Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

ludzie

Cudowne dziecko, czyli eksperyment na żywym organizmie

Gdy jego rówieśnicy rysowali patykiem po piasku, czteroletni William przy śniadaniu czytywał "New York Timesa". Zdał egzamin na prestiżowy Uniwersytet Harwardzki, mając zaledwie dziewięć lat. Kilka lat później człowiek o IQ powyżej 250 punktów trafił do więzienia i zaprzepaścił wszystkie pokładane w nim nadzieje.

Edukację rozpoczął już pierwszego dnia życia. Mając zaledwie miesiąc, rozpoznawał i wymawiał pokazywane mu litery. Posługiwał się prostymi słowami, jak "drzwi" czy "jeść", mając niespełna pół roku. Ponoć jadł samodzielnie już w wieku siedmiu miesięcy. Przy tak szybkich postępach nie powinno dziwić, że jako czterolatek czytał gazety i pisał na maszynie. W dodatku w dwóch językach - po angielsku i po francusku. Zdał egzaminy na Uniwersytet Harvarda, ukończywszy dziewięć lat, choć przyjęto go dopiero dwa lata później. Był niewątpliwym geniuszem, którego losy Amerykanie śledzili z zapartym tchem. Ale, co najważniejsze i najstraszniejsze jednocześnie - był przede wszystkim wynikiem eksperymentu. Brutalnego eksperymentu prowadzonego na nim od chwili narodzin do dnia, w którym porzucił rodzinę.

William Sidis w 1914 roku (fot. The Sidis Archives)
William Sidis w 1914 roku (fot. The Sidis Archives)

Rodzinne historie ucieczek

Na kilku zachowanych fotografiach z dzieciństwa William Sidis wygląda całkiem przeciętnie. Pyzata buzia, uśmiech malujący się nie tylko na twarzy, ale i w oczach. Normalne, szczęśliwe, otoczone miłością bliskich dziecko. Ten obraz trwa krótko. Już na zdjęciach z czasów, gdy miał około 10 lat, widać zniechęcenie, malujący się wyraźnie na twarzy grymas niezadowolenia. Wreszcie najczęściej powielana fotografia, niemal legitymacyjny portret niespełna 20-letniego Williama, absolwenta prestiżowej uczelni i wykładowcy, który mimo ogromnego sukcesu zdaje się pragnąć przede wszystkim jednego: aby wszyscy, ale to wszyscy, dali mu w końcu święty spokój.

Był bez wątpienia geniuszem. Prawdziwym intelektualnym klejnotem swojej generacji. Jego IQ miało wynosić 260 punktów, o 90 więcej niż to przypisywane ojcu współczesnej fizyki Albertowi Einsteinowi. Był również człowiekiem niezrozumianym, maskotką amerykańskiej prasy, która najpierw wyniosła go na wyżyny, by później, gdy nie poszedł obraną przez media drogą, nękać go i wyśmiewać.

Człowiekiem, który stał za szalonym tempem zdobywania przez Williama nowej wiedzy i umiejętności był jego ojciec, Borys Sidis. Uciekinier z należącego niegdyś do Rzeczpospolitej Obojga Narodów ukraińskiego Berdyczowa. To tam urodził się Józef Teodor Konrad Korzeniowski, znany szerokiemu gronu jako Joseph Conrad. Również tam odbył się ślub Eweliny Hańskiej i samego Balzaka. I tam, w ubogiej żydowskiej rodzinie, 12 grudnia 1867 roku urodził się Borys.

Otrzymał wykształcenie, na jakie stać było jego rodzinę oraz wspierające zdolnych uczniów gminy żydowskie. Może to ten brak zewnętrznych możliwości rozwoju sprawił, że młody Borys uparcie dążył do samodzielnego zdobywania wiedzy. Stał się również buntownikiem. Przekonany, że edukacja jest podstawą wolności, na własną rękę kształcił chłopów - uczył ich czytać, pisać, liczyć, dzielił się zdobytymi wiadomościami. To nie spodobało się władzom carskim, słusznie uznającym, że głupi chłop to posłuszny chłop.

W końcu edukacyjne zapędy Borysa wpakowały go w problemy i wylądował na dwa lata w więzieniu. Po zwolnieniu zrozumiał, że musi uciekać z imperium. Między 1881 a 1884 rokiem przez Rosję przetoczyła się fala pogromów żydowskich. Historycy podają, że mogło być ich niemal 300. Załamanie przemysłowe i kryzys zbożowy spowodowały, że tysiące ludzi straciło pracę i możliwość wyżywienia rodziny. Panował głód. W takiej sytuacji łatwo o eskalację społecznego niezadowolenia, o szukanie kozła ofiarnego, na którego można zrzucić winę za problemy. Plądrowano i palono sklepy należące do Żydów, dochodziło do gwałtów i morderstw. Ci, którzy przeżyli, sprzedawali majątki za bezcen i z tobołkiem w ręku próbowali swego szczęścia za wielką wodą. Uczynił tak również niespełna 20-letni Borys oraz całkowicie niezależnie rodzina jego przyszłej żony i matki Williama, Sary Madelbaum.

Borys Sidis (fot. Harvard College)
Borys Sidis (fot. Harvard College)

W cieniu Statuy Wolności

Borys dotarł do USA rok po tym, jak na Liberty Island postawiono mierzącą ponad 93 metry (wraz z cokołem) Wolność Opromieniającą Świat, czyli Statuę Wolności. Ten widok - kobiety trzymającej pochodnię w dłoni - był pierwszym, jaki dostrzegł z pokładu statku. Zachłysnął się świeżo uzyskaną wolnością i możliwością zdobywania wiedzy. Udało mu się nawet dostać na prestiżowy Harvard, gdzie zdobył cztery stopnie naukowe z różnych dziedzin wiedzy. Szybko piął się po szczeblach kariery.

Jeszcze przed założeniem rodziny stał się cenionym autorytetem, współzałożycielem nowojorskiego Instytutu Psychiatrycznego, a w dalszych latach czasopisma naukowego publikującego teksty z dziedziny psychopatologii "Journal of Abnormal Psychology". Jego artykuły były chętnie publikowane przez opiniotwórcze media. Z biednego człowieka, skazanego na więzienie za uczenie chłopów alfabetu, stał się jedną z głównych postaci nowojorskiego establishmentu. Ogromny wpływ na Borysa wywarł ceniony psycholog i filozof William James, prekursor psychologii humanistycznej i fenomenologii. Jego wsparcie i przyjaźń były dla Borysa nieocenione. Dlatego gdy urodził się jego pierworodny syn, nadał mu imiona William James.

Mały William przyszedł na świat 1 kwietnia 1898 roku i od pierwszego oddechu stał się głównym celem życia swoich rodziców. Projektem, eksperymentem mającym wykazać, że odpowiednie trenowanie wyzwala prawdziwy potencjał jednostki. Matka Williama porzuciła dla niego wszystko. Mimo że ukończyła Boston University School of Medicine, prestiżową uczelnię, która jako pierwsza na świecie formalnie kształciła lekarzy, dzięki czemu była jedną ze znikomej liczby kobiet, które mogły w tamtych czasach poszczycić się dyplomem lekarskim, uznała, że jej główną powinnością jest wychowywanie syna.

Trening czyni geniusza

Nauka rozpoczęła się niezwłocznie. Małemu Williamowi pokazywano litery i uczono je wymawiać. W wieku czterech lat napisał na maszynie książkę od razu w dwóch językach - angielskim i francuskim. Nic dziwnego, że szybko stał się ulubieńcem prasy, a jednocześnie żywym dowodem na to, że odpowiednia metoda wychowawcza może uczynić z każdego geniusza.

"Zdecydowaliśmy od samego początku traktować Billiego jak dorosłego człowieka" - napisała w niewydanej książce "Jak wychować geniusza" Sara Sidis. "Dzieci chcą być traktowane na równi z dorosłymi (...) Borys powiedział mi, że umysł dziecka można kształtować na długo przed tym, nim pozna mowę. Że jeśli rodzice będą podchodzić do dziecka rozsądnie, przekazywać prawdziwe informacje i uzasadniać je logicznie, wyostrzy to możliwości nawet najmłodszego dziecka. W końcu umysł buduje się tak jak mięśnie, a te nie powstają od leżenia w łóżku. Mieliśmy zachęcać nasze dziecko do myślenia, do podążania każdą ścieżką, której zapragnie, do rozwijania zainteresowań. Mieliśmy odpowiadać na wszystkie jego pytania tak precyzyjnie i tak długo, aż on sam uzna, że uzyskał odpowiedź".

Gazety z radością donosiły o osiągnięciach młodego Williama. Nagłówki mówiły, że ośmioletni syn pary imigrantów posługuje się płynnie ośmioma językami. Kolejne informacje to te o powtarzanych testach IQ, których wyniki miały dochodzić nawet do 300 punktów. Następnie o tym, że młody William stworzył własny język z całą jego gramatyką i ortografią. Ojciec triumfował.

Harry S. Linethal, bostoński psychiatra, napisał w artykule opublikowanym w 1916 roku w "Journal of Abnormal Psychology", że Borys Sidis przykładał wielką wagę do wykorzystywania szans, zarówno tych życiowych, jak i leżących w zdolnościach mentalnych.  Koncepcja szansy legła u podstaw jego podejścia do psychologii. Znaczenie, cel i adaptacyjna wartość każdej poszczególnej idei, każdego zachowania, poddawane były przerysowanej próbie interpretacji poprzez zdolności umysłowe.

Niezależnie od tego, jak jego dzieło oceniono po latach, w pierwszej dekadzie XX wieku Borys Sidis był w kwestii edukacji niewątpliwym autorytetem, guru całkiem nieświadomie nakłaniającym ludzi do tresowania dzieci. W latach 1904-1910 wydał 10 książek oraz opublikował znaczną liczbę artykułów. Co ciekawe, metody Sidisa odrzucał sam ojciec psychologii Zygmunt Freud. W liście do G. Stanleya Halla, psychologa rozwojowego, napisał, że odrzucenie przez Halla pomysłów Sidisa sprawia mu dziwną satysfakcję, gdyż nie uznaje Borysa ani za uczciwego psychologa, ani za inteligentnego człowieka. 

Mimo to Sidis był wielbiony. Aż napotkał opór. Opór, z którym pełen wiary we własne poglądy i głoszoną przez siebie metodę wychowawczą postanowił rozprawić się na pierwszych stronach gazet. Być może gdyby przełknął gorzką pigułkę, życie Williama jeszcze dałoby się uratować.

Wszystko zaczęło się od Harvardu, najbardziej prestiżowej amerykańskiej uczelni, której wychowankiem był sam Borys. Rodzice uznali, że mały William tak dobrze opanował materiał nie tylko szkoły podstawowej, ale również średniej, że powinien rozpocząć kształcenie akademickie. Dzięki wstawiennictwu ojca oraz zainteresowaniu mediów chłopiec podszedł do egzaminów i... zdał je śpiewająco. Jednak władze uczelni nie zgodziły się przyjąć Williama w poczet studentów.

Uniwersytet Harvarda (fot. Shutterstock)
Uniwersytet Harvarda (fot. Shutterstock)

Alarmowano, że choć umysłowo jest bardzo rozwinięty, to pod względem emocjonalnym jest po prostu małym dzieckiem, a nie stosunkowo dojrzałym młodym człowiekiem, osobą potrafiącą zadbać o siebie samodzielnie. Borys poczuł się oszukany. Jego własna Alma Mater, uczelnia, której był nie tylko absolwentem, ale i wykładowcą, zamiast przyjąć pod swe skrzydła młodego geniusza, chwalić się wszem i wobec zarówno ojcem, jak i synem, kategorycznie odmówiła udziału w eksperymencie.

Prasa naciskała. Dziennikarze regularnie zadawali władzom Harvardu pytanie, dlaczego najmądrzejsze dziecko świata - jak nazywano Williama w publikacjach - nie może studiować na wybranej uczelni mimo zdanych egzaminów. Wreszcie jeden z profesorów ugiął się i przekonał pozostałych, by dali Williamowi szansę.

To, co wydarzyło się później, to historia upadku. Tak, William intelektualnie dawał sobie radę ze wszystkim. Z taką lekkością poruszał się w zagadnieniach matematycznych, że profesor MIT Daniel Comstock nazwał 11-latka przyszłością matematyki XX wieku, wieszcząc mu karierę największego z uczonych. Był tak świetny, że nauczał znacznie starszych kolegów, a nawet wykładowców zrzeszonych w słynnym harvardzkim klubie matematycznym. W tym czasie napisał też cenioną pracę dotyczącą czterowymiarowych figur geometrycznych.

Jednak w wieku 12 lat przeżył załamanie psychiczne, które zostało odnotowane w jego aktach. Jaki był jego powód? W prasie spekulowano, że nauka uniwersytecka, rywalizacja w środowisku akademickim oraz niechęć innych studentów do genialnego dziecka, za którym wciąż krążyli dziennikarze, połączona z brakiem wsparcia ze strony triumfującego ojca, mogły mieć druzgocący wpływ na umysł młodego człowieka. Młody geniusz był również tematem wielu rozpraw lub specjalistycznych esejów.

Może rację mieli też profesorowie, którzy twierdzili, że inteligencja i wiedza to nie wszystko, czego trzeba, by podjąć studia. Faktem jest, że choć finalnie William podniósł się z problemów, coś w nim zmieniło się na zawsze.

Wolę Indian od matematyki

Ukończył tylko studia pierwszego stopnia i miał tytuł licencjata, który zdobył w wieku 16 lat. W wieku 17 lat przyjął niskopłatne stanowisko na Rice University w Teksasie, a nagabującym go dziennikarzom miał powiedzieć, że zamiast genialnym matematykiem wolałby być zwykłym robotnikiem.

Później próbował jeszcze swoich sił na studiach magisterskich, rozważał zawód prawnika, jednak porzucił uczelnię bez podania wyraźnej przyczyny. Przechodził prawdziwy, najwyraźniej spóźniony okres buntu. Został socjalistą, wziął udział w bostońskiej paradzie pierwszomajowej, która przerodziła się w zamieszki, podczas których doszło do aktów wandalizmu i kradzieży. Aresztowany, osądzony, spędził w więzieniu 18 miesięcy. W trakcie procesu mówił, że krytycznie odnosi się do zakończonej właśnie pierwszej wojny światowej, wierzy, że socjalizm jest ustrojem najbardziej sprzyjającym rozwojowi ludzkości, a koncepcja boga jest śmieszna i sprowadza się do wąsatego pana rozdającego prezenty w Boże Narodzenie. Nawet rodzice uznali Williama za osobę chorą psychicznie i umieścili syna w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

W 1921 roku William odciął się od rodziców. Zamieszkał sam w Nowym Jorku. Wykonywał nisko płatne prace, był nawet szeregowym urzędnikiem państwowym. W wolnym czasie pisał książki i artykuły. Zawsze pod pseudonimem.

W 1925 roku wydał zbiór kosmologicznych rozważań pod tytułem "Ożywione i nieożywione", w którym pisał o pochodzeniu życia oraz możliwości odwrócenia procesu entropii. Później skupił się na antropologii i historii Indian Ameryki Północnej. Pisał też podręczniki do matematyki, zbiory pism historycznych i historyczno-społecznych, opracował i spisał zasady wymyślonego przez siebie języka. I nie chciał mieć już do czynienia ani z rodziną, ani z prasą. Odmówił przyjazdu na pogrzeb ojca, na co dzień używał pseudonimu i tylko gdy ktoś rozpoznał w nim tego chłopca, którego zdjęcie było niegdyś w niemal każdej gazecie, nieśmiało odpowiadał, że to przypadkowe podobieństwo.

Zmarł w 1944 roku w Bostonie w wyniku wylewu krwi do mózgu. Ta sama przypadłość uśmierciła 21 lat wcześniej jego ojca. Po śmierci młodego geniusza "The New York Times" napisał: odszedł największy udany eksperyment w historii. Udany, choć zakończony całkowitą klęską.

Publikacja "Ożywione i nieożywione" przeżyła po latach renesans. Buckminster Fuller, badacz, pisarz i ceniony futurolog, odnalazł dzieło dawnego kolegi z Harvardu w 1979 roku. "William jako pierwszy przewidział istnienie czarnych dziur, pokazał koncepcję Wszechświata, jaka pojawiła się w umysłach naukowców wiele lat po śmierci samego Sidisa. Ta książka to przykład geniuszu i kosmologii na najwyższym poziomie" - pisał w pracy "Synergetics 2: Explorations in the Geometry of Thinking". Pracy wydanej w 1983 roku, niemal 40 lat po śmierci Williama Sidisa i prawie 60 po napisaniu przez młodego geniusza "Ożywione i nieożywione", pozycji całkowicie pominiętej i zapomnianej przez mu współczesnych.

Przygotowując artykuł, korzystałam z biografii Williama Jamesa Sidisa pióra Amy Wallace "The Prodigy: A Biography of William James Sidis, America's Greatest Child Prodigy" oraz z materiałów historycznych zgromadzonych przez Dana Mahony'ego w tzw. Archiwum Sidisa.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl, Magazynem Wirtualnej Polski oraz z Focusem. Współautorka książki "Człowiek istota kosmiczna".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku