Bazylika Świętego Piotra w Rzymie, Watykan

Bazylika Świętego Piotra w Rzymie, Watykan (fot. Shutterstock)

ludzie

Przepracował w Watykanie prawie pół wieku. Luciano Firmani zaczynał jako zwykły robotnik

Luciano to żywa historia (...) I mimo że nie od zawsze obsługiwał windę w Pałacu Apostolskim, od samego początku pracował za Spiżową Bramą, w bliskości następcy świętego Piotra - pisze w książce "Zdarzyło się w Watykanie. Nieznane historie zza Spiżowej Bramy" Magdalena Wolińska-Riedi. Publikujemy jej fragmenty.

Luciano Firmani to w Pałacu Apostolskim człowiek legenda. W Watykanie przepracował łącznie czterdzieści dwa lata. Oglądał z bliska pięć pontyfikatów - w tym cały wyjątkowo długi i bogaty czas Jana Pawła II.*

Po dziś dzień pobrzmiewa mi w uszach jego głęboki, niski, lekko zachrypnięty głos mówiący z typowo rzymskim mocnym akcentem. Pamiętam jego rozbrajającą prostotę w słowach i gestach. Przed oczami wciąż mam nie schodzący z jego twarzy uśmiech i morze serdeczności, z jaką witał mnie, ilekroć przechodziłam przez Dziedziniec Świętego Damazego.

Już z daleka, z przeciwnego końca ogromnej prostokątnej przestrzeni otoczonej wysokim murem pałacu, machał do mnie, stojąc pod podcieniami przy papieskiej windzie, podczas gdy ja wyłaniałam się w rogu przy maleńkim Cortile del Triangolo - Dziedzińcu Trójkątnym. Tamtędy wiodła moja droga na skróty.

Przechodziłam przez Dziedziniec Świętego Damazego, wracając z bazyliki albo ze słynnego dziś, a kiedyś - jak się zdawało - leżącego zupełnie z boku, placu Świętej Marty, w kierunku usytuowanego po przeciwległej stronie Dziedzińca Sykstusa V. A stamtąd dalej, schodami w dół, zbiegałam do koszar. I do domu.

Luciano to żywa historia. Ileż to razy bywał tematem dobrodusznych anegdot pośród gwardzistów, którzy razem z nim spędzali długie godziny na codziennej służbie! I mimo że nie od zawsze obsługiwał windę w Pałacu Apostolskim, od samego początku pracował za Spiżową Bramą, w bliskości następcy świętego Piotra.

- Przyszedłem do Watykanu 20 czerwca 1977 roku. Dokładnie to pamiętam. To były jeszcze czasy papieża Pawła VI. Zacząłem pracę za Spiżową Bramą jako zwykły robotnik, pracownik fizyczny do różnych drobnych zleceń. Taki człowiek złota rączka. Zajmowałem się wszystkim tym, co akurat było najbardziej potrzebne. W styczniu 1980 roku zostałem zatrudniony na etacie jako oficjalny pracownik Watykanu. To była dla mnie wielka sprawa. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa, stabilności. Nadal zajmowałem się wszystkim, o co mnie poproszono: ustawiałem na placu Świętego Piotra krzesła przed audiencjami generalnymi, rozstawiałem barierki, pomagałem w Gubernatoracie [siedziba watykańskiego rządu i administracji, w imieniu papieża zarządzających funkcjonowaniem całego państwa - M.W.R.] elektrykom czy hydraulikom. A później przez ponad dwa lata, od roku 1982 do 1984, byłem zatrudniony w watykańskiej straży pożarnej.

Luciano Firmani oglądał z bliska pięć pontyfikatów (fot. Shutterstock)
Luciano Firmani oglądał z bliska pięć pontyfikatów (fot. Shutterstock)

Strażacy to obecnie jedna z trzech formacji mundurowych działających w Stolicy Apostolskiej. Choć w przeciwieństwie do słynnej papieskiej Gwardii Szwajcarskiej i Żandarmerii Watykańskiej pozostaje na co dzień ukryta za wysokim murem, jest nieodłącznym elementem watykańskiej codzienności.

Historia straży pożarnej u boku papieży sięga czasów Państwa Kościelnego. Do dziś w Apostolskim Archiwum Watykańskim (które jeszcze do jesieni 2019 roku nosiło miano Tajnego) przechowywane są akwarele mniej więcej z 1820 roku, na których możemy podziwiać i pompieri w ówczesnych mundurach. Na początku XX wieku, w okresie papieży będących więźniami Watykanu, służba ta, zwana guardia ai fuochi, działała we wnętrzach Pałacu Apostolskiego.

Następca świętego Piotra, który w 1870 roku zerwał wszelkie relacje z państwem włoskim, nie opuszczał bram Watykanu i potrzebował asysty swoich strażaków przede wszystkim na terenie własnej rezydencji. A potem formacja przekształcała się stopniowo, idąc z duchem czasu. W 1941 roku papież Pius XII z uwagi na trwającą II wojnę światową w szczególny sposób potrzebował zapewnić bezpieczeństwo zarówno na terenie swojego maleńkiego państwa, jak i w budynkach ekstraterytorialnych na terenie Rzymu, który nie był wolny od bombardowań. Założył więc Straż Pożarną Państwa Watykańskiego (po włosku ma ona bardzo długą nazwę: Corpo dei vigili del fuoco dello Stato della Citta del Vaticano), która - choć ewoluowała, a w ostatnim dwudziestoleciu została poddana modernizacji - w swojej zasadniczej strukturze funkcjonuje do dziś.

Już od tamtych czasów, a zatem prawie od osiemdziesięciu lat, siedziba strażaków wraz z remizą znajdują się wciąż w tym samym miejscu: przy Dziedzińcu Belwederskim. Idąc od Bramy Świętej Anny, od razu gdy tylko przekroczymy majestatyczną bramę prowadzącą na dziedziniec i zerkniemy lekko w lewo, dostrzeżemy stojące na tle renesansowego pałacu wozy strażackie. Cóż to jest za niezwykły widok! Dla moich dzieci od pierwszych lat życia ta niewielka przestrzeń przy remizie stanowiła miejsce znacznie atrakcyjniejsze niż jakikolwiek plac zabaw - nawet ten supertajemniczy w Ogrodach Watykańskich.

Sufit Kaplicy Sykstyńskiej w Muzeum Watykańskim (fot. Shutterstock)
Sufit Kaplicy Sykstyńskiej w Muzeum Watykańskim (fot. Shutterstock)

Obecnie w Watykanie zatrudnionych jest trzydziestu strażaków. Luciano, począwszy od 1982 roku, był jednym z nich.

- Pracowałem dużo nocami. Nierzadko zdarzało się na przykład, że sekretarz Ojca Świętego prosił, bym pojechał na lotnisko Fiumicino odebrać gości, którzy przylatywali do papieża. Wtedy jeszcze w naszym Autoparco - czyli biurze, które dysponuje samochodami na watykańskich numerach i zatrudnia kierowców zajmujących się na co dzień przewozem wysokiej rangi pracowników Watykanu, purpuratów i specjalnych gości - nie było nocnych dyżurów. Dlatego to ja jeździłem po wskazane mi osoby służbowym samochodem SCV i przywoziłem je do Watykanu. My, strażacy, byliśmy bowiem jedynymi pracownikami, którzy mieli nocne dyżury w pełnym wymiarze.

- Do naszych stałych obowiązków należał nocny obchód po Pałacu Apostolskim. To zresztą jedno z zadań, jakie strażacy wypełniają do dziś. Sprawdzaliśmy, czy wszystko jest w porządku w pałacowych wnętrzach, czy u papieża nie zepsuło się światło, czy gdzieś nie cieknie woda. Patrolowaliśmy również Muzea Watykańskie, obchodziliśmy z latarką wszystkie pomieszczenia i upewnialiśmy się, czy wszystko jest pod kontrolą. Był to szczególny i bardzo ciekawy czas. Po prawie trzech latach, gdy miałem się ożenić i założyć rodzinę, zrezygnowałem jednak z pracy w straży pożarnej, bo wspomniane dyżury pochłaniały zbyt wiele czasu. Powróciłem do mojego pierwotnego zajęcia w Watykanie - znów jako robotnik zajmowałem się tym, co było akurat potrzebne. I pracowałem tylko w ciągu dnia.

- Wszystko zmieniło się ponownie w 1992 roku. Wtedy markiz Giulio Sacchetti, ówczesny szef Gubernatoratu, zaproponował mi awans. Spytał, czy mam jakieś preferencje co do tego, co chciałbym robić. Byłem onieśmielony, ale w końcu poprosiłem o to, bym mógł pracować w Pałacu Apostolskim. I tak zatrudniono mnie przy obsłudze pałacowej windy. Od tamtej chwili przez całe dwadzieścia siedem lat, od roku 1992 do końca czerwca 2019, byłem windziarzem i woziłem prosto do papieża cały świat. Spotykałem na co dzień wszystkich najważniejszych ludzi na ziemi ostatniego ćwierćwiecza. Od samych następców świętego Piotra, poprzez głowy państw, głowy koronowane, polityków, po aktorów i inne osobistości. Wszyscy chcieli choć raz odwiedzić papieża.

Widok z góry na plac św. Piotra
fot. Shutterstock

Markiz Giulio Sacchetti okazał się dla Luciana darem od losu. Była to zresztą postać wyjątkowa. Warto więc wspomnieć w dwóch słowach, kim był człowiek, który sprawił, że Luciano, skromny pracownik działu technicznego Gubernatoratu Watykanu, pochodzący z podrzymskiej miejscowości Cesano, przez trzynaście lat - od 1992 do 2005 roku - każdy swój dzień spędzał w rytmie kalendarza zajęć Jana Pawła II.

Sacchetti, arystokrata z florenckiego rodu, dzięki nominacji przez papieża Pawła VI został jedynym w swoim czasie świeckim pracownikiem Watykanu tak wysokiej rangi. Zasiadał w zarządzie administracji Państwa Watykańskiego, nosił tytuł nadzwyczajnego delegata papieskiej Komisji do spraw Państwowych, bezpośrednio odpowiadał między innymi za papieską Gwardię Szwajcarską, gwardię pałacową (działającą do 1970 roku), za bicie papieskich monet, drukowanie znaczków watykańskiej poczty, za wszelkie nieruchomości - wewnątrz murów i te ekstraterytorialne, sprawował też zwierzchnictwo nad całym personelem pracującym na rzecz państwa za Spiżową Bramą. To on podpisał umowę z Japończykami na epokową renowację całej kaplicy Sykstyńskiej i zainicjował prace budowlane, które przekształciły dawne Hospicjum Świętej Marty w dom dla kardynałów elektorów na konklawe.

Ogromne kompetencje markiza szły w parze z unikalną historią jego przodków, wielkiego rodu Sacchettich, o którym sam Dante pisał siedemset lat temu w swojej cudownej Boskiej komedii, umieszczając go nie gdzie indziej, jak w samym Raju. Paweł VI miał intuicję i wiedział, komu powierzyć nadzór nad funkcjonowaniem najbardziej wyjątkowego państwa na świecie.

*Fragmenty książki "Zdarzyło się w Watykanie. Nieznane historie zza Spiżowej Bramy" Magdalena Wolińska-Riedi

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku