Mika Urbaniak od lat zmaga się z chorobą dwubiegunową

Mika Urbaniak od lat zmaga się z chorobą dwubiegunową (fot: Rafał Malko/ Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

"Na oddziałach psychiatrycznych poznałam więcej szczęśliwych ludzi niż na imprezach z udziałem celebrytów"

- Opowiadam swoją historię, bo chcę uświadomić innym, że może się tak zdarzyć, że córka sławnych ludzi, w cywilizowanym kraju, przez kilka lat cierpi w samotności - mówi wokalistka Mika Urbaniak, córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka.

Z Miką spotykam się w kawiarni przy Nowym Świecie. Mika do lokalu wchodzi zapięta pod szyję, owinięta chustą, w okularach słonecznych, ze słuchawkami na uszach.

Ukrywasz się?

Każdy z nas w jakiś sposób się ukrywa.

Źle się czujesz w Warszawie? Dużą część życia spędziłaś w Nowym Jorku.

Nie, bo mam tu bliskich, przyjaciół. Czuję się tu zaopiekowana, bezpieczna. Poza tym Warszawa bardzo się zmienia, coraz bardziej otwiera na świat, inne kultury, choć brakuje mi tu czasem nowojorskiej różnorodności. Bo w Nowym Jorku każdy jest skądś, każdy jest obcy, nawet jeśli się tam urodził, to korzenie ma inne niż amerykańskie. Wszyscy w pewnym sensie są tam bezdomni. To ludzi do siebie zbliża.

Jaka energia bije od mieszkańców Warszawy?

Widzę ludzi wiecznie się gdzieś spieszących albo młodych pod wpływem alkoholu, zwłaszcza mężczyzn. Zdarza mi się wyjść w nocy po papierosy do monopolowego, bo czasem do rana piszę książkę. Spotykam tam tych zagubionych facetów, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Alkohol tylko pogłębia ten stan. Doskonale to znam. Wiem, co znaczy być w silnej depresji, szukać ucieczki w używkach, co znaczy chcieć się zabić. Kilka razy prawie już by mnie nie było.

Od lat zmagasz się z chorobą afektywną dwubiegunową.

Zdiagnozowano mnie w 2004 roku, czyli jak miałam 24 lata, rok po tym, jak odstawiłam alkohol. Ale sygnały, że coś jest nie tak, pojawiały się już wcześniej. Widzę to, gdy czytam swoje pamiętniki z czasów nastoletnich.

Co w nich pisałaś?

Opisywałam, jak się czuję. Byłam zamknięta w sobie, mało towarzyska. Nie miałam też za bardzo z kim dzielić się tym, co przeżywam, nikt nie nauczył mnie rozmawiać o emocjach. Pisałam, że zaczynam czuć się dziwnie, nie wiem, co się ze mną dzieje. Tłumiłam to w sobie i sięgałam po alkohol. Gdy byłam już w college'u, miałam takie momenty, że ze strachu nie byłam w stanie wyjść z pokoju. Albo jak wychodziłam na kampus, miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą. Taka fobia społeczna. Chowałam do torebki butelkę z alkoholem i co jakiś czas popijałam, żeby było mi łatwiej. To był pierwszy rok studiów, miałam 19 lat.

Mika Urbaniak z mamą, Urszulą Dudziak, w 2007 roku. Mia miała wtedy 27 lat (fot: Wojciech Surdziel/ Agencja Gazeta)
Mika Urbaniak z mamą, Urszulą Dudziak, w 2007 roku. Mia miała wtedy 27 lat (fot: Wojciech Surdziel/ Agencja Gazeta)

Mama była wtedy w długiej trasie koncertowej - zarabiała na moją naukę, więc nie wiedziała, co się dzieje. W końcu było ze mną tak źle, że przerwałam studia. Przez jakiś czas nie byłam nawet w stanie wyjść z łóżka, miałam myśli samobójcze.

Wróciłam do Polski, gdzie zamieszkałam z mamą, i zaczęłam dużo imprezować. Miałam towarzystwo do picia. Typowi artyści, można by powiedzieć. To trwało pięć lat. Moja mama kilkakrotnie wyciągała mnie z różnych opresji.

Co się działo?

Nawet nie pamiętam, bo doprowadzałam się do takiego stanu, że urywał mi się film. Jednej nocy, już pod koniec tego okresu, poszłam obładowana alkoholem do mojego przyjaciela. Miałam pieniądze, bo koncertowałam wtedy u Smolika. Zaczęliśmy pić. Mieszałam wszystkie możliwe alkohole. W pewnym momencie powiedziałam, że wracam do domu. Przyjaciel próbował mnie zatrzymać, ale najwyraźniej go zignorowałam. Gdy wchodziłam do taksówki, urwał mi się film. Mam tylko takie wspomnienie, że stoję niedaleko jakiegoś parku, kompletnie zdezorientowana. Potem obudziłam się już w szpitalu. Miałam 5,4 promila alkoholu we krwi. Byłam cała posiniaczona, z ogromnym guzem na głowie. Wszystko, co miałam przy sobie, zniknęło, łącznie z ubraniami. Prawdopodobnie ktoś mnie pobił i okradł.

Jak zareagowała mama?

Była przerażona. Ale też powiedziała wtedy, że jeśli nie pójdę na odwyk, wyrzuci mnie z domu. Wiem, jak wiele ją to kosztowało, bo nie należy raczej do osób, które potrafią utrzymać dyscyplinę.

Nikt wcześniej nie zauważył, że dzieje się z tobą coś złego?

Wszystko odbywało się pod płaszczykiem superbalangi. My się po prostu dobrze bawiliśmy. Moi znajomi martwili się, kiedy zaczął urywać mi się film, ale chyba nie wiedzieli, jak zareagować. Rodzice podobnie.

Każdy mężczyzna w naszej rodzinie był alkoholikiem, mój ojciec nigdy się nie leczył, podobnie jak moja mama, która była współuzależniona. Namawiałam ją wielokrotnie, ale nie chciała. Stworzyła własną filozofię pozytywnego myślenia, którą ja również się w życiu kieruję, ale jednocześnie ufam nauce, nie wszystko udaje się wyleczyć i przepracować pozytywnym myśleniem. Gdy mama zobaczyła, że sama sobie ze mną nie poradzi, w końcu zaczęła się pytać terapeutów od uzależnień, co ze mną zrobić, czego między innymi konsekwencją była jej reakcja na to ostatnie zdarzenie.

Michał Urbaniak, ojciec Miki Urbaniak (fot: Marcin Stępień/ Agencja Gazeta)
Michał Urbaniak, ojciec Miki Urbaniak (fot: Marcin Stępień/ Agencja Gazeta)

Wzięłaś się za siebie?

Po tym incydencie dwa tygodnie spędziłam w szpitalu na oddziale psychiatrycznym, potem zapisałam się do AA. Nie piłam przez kolejnych siedem lat. Dzięki temu, że byłam trzeźwa, można było zdiagnozować u mnie chorobę afektywną dwubiegunową. Nie najlepiej się czułam po odstawieniu alkoholu, miałam depresję, więc w końcu mama zabrała mnie do psychiatry.

Jak wspominasz pobyt w szpitalu?

To był trudny czas. Przede wszystkim chcę zapamiętać ze szpitala pielęgniarki, które wspaniale się mną opiekowały, i chorych ludzi. Kocham ludzi z chorobami psychicznymi.

Jak to?

Na oddziałach psychiatrycznych poznałam więcej szczęśliwych ludzi niż na wszystkich imprezach z udziałem celebrytów. Oni walczą o każdy dzień. Nie myślą o tym, jaką zrobią karierę czy ile zarobią pieniędzy, dla nich najważniejsze jest, żeby być akceptowanym i kochanym. Pragną względnie dobrze funkcjonować, są szczęśliwi, kiedy ktoś jest dla nich miły. Nie wszyscy są w tak dobrej sytuacji jak ja - mam wsparcie rodziny, partnera, dom. Spotkałam osoby, które nie mają nawet za co kupić leków. Jeżeli państwo o tych ludzi nie zadba, to oni zginą.

Gdy zdiagnozowano u ciebie chorobę, udało się w końcu ustabilizować twój stan?

Nie od razu. Dopiero od kilku miesięcy czuję się dobrze i stabilnie. To zasługa terapii i dobrze dobranego leczenia farmakologicznego. Wcześniej było tak, że leki brałam tylko przez rok, potem je odstawiłam, co skutkowało tym, że miesiącami byłam w depresji, a potem nagle wpadałam w manię. Na terapię też nie chodziłam. To był okres, w którym czułam się bardzo zagubiona i samotna.

Dlaczego nie brałaś leków?

Najpierw w AA trafiłam na opiekuna, który przekonywał, że leki zaburzają świadomość, że wtedy nie jest się w trzeźwości. Uwierzyłam mu. Byłam wtedy bardzo podatna na wpływy, potrzebowałam kogoś, kto weźmie mnie pod swoje skrzydła i będzie wspierał. Dostałam to wsparcie, ale w trwaniu w trzeźwości, nie w leczeniu choroby.

Na pewno duże znaczenie miało też to, że moja rodzina była zawsze przeciwna lekom, nigdy w domu nie było tak, że jak jest się chorym, to się idzie do lekarza i bierze lekarstwa. Zdaniem mojej mamy i siostry leki to trucizna. Nie mam do nich żalu, one po prostu nie wiedziały, jak mi pomóc, próbowały wszystkimi sposobami, tylko nie psychoterapią, lekami. Moi rodzice to też zupełnie inne pokolenie. Dziś młodzi dużo rozmawiają o tym, co czują, jak się czują. Z moją przyjaciółką Zuzią ciągle analizuję różne sytuacje, zachowania. A moi rodzice? Nigdy w życiu. Moja mama to osoba praktyczna, wiecznie zajęta. Nie ma czasu na analizowanie.    

Nie chcę też wszystkiego zrzucać na rodzinę. Jako osoba pełnoletnia mogłam decydować o sobie. Ale te osiem lat, kiedy bezskutecznie zmagałam się z chorobą, wspominam jak więzienie. Czasem wydaje mi się, że tortury fizyczne byłyby lepsze niż to, co przeżywałam sama ze sobą.

Kiedy nastąpił przełom?

Trudno mówić w przypadku tej choroby o przełomie, to ciągły proces. Były góry i doły, okresy, kiedy wracało uzależnienie od alkoholu, długie miesiące depresji. W końcu, również za namową mojego partnera, Victora, zaczęłam brać leki, poszłam na terapię. Ta choroba jest jednak kapryśna. Bo jak jesteś w manii, to czujesz się jak na haju, masz wrażenie, że możesz zdobyć świat. Śpisz trzy godziny na dobę i więcej nie potrzebujesz, masz mnóstwo energii. Nie chcesz brać leków, bo one tłumią to wspaniałe uczucie. A ja jestem upartą osobą, nie lubię, jak mówi mi się, co mam robić, raz leki wezmę, raz nie. Niestety, trzeba mnie pilnować.

Bardzo trudno było mi też zaakceptować, że jestem chora. Bo nikt nie chce być chory, zwłaszcza mieć chorobę psychiczną. Ciągnęło mnie więc do ludzi, którzy nie wierzyli w moją chorobę, bo ja sama długo nie chciałam w nią wierzyć. Jak dowiedziałam się, że jestem dwubiegunowa, byłam załamana. Dla mnie to było przekleństwo. Kiedy myślałam o tym, kim jestem, pojawiało mi się w głowie tylko jedno: dwubiegunowa. Miałam wrażenie, że ludzie będą mnie postrzegać tylko przez ten pryzmat, kiedy się dowiedzą, że choruję. Musiałam tę swoją chorobę polubić, nauczyć się, że ona jest częścią mnie, a nie mną. Że najpierw jestem Mika, potem, że jestem człowiekiem, potem artystką, a dopiero na którymś miejscu, że jestem chora.

Co ci najbardziej pomaga?

Kluczem jest znalezienie odpowiedniego lekarza, ja zmieniałam psychiatrę chyba trzy razy. Dobranie odpowiednich leków to kolejne wyzwanie. Bardzo ważna jest również psychoterapia, bo leki to jedno, ale w tej chorobie trzeba bardzo dobrze poznać siebie, opracować odpowiedni system, który pozwoli dobrze żyć, co również dotyczy kwestii rodzinnych, związku.

Mika Urbaniak z mamą, Urszulą Dudziak, podczas koncertu w kwietniu 2019 roku (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)
Mika Urbaniak z mamą, Urszulą Dudziak, podczas koncertu w kwietniu 2019 roku (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

I gdybym mogła, ozłociłabym Victora. Nie masz pojęcia, ile ten człowiek ze mną przeżył. W manii potrafię być naprawdę wstrętna. W tej chwili jestem całkiem od niego zależna, co też nie jest dobre dla naszej relacji, bo to on się przede wszystkim poświęca, spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność. Na razie to nie jest związek partnerski, choć będę dążyć do tego, żeby taki był.

Wsparcie rodziny też jest bardzo ważne, mogę liczyć na mamę, siostrę. Żeby taką osobę jak ja utrzymać w zdrowiu, potrzeba kilku osób do pomocy. Bardzo pomaga mi też medytacja, taniec.

Jak ta choroba wpływa na twoją pracę? W ubiegłym roku udało ci się wydać płytę z Victorem "Art pop".

Mam przede wszystkim duże trudności z kończeniem tego, co zaczynam. Brak mi konsekwencji. Do tej pory zazwyczaj pracowałam z kimś, na przykład z producentem. Kiedy ktoś pilnuje terminów, motywuje do pracy, łatwiej jest doprowadzać pewne rzeczy do końca. Teraz, gdy piszę książkę sama, nie jest już tak łatwo. Bywa, że przez trzy miesiące piszę non stop, mam mnóstwo materiału, a potem przez cztery miesiące nie napiszę ani jednego słowa. Trudno jest w takiej sytuacji coś zaplanować. Leki stabilizują na szczęście mój stan, więc pod tym względem jest coraz lepiej.

Dlaczego zdecydowałaś się powiedzieć głośno o swojej chorobie?

Ukrywanie choroby przed innymi, tego, że się bierze leki, nie jest niczym fajnym. Ma się wtedy poczucie, jakby to było coś wstydliwego. Byłam tym zmęczona. Poza tym, mówiąc o swojej chorobie głośno, wierzę, że komuś pomogę. Wiele osób takich jak ja potrzebuje pomocy, ale boi się po nią sięgnąć. W naszym społeczeństwie choroby psychiczne to temat tabu, sama się o tym przekonałam. Chciałabym dotrzeć do tych wszystkich młodych osób, które zamiast powiedzieć komuś, co przeżywają, piszą o tym w pamiętniku. Chciałabym im powiedzieć, że nie są same, że są ludzie, którzy ich wysłuchają. Jeśli boją się powiedzieć rodzicom, przyjaciołom, niech zadzwonią pod telefon zaufania - tam 24 godziny na dobę ludzie tylko czekają na taki telefon.

Jestem przekonana, że drogą do uleczenia społeczeństwa z uprzedzeń, strachu, samotności jest mówienie o pewnych kwestiach głośno. Choroby psychiczne to dziś ogromny problem cywilizacyjny. Mnóstwo ludzi codziennie umiera z powodu depresji. Moim zdaniem każdy człowiek jest w jakimś stopniu chory, bo każdy z nas przeżył w życiu jakiś ból. Choroba psychiczna czy zaburzenie osobowości to reakcja na ten ból.

Ale opowiadam o swojej chorobie nie dlatego, żeby zrobić z siebie ofiarę, to nie jest smutna historia. To opowieść, która ma dać nadzieję i uświadomić, że może się tak zdarzyć, że córka sławnych ludzi, w cywilizowanym kraju, przez kilka lat cierpi w samotności.

Tu znajdziesz pomoc: 

800 120 002 - Niebieska Linia - Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie, bezpłatna, czynna całą dobę.

116 123 - bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych, czynny codziennie, w godzinach 14:00 - 22:00 z wyjątkiem dni świątecznych.

116 111 - bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dzieci i młodzieży, czynny codziennie, od godz. 12 do godz. 2 w nocy dnia następnego.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Komentarze (37)
Zaloguj się
  • mazurkizlodzi

    Oceniono 23 razy 17

    Jestem żoną chorego na CHAD , chorobę afektywną dwubiegunową.Jesteśmy małżeństwem od 39 lat ,diagnoza padła 27 lat temu.
    Po wielu górkach i dołkach, skłonności do nadużywania alkoholu w manii mąż nauczył się jak funkcjonować , żeby udawać wesołego luzaka,a mnie wychwala publicznie ponad normę .
    Jednak w domu coraz częściej zmienia się ....
    Trafił na oddział psychiatryczny ,bo przemoc wobec mnie przybrała wymiar fizyczny .
    Sytuacja zdarzyła się pod wpływem alkoholu.
    Zwykle nie ma w domu alkoholu, ale wtedy kupiłam ,bo tydzień później były moje urodzony.
    Znalazł.
    Na izbie przyjęć lekarka krzyczała na mnie,że jestem winna a mąż mógł nie przeżyć bo z lekami alkohol szkodzi.
    Wywołała u mnie poczucie winy ,doprowadziła do depresji tak głębokiej ,że omal nie straciłam pracy.
    Nie zrobiłam obdukcji bo mąż odpowiadałby karnie i kto ucierpiałby najbardziej? Ja...,bo mąż nie przejmuje się konsekwencjami.Jak zrozumie zapadnie na depresję.
    Minęły cztery lata.Konsekwencją mojej depresji było zmuszenie mnie do przejścia na emeryturę-umowe podpisano na 5 miesięcy i 14 dni .......
    Teraz mąż bierze leki,pracuje...,ale ja się wycofałam z życia.Pilnuję go ,żeby brał leki ogarniam dom, wzięłam sobie kota ,psa ,ale to tylko częściowa rekompensata . Żyjemy już obok siebie...
    Już nie chcę odpowiadać za nawroty choroby męża.Boję się ....To już nie to samo.

  • hank_phantom

    Oceniono 20 razy 16

    Brawo Mika 🙂 miałem okazję Cię poznać w N27. Niestety ja muszę się ukrywać przed ludźmi, wydaje mi się że moje słowa o chorobie w środowisku pracy by doprowadziła mnie do zwolnienia. Cieszę się że Tobie to przyszło z czasem. Może i mi też przyjedzie zdjąć pancerz jak mnie na tyle zaakceptują w pracy że będę mógł to powiedzieć. Robię to małymi kroczkami. W Polsce dalej w pewnych kręgach chodzenie na psychoterapię i status bycia uzależnionym to zło wcielone. Nie dostaniesz kredytu, nie wynajmiesz mieszkania czy nie pozwolą Ci np. przebywać w jakimś gronie, czy nie dostaniesz normalnie potraktowany gdy prosisz o pomoc. Mojego kolegę którego chciałem uratować przed zapiciem się jeden z Warszawskich Oddziałów Psych. nie chciał go przyjąć mimo iż był to jego region. Pani z izby przyjęć powiedziała że nie ma miejsc i jak będzie miał delirium to wtedy przyjmą go w związku ze stanem zagrażającym życiu. Szkoda że jej nie nagrałem. Totalne zezwierzęcenie. Tacy ludzie składają przysięgę Hipokratesa.
    Ehhh Mika życzę Ci dużo zdrowia i Viktorowi.
    Mam wrażenie że ludzie w dzisiejszych czasach zamiast rozmawiać o emocjach o tym co przeżywają w ciągu dnia to tylko tam spotkałem. M.in. tą jedyną wspaniałą kobietę.

  • Kasia Ejsmont

    Oceniono 15 razy 13

    Mądre i potrzebne słowa!Moja nastoletnia córka zmaga się z depresją.Walczymy każdego dnia i wiem ile to ją kosztuje. Bardzo dobrze uświadamiać ludziom fakt że na świecie czasami blisko nas są takie barwne ale często samotne motyle ,delikatne i tak bardzo spragnione miłości i zozumienia. Dziękuję za wypowiedź -podnosi na duchu i daje nadzieję. I oczywiscie trzymam za Panią kciuki: )

  • igge

    Oceniono 10 razy 10

    Tak Mika, mówiąc o swojej chorobie głośno pomagasz wielu ludziom.
    I zabawnie ( w pozytywnym sensie) przeczytać, że kochasz ludzi z chorobami psychicznymi. Ja też, naprawdę.
    Nawet depresja stygmatyzuje, a co dopiero CHAD.
    Niepotrzebnie. Za mało zrozumienia i akceptacji. Ale to się zmienia i aby jak najszybciej na lepsze. Royalsi w GB też promują normalne podejście do zaburzeń/ chorób psychicznych. Wstyd to mieć lęki i uprzedzenia.
    Pozdrowienia i najlepsze życzenia dla Ciebie i partnera.

  • tinorossi

    Oceniono 8 razy 6

    Pani Mika borykala się z 2 problemami : alkoholizmem i choroba psychiczna . Naprawde wspolczuje . Na chorobę dwubiegunowa można zaradzić : trzeba dobrac tz. stabilizator , wg. statystyk pomaga 80% pacjentow . Znam ludzi całkowicie wyleczonych , ale te leki bierze się przez cale zyce . Wiele jest chorob , które tego wymagają : cukrzyca , nadciśnienie itp.

  • mniklasp

    Oceniono 7 razy 5

    potrafi powiedziec jakie ma symptomy i jest uczciwa, za to ja cenie. Wyszla z ograniczonej, glupiej rodziny mimo ze dobrze grali i spiewali. Potrzebuje terapi psychologicznej i psychiatrycznej , bi polar jest do kontrolowania lekami ale ona ma mnostwo lekow , niskie mniemanie o sobie , jej dopamnia jest bardzi niska, ma zaburzenia osobowosciowe . Wszystko do wyleczenia.

  • domrosa

    Oceniono 9 razy 5

    "może się tak zdarzyć, że córka sławnych ludzi, w cywilizowanym kraju, przez kilka lat cierpi w samotności." To NIE JEST kwestia cywilizowanego kraju, w niecywilizowanym kraju córka sławnych ludzi cierpiałaby podobnie. To kwestia TYCH RODZICÓW, że są tak bardzo zajęci sobą, że nawet nie zauważają, co dzieje się z ich dziećmi. Nigdy nie lubiłam Urszuli Dudziak, bo jest tak bardzo przekonana o swojej racji, ona wręcz chce mieć monopol na rację i chętnie udziela porad, jak być dziarską staruszką. Nikt jednak nie widzi w tym znerwicowanej i straumatyzowanej kobiety, która kompulsywnie próbuje uciekać od swoich emocji w działanie. Być ciągle w ruchu, nie myśleć, nie przeżywać, nie zastanawiać się. Obserwowałam przez lata relację Urszuli z jej córką Miką. Większej królowej lodu nie znam. To było takie przykre, jak ona traktowała swoją młodszą córkę - jak śmiecia, czego nie można powiedzieć o jej relacji z córką starszą.

  • piopon

    Oceniono 2 razy 0

    Fantastyczny ojciec - alkoholik artysta. Nieodwracalnie znowu zniszczył córkę. Ojcostwo to nie zabawa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX