Sławomir Moczydłowski, psycholog i dyrektor Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu

Sławomir Moczydłowski, psycholog i dyrektor Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu (fot. Archiwum prywatne)

rozmowy Anny Kality

"Kiedy pytam o seks za pieniądze, odpowiadają: Przecież nikt na tym nie traci!"

- Zawsze mówię tak: "Sąd cię tu umieścił i tego nie zmienisz. Może to potrwa pół roku, może rok. Jak uciekniesz, to albo wrócisz tutaj, albo trafisz do innego ośrodka. Wykorzystaj ten czas. Może w rok zrobisz dwa lata w szkole? Coś z tego będziesz miała". Nie mówię, że to będzie drugi dom i będzie wspaniale - opowiada Sławomir Moczydłowski, psycholog i dyrektor Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Strasznie zawiła ta nazwa. "Ośrodek wychowawczy i ośrodek socjoterapii dla dziewcząt" byłoby prościej.

Ale brzmi groźnie. Część społeczeństwa odbiera wychowanki ośrodków w stereotypowy sposób - jako złe, niewychowane, gorsze. Dlatego kilka lat temu zmieniliśmy nazwę. 

Od ilu lat pan tutaj pracuje? 

Od 29. W tym 21 jako dyrektor.

Czy spotkał pan nastolatki, o których mógłby pan powiedzieć, że są złe?  

Tak.

Absolutna większość podopiecznych - myślę, że 90-95 procent - to są osoby, które trafiają do instytucji z powodu trudnej sytuacji w rodzinie. Czasem też z głupoty, bo mają dość dobre warunki życia, a jednak czasy są takie, że nastolatki mimo to sięgają po narkotyki czy uprawiają prostytucję.

Ale są też - to jednostki, ale są - dziewczyny, którym sprawia przyjemność zadawanie innym bólu psychicznego czy fizycznego. Kiedy słyszymy o osobach wykonujących wyroki na usługach mafii, to one nie stały się złymi ludźmi nagle, w wieku 20-30 lat. Były takie od początku.

Psychopatki?

Psychopatki i socjopatki. Na zewnątrz to są idealne: grzeczne, miłe, mają dobre stopnie i jako pierwsze się zgłoszą do prac społecznych. Ale kiedy inni nie widzą, po cichu, faktycznie dręczą słabszych.

Zdarzały się drastyczne przypadki takiej przemocy?  

Pobicia wymagającego interwencji lekarskiej nie mieliśmy, natomiast zachowania są bardzo różne. Agresja fizyczna nie dotyczy dziś tylko chłopców. Wystarczy wpisać frazę w wyszukiwarkę, żeby zobaczyć filmiki, jak dziewczyny umawiają się na ustawki. Bywają bardzo brutalne. Na tym polu mamy już pełną równość płci.

Kiedy pytałam dziewczyny, za co trafiły do ośrodka, każda odpowiadała: "za wagary". Za same wagary sąd nie kieruje do ośrodka wychowawczego. Więc za co?  

Wagary to jest standard, ponieważ na to po prostu wszyscy zwracają uwagę. Jeśli nastolatka wypije albo ma kontakt z narkotykami, to raczej sąd się tym nie zainteresuje, ale już permanentnymi wagarami i ucieczkami z domu - tak. Alkohol, narkotyki - to są dodatkowe rzeczy. Czasem też handel narkotykami, prostytucja, także wirtualna. Do tego mogą dochodzić zachowania agresywne, takie jak dokuczanie innym osobom w klasie, bycie wulgarnym wobec nauczyciela, pojedyncze bójki.

Ale powiedzmy sobie szczerze: gdybyśmy popatrzyli na te kryteria, to co najmniej 300-400 tysięcy polskiej młodzieży trzeba by zamknąć w placówkach. Nie jest tak, że do ośrodków, jak ten, który prowadzę ja, trafia najbardziej agresywna młodzież w Polsce.

Nie jest tak, że do ośrodków, jak ten, który prowadzę ja, trafia najbardziej agresywna młodzież w Polsce (fot. Archiwum prywatne)
Nie jest tak, że do ośrodków, jak ten, który prowadzę ja, trafia najbardziej agresywna młodzież w Polsce (fot. Archiwum prywatne)

Dlaczego pan tak twierdzi?

Ponieważ zachowań agresywnych, chociażby w szkołach, jest bardzo dużo, ale bardzo często ich sprawcami są młodzi ludzie z dobrych domów, którzy postanowili np. kogoś zadręczyć. Jak się w końcu tym zainteresuje sąd, to rodzice wezmą dobrego adwokata i sprawa się nie skończy umieszczeniem w placówce. A tam, gdzie rodzina jest mniej zaradna, albo nie interesuje się dzieckiem wcale - owszem.

Kiedy rozmawiamy z dziewczynami, one zawsze podkreślają, że w tym, co robiły, nie były w szkole jedyne. Mówią tak: "Jedne w ubikacji piły alkohol, inne się znęcały nad kimś, a sąd ukarał właśnie mnie, mimo że wcale nie byłam najgorsza!".

Sąd wysłał je do ośrodka, ponieważ rodzice nie zareagowali w porę albo wcale? 

Często tak. Przyjeżdżają do nas młode osoby, które mają dwa lata zaległości szkolnej! Dwa lata dziewczyna nie chodzi do szkoły i rodzice tego nie widzą?

Nie jest tak, że ktoś w dwa, trzy dni się zdemoralizował, zaczął ćpać i uciekać z domu. To proces. Nastolatka zaczyna się konfliktować z rodzicami, przestaje się uczyć i szuka wsparcia w ludziach do siebie podobnych. W wielu przypadkach trafia wtedy na towarzystwo, które preferuje alkohol albo narkotyki. Albo na starszego mężczyznę i pojawiają się sytuacje związane z niebezpiecznym seksem. Rodzice nie reagują, bo nie wiedzą, co robić. Wypierają: "To na pewno nie moje dziecko to czy tamto zrobiło", "Jakoś się ułoży". Czekają, aż się stanie cud.

Placówka to jest ostateczność. Teoretycznie wcześniej powinno być wsparcie doraźne - poradnia, psycholog. Jak mamy dziecko, które sprawia problemy, wszystko opiera się na fundamentalnym pytaniu: dlaczego ono te problemy sprawia? No ale każda wizyta u psychologa to 100 albo 150 złotych. Nie każdego stać, by tak olbrzymie pieniądze zapłacić. Lokalnej sieci wsparcia dla tych dzieciaków po prostu nie ma. Brak opieki psychiatrycznej. I jak coś się zadziało - rodzice się rozwodzą, zerwałam z chłopakiem czy inna sytuacja traumatyczna miała miejsce  - to dziewczyna zostaje sama. Jedna krzywdzi siebie - samookaleczeń, prób samobójczych jest bardzo dużo - a druga wyładowuje złość na zewnątrz. 

I trafia do was w kajdankach.

Czasem tak. Przepisy pozwalają policjantom zakuwać je w kajdanki. 

Jaki jest początek? Płacz? Bunt? 

Jest bardzo różnie. Szczególnie introwertyczkom bywa trudno. Przyjeżdżają często do nas dziewczyny nieprzystosowane społecznie. One nie są złe. Nie chodziły do szkoły, bo miały trudną sytuację domową. Nie jest łatwo się uczyć, jak pięć osób mieszka w jednym pokoju, a rodzice ciągle piją i są agresywni. Te dziewczyny mają większe kłopoty w adaptacji. Są bardzo zamknięte. Ale są też takie z natury otwarte, dynamiczne, one świetnie sobie radzą w nowej sytuacji. 

Byłam w domu jednej z dziewcząt. Niedziela, 12 w południe, a tam wszyscy pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Dom zdewastowany. I wtedy pomyślałam, że kiedy trafiła do was, dostała własne łóżko, czystą pościel i trzy posiłki dziennie. I to jest już bardzo dużo.  

Większość dzieci i tak woli zostać w domu, nawet jak tam jest bardzo źle, niż trafić do placówki. Może poza drastycznymi przypadkami. A warunki, z jakich dziewczyny do nas trafiają, są skrajnie różne. Przyjeżdżają dzieciaki mieszkające w starym budownictwie, gdzie nie było sanitariatów. Dwa lata temu mieliśmy dziewczynę, której rodzina żyła w budynku bez jednej ściany. Tak, brakowało całej ściany! Deskami ta przestrzeń była zastawiona!

My tu mamy cały przekrój. Od makabrycznych warunków domowych po luksusowe. I wtedy dla dziewczyny to jest też wielki problem, że ma mieszkać w trzyosobowym pokoju. 

Jak mamy dziecko, które sprawia problemy, wszystko opiera się na fundamentalnym pytaniu: dlaczego ono te problemy sprawia?  (fot. Archiwum prywatne)
Jak mamy dziecko, które sprawia problemy, wszystko opiera się na fundamentalnym pytaniu: dlaczego ono te problemy sprawia? (fot. Archiwum prywatne)

Mieszkała w luksusowych warunkach, czyli kim są jej rodzice?

Nauczycielami, urzędnikami, kierownikami w banku. Jak 20 lat temu przeglądało się papiery dziewczyn z ośrodka, to zdecydowaną większość stanowiły osoby z tzw. marginesu społecznego. Nie zdarzały się w aktach rodziny, gdzie oboje: matka i ojciec pracują, mają wyższe wykształcenie, pieniądze. A teraz tak. Szczęście nie wynika z pieniędzy ani z wykształcenia.

Bywa, że to sami rodzice proszą, żebyśmy przyjęli dziecko. Do ośrodka wychowawczego kieruje sąd, ale do ośrodka socjoterapii - rodzice. Dobrowolnie.

To musi być poczucie, że się zawiodło na całej linii jako rodzic. 

Kiedy dzwonią, mówią najczęściej tak: "Już nie dajemy rady, znowu uciekła z domu, mieszka u chłopaka, bierze narkotyki, pije, nie mamy na nią żadnego wpływu". To jest ten moment, kiedy rodzic się boi, że wydarzy się coś najgorszego. Często placówka wydaje się jedyną alternatywą dla środowiska, z którego dziecko chcą wyrwać. Tacy rodzice bardzo się interesują, jak u nas jest zorganizowane życie, jakie są warunki, jakie zajęcia. A środowisko, nawet rodzina, często nie wie, dokąd dziewczyna tak naprawdę pojechała. 

Coś jednak trzeba odpowiadać, kiedy babcia zapyta, gdzie się podziała wnuczka. To gdzie się podziała?

Najczęściej rodzice mówią, że jest w szkole z internatem. A bliscy nie dociekają, bo o tym, że były problemy z dzieckiem, to wszyscy dookoła wiedzą.

Byłam świadkiem, jak w odwiedziny do córki przyjechała totalnie pijana matka. Dziewczyna była zrozpaczona i bardzo płakała. Jak się układają relacje dziewczyn z rodzicami? 

Bardzo różnie. Mamy osoby, które mamę i tatę kochają i tęsknią, nawet jeśli w domu był alkohol i przemoc. Ale są też takie dziewczyny - i to są najczęściej te z tzw. dobrych domów - które podchodzą do nich bardzo negatywnie i traktują wyłącznie jako źródło pozyskiwania pieniędzy. Potrafią używać bardzo niecenzuralnych słów, kiedy dzwonią i słyszą, że rodzic nie chce kupić komórki czy butów.

Dla nas jest ważne, żeby relacja dziewczyn z nami, z wychowawcami, opierała się na autorytecie. Kluczowe jest, żeby one przestrzegały reguł nie dlatego, że się nas boją, ale dlatego, że jesteśmy zaangażowani i nam zależy.

Zajęcia w Młodzieżowym Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu (fot. Tomasz Sokołowski)
Zajęcia w Młodzieżowym Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu (fot. Tomasz Sokołowski)

Tamtą dziewczynę, do której przyjechała pijana mama, pocieszała właśnie wychowawczyni. Pana pracownicy opowiadali mi o rzeczach totalnie przerażających. Jedną z dziewczyn jej matka wystawiała do prostytucji na Dworcu Centralnym. Stawka za seks oralny: 5 złotych. 

Takie przypadki się zdarzają. 10-11-latkę wystawia się do żebrania albo kradzieży, bo dziecku nic nie można za to zrobić. A czasem dziecko ma na rodzinę zarabiać, prostytuując się. Ale w zdecydowanej większości dziewczyny same się na to decydują. W tym roku mamy prawdziwe zatrzęsienie przypadków prostytucji.

To jest coś, o czym się mówi wprost?

Słowa "prostytucja" już się nie używa. Dziś to zresztą inaczej wygląda: jest seks wirtualny, dziewczyny wysyłają zdjęcia, jest sponsoring.

"Galerianki".

A kiedy w przestrzeni publicznej pojawił się temat kobiet wyjeżdżających do arabskich szejków, to one po prostu wyjeżdżały do arabskich szejków. Tak samo jest u nas.

Gdy byłem młodym pracownikiem tego ośrodka, dziewczyny się takich sytuacji bardzo wstydziły. Nikt nie chciał o tym mówić. A dziś to jest po prostu traktowane jako źródło dodatkowego dochodu. Deal: on ma pieniądze, a ja młode ciało. Są dziewczyny, które na Facebooku mają dosłownie swoje portfolio.

Nie wstydzą się tego? 

Nie do końca. Same o tym mówią, koleżanki o tym wiedzą. I to jest kolejny moment, kiedy podkreślają: "Inne dziewczyny z liceum też tak robiły! A przecież nie wszystkie trafiają do ośrodka".

Ale czy będąc u was, rozmawiając z panem, z innymi psychologami, dochodzą do tego, że w ten sposób się uprzedmiotawiają, robią sobie krzywdę? 

A co to znaczy: robią sobie krzywdę? 

Jak to?

Odpowiadam pani tak, jak one odpowiadają nam. Czy pobicie kogoś to coś złego? A one: "Ale ona mi dokuczała, chłopaka odbiła!". Jeśli mówimy o kradzieży, to słyszymy: "Wzięłam, bo nie mam". A seks za pieniądze? "Przecież nikt na tym nie traci!".

Bardzo to jest smutne. 

Oczywiście. A w Zatoce Sztuki o jakie nastolatki chodziło? Na przykład te z domów dziecka. "Nie mam pieniędzy i coś muszę ze sobą zrobić". I nagle się pojawia ktoś, kto oferuje duże pieniądze i uwagę.

Czasem to jest robione świadomie, jest podejmowana decyzja o sprzedaży swojego ciała, ale często chodzi o poszukiwanie kogoś starszego, kto jest miły, serdeczny, opiekuńczy, a wiąże się z taką relacją też seks.

Z seksem jest dokładnie tak samo jak z agresją. Zawsze jest coś pod spodem. Przyczyna, dlaczego ona się tak zachowuje. Problemy rodzinne? Samotność? Wściekłość na rodziców. "Teraz wam pokażę, zrobię coś, co wam się w głowie nie mieści".

Sławomir Moczydłowski z żoną (fot. Archiwum prywatne)
Sławomir Moczydłowski z żoną (fot. Archiwum prywatne)

Wspominał pan, że dziecko skręca w złą stronę często wtedy, kiedy rodzice się rozwodzą.

Bądźmy szczerzy: wiele dzieci, które trafiają do poradni czy psychologa, to dzieci, które wcale nie musiałyby tam trafić, bo to rodzice są problemem, a nie one.

Mamy na przykład taki schemat, że ojciec pozwala na wszystko, więc jest szantażowanie matki: "Jak mi nie pozwolisz na to czy tamto czy czegoś nie kupisz, to pojadę do niego!". I tak jeździ tam i z powrotem, a rodzice w ogóle nie rozmawiają o tym, co się dzieje z dzieckiem, bo tacy są na siebie wściekli. To sprawy, z którymi na co dzień mamy do czynienia. Ale nie tylko o rozwód chodzi - mamy całą grupę dzieciaków z dobrych domów, gdzie każdy żyje zupełnie sam.

Rodzice często mnie pytają, czy to jest coś złego, że dziecko ma w pokoju własny telewizor. 

Jest? 

Jest, bo już całkiem nie ma powodu, żeby się spotkać i pobyć razem. Jak każdy w rodzinie od rana do nocy chodzi z telefonem, laptopem i żyje własnymi sprawami, to potem dzieciaki zatracają się w wirtualnym świecie i tam szukają wsparcia. Dziewczyny znajdują sobie chłopaków znacznie starszych od siebie. Ona ma 15-16 lat, a on 30.

Kiedy rozmawiałam z dziewczynami, to bardzo mocno podkreślały, że tych chłopaków mają.

Dla wielu dziewczyn, szczególnie tych pozbawionych wsparcia w domu, to jest jedyna możliwość uniezależnienia się. Dwa tygodnie temu przyjmowałem 16-latkę, która uciekła z domu i mieszkała z chłopakiem, który ją bił. To było na zasadzie: "No ale co ja mam zrobić?". Niestety, często one decydują się na przemoc, toksyczne związki.

Bo to jest norma, którą znają z rodzinnego domu?

Tak. I dlatego, że nie mają alternatywy. Jaki ten chłopak by nie był, jest jedyną deską ratunku. Tak jej się wydaje.  

Ostatecznie tą deską ratunku może być ośrodek. Więzienia nie przypomina, krat w oknach nie ma, pokoje śliczne, kolorowe, fajni wychowawcy. Można zobaczyć inny świat.

Można. Ale tylko, jeśli się tego chce! U nas jest jak w gabinecie terapeuty: zmiana jest możliwa, ale jeśli się jej chce. A jesteśmy w trudnej sytuacji, ponieważ osoby, które do nas trafiają, bardzo często nie chcą tu być i nie chcą się zmienić. Dlatego najważniejsze jest przełamanie bariery negacji miejsca. To jest podstawa. Ja im zawsze mówię tak: Sąd cię tu umieścił i tego nie zmienisz. Może to potrwa pół roku, może rok. Jak uciekniesz, to albo wrócisz tutaj, albo trafisz do innego ośrodka - a tam może nie będzie tak fajnie jak u nas. Wykorzystaj ten czas. Może w rok zrobisz dwa lata w szkole? Nauczysz się robić zdjęcia albo manicure? Coś z tego będziesz miała. Argumentuję w sposób racjonalny. Ale nie mówię, że to będzie drugi dom i będzie wspaniale. 

Patrząc na ofertę zajęć pozalekcyjnych - jazda konna, śpiew, taniec, fotografia - można by odnieść wrażenie, że to nie jest izolacja i realizowanie wyroku sądu, tylko fajny obóz.

Nuda w izolacji negatywnie wpływa na człowieka. Nasze zajęcia mają dać motywację do działania: "skończę klasę!", "zacznę więcej czytać!", ale też "nauczę się śpiewać, tańczyć albo malować". Większość dziewczyn nie miała pozytywnych doświadczeń w życiu. I w domu, i w szkole słyszały o sobie tylko złe rzeczy. A tu mają szansę spojrzeć na siebie inaczej, zobaczyć swoje pozytywne cechy. I może to nie będzie na poziomie pierwszego miejsca w konkursie wojewódzkim w matematyce, ale jednak coś mi wychodzi, czegoś się uczę. Często udaje nam się zaszczepić w nich pozytywne nastawienie do świata i do siebie przede wszystkim! A człowiek taki już jest: postępuje tak, jakie ma zdanie na własny temat. Jeśli to zdanie jest złe, to nigdy nie podskoczy powyżej tego, co sobie na własny temat wmawia.

Nuda w izolacji negatywnie wpływa na człowieka (fot. Tomasz Sokołowski)
Nuda w izolacji negatywnie wpływa na człowieka (fot. Tomasz Sokołowski)

Spektakularne przemiany potrafią się dokonać? Dziewczyny kończą studia? 

Tak. Niektóre zostają nauczycielkami, a inne kończą resocjalizację. Jedna wychowanka właśnie przyjeżdża na praktyki. Jest duża grupa, która sobie radzi na miarę swoich możliwości. Ale to nie jest nasza zasługa. 

Dlaczego pan tak umniejsza znaczenie swojej pracy? 

Trzeba mieć umiar. A z drugiej strony - jak któraś dziewczyna trafi później do więzienia, to co? Nasza wina?  Ja po prostu uważam, że my tu robimy dobrą robotę w tym krótkim czasie, kiedy dziewczyny są u nas. A życie później różnie się układa.

Od czasu do czasu przeprowadzamy badania. Ostatnio trzy lata temu rozesłaliśmy ankiety do 300 osób, które u nas przebywały. Odpowiedziało ponad 180. 

I co się okazało?

Że bywa różnie. Jest grupa osób, która popadła w konflikt z prawem.

Jak duża grupa?

Poniżej 10 procent wychowanek. A większość jakoś sobie w życiu radzi. Duża grupa kontynuuje naukę i z tego się bardzo cieszymy. Olbrzymia część jakoś sobie układa stosunki rodzinne - jak w społeczeństwie: jedne żyją w wolnych związkach, inne biorą śluby, wychowują dzieci, rozwodzą się - w każdym razie większość ma rodzinę. A najbardziej się cieszę, że na pytanie w ankiecie: "Czy czujesz się szczęśliwa?", większość odpowiada: "Tak". Niezależnie od sytuacji materialnej! 

Wspaniale! 

I jeszcze jedna rzecz jest dla nich wszystkich bardzo charakterystyczna. Kiedy zapytaliśmy, od czego, według nich, zależy powodzenie w życiu, to zdecydowana większość odpowiedziała: "Ode mnie". Nie od szczęścia, nie od układów czy innych ludzi. Od nich samych. Pobyt w ośrodku jest łatwy, ale potem trzeba stanąć na własne nogi i ułożyć sobie życie. I to jest wyzwanie. Jeśli im się udaje, to dlatego, że potrafią wykorzystać potencjał, a nie dlatego, że pobyt tutaj je tak bardzo zmienił. 

Myślę, że nasza rozmowa wielu rodziców mogła bardzo przestraszyć. Na zasadzie: A może czegoś nie dostrzegam? Coś przegapiłam u swojego dziecka?  

No i bardzo dobrze! Zamykanie oczu na rzeczywistość jeszcze nigdy nikomu nie pomogło. Nie chodzi o to, żeby dziecku ciągle trzepać plecak i robić testy na obecność narkotyków, ale trzeba mieć świadomość, jaki jest ten świat. Poświęcać dzieciom czas i z nimi rozmawiać. Być obok. O to chodzi. Nie przygniatać ich sobą, ale być obok, tak żeby dziecko mogło i chciało poprosić o pomoc. Dajemy im wolność, nie moralizujemy, ale one wiedzą, że jak potrzebują wsparcia, to jesteśmy.

A idealnych rodziców nie ma! My oboje z żoną jesteśmy psychologami - i co? Synowie rozrabiali. 

Naprawdę?

No tak (śmiech). Powinniśmy idealnie wychować swoje dzieci, a tu jeden wagary, a drugi organizowanie strajku w szkole. Nie ma idealnych rodziców, każdy popełnia błędy. Ważne, żeby z nich wyciągać wnioski.

Sławomir Moczydłowski. Psycholog i dyrektor Młodzieżowego Centrum Edukacji i Readaptacji Społecznej w Goniądzu -  Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii oraz Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku