zapytać, czy kawa smakuje teraz intensywniej niż dotąd, ponieważ osoby, które otarły się o śmierć, mówią, że życie potem smakuje mocniej. Ale pani być może nie odzyskała jeszcze smaku. Albo nie może jeszcze pić kawy?

Smak mam, aczkolwiek on jest jeszcze troszkę zaburzony, natomiast ze względu na perturbacje gardłowe mam delikatną dietę i kawy jeszcze nie mogę się napić. Ale powiem pani, że faktycznie zwyczajna bułka z szynką smakuje teraz inaczej. Jest niewiarygodnie dobra.

Jak się pani dzisiaj czuje pod względem fizycznym?

Jako pacjent, który był bardzo długo unieruchomiony, jestem bardzo osłabiona. Straciłam dużo mięśni. Potrafię już samodzielnie siadać, chodzić - i to jest wielki sukces - ale poruszam się wciąż przy pomocy chodzika. Natomiast każdy dzień przynosi postęp! Każdego dnia udaje mi się zrobić coś nowego. Człowiek, który nie przeżył choroby, nie docenia normalności, ale dla mnie ona jest wielką radością.  

Na czym polega pani rehabilitacja? 

Walczę o odbudowanie równowagi, siły mięśniowej, koordynacji. (kaszel) Konieczna jest też rehabilitacja oddechowa. COVID jest wirusem, który atakuje głównie układ oddechowy. Przeszłam masywne zapalenie płuc powikłane nadkażeniem bakteryjnym, dlatego wciąż pracuję nad tym, by oddychać w odpowiedni sposób. Ćwiczę też mięśnie klatki piersiowej. (kaszel) 

Prof. Karolina Sieroń
Fot. Marcelina Zagrodnik / archiwum prywatne

Czy oddychanie sprawia pani ból? 

Już nie. I saturację też mam dobrą, choć na wszelki wypadek mam w domu koncentrator tlenu. Jednak prawdą jest, że się męczę. Każda czynność, która ludziom zdrowym wydaje się prosta, jak zjedzenie posiłku, mnie kosztuje jeszcze dużo sił. 

Ta rozmowa na pewno też, tym bardziej dziękuję, że się pani na nią zgodziła. 

To akurat jest dla mnie duża przyjemność. I co ważne, to też zmusza do myślenia. Przez długi czas byłam w szpitalu, potem w śpiączce farmakologicznej, z której wybudzenie to jest trudne przeżycie. Procesy myślowe zachodziły wtedy inaczej. Dlatego teraz bardzo się cieszę, że mogę rozmawiać.

Czy pamięta pani pierwszą myśl, kiedy się pani dowiedziała, że się zakaziła? 

"Trafiło mnie" - tak wtedy pomyślałam, ale w ogóle się nie spodziewałam, że to będzie miało taki przebieg. Pod koniec dyżuru poczułam się grypowo, więc następnego dnia zrobiono mi test. Kiedy wróciłam do domu po dyżurze, zagorączkowałam. W ciągu dnia zadzwonili koledzy z mojego szpitala i powiedzieli, że jestem dodatnia. Pomyślałam: "Posiedzę w domu, a jak tylko kwarantanna się skończy, wrócę do pracy". Rzeczywistość wyglądała dramatycznie inaczej. 

Jak przebiegała choroba? 

Na początku poza słabością i suchością w jamie ustnej nie czułam się szczególnie źle. Nie miałam zaburzeń węchu ani smaku. Jednak kiedy koledzy z pracy przyjechali mnie skontrolować, stwierdzili, że jednak nie wygląda to dobrze i powinnam pojechać do szpitala. Nie byłam chętna. Wiadomo, żaden lekarz nie chce być pacjentem. Ale oczywiście zgodziłam się pojechać i tak oto stałam się pacjentką na oddziale, którego jestem ordynatorem. Po czterech dniach koledzy uznali, że ponieważ z oddychaniem jest coraz gorzej, powinnam zostać przekazana na oddział intensywnej opieki medycznej. Stwierdzili, że jeśli mam z tego wyjść obronną ręką, to jest dla mnie jedyna szansa. 

fot. Agencja Gazeta / facebook.com/polaczek.jerzy
fot. Agencja Gazeta / facebook.com/polaczek.jerzy

Jak się pani czuła w tamtych dniach? 

Psychicznie bardzo źle. Jako lekarzowi OIOM kojarzył mi się przecież jednoznacznie z miejscem dla pacjentów w bardzo ciężkim stanie. 

A pani wciąż nie chciała dopuścić do siebie myśli, że jest w bardzo ciężkim stanie? 

Nie chciałam, ale kolegom powiedziałam jednak: "Róbcie, co uważacie. Działajcie tak, żeby było dobrze". Wiedziałam, że pojadę na OIOM do Ochojca, do prof. Danuty Gierek, która ma doskonały zespół, i że będę w najlepszych rękach. I miałam nadzieję, że uda mi się stamtąd wyjść.

W czasie epidemii przez media przetaczały się informacje, że około 90 proc. pacjentów z COVID, którzy zostają podłączeni pod respirator, umiera. Pani znała te statystyki lepiej niż ktokolwiek.  

Znałam. Podczas pracy na oddziale covidowym widziałam, jaką śmiertelność przynosi koronawirus.

Takie myśli kłębiły się w głowie, kiedy przewożono panią karetką do Ochojca?

Wtedy byłam już wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej i zaintubowana. Miałam dzień kryzysu już potem, kiedy zostałam wybudzona ze śpiączki. 

Ostatnia rzecz, którą pani powiedziała do lekarzy, zanim wprowadzili panią w stan śpiączki? 

Powiedziałam do kolegi: "Pamiętaj, że ja mam dzieci". Podobno go to zestresowało.

Jak tamte najtrudniejsze dni spędzała pani rodzina? 

Wiem, że się modlili. A mój tata, z którym jestem bardzo związana i który jest światowej sławy lekarzem [prof. Aleksander Sieroń - przyp. red.], moim przyjacielem i nauczycielem, zrobił wszystko co w ludzkiej mocy, żeby zdobyć dla mnie osocze, które pomogło uratować mi życie. Na szczęście moje dzieci - 18-letnia Paulina i 15-letni Antek - nie do końca sobie zdawały sprawę z tego, jak bardzo było ze mną źle.

!04.08.2004 BYTOM SZPITAL ULICA BATOREGO OD LEWEJ MGR JAKUB ADAMCZYK FIZYK MEDYCZNY , DR MARCIN GRUK CZLONEK ZESPOLU , BARBARA PUCHALA PIELEGNIARKA I  PROF ALEKSANDER SIERON KIEROWNIK KATEDRY I KLINIKI CHOROB WEWNETRZNYCHFOT . BARTLOMIEJ BARCZYK /  AGENCJA GAZETAPLYTA KATOWICE NR 158
Prof. Aleksander Sieroń - po prawej. Rok 2004 (Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

Czy pani wie, jak się zakaziła? W którym momencie? 

Nigdy nie wiemy tak naprawdę, kiedy to się dzieje. Ten wirus jest ogromnie podstępny. Ja się zawsze bardzo starannie zabezpieczałam. Tata mówił, że wręcz obsesyjnie. Na oddziale stosowaliśmy wszelkie zabezpieczenia i ja też, wchodząc do strefy czerwonej, do pacjentów covidowych, byłam zabezpieczona we wszystkie środki ochrony osobistej. A mimo to stało się. Myślę, że na to się złożyło wiele czynników: fakt, że pracowałam dość intensywnie, zmęczenie i wywołany nim spadek odporności.

Nazywa to pani "dość intensywną pracą", a przecież media donosiły, że dyżurowała pani nieprzerwanie przez 21 dni! Ja sobie tego nawet nie potrafię wyobrazić.

Dyżurowałam przez kilka tygodni co drugą dobę, będąc każdorazowo ponad 24 godziny w pracy. Pracowałam na zmianę z moim zastępcą, dr. Sebastianem Kwiatkiem. Choć prawdą jest, że kiedy byłam w domu, to wciąż byłam pod telefonem przez całą dobę. Jest epidemia. Ja jestem ordynatorem oddziału. Tego wymagała sytuacja. 

Jak wygląda dyżur na oddziale covidowym? Po jednym z dyżurów media obiegły pani zdjęcia z odciśniętymi na twarzy śladami po masce.

Maski muszą dokładnie przylegać, dlatego się odciskają. Podczas dyżuru mamy limitowany czas wchodzenia do czerwonej strefy: dwie godziny i zmiana. (kaszel) Oczywiście kiedy była taka potrzeba, to przebywałam w strefie covidowej dłużej, natomiast pozostały czas spędzałam w dyżurce, gdzie przeglądałam wyniki badań, ordynowałam leki i - co najważniejsze - odbierałam telefony od koordynatorów karetek, bo przecież nastał czas, w którym pojawiły się ogromne utrudnienia z dostępem do łóżek dla chorych. Ja powiedziałam, że u mnie nie dojdzie do sytuacji, że odmówimy przyjęcia pacjenta! Nikogo nie zostawiliśmy bez pomocy. A z takich technicznych rzeczy - to właśnie podczas pobytu w dyżurce czasem pojawiała się szansa, żeby skorzystać z toalety, coś zjeść albo nawet chwilę się przespać. 

Czy pani się wtedy bała? Lecząc chorych na COVID, myślała pani o tym, że naraża swoje zdrowie, swoje życie - jak się okazało? 

Wtedy niekoniecznie. Ja nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym zachorować. Bałam się, kiedy już zachorowałam i stan się pogarszał.

Czy wtedy był taki moment, kiedy pani pomyślała: "Po co ryzykowałam?".

Nie. 

Ale zna pani na pewno takich lekarzy, którzy kiedy wybuchła epidemia, poszli na L4, argumentując, że kiedy szli na studia medyczne, nie wyobrażali sobie takiej sytuacji i nie chcą narażać życia? Że mają dzieci? 

Znam takich lekarzy. Znam też takich, którzy pracują, ale odmawiają wchodzenia do strefy czerwonej. Nie będę tego komentować. Każdy robi tak, jak uważa. Ja też mam dzieci, mam też rodziców, natomiast zostałam tak wychowana medycznie, że nauczono mnie dobrej, rzetelnej roboty niezależnie od warunków. Ja jestem odpowiedzialna za swój oddział, za pacjentów i za personel. Co to za szef, który dyryguje telefonicznie, a pojęcia nie ma, jak to wygląda od środka? 

Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny Nr 4 w Lublinie (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)
Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny Nr 4 w Lublinie (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

To poseł Jerzy Polaczek, którego pani leczyła i który potem był świadkiem pani pogarszającego się stanu zdrowia, opisał pani historię w mediach społecznościowych. Nazwał panią "bohaterką czasu próby". 

Cieszę się, że pan poseł docenił pracę i postawę całego mojego zespołu. To szczególnie ważne teraz, kiedy niektórzy uważają, że COVID tak naprawdę nie istnieje, w szpitalach leżą statyści, a my się przebieramy w odzież ochronną dla zabawy. Dobrze, że mówimy o koronawirusie, ponieważ to jest bardzo poważna sprawa. (kaszel) Kiedy ogólnopolskie media podały informację, że walczę o życie, wielu ozdrowieńców zmobilizowało się, żeby oddać osocze. I to jest ogromnie ważne, ponieważ my nie do końca wiemy, jak z tą chorobą walczyć, natomiast wiemy na pewno, że osocze może pomóc wielu chorym. Nie tylko ja wyzdrowiałam dzięki tej medialnej akcji, która wybuchła po poście posła Polaczka. Mogę się z tego tylko cieszyć. 

Wspomniała już pani o swoim tacie, który jest wybitnym lekarzem. Czy pani ma medycynę we krwi?

Chyba tak. Od zawsze wiedziałam, że nie chcę być nikim innym. Od początku studiów maksymalnie dużo czasu spędzałam w klinice u mojego taty, uczestniczyłam w dyżurach, jeździłam w karetkach. Tata jest między innymi kardiologiem, ja poszłam w stronę gastroenterologii, ale przede wszystkim jestem też internistą. Od początku byłam tym zawodem zafascynowana. Nadal jestem. 

Co jest w nim najpiękniejszego? 

Kiedy widzimy, jak człowiek, który trafia do nas w naprawdę bardzo ciężkim stanie, po zastosowaniu odpowiedniego leczenia poprawia się dosłownie na naszych oczach. To jest coś pięknego! Coś niesamowitego! 

A czy przeżywa pani śmierć pacjentów?

Nadal tak. Myślę, że na to się nie da zobojętnieć. To boli i zawsze się człowiek zastanawia, czy coś więcej mógł zrobić. To, jak bardzo bywamy bezsilni jako lekarze, pokazał COVID. Umiera mnóstwo ludzi, także młodych. I to wszystko jest dla nas ogromnie trudne, przygnębiające. Cieszy nas każdy pacjent, którego udaje się uratować, i myślę, że lekarze, którzy mnie prowadzili w Ochojcu, też się ucieszyli, kiedy po ośmiu dniach udało się mnie wybudzić ze śpiączki i okazało się, że jestem w całkiem dobrej formie. W sposób doskonały mnie z tego wyprowadzili. Doskonały!

Fizycznie była pani w całkiem dobrej formie, ale mówiła pani, że psychicznie wtedy siadła. 

Bo poczułam straszną bezsilność. Sama nie potrafiłam zrobić zupełnie nic. Człowiek jest tak słaby, że nie ma mowy, żeby utrzymać w rękach malutką butelkę wody. Zespół lekarski prowadzony przez prof. Gierek jest doskonały, profesjonalny. Pielęgniarki były dla mnie bardzo życzliwe, we wszystkim mi pomagały, jednak dla człowieka jak ja, który był wcześniej bardzo aktywny - przecież ja trenuję, ćwiczę boks.

To podobno niesamowicie odpręża.

O tak! Jak człowiek zaczyna uderzać o worek, od razu się doskonale oczyszcza. Boks daje mi piękny psychiczny luz. 

Przed chorobą była więc pani nie tylko młodą, ale też zadbaną, mocną kobietą.

A tu nagle wybudzają mnie ze śpiączki i mam problem ze wszystkim! Przecież jestem lekarzem, więc doskonale wiedziałam, że po ośmiu dniach pod respiratorem nie ma mowy, żeby samodzielnie usiąść. Ale tam po drugiej stronie jest inaczej - jako pacjent naiwnie myślałam, że mi się uda. Wtedy płakałam. Ale to był ostatni raz. Teraz już nie ma płaczu. Po tym przeżyciu myślę też, że będę potrafiła lepiej zrozumieć moich pacjentów. Nie mówię, że dotąd nie byłam empatycznym lekarzem, bo wydaje mi się, że byłam, ale teraz na pewno będę lepiej rozumiała, jak wielkim wysiłkiem dla pacjenta jest choćby wzięcie w rękę kubka i napicie się.

Kiedy pani zobaczyła swoje dzieci?

Dopiero w piątek [27 listopada - przyp. red.]. W szpitalach nie ma odwiedzin, więc wysyłałam im SMS-y. Na początku nawet to było dla mnie ogromnym wyzwaniem, żeby samodzielnie wyklikać: "Żyję. Wróciłam". Bo ja wróciłam z długiej podróży. Była czerwona linia, ale ja już jestem po jej drugiej stronie. Otrzymałam drugie życie.

Prof. Karolina Sieroń (fot. archiwum prywatne)
Prof. Karolina Sieroń (fot. archiwum prywatne)

Wrócić do domu po takim przeżyciu to musi być niesamowite uczucie. 

Niesamowite! Ja wróciłam do domu w asyście ratowników medycznych po trzech tygodniach w szpitalu. Tygodniach, które wydawały mi się wiecznością, mimo że nie pamiętam całego tego czasu. Kiedy zostałam wybudzona ze śpiączki i usłyszałam, jaki mamy dzień, powiedziałam: "Naprawdę minęło tyle dni?". Kiedy się po czymś takim wraca do siebie, do swoich dzieci, to jest po prostu piękne. Wszystkie swoje kąty. 

Własne łóżko! 

Do swojego łóżka jeszcze nie jestem w stanie wrócić, bo mam w domu schody, które są barierą jeszcze nie do pokonania. Śpię na dole, na kanapie, ale ta kanapa jest doskonała. Fantastyczna. (śmiech)

Nie robi pani teraz nic innego, tylko przytula dzieci?

Z przytulaniem i całowaniem musimy zaczekać. Jestem wciąż bardziej podatna na infekcje, dlatego jedyne, na co możemy sobie pozwolić, to trzymanie się za ręce. Ale samo przebywanie razem, rozmowa to już jest niesamowita sprawa. Dzieci bardzo mi pomagają w codziennych czynnościach, asekurują nawet w drodze do toalety. Szczególnie na początku bardzo potrzebowałam tej pomocy. Poruszałam się bardzo niepewnie, więc dzieci były cały czas obok i pilnowały, czy wszystko jest w porządku. Na szczęście z każdym dniem staję się bardziej samodzielna. 

Patrzy pani teraz na życie inaczej?

Tak. Zobaczyłam, jakie to wszystko jest kruche. Cieszę się teraz z tych wszystkich normalnych, zwyczajnych rzeczy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jakie są świetne.  

Jak ta zjedzona na śniadanie bułka?

Tak. Zobaczyłam też...(kaszel), że nie jestem niezastąpiona. Tak długo nie było mnie w pracy, a jednak szpital się nie zawalił, na moim oddziale wszystko bardzo dobrze funkcjonuje. A mnie się przecież wydawało, że ja muszę! Poradnie nie poradnie, masa pacjentów - jeszcze zanim wybuchła epidemia - zawsze pracowałam na najwyższych obrotach. I to nie tylko w szpitalu, bo przecież pracuję też na uczelni. Teraz jestem świadoma, że za mało było czasu na bycie razem, na rozmowy z rodzicami i dziećmi. Bardzo zaniedbałam przyjaciół, którzy w tym czasie próby byli przy mnie, chociaż ja nawet sobie z tego nie zdawałam sprawy. Ogromnie się zaangażowali w akcję nawoływania do oddawania osocza.

A czy kiedy pani była w śpiączce, słyszała pani, jak lekarze albo pielęgniarki mówią do pani? 

Ja z tego czasu nic nie pamiętam.

Zamierza pani teraz zwolnić? 

Myślę, że tak.  Chociaż? (śmiech) Może powiem tak: chcę żyć dociekliwiej. Bardziej smakować życie. Tak naprawdę nie przypuszczam, żebym była w stanie żyć wolniej, ponieważ ja lubię żyć intensywnie.

Kiedy zatem planuje pani powrót do pracy? 

L4 mam do końca roku. Mam nadzieję, że do pracy wrócę w styczniu. Na pewno nie w takim wymiarze, jak przed chorobą. Nie planuję dyżurować. Nie jestem przekonana, czy będę wchodzić do strefy COVID. To zależy, czy będę w pełni sił. Ale jestem dobrej myśli.

Słyszę to! 

Ja teraz każdego dnia mam jakiś sukces. Dziś samodzielnie wstałam, nie trzymając się chodzika! Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że dojście do siebie musi trwać. Znajomi, którzy nie przechodzili COVID-u tak ciężko jak ja, mówią o tym, że nawet po ośmiu tygodniach wciąż są mocno osłabieni. Nie ukrywam, że oczekuję teraz od siebie tego, że wrócę do pełni formy.

Bo pani jest twardzielką? Pani nie płacze, tylko walczy? 

Tak. My wszyscy w rodzinie jesteśmy twardzielami. Może nie za cztery tygodnie, ale wrócę! I do szpitala. I na uczelnię. I do boksu.

Jak pani spędzi Boże Narodzenie? 

Z całą rodziną, ale na pewno nie zorganizuję świąt u siebie, jak co roku. Nie dam rady ich sama przygotować, natomiast wierzę w to, że do tego czasu będę w stanie ugotować siemieniotkę i zrobić moczkę. Moja cudowna 94-letnia babcia nauczyła mnie dokładnie, jak je należy przygotowywać, i stawiam sobie za cel, żeby za trzy tygodnie te potrawy samodzielnie zrobić. No i upiec pierniki oczywiście.  

Czego pani życzyć na święta i Nowy Rok? 

Zdrowia, cierpliwości i siły. Natomiast ja chcę nie tyle życzyć, ile zaapelować do wszystkich osób, które podejrzewają u siebie COVID, żeby parli do tego, by wykonano im test. Wiem, że bywają z tym problemy, że kontakt z lekarzem bywa utrudniony, ale apeluję, żeby nie bagatelizować objawów! To jest choroba, która ma paskudny, podstępny i nieoczekiwany przebieg. Miałam okazję obserwować to jako lekarz i retrospektywnie, patrząc na własny przebieg choroby. Nie należy zwlekać! Jeśli dzieje się coś niepokojącego, proszę alarmować i robić testy. Natomiast osoby, które COVID przechorowały i czują się na tyle dobrze, że mogą oddać osocze, bardzo o to proszę. Nie wiemy, komu pomożemy, ale dla tej osoby to będzie niesamowicie ważne. 

Karolina Sieroń. Profesor nauk medycznych, specjalista w dziedzinie chorób wewnętrznych, gastroenterologii, balneologii i medycyny fizykalnej, kierowniczka Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala MSWiA w Katowicach oraz Zakładu Medycyny Fizykalnej w Katedrze Fizjoterapii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego na Wydziale Nauk o Zdrowiu SUM.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku