Nie udziela wywiadów, nie pozwala robić sobie zdjęć (fot. Shutterstock)

Nie udziela wywiadów, nie pozwala robić sobie zdjęć (fot. Shutterstock) (Nie udziela wywiadów, nie pozwala robić sobie zdjęć (fot. Shutterstock))

ludzie

Martin Margiela. Projektant bez twarzy

Nie wiadomo jak wygląda ani gdzie dokładnie przebywa. Nie udziela wywiadów, nie pozwala robić sobie zdjęć. Ma gdzieś celebryckie zasady epoki Instagrama i wcale na tym nie traci. Dziesięć lat po zakończeniu modowej kariery Martin Margiela, projektant "bez twarzy", nadal budzi emocje.

Na filmie widać tylko dłonie. Zręcznie manewrują drucikiem owiniętym wokół korka od szampana, a następnie zamieniają go w naszyjnik. Potem wyłania się kawałek nogi w białych jeansach. I okulary w grubych czarnych oprawkach, które odkłada na stół. Twarzy nie pokazuje. Trzyma się tego również w najnowszym, niedostępnym jeszcze w Polsce, dokumencie "Martin Margiela. In his own words" Reinera Helzemera.

To cud, że przez ponad godzinę można słuchać jego głosu. Wypowiedzi Martina Margieli zestawione są ze wspomnieniami osób z branży mody. "Był ostatnią rewolucją, jaką mieliśmy w modzie" - mówi Carla Sozzani, właścicielka słynnego concept store'u 10 Corso Como w Mediolanie i siostra legendarnej redaktor naczelnej włoskiego "Vogue'a" Franki Sozzani.

W zeszłym roku paryskie muzeum Palais Galliera poświęciło Margieli dużą wystawę, analizując 20-letnią karierę projektanta - od 1989 do 2009 roku. "To miłe, że po 10 latach od zakończenia kariery nadal ktoś o mnie pamięta"* - stwierdził Margiela. 

Syn polskiego fryzjera

Niewiele osób wie, że Martin Margiela ma polskie korzenie. Urodził się 9 kwietnia 1957 roku w Belgii, skąd pochodziła jego matka, ojcem zaś był Polak. "Byłem dość samotnym dzieckiem, lubiłem się izolować i zamykać we własnym świecie marzeń o modzie" - opowiada Margiela. Dorastał w Genk, jednym z najważniejszych przemysłowych miast Flandrii, gdzie do lat 60. XX wieku podstawą lokalnej gospodarki były kopalnie węgla. Do Belgii zjeżdżali wtedy robotnicy różnych narodowości, w tym m.in. Polacy. Znajduje się tu również olbrzymia fabryka Forda.

Ojciec Margieli prowadził w miasteczku zakład fryzjerski. "Jako dziecko uwielbiałem oglądać go w pracy. Podobały mi się wszystkie jego gesty. Zawsze byłem pod wrażeniem, gdy ścięte włosy klientów spadały na podłogę, a kolejne osoby wchodzące do salonu chodziły po nich" - wspomina Martin. Na pomysł, by coś z tym wreszcie zrobić, wpadła jego mama. Tak powstał prowadzony przez nią kącik z perukami - początkowo otwarty tylko po godzinach działania zakładu, bo według ojca mógł odstraszyć jego klientów.

Na pomysł zostania projektantem mody Martin Margiela wpadł w 1965 roku. Miał wtedy siedem lat. Dokładnie pamięta ten moment, oglądał z mamą telewizję. Pokazywano najnowszą kolekcję André Courrégesa. "Zapytałem mamę, co to jest" - wspomina Margiela. - "Odpowiedziała mi: pokaz projektanta mody w Paryżu. A ja na to - OK, to jest to, kim chcę być".

Courréges zaprezentował wówczas słynną kolekcję "Moon" w futurystycznym stylu. Modelka miała na sobie sukienkę i białe botki na płaskiej podeszwie. "Zachwyciła mnie idea botków do letniej stylizacji. Wcześniej zawsze kojarzyły mi się z zimą. Dodatkowo miały ścięty przód - to było niesamowite. Natychmiast poszedłem do moich lalek Barbie i obciąłem im palce w butach".

Drugim miejscem po zakładzie fryzjerskim ojca, w którym Martin spędzał czas, była pracownia babci, zajmującej się krawiectwem. "Myślę, że była najważniejszą osobą w moim życiu" - stwierdza Margiela. Wspomina, jak godzinami przesiadywał u niej i obserwował wycinanie modeli i wzorów z tkanin. Babcia była ekstrawagancką kobietą, lubiła zmiany. "Jednego dnia miała burzę brązowych włosów, innego wracam ze szkoły, a ona jest blondynką" - opowiada.

Z resztek tkanin, które zdobywał u babci, tworzył własne kolaże i projekty. W 1966 roku zakochał się w sukience projektanta Pierre'a Cardina. Zobaczył ją w jednym z pierwszych magazynów o modzie, które trafiły w jego ręce. Poprosił babcię, by uszyła identyczną dla lalki Barbie. Do kompletu powstały również peruki, które Martin zafarbował za pomocą octu na ten sam kolor, co sukienka. "Pomyślałem, że wygląda to świetnie".

Pomysł, że będzie projektantem mody w Paryżu, początkowo nie spodobał się najbliższym. Rodzice zakazali mu opowiadać o tym w towarzystwie znajomych. Gdy ktoś pytał go o plany na przyszłość, miał kłamać. W głębi serca jednak nie zamierzał rezygnować z marzeń.

Podrobione zaproszenia na pokaz Jean Paula Gaultiera

Swoje pierwsze ubranie Martin Margiela stworzył w latach 70. Była to szara marynarka inspirowana projektem Yves'a Saint Laurenta. Chodził wtedy do LUCA Art School w Hasselt. Kontynuował edukację w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Antwerpii, gdzie w tym samym czasie uczyła się słynna "Szóstka z Antwerpii": Dries van Noten, Ann Demeulemeester, Dirk Van Saene, Walter Van Beirendonck, Dirk Bikkembergs i Marina Yee, którzy po ukończeniu akademii (lata 1980-81) całą grupą udali się do Londynu, podbijając brytyjski "fashion week". Ale Martin Margiela po obronie w 1980 roku zamiast na Wyspy ruszył na podbój Paryża.

W stolicy Francji najpierw pracował jako projektant freelancer, potem odbył staż u Jean Paula Gaultiera, który dostrzegł prace młodego artysty. Jean Paul Gaultier ubierał wtedy m.in. Madonnę. Słynął z teatralnych, ekstrawaganckich kolekcji nawiązujących do historycznych fasonów damskiej garderoby. Wskrzesił m.in. gorsety.

"Był idolem młodego pokolenia" - wspomina Gaultiera Martin. - "Za czasów studenckich każdy z nas chciał zobaczyć jego pokaz". Margieli i innym studentom z akademii udało się to dzięki podrobionym wejściówkom. Oryginały wyglądały jak pokrywki od jogurtów - były czerwone i miały nadruk z treścią zaproszenia. "Poszliśmy do supermarketu i szukaliśmy pokrywki od jogurtu, która miałaby ten sam rozmiar. Stworzyliśmy kopie dla całej naszej klasy" - wspomina Margiela.

U boku mistrza Martin Margiela spędził dwa lata - od 1985 do 1987 roku. W sierpniu 1988 roku założył własną markę - Maison Martin Margiela. W przedsięwzięciu od początku towarzyszyła mu Jenny Meirens. To ona odpowiadała za biznesową stronę firmy, ale miała również ogromny wpływ na aspekt kreatywny.

Jenny Meirens, gdy poznała Margielę, była już znana w branży mody. Prowadziła concept store w Brukseli z awangardową modą belgijskich i zagranicznych projektantów. Były wśród nich m.in. kolekcje Japończyka Yamamoto. Meirens otworzyła też w Brukseli sklep Comme des Garcons z projektami Japonki Rei Kawakubo. Po raz pierwszy zetknęła się z Margielą, gdy zasiadała w jury konkursu dla projektantów organizowanego przez uczelnię Martina. Bliżej poznała go, gdy zaczął odwiedzać jej sklepy. "Spotkałem Jenny w jednym ze wspaniałych butików w Brukseli i natychmiast zostaliśmy przyjaciółmi. Świetnie rozumieliśmy się na poziomie estetycznym. Oboje byliśmy sfiksowani na punkcie japońskich projektantów" - wspomina Margiela.

Stworzyć but, którego nikt nigdy nie widział

Pracę nad własnym domem mody para zaczęła od urządzania showroomu. Większość showroomów urządzana była wtedy w odcieniach szarości i wypełniona czarnymi meblami. Margiela chciał czegoś zupełnie innego.

Wystrój kompletowali z Jenny na pchlich targach albo wyprzedażach organizowanych przez wojsko. Meble, które miały ładny design, malowali na biało. Te, które im się nie podobały, przykrywali białym płótnem. Białe było dosłownie wszystko - nawet metki. Martin Margiela nie akceptował idei kupowania ubrań ze względu na znane nazwisko projektanta. Dlatego nie umieścili na metkach żadnego napisu. Charakterystyczny był za to sposób przyszycia ich do ubrań - czterema nitkami, tak aby po drugiej stronie materiału były widoczne ukośne kreski. Początkowo ludzie podchodzili do osób noszących ubrania Margiela, by zwrócić uwagę, że coś im się "przyczepiło" do pleców. Dopiero po latach cztery widoczne przeszycia stały się rozpoznawalne.

Tak samo było z dziwacznymi butami Margieli. Projektant chciał wymyślić but, którego nikt wcześniej nie widział. By zrealizować swój ambitny plan, sięgnął wspomnieniami do pierwszej podróży do Tokio. Jego uwagę zwróciły tam robotnicze buty zwane "tabi shoes". Jest to miękkie, płaskie obuwie z przodem podzielonym na dwie części - dużym palcem oddzielonym od reszty. Martin wpadł na pomysł, by wzbogacić je o obcas. Tak powstał ikoniczny model botków Margieli, które wielu krytykom skojarzyły się z raciczkami.  Do dziś w kolekcjach pojawiają się kolejne warianty pierwowzoru.

Innym zaskakującym projektem, który stał się ikoną marki Margiela, jest "white blouse", czyli nieco dłuższa biała koszula. Inspiracją były fartuchy noszone przez ekspedientki w luksusowych domach mody. To, co u innych służyło jako uniform sprzedawcy, u Margieli było propozycją dla kupującego.

Martin Margiela uwielbiał robić wszystko na odwrót. W pierwszej kolekcji, którą wypuścił 23 października 1988 roku (kolekcja na wiosnę-lato 1989), postawił na długie spódnice do kostek, mimo że w trendach była wtedy długość mini. Zmniejszył również poduszki na ramiona, które w latach 80. osiągnęły przesadzone wymiary. Zachował jednak ich sztywny kształt. "Dwa najważniejsze elementy sylwetki to ramiona i buty" - tłumaczy Margiela. -  "Ramiona dają ci odpowiednią postawę, a buty odpowiedni ruch".

Projektant chciał wymyślić but, którego nikt wcześniej nie widział (fot. Shutterstock)
Projektant chciał wymyślić but, którego nikt wcześniej nie widział (fot. Shutterstock)

Pokaz na scenie i na peryferiach

"Zawsze chciałem zorganizować pokaz w teatrze" - opowiadał Margiela. Debiutancką kolekcję Martin i Jenny przedstawili w paryskim teatrze Café de la Gare. Gdy zarządca obiektu dowiedział się o ich planach, powiedział, że jeśli się uda, staną się znani - na deskach tego budynku występowali już m.in. Miou Miou czy Gerard Depardieu. Tym razem miały po nich przechadzać się modelki z zasłoniętymi twarzami. Martin postanowił wykorzystać welon, ale w nieco innym wydaniu niż tradycyjne. Welony Margieli były nieprzezierne i obcisłe. "Gdy po raz pierwszy założyłem go modelkom na twarz, coś się we mnie zadziało. Pozostawało tylko ubranie i jego ruch. Pokochałem to" - wspomina Margiela.

Modelki z zakrytymi twarzami maszerowały więc po wybiegu wyścielonym na biało, ale wcześniej, jeszcze za kulisami, wdeptywały w czerwoną farbę. Dzięki temu publiczności ukazywał się każdy ich krok odbity na podłodze.

Wśród gości wydarzenia był Jean Paul Gaultier. Tego dnia udzielał co prawda wywiadu brytyjskiej edycji "Vogue'a", ale gdy zaczęła się zbliżać godzina debiutu kolekcji Martina na teatralnych deskach, przerwał rozmowę i zabrał dziennikarza na pokaz. "Był świetny" - wspomina w dokumencie Jean Paul Gaultier.

Debiutujący Martin Margiela zyskał uwagę mediów. Na następnych pokazach dziennikarze stawili się już tłumnie. Najpierw był marcowy - z kolekcją na jesień-zimę 1989, w którym Margiela zaprezentował sukienki sklejone brązową taśmą. Ale prawdziwą burzę wywołał kolejny.

Dziennikarze wiedzieli, że szykuje się coś wyjątkowego, niespotykanego dotąd w branży mody. 19 października 1989 roku odbyła się prezentacja wiosenno-letniej kolekcji na 1990 rok. Podczas gdy inni projektanci aranżowali wybiegi w Luwrze bądź podobnych luksusowych miejscach, Martin Margiela zaprosił publiczność na peryferie Paryża. Wybieg stanowiła ulica, całość miała odbyć się pod otwartym niebem. W pierwszych rzędach zasiadała lokalna społeczność, w większości składająca się z czarnoskórych imigrantów. Wszyscy byli zaproszeni - całe rodziny z dziećmi. Te ostatnie biegały między rzędami, a nawet po wybiegu, wcale nie przeszkadzając w spektaklu.

"Goście przyjeżdżali limuzynami, nie wiedząc, gdzie jadą. Byli wystraszeni, bo w tamtym czasie nikt nie lubił zapuszczać się w te dzielnice miasta" - wspomina wydarzenie Pierre Rougier, PR-owiec Margieli. Sam projektant mówił, że było to dla niego wielkie przeżycie: "Połowa publiczności była profesjonalna, a połowa klaskała, śpiewała, biegała". Gdy przywieziono ubrania, były opakowane w plastikowe pokrowce. Martin kazał założyć pokrowce na ubranie modelki. W kolekcji pojawiły się m.in. białe pofałdowane topy, które wyglądały, jakby były mokre i przyklejone do T-shirtów z siatki. Dziennikarze okrzyknęli propozycje Margieli mianem "new wet look". Jednocześnie mocno skrytykowali udział dzieci w zorganizowaniu show. 

Znana dziennikarka modowa Cathy Horyn wspomina pokaz zorganizowany na parkingu dla samochodów, gdzie nie przewidziano miejsc siedzących. Kto przyszedł pierwszy, ten widział lepiej. Innym razem Margiela zaproponował gościom różne domowe sprzęty zamiast krzeseł. "Siedziałam na pralce" - wspomina Horyn.

Margiela rekrutował modelki "z ulicy". Nie był w tym pierwszy, ale wyróżniało go podejście do pracy z nimi - gdy pytały, jak mają chodzić, odpowiadał: "Tak jak weszłaś do tego pomieszczenia. Było perfekcyjnie". Chciał ubierać naturalne kobiety. Takie, które na wybiegu śmieją się i patrzą publiczności prosto w oczy. "Zwariowałeś?" - pytały go zaskoczone, ale potem świetnie się bawiły, wykonując polecenia projektanta. 

Imię bez twarzy

"Zmusił nas do myślenia, zamiast zadawania głupich pytań. Musieliśmy być bardziej kreatywni" - wspomina Cathy Horyn, przyznając, że początkowo nie rozumiała Margieli. Trudno było na przykład pojąć, dlaczego od początku pragnął być anonimowy.  

"Anonimowość była dla mnie ochroną - zarówno jako osoby, jak również projektanta. Brak spotkań z prasą pozwalał mi poświęcić więcej czasu na pracę. Czasami żałuję, że muszę się w ten sposób chronić" - tłumaczył swoją decyzję. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że trudno wyrobić sobie nazwisko, jeśli nie można skojarzyć go z twarzą. Dlatego jeszcze intensywniej pracował nad kolekcjami - musiały być bardzo mocne, mówić w jego imieniu. Nie komentował ich, nie ułatwiał ich interpretacji. Uważał się za zbyt poważnego, by "zadowolić" głodnych rozrywki dziennikarzy.  

A kolekcje były świetne. Margiela mieszał stare z nowym, przerabiając ubrania vintage zakupione na targu i miksując je w kolekcjach z zupełnie nowymi projektami. Do historii przeszły jego wieczorowe suknie, które rozcinał z przodu i łączył z jeansami, tworząc stylizację dzienną. Z używanych jedwabnych szalików tworzył spódnice. Do kamizelek doszywał rękawy z koszul, ale pozostawiał z tyłu dziurę, żeby podkreślić "obce" pochodzenie rękawa.

Dekonstruował garderobę. Zaglądał do środka ubioru, wywlekając na zewnątrz wszystko to, co teoretycznie powinno być schowane - w tym szwy, niedokończone brzegi. Przygotowując kolekcję "Stockman" ["Magazynier" - przyp. aut.] w 1997 roku,  badał historyczne stroje haute couture, ale to, co uszył, wydawało mu się zbyt staroświeckie. Ostatecznie umieścił w kolekcji "robocze" wzory, którymi krawcy posługują się, by wyciąć modele - z cyframi i adnotacjami, jak te na manekinach.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez @sophistamatic

Martin Margiela korzystał też z techniki kolażu. W 1991 roku zaproponował sweter ze zszytych ze sobą skarpet, a dekadę później bluzkę ze skórzanych rękawiczek. Jeśli chodzi o rozmiary, tu też nic nigdy nie było "normalne". Genialnym pomysłem Margieli okazała się kolekcja inspirowana postaciami Barbie i Kena. Chciał przełożyć kształty ich nieproporcjonalnych ubrań na ludzkie rozmiary. "Ludzie powiedzieliby, że źle się układają, ale to właśnie mi się podobało" - mówił Margiela. Potem była "Flat Collection", w której ubrania wyglądały, jakby były zupełnie płaskie, albo "Oversized Collection" - tu wszystko było ekstremalnie za duże. Trudno nie wspomnieć o biżuterii z farbowanych kostek lodu, które roztapiając się podczas pokazu, "na żywo" zmieniały kolor ubrań. I mój ulubiony - biały kostium, zbyt nudny dla Margieli, który celowo przypalił go żelazkiem, zostawiając żółty ślad. 

"Czułem, że zaczęło się dziać coś niedobrego"

Martin Margiela projektował nie tylko dla własnej marki. Pod koniec lat 90. do współpracy zaprosił go francuski dom mody Hermés. Było to dla branży szokujące posunięcie, bo jak się ma odważny styl Margieli do ultratradycyjnego Hermésa? Recenzje początkowo nie były pozytywne. Debiutancką kolekcję Margiela x Hermés opisano jako nudną. Ostatecznie projektant pracował dla Hermésa przez sześć lat, podpisując 12 kolekcji.  Odszedł, bo jego firma potrzebowała więcej atencji.

Na przełomie tysiącleci Martin i Jenny zaczęli szukać inwestora, by marka Maison Martin Margiela mogła się rozwijać. Najlepszą ofertę przedstawił Renzo Rossi, właściciel Diesla, który ostatecznie kupił większość udziałów. Decyzja zbiegła się z odejściem Jenny, która potrzebowała nowych, kreatywnych wyzwań.

"Był mniej więcej 2006 rok, gdy zaczęło się dziać coś niedobrego" - wspomina Margiela. - "Dla mnie to moment, kiedy musieliśmy opublikować relację wideo z pokazu w Internecie tego samego dnia, w którym się ten pokaz odbył". Margiela stwierdził, że specyficzna energia, którą wywoływał efekt zaskoczenia, została w ten sposób utracona. "Czułem się zagubiony" - stwierdza w dokumencie. - "Zdawałem sobie sprawę, że w świecie mody pojawiły się nowe potrzeby, ale nie byłem pewien, czy mogę im sprostać". Wkrótce poprosił o spotkanie swoją zastępczynię, Ninę Nitsche. "Ze sposobu, w jaki zaprosił mnie na lunch, zrozumiałam, że chce odejść" - wspomina Nina.

Ostatnia kolekcja Margieli dla Maison Margiela, na wiosnę-lato 2009, była jednocześnie celebracją 20. rocznicy powstania marki. Pokaz odbył się 29 września 2008 roku. Zespół Margieli nie wiedział, że projektant odchodzi. Nie chciano wzbudzać niepokoju.

Martin Margiela nie prowadzi Instagrama, nie ma konta na Facebooku. Nigdy oficjalnie nie pokazał swojej twarzy - w sieci krąży jedna fotografia, ale jej autentyczność nie została potwierdzona. Dziś trudno wyobrazić sobie markę bez znanej twarzy. Zresztą dyrektorem kreatywnym domu mody Margiela została gwiazda - brytyjski projektant, znany z wielu skandali, John Galliano.

A co robi Margiela? "Maluję, rzeźbię, wykonuję wiele kreatywnych prac i kocham to. Kocham być sobą".

*Cytaty pochodzą z filmu "Martin Margiela. In his own words", chyba że w tekście podane jest inne źródło

Katarzyna Żechowicz. Dziennikarka i pasjonatka Włoch. Stypendystka rządu włoskiego, ukończyła z wyróżnieniem studia o modzie na najstarszym w Europie Uniwersytecie Bolońskim. Oprócz tego jest absolwentką dziennikarstwa i italianistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie pracuje w mediach i prowadzi własny portal o modzie oraz sklep internetowy Shop My Mood. Kolekcjonuje zagraniczne czasopisma, wśród których szczególne miejsce zajmuje włoska edycja Vogue'a. Uwielbia kuchnię śródziemnomorską, a każde wakacje spędza w ukochanej Kalabrii.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku