Madagaskar

Madagaskar (fot. Shutterstock)

Madagaskar. Wyspa, która jest jednym z niewielu lamusów przyrody

Nigdzie w leżących przed nami lasach ani na równinach nie mieliśmy napotkać stworzeń, od których roiło się na sawannach Kenii - żadnych małp, antylop, słoni ani wielkich, mięsożernych drapieżników. W tym krótkim czasie, jaki zajęła nam przeprawa na wyspę, cofnęliśmy się ewolucyjnie o pięćdziesiąt milionów lat. - pisze w książce "Podróże na drugi kraniec świata" David Attenborough. Publikujemy jej fragmenty.

Na mapie świata Madagaskar wygląda niczym drobny, niewiele znaczący odprysk od wschodniego boku Afryki. Faktycznie zaś jest olbrzymim lądem - ma przeszło półtora tysiąca kilometrów długości i powierzchnię czterokrotnie większą niż Anglia i Walia. Co więcej, naturą zwierząt, roślin i ludzi odróżnia się od Afryki prawie tak mocno, jak leżąca w odległości sześciu i pół tysiąca kilometrów Australia.* 

Geoff Mulligan i ja przylecieliśmy na wyspę z Nairobi. Przecięliśmy wybrzeże w pobliżu Zanzibaru i lecieliśmy nad skrzącymi się, błękitnymi wodami Kanału Mozambickiego, oddzielającego nas od Madagaskaru.

Przed nami zmaterializowały się niewielkie piramidy Komorów, opasane falami przyboju, powoli podpełzły ku nam, wiszącym wśród warkotu silników na niebie, przepłynęły pod lewym skrzydłem samolotu i zniknęły za nami.

Następnie, niespełna po dwóch godzinach od opuszczenia przez nas Afryki, na mglistej linii horyzontu zamajaczył Madagaskar. Zbliżaliśmy się do nowego świata. Nigdzie w leżących przed nami lasach ani na równinach nie mieliśmy napotkać stworzeń, od których roiło się na sawannach Kenii - żadnych małp, antylop, słoni ani wielkich, mięsożernych drapieżników.

W tym krótkim czasie, jaki zajęła nam przeprawa na wyspę, cofnęliśmy się ewolucyjnie o pięćdziesiąt milionów lat. Wkraczaliśmy do jednego z lamusów przyrody, w których starożytne, przebrzmiałe formy życia, jakie dawno temu zniknęły z pozostałych części świata, nadal mogły trwać w izolacji od innych.

(...)

Wylądowaliśmy na głównym lotnisku Madagaskaru w środku wyspy. Nie jestem pewien, co spodziewałem się ujrzeć podczas jazdy z lotniska do leżącej około trzydziestu kilometrów dalej stolicy, ale na pewno nie to, co zobaczyłem. Chociaż słońce świeciło z tropikalną jaskrawością, powietrze było chłodne i świeże, znajdowaliśmy się bowiem w górach, ponad tysiąc metrów nad poziomem morza. Bezdrzewnych, pofałdowanych wzgórz nie pokrywały pola uprawne kukurydzy ani manioku, jak by to było w Afryce, zamiast nich zaś każdy grzbiet i zakątek krajobrazu przecinały tarasy schludnych poletek ryżowych. Zdawało mi się, że znaleźliśmy się gdzieś w Azji.

Park narodowy Tsingy de Bemaraha na Madagaskarze (fot. Shutterstock)
Park narodowy Tsingy de Bemaraha na Madagaskarze (fot. Shutterstock)

To wrażenie wzmagały oblicza stojących na poboczu ludzi, mieli oni bowiem jasnobrązową cerę i proste, czarne włosy jak mieszkańcy Malajów. Z drugiej strony ich strój - szerokoskrzydłe, filcowe kapelusze i podobne do płacht szale z jaskrawej tkaniny, noszone na ramionach - nadawał im wygląd południowoamerykańskich peonów. Zabudowania wiosek, przez które przejeżdżaliśmy, nie były ani prymitywnymi chatami z błota, ani nie tworzyły okolonych płotem osad typu kraal - mijaliśmy słupowate piętrowe domy z czerwonej cegły o stromych, dwuspadowych dachach, z wąskimi balkonami na piętrze, wspartymi na cienkich, kwadratowych kolumnach.

Nazwy wsi były przerażająco trudne do wymówienia: Imerintsiatosika, Ampahitrontenaina, Ambatomirahavavy. Ponuro przewidywałem okropne trudności w znajdowaniu drogi na wyspie, jeśli takie słowa stanowiły typowe nazwy geograficzne. Zadanie, jak się ostatecznie okazało, choć tego wówczas nie wiedziałem, miało być jeszcze trudniejsze, bowiem słowa w języku malgaskim rzadko wymawia się tak, jak się je pisze. Pierwsze i ostatnie sylaby zazwyczaj się ignoruje, a całe rzędy liter w środku wyrazu albo się skraca, albo pomija w sposób tak skrajny, że standardowe przykłady przewrotnej wymowy nazw miejsc w Anglii wydają się śmiesznie proste.

Przynajmniej jedną nazwę zracjonalizowano na użytek cudzoziemca - nazwę stolicy Antananarywa, którą zawsze wymawiano "Tananarywa". Przynajmniej tę nazwę w taki zatem sposób teraz zapisuję*.

Samo miasto leży na łańcuchu wzgórz wyrastających z równiny pokrytej okalającymi je polami ryżowymi, tak zupełnie płaskiej, że przed kilku laty podczas katastrofalnych powodzi stolica przekształciła się w wyspę, na którą można było się dostać tylko łodzią.

Na szczycie najwyższego wzniesienia górującego nad miastem stoi kwadratowa budowla zaprojektowana w połowie XIX wieku przez brytyjskiego architekta. Był to niegdyś pałac ostatniej królowej Madagaskaru, która podpisała z Francuzami traktat o przyjaźni, ale później została przez nich zdetronizowana, gdyż nie wypełniła jego postanowień [Tak w oryginale, ale tę wzmiankę należy uznać za zbyt daleko posunięty eufemizm, mimo że nie jest to książka ani o polityce, ani historyczna. Madagaskar, niepodległy kraj uznawany przez społeczność międzynarodową, padł ofiarą serii wypowiedzianych mu przez Francję wojen kolonialnych. Po jednej z nich królowa została zmuszona do ustępstw terytorialnych na rzecz Francji i podpisania układu przekształcającego kraj we francuski protektorat. Po odrzuceniu przez rząd Madagaskaru ultimatum oznaczającego faktycznie utratę suwerenności w 1895 roku Francja wypowiedziała mu ostateczną wojnę, zakończoną opanowaniem stolicy kraju i zmuszeniem królowej do abdykacji oraz udania się na wygnanie. Madagaskar stał się wówczas kolonią Francji, która rządziła krajem niezmiernie brutalnie, kilkakrotnie krwawo tłumiąc powstania ludności - przyp.red.]

Aleja baobabów (fot. Shutterstock)
Aleja baobabów (fot. Shutterstock)

Od końca jej panowania aż do odzyskania przez Malgaszów niepodległości, co nastąpiło kilka miesięcy przed naszym przyjazdem, wyspę okupowali i władali nią Francuzi. Francuskie słowa rozbrzmiewały wszędzie; francuskie gesty pomagały przy targowaniu się na rynkach. Ładne malgaskie dziewczyny przejęły wiele z francuskiego szyku - chodziły na wysokich obcasach, nosiły najelegantsze stroje i upinały swoje długie, połyskliwe włosy w najbardziej wymyślne koafiury. Miejskie restauracje serwowały wyśmienite, pięciodaniowe posiłki uzupełniane winami z Burgundii i znad Rodanu, a na ulicach wdychało się subtelną mieszaninę perfum Gauloise i czosnku, którą można się delektować równie dobrze w Dakarze lub Algierze jak w Paryżu.

Geoff i ja planowaliśmy w ciągu następnych trzech miesięcy sfilmować wiele madagaskarskich zwierząt, a gdyby nam pozwolono, schwytać kilka okazów i zabrać do londyńskiego zoo. Wiedzieliśmy, że wszystkie lemury są pod ochroną, ale mieliśmy nadzieję na uzyskanie zezwolenia na złapanie jednego czy dwóch z obficiej występujących gatunków. Wpadliśmy zatem do pana Pauliana, dyrektora instytutu naukowego. Przyjął nas gościnnie i uprzejmie wysłuchał opowiadania o naszych planach i aspiracjach.

- Bardzo mi przykro - rzekł - ale muszę panów prosić, by w ogóle nie łapali panowie żadnych lemurów. Prawo zabrania bowiem zabijania ich, a nawet trzymania jako zwierząt domowych. Oczywiście nie mamy dość personelu, by wyegzekwować to prawo na całym Madagaskarze, więc nasi urzędnicy oraz ci z Departamentu Leśnictwa starają się przekonywać ludzi, że krzywdzenie lemurów jest złym uczynkiem. Teraz wreszcie zaczynamy odnosić sukcesy. Jednak jeśli zaczną panowie łapać zwierzęta i wynajmować ludzi do pomocy przy tym, to nabiorą przekonania, że istnieje inne prawo dla białego cudzoziemca, a inne dla krajowca, a wtedy większość naszej pracy pójdzie na marne. Proszę pana jako przyrodnika szanującego dziką przyrodę, żeby spełnił pan moją prośbę i nie utrudniał naszych starań mających na celu ochronę tych rzadkich zwierząt.

Nie mogłem odpowiedzieć inaczej, jak tylko przychylić się do tak gorącej prośby.

- Jak najbardziej mogą panowie je filmować - ciągnął pan Paulian. - Takie materiały będą niezmiernie cenne, bowiem tylko nielicznym udało się je zdobyć. Wydam panom zezwolenia na łapanie wielu innych gatunków, którym nie grozi wyginięcie, i przydzielę panom pomocnika, który może służyć jako przewodnik i tłumacz.

Lemur (fot. Shutterstock)
Lemur (fot. Shutterstock)

Pan Paulian spełnił obietnicę z nawiązką. W ciągu kilku dni umożliwił nam wynajęcie land rovera, zaopatrzył nas w zezwolenia na wstęp do wielu rezerwatów leśnych w odległych częściach wyspy oraz przedstawił nas Georges'owi Randrianasolo, młodemu malgaskiemu pracownikowi laboratorium, który w ramach obowiązków zawodowych podróżował po całej wyspie w poszukiwaniu ptaków i owadów do zbiorów instytutu naukowego.

Był to niski, szczupły mężczyzna o tego rodzaju patykowatych, żylastych nogach, które wyglądają wprawdzie na słabe, ale często bywają oznaką niezwykłej wytrzymałości. Kiedy przedstawiliśmy w zarysie nasze plany, oczy zabłysły mu z entuzjazmu. Wyraźnie jak my miał równie wielką ochotę zabrać się do dzieła.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

*Fragmenty książki "Podróże na drugi kraniec świata" Davida Attenborougha, tłumaczenie: Adam Tuz

Książka 'Podróże na drugi kraniec świata' Davida Attenborougha (fot. Materiały prasowe)
Książka 'Podróże na drugi kraniec świata' Davida Attenborougha (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku