Joanna Górska

Joanna Górska (fot. Polsat)

wywiad gazeta.pl

''Pani doktor mówiła, że COVID nie powinien mnie zabić, ale prawdopodobnie ciężko będę go przechodzić''

Bardzo ciężkie były jedynie dwa dni, więc przeszłam tę chorobę dużo łagodniej, niż się spodziewałam. Mam znajomych, którzy są okazami zdrowia, dbają o siebie i uprawiają sport, a trafiają do szpitala i potrzebują pomocy - opowiada Joanna Górska, dziennikarka Polsat News, która zakaziła się koronawirusem.

Bardzo się zmartwiłam, gdy napisała pani, że zachorowała na COVID-19. Dopiero co pokonała pani nowotwór piersi.

Najbardziej martwiłam się przed zakażeniem, jeszcze zanim w naszym domu koronawirus się pojawił. Nie wiedziałam, jak zareaguje mój organizm i razem z moją onkolog zastanawiałyśmy się, jak to będzie. Pani doktor mówiła, że COVID nie powinien mnie zabić, ale prawdopodobnie ciężko będę go przechodzić, bo organizm jest jeszcze osłabiony po leczeniu nowotworowym i nie wiadomo, jak zareaguje. I tego się bałam, zastanawiałam się, co to znaczy ciężki przebieg.

Na całe szczęście respirator nie był pani potrzebny.

Bardzo ciężkie były jedynie dwa dni, więc przeszłam tę chorobę dużo łagodniej, niż się spodziewałam. Mam znajomych, którzy są okazami zdrowia, dbają o siebie i uprawiają sport, a trafiają do szpitala i potrzebują pomocy. Ja miałam dużo szczęścia.

Jak to się stało, że pani zachorowała?

Robert, mój narzeczony, zrobił test, bo potrzebował wyniku przed wyjazdem za granicę. To było 21 września, w środę. Wynik przyszedł po 99 godzinach, w niedzielę 25 września, po południu. Robert nie miał wtedy żadnych objawów, więc byliśmy bardzo zaskoczeni, że wynik testu jest pozytywny.

Pierwsze objawy pojawiły się u niego 27 września, we wtorek. Dostał wysokiej gorączki, miał 38,6 stopnia Celsjusza, bolała go głowa, bolały kości, kaszlał. Tego samego dnia ja zrobiłam test, też prywatnie, i szybko, bo już 28 września dostałam wynik.

14.11.2020 Wroclaw , Testy Covid . Tymczasowy namiot gdzie przeprowada sie testy na Covid - 19 . Fot . Krzysztof Cwik / Agencja Gazeta
Punkt testów na COVID-19 (fot . Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta

Pozytywny.

Nie zdziwił mnie, bo już miałam ostre objawy covidowe. Zaczęło się od bólu pleców, który przeszedł na głowę i oczy. Ciągle łzawiłam. Potem dopadła mnie gorączka. Najgorszy był ból kości. Co ciekawe, obydwoje nie straciliśmy ani smaku, ani węchu.

Czym się pani leczyła?

Brałam leki przeciwgorączkowe i przeciwgrypowe dostępne w osiedlowym sklepiku. Piliśmy dużo ciepłych napojów. Dużo spaliśmy, bo byliśmy niesamowicie zmęczeni.

7 listopada skończyła mi się izolacja, a od 11 wróciłam do pracy. Ciągle jeszcze jestem osłabiona i boli mnie głowa. Mam jednak nadzieję, że zaraz wszystko się unormuje.

Dociekała pani, gdzie pani narzeczony zakaził się koronawirusem?

Moim zdaniem można go złapać wszędzie i od każdego. Pilnowaliśmy się, dezynfekowaliśmy ręce, nosiliśmy maseczki. Robert pracuje zdalnie, jedynie chodzi na treningi. Mógł przynieść koronawirusa z siłowni, ja mogłam przynieść z pracy, mój syn Kacper - ze szkoły. Albo ktoś z nas zakaził się w sklepie. Zastanawianie się, kto przyniósł COVID do domu, jest bezcelowe.

Oczywiście powiadomiliśmy o chorobie kilka osób, z którymi mieliśmy kontakt. Nie było ich wiele, bo staramy się zachowywać bezpieczny dystans. Na dobrowolną kwarantannę trafiły jedynie dwie osoby, które miały ze mną dość bliski kontakt.

Podczas kwarantanny byli państwo pod kontrolą sanepidu albo policji?

Pierwszy kontakt nastąpił 2 listopada, z policji. Czyli parę dni po tym, jak sami zdecydowaliśmy o izolacji - jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi. Nigdzie nie wychodziliśmy, zamawialiśmy jedzenie na wynos. Z sanepidu nikt nie zadzwonił.

02.03.2020 Wroclaw . Panstwowa Inspekcja Sanitarna . Wojewodzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna przy ulicy Skladowej . Laboratorium badajace obecnosc koronawirusa .fot . Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Chorzy na COVID-19 podlegają kwarantannie (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Policjant, niech zgadnę, zadzwonił na komórkę.

Na komórkę. "Do kiedy ma pani izolację?" - zapytał. "Do 7 listopada" - odparłam. "To się zgadza. Proszę nigdzie nie wychodzić" - polecił. "Nie wychodzę" - mówię ja na to. "To miłego dnia" - podsumował policjant i się rozłączył.

A psychicznie - jak pani to zniosła?

Zamknięcie było dla nas trudne, bo oboje z Robertem lubimy podróże. Gdyby nie izolacja, już byśmy gdzieś pojechali. Kochamy Mazury, Kaszuby, Podlasie, polskie morze i góry. Niespokojne z nas dusze. Choroba jest stresująca, bo nie wiadomo, kiedy jest szczyt objawów i nie wiadomo, czy będzie jeszcze gorzej.

Co by pani powiedziała tzw. koronasceptykom?

Są niezwykle szkodliwi. Gdy słyszę teorie, że pandemia jest wymyślona, że to spisek, to brak mi słów. Ja kieruję się tym, co mówią lekarze i eksperci. Śledzę doniesienia ze szpitali, czytam relacje chorych. To są dla mnie miarodajne informacje, a nie filmiki z Internetu. 

Zresztą to samo dotyczy nowotworów. Też zawsze znajdą się tacy, którzy mają swoją teorię, lekarze bez szkoły, domorośli doradcy. To jest bardzo niebezpieczne. Lekarz nigdy nie obieca: "Na pewno panią wyleczę", ja przynajmniej nigdy takiego zapewnienia nie słyszałam. Ale znachor powie: "Proszę pani, nie z takimi nowotworami dawałem sobie radę. Na pewno będzie dobrze". I na to się chorzy bardzo często nabierają.

Niektórzy rezygnują z chemii, bo wierzą, że wystarczą ziółka, witaminy czy jakieś cudowne fale radiowe.

W jaki sposób pani dowiedziała się, że ma nowotwór?

Wyczułam zgrubienie w piersi. Byliśmy wtedy na urlopie za granicą, ale już dwa dni po powrocie do Polski poszłam do lekarza. Gdyby nie szybka reakcja, to mogłoby się skończyć bardzo tragicznie.

Chemioterapia, którą przeszłam, skutecznie zadziałała na guza. Po operacji okazało się, że w wyciętych tkankach nie było ani jednej komórki nowotworowej. Później miałam radioterapię i pod koniec kwietnia 2018 roku zakończyłam leczenie. Od 30 miesięcy jestem w remisji.

16.04.2020 Warszawa , ulica Roentgena 5 . Kolejka przed wejsciem glownym do Centrum Onkologii Instytutu imienia Marii Sklodowskiej Curie .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Centrum Onkologii w Warszawie (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Ale pewnie cały czas się pani bada.

Po zakończeniu leczenia onkologicznego badałam się co trzy miesiące. Czułam, że muszę. Teraz, gdy już minęły dwa lata, kontroluję się co pół roku. Robię elastografię, czyli połączenie mammografii z USG. To badanie jest zaawansowane i bezbolesne, ale nierefundowane, trzeba robić prywatnie. Robię też USG jamy brzusznej, markery raka jajnika, sprawdzam tarczycę. Jak na razie zawsze słyszałam: "jest czysto", i aby tak już zostało.

Pandemia sprawia trudności w dostępie do lekarza i badań?

W czasie pandemii w Centrum Onkologii wykonywałam jedynie badanie  gęstości kości. Przed gabinetem do onkologa normalnie była kolejka jak zwykle, badanie też normalnie się odbyło, więc akurat ja nie miałam problemów.  Oczywiście wszystko odbyło się z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa, w CO wstępu do szpitala pilnują żołnierze i personel medyczny, który między innymi mierzy temperaturę przy wejściu.

Zatem obyło się bez kłopotów? 

Moje koleżanki, które są w trakcie leczenia i mają zaplanowane badania, nie odchodzą spod gabinetów z kwitkiem. Robią umówioną tomografię, mają wizyty kontrolne. Problem leży gdzie indziej, i o tym mówi Fundacja Onkologiczna Alivia: w tym roku, w porównaniu z zeszłym, na początku pandemii wydano o 19 tysięcy mniej kart DiLO [Diagnostyki i Leczenia onkologicznego - przyp. red.], które upoważniają pacjenta do szybkiej ścieżki leczenia onkologicznego.

Eksperci i lekarze alarmują, bo nie oznacza to, że nagle przestaliśmy chorować na raka. Po prostu pacjenci mają utrudniony dostęp do lekarza rodzinnego, teleporada czasem nie wystarczy przy diagnostyce nowotworu.

Myślę, że gdybym zachorowała w czasie pandemii, moje leczenie wyglądałoby dużo gorzej. Obecnie przychodnie koncentrują się wyłącznie na COVID-zie. Sami lekarze mówią, że bardzo późno zgłaszają się też np. zawałowcy. Czasem do szpitala trafiają dopiero po paru dniach. Zawał czy nowotwór nie poczekają, aż pandemia się skończy. 

Ci, którzy już znajdują się w systemie, bo kontynuują leczenie onkologiczne, są w lepszej sytuacji i są lepiej zaopiekowani niż ci, którzy dopiero mieliby zacząć terapię.

|16.08.2017 Kielce , SCO . Cytomamobus po liftingu - bezplatna mammografia i cytologia .Fot. Pawel Malecki / Agencja Gazeta
Cytomamobus w Kielcach. Profilaktyczne badania są bardzo ważne (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Pokusi się pani o jakieś rekomendacje? Dla osób, które właśnie chorują na koronawirusa.

Jeśli lekarz mówi: "Proszę przyjmować leki objawowe i zadzwonić, jeśli dolegliwości się zaostrzą", to tego się trzymajmy. Gdy słyszymy: "Jak pojawią się duszności, to proszę, nie zwlekając, dzwonić po karetkę", to tak postępujmy.

Ja, zarówno podczas leczenia onkologicznego, jak i COVID-u, kierowałam się wyłącznie rekomendacjami lekarzy. Nie słuchałam żadnych rad domorosłych medyków.

Joanna Górska. Prowadzi program "Nowy Dzień z Polsat News". Wcześniej pracowała w Radiu Wa-Ma w Mrągowie oraz TVP Olsztyn. Pisywała też dla "Gazety Mrągowskiej" oraz "Gazety Olsztyńskiej". Z lokalnej telewizji przeszła do "Wiadomości" TVP 1, a stamtąd do Polsat News. Pochodzi z Mazur. Ma syna Kacpra.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku