Jerzy Pilch w 2018 roku

Jerzy Pilch w 2018 roku (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)

ludzie

Jerzy Pilch: Tekst musi być ostry. Trzeba zarzucić elegancję, ale też przebrać się za eleganta

Kiedyś napisałem, że dobry felieton jest jak dobry cios bokserski. To jest celne trafienie przeciwnika w słabiznę, tak żeby stracił oddech i położył się na ringu. Z natury rzeczy w felietonie trzeba być bardziej sprawiedliwym, ale ważna jest zasada, by się rozpędzić i grzmocić antagonistę - mówi Jerzy Pilch w rozmowie z Michałem Nogasiem w książce "Z niejednej półki. Wywiady". Publikujemy jej fragmenty.

Czujesz się bardziej pisarzem czy felietonistą?*

Czuję, że przebywam w stanie równowagi między tymi dwoma określeniami. Koledzy felietoniści, klasycy gatunku, nieraz mówili, że felietony piszą dla pieniędzy, ale oddani są literaturze pięknej. Spierałbym się z nimi. Felietony pożerają mi czas i umiejętności w stopniu równym prozie. Dzięki nim parę razy w życiu zdarzyło mi się mieć etat i ubezpieczenie. Lubię jedno i drugie, najbardziej jednak ostry felieton.

Zawsze z ulgą poruszałem się między formami, funkcjonowałem jako prozaik i felietonista. Albo na odwrót. I nie przysparzało mi to jakichś szczególnych rozterek. Za młodu oczywiście lubiłem wdawać się w awantury z krytykami. Gdy ktoś przekonywał, że Pilch pisze felietony gazetowe i z tego powodu cierpi jego proza, która jest przecież prozą felietonową, tłumaczyłem, że piszę raczej felietony powieściowe. Felieton był u mnie często fragmentem prozy, wspomnieniem, swoją estetyką lokował się raczej po stronie literatury niż publicystyki. Ale przyznaję, że uprawianie felietonistyki zaspokajało moje potrzeby estetyczne względem literatury.

A od czego zaczęła się twoja wieloletnia przygoda z felietonem?

Tu trzeba wrócić do czasów bardzo dawnych. Pisywałem do magazynu "Student". Gdy cenzura peerelowska wyrzuciła z niego Adama Zagajewskiego, Stanisława Barańczaka, Ryszarda Krynickiego, myśmy z koleżeństwem bez specjalnych rozterek przyszli na ich miejsce. Bardzo nas za to zrugali. Na jakiś czas zostałem nawet szefem działu, a może i wicenaczelnym? Odległe czasy.

Jeszcze przed "Studentem" dawałem felietony o literaturze w "Echu Krakowa", ówczesnej popołudniówce. To była trudna szkoła pisania. Nie mogłem zadzwonić i powiedzieć, że jestem chory i nie napiszę. Inna sprawa, że felietony nie były w tej gazecie czymś bardzo istotnym, nikt w zasadzie nie zwracał uwagi na to, że piszę o książkach wydawanych w drugim obiegu, choćby o tomie wierszy Janka Borkowskiego.

Ale gdy tak mnie pytasz, a ja szukam w pamięci i drążę, to przecież wcześniej była szkoła średnia! I wtedy też pisywałem felietony. Do harcerskiego tygodnika "Na Przełaj", gdzie dwie strony litościwi redaktorzy oddali młodzieży na próby literackie. Miałem szesnaście lat i wydawało mi się, że pisarz to ktoś taki, kto uprawia wszystkie gatunki literackie. To jechałem równo - pisałem prozę, opowiadania, felietony. Jak widzisz, sporo się tego napisałem, nim zacząłem felietonistykę traktować poważniej.

Mój świętej pamięci ojciec, co doskonale pamiętam, czytał Kisiela w "Tygodniku". Należał do tej formacji, która - gdy już pracowałem w "Tygodniku Powszechnym" - za każdym razem podkreślała, że czytają od pierwszego numeru. On mnie tym czytaniem zaraził. Bo przecież jest chyba jasne, że jeśli chcesz coś napisać, to musisz najpierw trochę poczytać. Gdy chcesz napisać dobrą, kilkusetstronicową powieść, musisz kilkadziesiąt takich przeczytać.

Od młodości czytywałem felietony z upodobaniem. Jak ojciec lubiłem Hamiltona, Kisiela, Toeplitza. A jednak pierwsza moja książka to nie były felietony, ale opowiadania, które ukazały się w 1988 roku. Dziwnie to wszystko szło.

Laureat Nagrody Literackiej 'Nike' za powieść Pod Mocnym Aniołem, autor scenariuszy filmowych i dramatów scenicznych (fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)
Laureat Nagrody Literackiej 'Nike' za powieść Pod Mocnym Aniołem, autor scenariuszy filmowych i dramatów scenicznych (fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

Jak znaleźć w sobie taką ostrość języka, z której słyniesz? Wiele osób boi się pisać "w stylu Pilcha", bo może kogoś urazić. A ty jakbyś się tym nie przejmował.

Rzeczywiście się nie bałem. Pisałem odważnie, bo czasy temu sprzyjały. Kończyła się cenzura. Gdy pracowałem w "Tygodniku", nigdy nie kalkulowałem. Zależało mi jedynie na tym, by Jerzemu Turowiczowi podobał się mój tekst. To było najważniejsze i jakoś się udawało.

Kilka lat temu napisałem ostro, wręcz jadowicie o Marcinie Sendeckim. Wtedy się nie znaliśmy, dziś się przyjaźnimy. Podobnie z Danielem Passentem - po moim ostrym tekście wciąż odnosimy się do siebie z wzajemnym, pełnym adoracji szacunkiem. Oczywiście to nie tak, że napisanie ostrego felietonu jest drogą do przyjaźni, ale w moim wypadku tak to zadziałało. Chyba nie było sytuacji, by jakiś mój antagonista w końcu się ze mną nie pogodził. Co też pokazuje klasę przeciwnika.

Jadowitość felietonu według Pilcha ma jakąś definicję?

Tekst musi być ostry. Trzeba zarzucić elegancję, ale też przebrać się za eleganta. Kiedyś napisałem, że dobry felieton jest jak dobry cios bokserski. To jest celne trafienie przeciwnika w słabiznę, tak żeby stracił oddech i położył się na ringu. Z natury rzeczy w felietonie trzeba być bardziej sprawiedliwym, ale ważna jest zasada, by się rozpędzić i grzmocić antagonistę.

Dobry felieton charakteryzuje się swoistością językową, trzeba go kunsztownie wykończyć, a autor jawi się jako ktoś w rodzaju literackiego oprawcy. Na napisanie takiego tekstu potrzeba dwóch dni. Jednego dnia piszesz, drugiego poprawiasz. Inaczej nie da się tego zrobić.

Żadnych hamulców?

Nie, nie możesz się zatrzymać. Nie napiszesz ostrego felietonu z aksamitną puentą. Najważniejsza jest ta druga część tekstu, gdzie mnie już zupełnie nie interesują losy mojego powalonego na łopatki przeciwnika, a jedynie konstrukcja felietonu, który musi się zakończyć krwawą puentą albo zrobieniem kogoś w balona. Nie ma takiego gatunku jak felieton olimpijski, znajmy umiar.

A zasady fair play?

Absolutnie nie ma. To by było wbrew regułom!

W "Tygodniku" bardzo mi zależało, żeby ta czcigodna redakcja była mną po prostu zachwycona. I osiągnąłem to właśnie takim stylem, więc postanowiłem już zawsze się go trzymać. Gdy jesteś jeszcze stosunkowo młody, masz czterdziestkę i pracujesz w piśmie bardzo prestiżowym, to czy może ci się przytrafić coś piękniejszego niż sytuacja, w której widzisz, jak idący o lasce Turowicz niesie twój tekst, który właśnie przeczytał, kładzie go przed tobą i wypowiada zdanie jak na katolika wielkie: "Będzie samobójstwo"?

Miałem o co grać.

Dobry felieton charakteryzuje się swoistością językową, trzeba go kunsztownie wykończyć, a autor jawi się jako ktoś w rodzaju literackiego oprawcy (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)
Dobry felieton charakteryzuje się swoistością językową, trzeba go kunsztownie wykończyć, a autor jawi się jako ktoś w rodzaju literackiego oprawcy (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)

Wydaje mi się, że jesteś trochę próżny.

Trochę? Dziękuję ci za to "trochę". Przecież to jest próżność bezgraniczna!

Przeczytałem niedawno w miesięczniku "Kraków" wywiad z Ewą Lipską, która z Wisławą Szymborską i Kornelem Filipowiczem blisko się przyjaźniła. Mówi w nim, że cały ten czas znajomości zmarnowała, bo bez przerwy kombinowała, co powiedzieć, żeby się Wisławie podobało. Znam ten mechanizm. Cały czas kombinowałem, co napisać, żeby w "Tygodniku" chłopcy byli zachwyceni.

Co na przestrzeni kilku już dekad było dla twoich felietonów pożywką? Literatura czy też raczej obserwacja codzienności?

Zawsze dużo było w nich literatury. Trafiłem na coś kuriozalnego, jakiś fragment czy recenzję albo samą książkę, i od razu miałem pożywkę. Literatura zapewniła mi bezpieczeństwo istnienia w tym zawodzie. A rzeczywistość? Korzystałem z niej, gdy tylko wydarzyło się coś ciekawego. Choćby to, że Wisła Kraków sprzedała mecz, co widziało 50 tysięcy widzów na trybunach. Myślałem nawet kiedyś o tym, by wydać w osobnym zbiorze felietony sportowe, które dobitnie pokazałyby mój stosunek do piłki nożnej, dyscypliny, którą się zawsze interesowałem, bez której nie umiem żyć.

Kiedyś nie miałem pomysłu i paliwa do napisania felietonu, a rozjuszył mnie wywiad, którego mój przyjaciel Ludwik Stomma udzielił bodajże tygodnikowi "Wprost". Rozmowa obfitująca w pewne uproszczenia sprawiła, że chciałem się wyżyć. Ale jak? I nagle zobaczyłem gdzieś zdjęcie Ludwika na tle włoskich zabytków. Stomma cały w kulturze śródziemnomorskiej, otoczony ruinami. Pomyślałem, że łatwo by było to zdjęcie opisać i wyśmiać bohatera. I tak powstał tekst o tym, dlaczego "Polityka" przeniosła teksty Ludwika Stommy na ostatnią stronę. Sam się prosił!

Rozgrywki między ostrymi piórami, kto komu bardziej dowali!

Tak, w "Tygodniku" na przykład bardzo się bali Passenta, mieli wręcz jego kompleks. To było aż zdumiewające. Gdy napisałem o nim, a on odpowiedział też felietonem, to w głębi duszy byłem zadowolony, bo wynikało z tego, że jest tak daleko za "Tygodnikiem", iż ledwo widzi światło wysyłane przez tę stateczną, acz odważną redakcję. Takie to były gry i zabawy minionych sezonów.

Tekst musi być ostry. Trzeba zarzucić elegancję, ale też przebrać się za eleganta (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)
Tekst musi być ostry. Trzeba zarzucić elegancję, ale też przebrać się za eleganta (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Duże wrażenie robi lektura opublikowanych wiosną 2020 roku twoich 60 felietonów najjadowitszych. Gdy człowiek czyta je po latach, raz jeszcze zauważa, że potrafisz wychwycić i opisać zjawiska oraz problemy, z których Polska nie będzie w stanie wyjść przez kolejnych trzydzieści lat. Jesteś wobec swojej ojczyzny i rodaków niezwykle surowy.

Pamiętaj, że gdy pisałem pierwsze z felietonów zamieszczonych w tej książce, kończył się właśnie PRL i myśmy - dla bezpieczeństwa użyję liczby mnogiej - nie za bardzo wiedzieli, w jaką wkraczamy rzeczywistość. Jakim językiem będziemy ją teraz mieli przedstawiać. Nagle od dwóch tygodni wolność - i jak o tym pisać? Czy myśmy byli wtedy prawicowi? Odsłonięcie prawdziwych, miotających Polską gier politycznych, które często miały zabarwienie kabaretowe, było dosyć trudne, a zarazem inspirujące. Wcześniej myśleliśmy, że mamy dwóch potężnych szermierzy - opozycję i partię, a tu się okazało, że są jakieś kapeeny, "Solidarność", Olszewski ze swoim ruchem. Rzecznikiem rządu został wtedy Jaś Borkowski. Ale wyjechałem gdzieś na weekend, wróciłem - i już nim nie był. Dla felietonisty to był złoty czas, choć polityka nigdy mnie jakoś bardzo nie interesowała, byłem raczej słabo przygotowany. A jednak te czasy, gdy jako felietonista chodziłem na spotkanie z Janem Olszewskim, to była rzeka wspaniałości.

Przypuszczałeś wtedy, że wielu graczy, których w felietonach w "Tygodniku" opisywałeś jako zjawiska czasu transformacji, trzydzieści lat później dalej będzie próbowało kurczowo trzymać się stołków?

Nie, w ogóle nie. Byłem potwornie naiwny. Nie zdawałem sobie na przykład sprawy z tego, że walka polityczna będzie miała charakter pokoleniowy, że dorosną i wejdą do polityki młodzi ludzie, którzy nie mają pojęcia o Tadeuszu Mazowieckim, Bronisławie Geremku czy Adamie Michniku, ale na wszelki wypadek będą obrażać pamięć o nich lub szczuć.

Wydaje mi się, że dziś jest jeszcze gorzej niż trzydzieści lat temu. Jesteśmy bogatsi, ale czy bezpieczniejsi? No i powyłazili na powierzchnię nacjonaliści, jacyś "prawdziwi" Polacy, antysemici. Zaskakujące, że antysemityzm jest gigantycznym problemem w kraju, gdzie właściwie nie ma Żydów. Niektórym Polakom jest to najwidoczniej potrzebne do życia. Potrzebują półwiedzy, ćwierćorientacji, żeby na wpół ślepo podążać za jakimiś durnymi ideami. Jak widzisz, obecnie drażni mnie w Polsce najbardziej to samo, co dawniej.

Polska to kraj ciemny i zimny, jak powiedział niegdyś, cytując też kogoś, Miłosz. Nie przepadam za filmem Koterskiego "Dzień świra", ale wielką sceną jest tam "Modlitwa Polaka" chóralnie płynąca pośród blokowiska.

*Fragmenty książki "Z niejednej półki. Wywiady" Michała Nogasia

Jerzy Pilch. Jeden z najbardziej wszechstronnych polskich pisarzy. Laureat Nagrody Literackiej "Nike" za powieść Pod Mocnym Aniołem, autor scenariuszy filmowych i dramatów scenicznych, uwielbiany przez czytelników i czytelniczki za bezkompromisowe felietony, które ukazywały się m.in. w "Polityce", "Przekroju" i "Tygodniku Powszechnym". Zmarł 29 maja 2020 roku.

Michał Nogaś. Dziennikarz Gazety Wyborczej, w latach 2000-2016 związany z Programem III Polskiego Radia, a od 2020 z Radiem Nowy Świat. Od wielu lat rozmawia z pisarkami i pisarzami o ich najnowszych książkach, pyta o inspiracje i źródła, z których czerpią. Zachęca do rozmów o polityce i współczesności.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W FORMIE PAPIEROWEJ LUB EBOOKA

Michał Nogaś, autor książki 'Z niejednej półki. Wywiady' (fot. Albert Zawada /Agencja Gazeta)
Michał Nogaś, autor książki 'Z niejednej półki. Wywiady' (fot. Albert Zawada /Agencja Gazeta)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku