"Nie wierzyłem w to, co widzę. Nie znałem go, pomyślałem, że to jakiś naturszczyk" - tak Jan Holoubek opowiadał mi o wrażeniach po obejrzeniu twojego nagrania, kiedy starałeś się o rolę Tomka Komendy. Od razu pokazał je swojej partnerce Magdzie Różczce. Jej opinia była taka sama.
Przeczytałem wszystko, co można było o sprawie Tomka Komendy przeczytać, wszędzie miałem jego zdjęcia i nagrania. Założyłem za duży biały T-shirt, który specjalnie wygrzebałem w jakimś ciucholandzie, i zagrałem scenę, w której Tomek przyznaje się do winy, najlepiej, jak potrafiłem. Zresztą w self tape'ach jestem niezły, za to spalam się na castingach.
Nagranie najwyraźniej było dobre, bo Jan Holoubek dał ci główną rolę w filmie "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy".
Nie tak od razu. Ale powiem ci, że dopiero gdy grałem tę scenę już na planie, poczułem, jak jest trudna. Przecież Tomka ciężko pobito, żeby przyznał się do zbrodni, której nie popełnił. Graliśmy ją przy zachowaniu wszystkich niezbędnych procedur: broń była nienaładowana, miałem całe ciało w osłonach, które nazywamy "żółwikami", a i tak wyszedłem z tego ze złamaną nakładką na zęby. Zamknąłem się w kamperze i poprosiłem o lek przeciwbólowy. Przez godzinę dochodziłem do siebie. Ale gdy wróciliśmy do grania finału, czyli przyznania się Tomka do winy, wciąż byłem emocjonalnie i fizycznie wyczerpany. I właśnie to chcieliśmy w tej scenie uchwycić.
I wtedy dostałeś tę rolę?
Skąd! Czekałem na decyzję Janka jeszcze dwa miesiące. Mocno się stresowałem, nie mogłem spać.
Bardzo ci zależało.
Moje doświadczenia z castingami nie były najlepsze. Często słyszałem od reżysera castingu: "To było świetne, Piotrek, ale rolę dostaje znany aktor".
Janek sprawdzał jeszcze innych aktorów, a także mnie, na przykład w relacji z różnymi kandydatkami do roli mamy Tomka. Nie z każdą umiałem w tę relację wejść. Ale z Agatą Kuleszą, która finalnie ją zagrała, od razu złapałem porozumienie.
Czekałeś na swoją wielką rolę kilkanaście lat, więc chyba te dwa miesiące nie robiły ci już różnicy?
Piętnaście. Dlatego przez te dwa miesiące, kiedy czekałem na telefon w sprawie roli Tomka, pojawiały się myśli, że może to coś ze mną jest nie tak.
Zupełnie niepotrzebnie. Wciąż zbierasz bardzo dobre, w pełni zasłużone recenzje, a na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie dostałeś nagrodę za główną rolę męską.
Cieszę się, że udało nam się wspólnie zrobić film, który porusza tak wiele osób. Jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że Tomek i jego rodzina tak dobrze go odebrali.
Gdy Janek zadzwonił do mnie i oznajmił, że mam tę rolę, bardzo chciałem świętować. Ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa i tydzień przeleżałem w łóżku. Byłem wyczerpany, wszystko mnie bolało z napięcia i emocji. Za to poranki były cudowne. Budziłem się z myślą, że jest pięknie, nic więcej nie miało znaczenia. Oczywiście zaraz potem pojawiła się myśl, że nie podołam i spłynie na mnie fala krytyki.
Akurat kończyłem wtedy terapię - przerabialiśmy sytuację, w której może mi się coś nie udać, i uczyłem się, jak znosić porażki.
Nadal na nią chodzisz?
Już jej nie potrzebuję. Miałem terapię przez trzy lata. Bardzo mi pomogła, gdy musiałem poradzić sobie z obciążeniem psychicznym, które odczuwałem przy niektórych rolach. Także Tomka Komendy. Terapeutka tłumaczyła mi, że nie mogę mu pomóc, mogę jedynie zagrać - najlepiej, jak potrafię. Zdjęła mi z barów ciężar tej historii.
Jak się tego słucha, to można odnieść wrażenie, że przez trzy lata chodziłem na terapię, żeby dowiedzieć się tak banalnych, oczywistych rzeczy. Ale dzięki tym rozmowom teraz zasypiam spokojnie i budzę się spokojnie.
Co cię skłoniło, by pójść do psychoterapeutki?
Wielu aktorów, z którymi grałem w teatrze, opowiadało mi, że chodzi na terapię. Początkowo wydawało mi się, że trzeba być naprawdę załamanym, by się na to zdecydować. Spróbowałem z ciekawości. A może taka analiza przyda mi się w graniu? - pomyślałem.
I przydała się?
Tak.
Wiem, że terapia nie rozwiąże moich problemów, ale nauczyłem się z nimi sobie radzić. W trudnych momentach zadaję sobie pytanie: Co się takiego stanie, jak nie dostaniesz tej roli? Najwyżej przez jakiś czas nie zarobisz pieniędzy. Bo przecież wcale nie jest powiedziane, że teraz to już będą do mnie spływały same główne role.
Jestem emocjonalnie dorosły, znam swoją wartość. Idę na kolejny casting pewny siebie. Kiedyś wchodziłem przestraszony, jakbym chciał powiedzieć: Ja bardzo przepraszam, że zajmuję czas. Chwilka, pięć minut i zaraz mnie nie ma. Teraz pokazuję, że ciężko pracowałem nad rolą: Spędziłem mnóstwo czasu, żeby się przygotować. Zaproponuję wam swoją wizję. Jak mnie nie biorą, nie uważam, że byłem kiepski. Po prostu nie pasowałem do tej konkretnej postaci. Umiem się z tym pogodzić.
Przed terapią było ci trudniej?
W szkole filmowej chciałem być taki sam jak wszyscy. Wyglądać tak jak inni, nawet wiersze tak samo recytować, tak samo krzyczeć. Dopiero po terapii zacząłem lubić swoje ciało, swój głos, wszystko, czego wcześniej nie cierpiałem. Nawet swoje zakola! Zrozumiałem, że to moja wartość.
Czegoś jeszcze szczególnie nie lubiłeś, oprócz zakoli?
W dzieciństwie byłem grubym, sepleniącym chłopcem zaciągającym po śląsku. W liceum, gdy już wiedziałem, że chcę zdawać do szkoły filmowej, poszedłem do logopedy. Same dzieci i ja, ale w ogóle się tym nie przejmowałem. Zacząłem też chodzić na lekcje tańca, bo chciałem się lepiej ruszać.
Do dzisiaj, gdy jestem na Śląsku i przejeżdżam w pobliżu mojej dawnej szkoły, łapie mnie skurcz. Przebierając się na WF-ie, wstydziłem się zdjąć koszulkę. Koledzy pytali, czy te fałdy tłuszczu, które mam na brzuchu, przypadkiem mnie nie duszą. Cóż, dzieci bywają okrutne.
A ty zaciskałeś zęby i myślałeś sobie: Ja wam jeszcze pokażę?
Raczej: Zobaczycie, zostanę aktorem! Jak recytowałem wiersze, uśmiechali się pod nosem. Gdy mówiłem, że będę grał w teatrze, z powątpiewaniem kiwali głowami.
Już jako kilkulatek robiłem w domu teatrzyk dla rodziców, na który wcześniej sprzedawałem im bilety. Czasem zapraszałem też kuzynów. Chciałem wywoływać w ludziach emocje.
Gdy byłem starszy, na jednym z odpustów wygrałem na loterii małą butelkę grzańca. Ksiądz polecił, żebym ją oddał rodzicom, ale ja schowałem to wino pod poduszkę i piłem po parę łyków przed snem. Robiło mi się przyjemnie i odpływałem w marzenia. Wyobrażałem sobie, że a to wygłaszam przed publicznością długą przemowę, a to że dostaję główną rolę w filmie. To mnie napędzało.
Na marzeniach się nie skończyło.
Któregoś dnia powiedziałem mamie, że nie czuję się dobrze ze swoim ciałem. Mama wytłumaczyła mi wtedy, czym są kalorie i o co w ogóle chodzi w odżywianiu. Zacząłem biegać i chodzić na basen. Moje ciało zaczęło się zmieniać.
Oczywiście w pewnym momencie dostałem korby i uzależniłem się od siłowni. Całej rodzinie kupowałem karnety i trenowałem znajomych. Ćwiczę do dziś, bo to mnie relaksuje. "Synthol", film, który reżyseruję i w którym gram, dzieje się w środowisku kulturystów. Ono mnie fascynuje.
Co jeszcze cię fascynuje?
Kocham świat śląskich familoków. Lubię rzeczywistość, ale surową, bez filtrów. Bohater mojego filmu to prosty chłopak, który marzy, żeby wygrać zawody kulturystyczne. Trochę jak ja, gdy marzyłem o aktorstwie. Mama, z którą mój bohater jest bardzo związany, goli mu tyłek i maluje go bronzerem, by dobrze wyglądał na scenie. W czasie zdjęć pojechaliśmy na prawdziwe zawody, w których wystartowałem. Zająłem siódme miejsce na siedmiu uczestników.
Ty też jesteś blisko ze swoją mamą?
Tak. Mama zresztą od samego początku bardzo we mnie wierzyła. To między innymi dzięki niej zacząłem interesować się teatrem. Dużo czytała, codziennie po powrocie z pracy przynosiła mi najświeższe gazety i ciekawe książki. Ja wtedy uciekałem z matematyki, żeby spędzić czas w teatrze Za Lustrem, działającym przy Tarnogórskim Centrum Kultury. W wieku 40 lat zaczęła studia, co mi szalenie imponowało. Dziś świetnie mówi po angielsku. Inspiruje mnie. Teraz, gdy mieszkam w Warszawie, często do siebie dzwonimy i dużo rozmawiamy. Pomimo odległości nadal jesteśmy blisko.
Z braćmi też?
Mam dwóch braci: starszego i młodszego. Obaj z rozrabiaków wyrośli na świetnych facetów. Starszy, Karol, założył rodzinę. Jego córki, które teraz bez przerwy bawią się w szpital narodowy, kocham nad życie. Natomiast młodszy, Andrzej, ma świetną pracę i dobrze mu się wiedzie. To on wciągnął mnie w sport.
Na uroczystą premierę filmu przyjechali z żonami. Wielkie chłopy, a tak płakali, że chusteczek im zabrakło. Gdyby była potrzeba, poszliby za mną w ogień. Ja za nimi też.
Jesteśmy kompletnie różni. Jako dzieci dzieliliśmy się na obozy. Raz byłem z Andrzejem, a innym razem z Karolem. Tłukliśmy się, wybijaliśmy sobie zęby. Do dziś zresztą wszyscy mamy szramy, które są pamiątką tamtych czasów.
Ty i agresja?
No wiesz, byłem takim samym chłopakiem jak inni. Teraz z kolei z ekscytacją wcielam się w role agresywnych mężczyzn, choć na co dzień jestem spokojny. Niedawno jakiś facet wjechał mi w tył samochodu. W filmach najczęściej kierowca wysiada wtedy z auta i zaczyna krzyczeć, eskalując napięcie. To zupełnie nie ja. Ja zapytałem tego kierowcę, czy mu się nic nie stało. I to moim zdaniem powinno być normą, ale często nie jest.
Opowiesz mi jeszcze o swoim dzieciństwie?
Lubię wspominać wspólne wakacje lub ferie zimowe. Całą rodziną jeździliśmy wtedy maluchem w góry. Bez ogrzewania, pizgało po nogach. Jak to młodzi chłopcy, byliśmy ciągle głodni. Tata kupował nam kolby kukurydzy. Najadaliśmy się nimi i nigdy nie narzekaliśmy, choć budżet mieliśmy rozplanowany na każdy dzień.
Czy żyliśmy skromnie? Nie, raczej oszczędnie. Zresztą wszyscy tak żyli. Za to kubłem zimnej wody była dla mnie pensja w teatrze. Na studiach wydawało mi się, że aktorzy wiodą dostatnie życie, jeżdżą luksusowymi samochodami i mają drogie mieszkania. Potem dowiedziałem się, że ciuchy na ściankę mają pożyczone, a te auta kupują na kredyt.
To ile zarobiłeś w teatrze?
Za trzy miesiące pracy dostałem dwa tysiące złotych i materac, żeby tam nocować. To było zaraz po studiach, w 2010 roku. Chodziłem do Pizzy Hut na promocje "jedz, ile chcesz". I cieszyłem się, że mogę grać.
Serio?
Serio. Ale do czasu. Aż w końcu uznałem, że ja tak nie chcę. Sztuka sztuką, ale pasja nie wystarczy na wynajęcie mieszkania. Podjąłem decyzję, że rezygnuję z etatu w teatrze, i zacząłem dużo lepiej zarabiać. Nie czekałem już na tę marną pensję, tylko zawalczyłem o siebie. Chodziłem na castingi do seriali, pisałem scenariusze, zająłem się reżyserią spektakli.
Jasne, że tęsknię za twórczą atmosferą w teatrze, za rozmowami o nowych książkach. Na planie filmowym nie ma na to czasu. Ale wrócić do teatru już bym nie chciał.
Chciałem wyjechać do Anglii. Dorabiałem tam zresztą na wakacjach, bo wcześniej wyjechał jeden z moich braci. Pracowałem na taśmie przy produkcji kanapek - moim zadaniem było nakładanie plasterków pomidorów. Malowałem też sufity w dużych sieciach handlowych.
Ostatecznie nie wyjechałem na stałe. W 2018 roku skończyłem kurs reżyserii w Studiu Prób przy Wajda School w Warszawie. Pomyślałem, że zdobędę dodatkowe umiejętności, żeby nie być tylko aktorem. Jak propozycje nie będą spływać, to bez problemu przesiądę się do taksówki. Lubię prowadzić.
Dobrze rokujesz, więc mam nadzieję, że to nie będzie konieczne.
Dzięki rodzicom nauczyłem się odkładać pieniądze. Żyję mądrzej. Kiedyś, jak dostawałem wypłatę, to hulaj dusza. Teraz nowe ubrania mnie już nie kręcą, mogę chodzić ciągle w tych samych ciuchach, jak Zuckerberg. Ostatnio znajoma dała mi mundur z planu. Można go założyć na piżamę i świetnie wyglądać. Jedyne, na co wydaję, to podróże.
Ostatnio jednak, zamiast podróżować, chodzę na protesty. Wspierałem obronę sądów, wspieram Ogólnopolski Strajk Kobiet. Czasem, gdy mówię o tym na spotkaniach z widzami, dostaję brawa. A wcale nie uważam, że zasłużone. Traktuję to jako swój moralny obowiązek, aby bronić pewnych wartości, i zawód, który wykonuję, nie sprawia, że moje zaangażowanie w protesty ma większe znaczenie niż tysięcy innych osób, które odważają się wyjść na ulicę. Każdy głos jest tak samo ważny i równie silny.
O tym nie wiedziałam. Za to znalazłam informację, że skończyłeś Salezjański Zespół Szkół w rodzinnych Tarnowskich Górach.
To katolicka szkoła integracyjna, w której nie było nacisku na przedmioty ścisłe. Bardzo dobra. Rano przed lekcjami odmawialiśmy modlitwę. Nie trzeba było być wierzącą osobą, żeby móc się tam uczyć, choć ja wtedy byłem. Babcia od mojego wczesnego dzieciństwa dzwoniła ze mną do Radia Maryja, żeby się wspólnie modlić. W ogóle chciała, żebym został księdzem.
Gdy wyjechałem ze Śląska na studia, zobaczyłem, że mając inne poglądy, wcale nie trzeba być tym "złym" człowiekiem. Już nie potrafię uwierzyć.
Odważnie mówisz o braku wiary.
Nie czułbym do siebie szacunku, gdybym wstydził się swoich poglądów lub bał się bronić ważnych dla mnie wartości.
Źle bym się czuł, gdybym siedział cicho.
Piotr Trojan. Pochodzi z Tarnowskich Gór. Aktor, scenarzysta, reżyser. Skończył szkołę muzyczną w klasie gitary klasycznej i fortepianu. Absolwent PWSFTViT w Łodzi. Występował gościnnie w takich serialach, jak "M jak miłość", "Czas honoru" czy "Na dobre i na złe". Zagrał główną rolę w filmie Jana Holoubka "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy".
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.