Łukasz Sagan

Łukasz Sagan (fot. Michał Złotowski)

młoda polska

''Biegnie się najpierw głową, a później sercem''. Polak wśród najlepszych ultramaratończyków świata

Wpadałem przemoczony do punktów postojowych, przebierałem się, wskakiwałem w śpiwór, żeby przespać się kilkanaście minut i nieco ogrzać, a następnie wracałem na trasę. Po chwili znów byłem przemoczony i miałem perspektywę kolejnych kilkudziesięciu godzin w takich warunkach - tak Łukasz Sagan opowiada o Authentic Phidippides Run, biegu na 490 kilometrów, który wygrał dwa lata z rzędu.

IMIĘ: Łukasz

NAZWISKO: Sagan

WIEK: 36 lat

ZAWÓD: ultramaratończyk

OSIĄGNIĘCIA: dwa zwycięstwa w Authentic Phidippides Run, biegu na 490 kilometrów (2018, 2019), rekord Polski w biegu 48-godzinnym, pobity po 17 latach.

- Dorastałem w czasach przedkomputerowych, gry wideo dopiero się pojawiały. Co można było więc robić? Biegaliśmy z kolegami za piłką. Cały czas było się w ruchu - wspomina Łukasz Sagan. Dzieciństwo spędza w Krzczonowie pod Lublinem. O tym, że ma zadatki na sportowca, dowie się dopiero pod koniec podstawówki. Zalicza kilka meczów w lokalnym klubie piłkarskim grającym w B-klasie, zaczyna również trenować karate. - Z żadną z tych dyscyplin nie wiązałem jednak przyszłości - mówi. - Zresztą w ogóle nie planowałem wtedy kariery sportowej.

Po szkole średniej przeprowadza się na krótko do Lublina, potem jest służba wojskowa w Warszawie. W stolicy zostaje na kolejnych siedem lat, pracuje jako handlowiec. Sport cały czas jest dla niego ważny - Łukasz grywa ze znajomymi w piłkę i biega. Nie ma jednak sportowych ambicji, to tylko forma spędzania wolnego czasu.

W 2006 roku postanawia wziąć udział w Run Warsaw, biegu na pięć kilometrów. Nie pamięta, kto go do tego namówił, ale wie, że to wtedy zakochał się w atmosferze biegowych imprez. - Uznałem, że po prostu muszę spróbować swoich sił w kolejnych zawodach - mówi.

"Nie dam rady" nie istnieje

W roku 2007 zalicza kolejną edycję Run Warsaw, kilkanaście miesięcy później przystępuje do warszawskiego wyścigu Human Race - tym razem dystans wynosi 10 kilometrów. W 2011 roku bierze udział w Półmaratonie Warszawskim, w 2012 - w maratonie.


Początkowo bieganie było tylko formą spędzania wolnego czasu (fot. Michał Złotowski)

Łukasz wie, że jest w stanie podejmować coraz większe wyzwania. Wciąż jednak niespecjalnie zależy mu na wynikach sportowych. Chodzi o sprawdzenie się w trudnych warunkach, przełamywanie kolejnych barier. - Nie mam podejścia typu: "na pewno nie dam rady, to bez sensu". Biorę oczywiście pod uwagę, że się nie uda, zawsze jednak lepiej się o tym przekonać, niż niepotrzebnie zastanawiać - tłumaczy.

Jeszcze w 2012 roku następuje przełom: Łukasz startuje w Biegu Rzeźnika organizowanym w Bieszczadach. Zawodnicy mają do przebiegnięcia około 80 kilometrów, trasa wiedzie wzdłuż czerwonego szlaku z Komańczy do Ustrzyk Dolnych. Łukasz pokonuje ją w całości, i to z zadowalającym rezultatem. - Zmieściłem się w czasie krótszym niż 13 godzin. Pomyślałem wtedy, że to naprawdę dobry wynik, jak na kogoś, kto nie ma właściwie żadnego doświadczenia i do tej pory nie przebiegł nigdy podczas treningu więcej niż 30 kilometrów - mówi.

Rok później bierze udział w Sudeckiej Setce - górskim biegu na dystansie 100 kilometrów. Ku swojemu zaskoczeniu zajmuje szóstą lokatę. Potem jest organizowany w Katowicach 24-godzinny wyścig na płaskiej, asfaltowej nawierzchni - to tak zwany bieg "po pętli", bez określonego dystansu. To tu odnosi pierwszy znaczący sukces - wygrywa w swojej kategorii wiekowej. - Nie ma co ukrywać: apetyt zaczynał rosnąć - przyznaje.

Spartańska szkoła życia

Rok 2014, dolnośląski Bieg 7 Szczytów, długość trasy około 240 kilometrów, czas na pokonanie - 52 godziny. Tu Łukasza czeka pierwsze sportowe rozczarowanie. Po przebiegnięciu 130 kilometrów musi zrezygnować. - Przez odparzenia stóp i pęcherze - wspomina. - Zaważyły głupie błędy: nieodpowiednio dobrałem skarpetki i obuwie. I nie chciałem ryzykować kontuzji, w sierpniu miałem wziąć udział we francuskim Ultra-Trail du Mont Blanc. 


Łukasz Sagan (drugi z lewej) podczas zawodów (fot. Michał Złotowski)

UTMB należy do najtrudniejszych ultramaratonów w Europie. Długość to "tylko" około 170 kilometrów, ale łączne przewyższenie wynosi aż 10 000 metrów. Zawodnicy muszą pokonać malowniczą trasę wiodącą wokół Mont Blanc maksymalnie w 46,5 godziny. Łukasz znów ma problemy ze stopami. Tym razem nie zamierza odpuszczać. - Połowę trasy przebiegłem, połowę przeszedłem. Zrealizowałem swój cel i do dzisiaj z dumą noszę koszulkę "finishera" UTMB - opowiada i dodaje: - W poniedziałek wróciłem z Francji, a już w piątek przebiegłem 100 kilometrów w Biegu 7 Dolin.

W 2015 roku Łukasz spełnia swoje kolejne marzenie. Bierze udział w Spartathlonie, biegu na 246 kilometrów z Aten do Sparty. Zawody upamiętniają postać Filippidesa, Ateńczyka, który miał przebiec ten dystans, aby poprosić Spartan o pomoc w bitwie pod Maratonem. Łukasz zakochuje się w Spartathlonie - urzeka go nie tylko atmosfera wyścigu (nazwiska zwycięzców trafiają na tablicę znajdującą się w centrum Sparty), ale i sceneria. Wyścig kończy na 101. miejscu. Dziś mówi: - To była prawdziwa szkoła życia.

A zarazem: kolejny krok w kierunku wielkich triumfów.

Łeb w łeb z gwiazdą

Są jednak i potknięcia. Kiedy po raz kolejny startuje w Sudeckiej Setce, po pokonaniu 42 kilometrów postanawia zejść z trasy. - Zdarzyło się coś dziwnego: nie dokuczała mi żadna kontuzja, po prostu zupełnie straciłem motywację, nie czułem żadnej przyjemności z biegania - mówi. Ale już w 2016 roku bierze udział w 48-godzinnym biegu organizowanym w Atenach, który - jak się okaże - będzie przełomowy.  

Nie miałem pojęcia, w jaki sposób rozporządzać siłami, nie wiedziałem też, jaki jest rekord Polski na tym dystansie. Wiedziałem natomiast, że wśród zawodników jest Brytyjczyk Dan Lawson, którego miałem za absolutnego faworyta. W trakcie biegu zauważyłem, że cały czas się "ścieramy", biegniemy podobnym tempem i jestem bardzo blisko pierwszej pozycji - opowiada.

Lawson musi zejść z trasy z powodu kontuzji kolana. Łukasz zostaje samodzielnym liderem. Na trzy i pół godziny przed końcem również zaczyna mieć problemy z nogami. Walczy. - Przebiegłem 361 kilometrów. Anglicy dopingowali mnie, gdyż - jak mi uświadomili - do rekordu Polski brakowało mi jedynie 10 kilometrów, ale musiałem zrezygnować. Pomyślałem wtedy: może coś we mnie jednak jest i warto ścigać się o pierwsze miejsca?


Łukasz Sagan potrafił się zmotywować do rywalizacji (fot. Michał Złotowski)

Już rok później Łukasz postanawia wrócić do Grecji i podjąć próbę pobicia rekordu Polski. Na 10 dni przed wylotem zaczynają mu dokuczać silne bóle pleców. - Nie byłem w stanie się wyprostować, a co dopiero mówić o bieganiu - mówi.

Ale nie rezygnuje z zawodów. Początkowo wszystko układa się po jego myśli, ale w drugiej części biegu zaczyna odczuwać bóle - tym razem piszczeli i bioder.

Musiałem zrobić sobie kilka godzin przerwy. Była realna obawa, że nie uda mi się pobić rekordu. Przypomniało mi się jednak, że rok wcześniej wystarczyło, że przeszedłbym wolnym tempem 10 kilometrów. Tym razem nie odpuściłem i się udało, rekord został pobity po 17 latach - opowiada.

Bieganie siłą woli

W roku 2018 Łukasz znów podnosi sobie poprzeczkę. Tym razem bierze udział w Authentic Phidippides Run. To tak zwany podwójny Spartathlon. Trasa o długości 490 kilometrów prowadzi z Aten do Sparty i z powrotem. Zawodnicy muszą ją pokonać maksymalnie w 104 godziny. Polak jest w dobrej formie i ma już spore doświadczenie w ultramaratonach. Na drodze stają tak zwane czynniki niezależne - biegacze muszą stawić czoła silnemu wiatrowi, ulewnym deszczom, a nawet opadom śniegu.

- Wpadałem przemoczony do punktów postojowych, przebierałem się, wskakiwałem w śpiwór, żeby przespać się kilkanaście minut i nieco ogrzać, a następnie wracałem na trasę. Po chwili znów byłem przemoczony i miałem perspektywę kolejnych kilkudziesięciu godzin w takich warunkach. Biegało się więc "siłą woli" - śmieje się Łukasz. - Myślisz sobie wtedy: przebiegłem już tyle kilometrów w takich warunkach - szkoda by było całej tej roboty!

W morderczym biegu w trudnych warunkach bierze udział ledwie ponad 20 osób. Na metę dociera jedynie pięć. Najszybszy jest Łukasz. Za rok to powtórzy, pobijając rekord trasy (jego wynik to 69 godzin, 22 minuty i 17 sekund). Zanim jednak do tego dojdzie, musi przełknąć kolejną gorzką pigułkę: z udziału w ateńskim biegu 48-godzinnym rezygnuje po 13 godzinach, bo źle dobrana bielizna powoduje otarcia w okolicach pachwin. - To była trudna decyzja, naprawdę czułem się dobrze przygotowany fizycznie i mentalnie, planowałem poprawić swój rekord. Nie było jednak sensu ryzykować, bo gdyby kontuzja się pogłębiła, straciłbym cały rok - tłumaczy.


Łukasz Sagan ma doświadczenie w ultramaratonach (fot. Michał Złotowski)

A na sierpień Łukasz zaplanował udział w himalajskim La Ultra, uznawanym za najokrutniejszy z ultramaratonów ze względu na warunki i dystans. W 2019 roku organizatorzy zaplanowali specjalną, 555-kilometrową trasę, której nie przebiegł jeszcze nikt na świecie. Udział w zawodach jest kosztowny, ale Łukaszowi udaje się zorganizować niezbędne środki. - Na pomoc instytucji takich jak Polski Związek Lekkiej Atletyki w przypadku ultramaratonów nie ma co liczyć - stwierdza. - Dzięki sponsorom w rodzaju Fortis Logistics, Salco czy Luk Trans oraz zbiórce na Zrzutka.pl udało się jednak dotrzeć do Indii.

Polski biegacz nie docenił wówczas himalajskiej aury. Do startu przystąpił w koszulce z krótkim rękawem. - W pewnym momencie bardzo mnie wychłodziło, dostałem hipotermii. Mało brakowało, a skończyłoby się w szpitalu. Chciałbym jednak wrócić w Himalaje i powalczyć o rekord trasy. Nie lubię takich niedokończonych spraw - przyznaje.

Nogi, głowa i serce

Łukasz długo myślał o sobie jak o amatorze, który lubi podejmować kolejne wyzwania. Dziś nie ma wątpliwości, że jest prawdziwym sportowcem. W dalszym ciągu obywa się jednak bez pomocy trenera. - Dużo lepiej znam teraz swoje możliwości i wiem, że jestem w stanie podołać nawet najtrudniejszym biegom. Mam więcej pewności siebie - tłumaczy. - Przede wszystkim jednak rozumiem, jak wielką rolę odgrywa trening mentalny. Biegi ultra świetnie opisuje takie zdanie: "biegnie się najpierw głową, a później sercem", dopiero na końcu: nogami. Bez odpowiedniego nastawienia i mocnej głowy nie uda się osiągnąć dobrego wyniku.

Łukasz na co dzień pracuje w firmie produkującej m.in. sól, która pomaga zregenerować się po nadmiernym wysiłku fizycznym. Lubi czytać książki i słuchać Depeche Mode, ale na inne zajęcia niż praca i treningi zostaje mu niewiele czasu. Czasem brakuje go nawet dla bliskich. Na szczęście może liczyć na wsparcie żony, Ewy. - Taka sytuacja jest trudna dla osób będących w związku - przyznaje Łukasz. - Na szczęście żona jest wobec mnie bardzo wyrozumiała. To naprawdę bardzo ważne: mieć obok siebie kogoś, kto rozumie twoją pasję i wspiera cię w niej.


Łukasz Sagan ma wsparcie żony Ewy (fot. Michał Złotowski)

W tym roku Łukasz zamierza śrubować kolejne rekordy. Plan jest prosty: wziąć udział w trzech biegach krajowych i trzech zagranicznych. Marzy mu się trzecia z rzędu wygrana w "Phidipiddesie". Szykuje również niespodziankę. - O jednym z planowanych biegów nie mogę jeszcze zbyt wiele powiedzieć. Jeśli wszystko się uda, będzie to coś unikatowego w skali światowej - stwierdza tajemniczo.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, "Czasu Kultury" i "Dwutygodnika". Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w roku 2018. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współautor fanpage'a Niedziele Polskie, autor facebookowego bloga Popland. Prowadzi zajęcia dotyczące muzyki popularnej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (96)
Zaloguj się
  • tylkoturbobenzyna

    Oceniono 1 raz 1

    Bardzo się cieszę, że ludzie nieposiadający rodziny, dzieci, fajnej i absorbującej pracy, dobrych relacji z rodzicami i rodzeństwem, przyjaciół i nieuprawiający seksu mają jakieś zajęcie w życiu. Krzyż na drogę ...

  • maryjanek66

    Oceniono 1 raz 1

    i co z tego?

  • nie.jestem

    Oceniono 2 razy 2

    Typowy ultras - mój organizm znam najlepiej, więc trenera nie wezmę. Przebiegnę 400 km, a po tygodniu 100 km na dobitkę (dla nieobeznanych z tematem - mięśnie regenerują się w parę dni, ale organy wewnętrzne potrzebują z miesiąca po takim biegu). Pojadę do Indii na bieg, ale nie sprawdzę nawet, jaka tam jest pogoda. Na bieg sezonu wybiorę nową niesprawdzoną bieliznę. Obraz z wywiadu jest taki, że gość jest superzdolny, ale jednocześnie przygotowuje się tak na odwal, że marnuje połowę swojego potencjału. Żal czytać.

  • wu-du

    Oceniono 5 razy 3

    Jedni tyją siedząc cały dzień na kanapie , inni rozwalają swój organizm biegając odcinki 300km. Łączy ich jedna cecha. Degradacja organizmu.

  • rave8

    Oceniono 4 razy 0

    Degradacja organizmu na własne życzenie i oczekiwanie poklasku. Nie widzę nic postępowego w świadomym robieniu z siebie inwalidy.

  • pszczy2000

    0

    No,brawo,niech się jeszcze zmierzy z Indianami Tarahumara (Raramuri).

  • bursztynowe

    Oceniono 1 raz 1

    Czy on wie, że są taksówki?

  • mniklasp

    Oceniono 6 razy -2

    Ciekawe jak bardzo ma rozwiniete, muskularne nogi (zdjecie) w stosunku do drobnych rak i torso . To jest fenomen - czlowiek maszyna, ma niezwykle i bardzo rzadkie predyspozycje fizyczne , zdrowe serce i fenomenalne pluca, ich pojemnosc , przy ty wyksztalcil strategie biegu , czyli rozkladu sil oraz taktyczne podejscie do roznic wzniesien, z opisu wynika ze jedynym i przeszkodami byly ubrania , buty . Determinacja i psychiczne nastawienie. Niesamowity facet

  • sraczezwersacze

    Oceniono 16 razy 10

    WŁOŻĘ KIJ W MROWISKO. To nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Oczywiście podziwiam, ale ze zdrowotnego punktu widzenia taka KATORŻNICZA forma sportu jest WYBITNIE NIEZDROWA. Wszystko co "ULTRA" jest również ultraszkodliwe dla zdrowia. Zasada złotego greckiego umiaru "wynaleziona" wieki temu. Nie ma co wyważać otwartych drzwi. Człowiek nie składa się nie tylko z mięśni (w tym mięśnia sercowego), szkielet jest równie ważny. Za chwilę nie będzie "co" w stanie przenosić tych wspaniałych sił mięśniowych... Wiem, że tą wypowiedzią narażam się "pozytywnie zakręconym" i lobby sportowemu (tak, tak - to potężny rynek, zaraz po farmaceutycznym) ale piszę to z pełną odpowiedzialnością jako lekarz ortopeda. Poszukajcie sobie na ten temat poważnych publikacji naukowych. Oczywiście nie w "polskim internecie" :-) A teraz możecie na mnie pluć. Pozdrawiam myślących.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX