Agnieszka Sitko z mężem

Agnieszka Sitko z mężem (fot. arch. prywatne)

wywiad.gazeta.pl

Tata uszył plecak z podwójnym dnem, w którym przeniosła tajne mapy. Agnieszka Sitko ma dziś 94 lata

Tato zapakował mapy, wzięłam za rękę kilkuletniego brata i ruszyłam przed siebie. Przeszłam całą Świętojańską, omijając niemieckich żołnierzy, aż dotarłam do ulicy Śląskiej. Tam czekała na mnie pani Miecia, która wzięła plecak i ruszyła w dalszą drogę. Miałam 14 lat - opowiada Agnieszka Sitko, mistrzyni rymarstwa, po której rodzinny biznes i pasję odziedziczyła córka, Joanna Górska.

Ależ tu pachnie skórą!

JOANNA GÓRSKA: A wie pani, że już tego zapachu prawie nie czuję? Może gdybym wyjechała na dwa, trzy tygodnie i nie przychodziła do warsztatu, tobym poczuła.

Zapach skóry towarzyszy mi, odkąd pamiętam. Tu, w warsztacie, w sklepie i w domu zawsze nią pachniało. Przyzwyczaiłam się. W zakładzie rymarskim toczy się życie całej mojej rodziny, już od trzech pokoleń. Rodzice wpajali mi od dziecka, że najważniejsze są praca i rodzina.   

Na drzwiach widzę datę założenia 1920. Macie już sto lat!

J.G.: Nasza rymarska historia zaczęła się w 1920 roku. W jakim miesiącu - nie wiemy, ale wiemy, że było to w Chojnicach. Zakład rymarski założył tam mój dziadek, Leon Rekowski. Ale o tym najlepiej opowie moja mama. Ten zakład to ona.

AGNIESZKA SITKO: Tak, mój świętej pamięci tatuś, Leon Rekowski, założył pierwszy zakład w Chojnicach. Mama zdecydowała jednak, żeby się przenieść do Gdyni. Najpierw przeprowadziła się tam sama, w 1933 roku. Przez dwa lata prowadziła sklep mięsny przy ulicy Świętojańskiej, potem dołączył do niej tata. Założył firmę, która składała się z zakładu rymarsko-kaletniczego i sklepu przy ulicy Świętojańskiej. Wiodło nam się świetnie!

Aż przyszła wojna.

A.S.: Podczas wojny zakład nadal działał, a rodzice prowadzili działalność konspiracyjną. Ukrywali w piwnicy ośmiu uciekinierów ze Stutthofu. Ci ludzie ocaleli. Do dziś przechowuję listy z podziękowaniami.

W tym kurniku mieszkała rodzina pani Agnieszki (fot. arch. prywatne)
W tym kurniku mieszkała rodzina pani Agnieszki (fot. arch. prywatne)

Ja z kolei brałam udział w słynnej akcji obrony Gdyni, pod kryptonimem B-2. Współorganizował ją mój wujek, który pod koniec wojny przyjechał na Wybrzeże z Warszawy. W piwnicy naszego warsztatu przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni zrobili z tatą schowek, w którym odbywały się spotkania Tajnego Hufca Harcerzy [polska konspiracyjna organizacja harcerska działająca na Pomorzu od końca 1939 roku do zakończenia drugiej wojny światowej - przyp. red.].

Tato siedział na górze, w warsztacie, na rymarskim koniku i pracował. Tak naprawdę jednak przede wszystkim pilnował klapy piwnicy i decydował, kogo może do środka wpuścić, a kogo nie.

Nasza sąsiadka, pani Miecia, harcerka, miała dostarczyć wojskom radzieckim mapy z informacjami o rozmieszczeniu niemieckich umocnień w mieście. Ale kto miał do niej je zanieść?

Pani?

A.S.: Miałam 14 lat, więc padło na mnie. Tato zapakował dwie mapy do plecaka z podwójnym dnem, który specjalnie sam uszył. Wzięłam za rękę kilkuletniego brata i ruszyłam przed siebie. Przeszłam całą Świętojańską, omijając niemieckich żołnierzy, aż dotarłam do ulicy Śląskiej, do rodziny Wawrzyniaków. Tam czekała już na mnie pani Miecia, która wzięła ode mnie plecak i poszła z nim w dalszą drogę, do Brus.

Kim była pani Miecia?

A.S.: Naszą sąsiadką i druhną. Chodzi o Mieczysławę Pobłocką, łączniczkę wojenną, o pseudonimie "Przelotny Ptak". To ona osobiście dostarczyła plany dowódcom Armii Radzieckiej, która wyzwalała Gdynię. Dzięki temu Armia Radziecka mogła niszczyć w Gdyni jedynie głównie obiekty wojskowe. Cywilne ocalały. I miasto nie zostało tak zbombardowane jak Gdańsk.


Agnieszka Sitko z plecakiem, w którym przeniosła tajne mapy (fot.arch. prywatne)

Nie bała się pani?

A.S.: Skąd, ja się wtedy niczego nie bałam i nadal się nie boję.

Nie bałam się też ciężkiej pracy w rymarstwie, od dziecka chciałam rodzicom pomagać. Mama dawała mi przykład. Pamiętam, jak kiedyś wzięła jedzenie i pojechała rowerem pod obóz, żeby je więźniom dostarczyć. Innym razem do Wilna się przedostała, żeby brata ratować. Ale się nie udało.

Co się działo z waszą rodziną po wojnie?

A.S.: Nie dość, że nas wysiedlono, musieliśmy się spakować w 24 godziny, to jeszcze dostaliśmy domiar - nałożyli na nas taki podatek, że zabrali nam cały towar ze sklepu.

Rodzice się nie załamali. Zamieszkaliśmy w drewnianym kurniku, w Gdańsku Świętym Wojciechu. Tato robił paski i torby, które woził do Wrzeszcza na Rynek. W 1957 roku przenieśliśmy się z pracownią do Gdańska, tu na ulicę Lawendową.

Pani Agnieszko, pani zdjęcie z plecakiem wisi właśnie tutaj, na ścianie warsztatu. Ale plecaka nigdzie nie widzę.

A.S.: Wiele lat po wojnie plecak znaleziono w przydomowym kurniku rodziny Mieci. Naprawiliśmy w nim skórzane elementy i w 2011 roku osobiście przekazałam go na ręce prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka. Teraz jest eksponatem w Muzeum Miasta Gdyni.

X12.02.2011 GDYNIA, PROFESOR ANDRZEJ ZBIERSKI (L) AGNIESZKA SITKO (C) I WACLAW SITKO (P) PODCZAS PRZEKAZANIA NA WYSTAWE  POMORSKA PRZYGODA HARCERSKA ', PLECAKA DRUHNY MIECZYSLAWY POBLOCKIEJ Z TAJNEGO HUFCA HARCERZY W GDYNI , W KTORYM DUHNA PRZENOSILA TAJNE DOKUMENTY NAZISTOW PODCZAS II WOJNY SWIATOWEJ.FOT. DOMINIK SADOWSKI  / AGENCJA GAZETA
Gdynia, 2011 rok. Prof. Andrzej Zbierski (od lewej), Agnieszka Sitko i Wacław Sitko z plecakiem, w którym pani Agnieszka przeniosła tajne mapy (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

Piękna opowieść. A jaka była pierwsza rzecz, którą zrobiła pani ze skóry?

A.S.: Torba  myśliwska. Robiłam też paski, a w fabryce Sopotplast [nieistniejące Sopockie Zakłady Wyrobów Galanteryjnych - przyp. red.], gdzie pracowałam krótko po wysiedleniu, wyplatałam sandały. Byłam przodowniczką pracy, pracowałam szybko i dobrze. A to nie jest łatwe zajęcie.

J.G.: Oj, nie raz, nie dwa solidnie stuknęłam sobie młotkiem w palec albo wjechałam nim pod igłę maszyny. Ale bez tego człowiek się nie nauczy.

No i trzeba mieć pomysł, jak daną rzecz naprawić. Zdarza się, że nawet po powrocie do domu ciągle się nad tym kombinuje.

Ja, wie pani, miałam dobrze, bo patrzyłam, jak mama szyje, i uczyłam się od niej prawidłowo nawlekać nitkę. 

Pamięta pani wasze najtrudniejsze rymarskie wyzwanie?

J.G.: Muszę się zastanowić. Mam! To była rekonstrukcja torby do XIX-wiecznego aparatu fotograficznego ze szklanymi kliszami.   

A.S.: Trzeba mieć do tej pracy wrodzony dar i trzeba myśleć. Tata to wszystko doskonale potrafił połączyć. Robił koła ratunkowe i fotele na transatlantyckie statki pasażerskie: Batory, Piłsudski i Sobieski.

Ja najczęściej szyłam na maszynie. Na tej, która stoi tam pod oknem. Dzięki tej maszynie poznałam mojego męża.


Agnieszka i Wacław Sitkowie przy legendarnej maszynie (fot.arch. prywatne)

Jak to się stało?

A.S.: Maszyna się zepsuła, poszłam ją zanieść do naprawy. W warsztacie we Wrzeszczu przyjął mnie mężczyzna, który jak mnie zobaczył, od razu powiedział: "Ty zostaniesz żoną Wacka". To był jego szwagier. Umówił nas do teatru.

Na wszelki wypadek ja wzięłam mamę, a on kolegę. Gdy po mnie przyjechał, mama stała w jednym oknie, a ja w drugim. "Może być" - oceniłyśmy zgodnie.

Po spektaklu odprowadził mnie do domu. Tata akurat kroił skórę, chyba na paski. "Pomogę panu" - zaproponował. Tata na to: "Nie, ty nie dasz rady". Ale Wacek się uparł, usiadł i zaczął tę skórę kroić.

Zresztą szybko się nauczył rymarstwa. Był kierownikiem rejonu trzeciego w zarządzie portu Gdynia, ale w końcu zrezygnował. Rok później wzięliśmy ślub, w tym roku minęły 64 lata naszego wspólnego życia. Dobrze nam razem. Żartuję, że skończyliśmy z mężem w sumie 190 lat. Tylko musisz sobie policzyć, ile które z nas ma.

Pani jest młodsza.

A.S.: Ja kończę 94 lata, a mój ślubny Sitko - 96. Bardzo dobrze nam się razem pracowało, bo miałam go zawsze pod ręką i mogłam nim rządzić.  

Zresztą powiem ci, kochana, że jeszcze niedawno szyłam szlufki do pasków, a teraz wyszywam w krzyżyki. Około południa przychodzę do warsztatu, posiedzę sobie do drugiej, trzeciej, pójdę sobie na kawę do kawiarni i wrócę do domu. Bo tak w ogóle to ja tu rządzę!


Dyplom mistrzowski Agnieszki Sitko (fot. Angelika Swoboda)

J.G.: Tato też codziennie przychodzi do warsztatu. A to pasek zrobi, a to obrożę dla psa. Nie może żyć bez tego miejsca. Rymarstwo wciąż jest jego pasją.

My, ich dzieci, też żeśmy od początku to rymarstwo lubili, co nas wyróżniało wśród rówieśników. A to pasek zrobiłam, a to torbę. Z siostrą Kasią rywalizowałyśmy, która ładniej uszyje czy która lepiej skórę pomaluje i ładniejszy kolor uzyska.  

A zaczynałyśmy z siostrą od miotły, czyli od sprzątania. Potem tato wycinał nam paski i uczył, jak montować klamry. Okuwałyśmy też szelki dla psów. Wszystko ręcznie. Tu, w zakładzie, zawsze była praca. Jak było duże zapotrzebowanie na torby, to się po nocach szyło. Poza tym nie wszystkich stać na nowe rzeczy, więc przynoszą je do reperacji. I tego też jest sporo.

Przodowniczka pracy, jak mama!

J.G.: Jak już mówiłam, ja się wychowałam w tym zakładzie. Jak byłam mała, a przychodził klient, to stawałam na stołeczku przy ladzie, żeby go obsłużyć. Gdy słyszałam: "Dziecko, idź, zawołaj kogoś dorosłego", to byłam oburzona. Bo ja już wtedy, jako dziecko, sporo o rymarstwie wiedziałam. A jak czegoś nie wiedziałam, pytałam rodziców. 

A.S.: Moja krew! Ja zawsze byłam pierwsza, nie tylko w pracy. Jak się dowiedziałam, że w kościele św. Brygidy jest Margaret Thatcher, od razu pojechałam, żeby ją poznać. O, tu jesteśmy razem na zdjęciu!

Poznałam też Bogdana Borusewicza, gdy przyszedł do nas dziurki w pasku zrobić. Aż w końcu został naszym stałym klientem.

Agnieszka Sitko i Joanna Górska w rodzinnym sklepie z wyrobami rymarskimi przy ul. Lawendowej w Gdańsku (fot. Angelika Swoboda)
Agnieszka Sitko i Joanna Górska w rodzinnym sklepie z wyrobami rymarskimi przy ul. Lawendowej w Gdańsku (fot. Angelika Swoboda)

Tak samo jak Lech Wałęsa, który z kolei przyszedł kiedyś kupić pasek do spodni. Z ochroną. Zaprosiłam go do warsztatu, pokazałam maszynę. I mówię: "Lechu, pierwszy pasek masz ode mnie w prezencie. Ale za drugi będziesz musiał zapłacić". Przyszedł znowu, ale też nie chciałam od niego pieniędzy. Porozmawialiśmy sobie. Dorobiliśmy mu też paski, żeby mógł chodzić po ogrodzie z tym swoim tabletem. Od pierwszej wizyty mówiłam do niego "Lechu", bo ja każdemu mówię po imieniu, taka już jestem.

Nie obraził się?

A.S.: Nie. Odparł: "W porządku, ja jestem Lechu, a ty Agnieszka".

Zresztą nasi klienci w większości są uprzejmi, rzadko kto ma pretensje. Choć i zdarzają się takie marudy, które chcą, żeby ze starego zrobić nowe. Zreperować można, ale na całkiem nowe się nie przerobi.

Co dziś zajmuje rymarzy?

J.G.: Kiedyś robiliśmy tu głównie skórzane walizki i akcesoria do jazdy konnej. Dziś przeważnie je naprawiamy. Popularne są teraz smycze, obroże, kagańce. Ja potrafię dobrać taki, by piesek mógł swobodnie oddychać.

Robimy też, choć na mniejszą skalę niż kiedyś, torby, plecaki, paski. W ponadczasowych fasonach.

Czasem ktoś znajdzie w piwnicy starego konia na biegunach i przynosi do reperacji. Niedawno naprawialiśmy takiego, który miał zniszczone strzemiona, wodze i lejce. Zrobiliśmy mu nowe, ze skóry. Bezpieczne dla dziecka.


Z Lechem Wałęsą. Wacław Sitko, Agnieszka Sitko i ich córka Joanna Górska (fot. arch. prywatne)

Czy takie koniki jeszcze się kupuje dzieciom?

J.G.: Nie ma ich w sklepach, trudno je dostać, więc rodzice czy dziadkowie szukają używanych. Ja dostałam takiego konika na biegunach w spadku po starszym bracie. Nie przetrwał, więc szukam teraz konika dla wnuka, Leosia. Ma dopiero dziesięć miesięcy, więc mam czas.

Skoro już mowa o konikach, to w kościele mariackim w Gdańsku jest XIV-wieczna drewniana rzeźba św. Jerzego na koniu, do której robiliśmy specjalną skórzaną uprząż według historycznego wzoru.

Ktoś poza garstką pasjonatów docenia pracę rymarza?

J.G.: Najczęściej turyści z zagranicy, których do Gdańska przyjeżdża sporo. Wchodzą i podziwiają nasze wyroby. Fotografują też stojące niedaleko lady stare walizki, które zrobił mój dziadek. 

Chwalą, że wszystko zostało wykonane ręcznie. Że każdy pasek jest inny, unikatowy. Ostatnio przyszedł klient i chciał zamówić pięćdziesiąt identycznych. Przeprosiłam go, tłumacząc, że jak byśmy się bardzo nie starali, nie jesteśmy w stanie spełnić jego oczekiwań. 

A panie czego oczekują? O czym marzą?

J.G.: Żeby nasz zakład przetrwał. Żeby pozostał w rodzinie.

A.S.: I jeszcze żeby moi rodzice mieli wreszcie swoją ulicę w Gdyni. Przecież narażali swoje życie i nasze, pięciorga dzieci. Uważam, że na nią zasłużyli.


Rodzina rymarzy. Joanna Górska, Agnieszka Sitko, Wacław Sitko i Andrzej Górski (fot. Angelika Swoboda)

Agnieszka Sitko. Mistrzyni rymarstwa od 1970 roku. Ma 94 lata. Mieszka w Gdańsku.

Joanna Górska. Mistrzyni rymarstwa. Córka Agnieszki Sitko.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku