Chłopi na polu

Chłopi na polu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

wywiad gazeta.pl

"Czas na opowiedzenie historii chłopów. Z nich wywodzi się przecież większość Polaków"

Niech opowiedzą ją ludzie, którzy sami się ze wsi wywodzą, a nie miejscy inteligenci, wyprawiający się na wieś w ramach kolejnego projektu etnograficznego - mówi Michał Rauszer, autor książki "Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich".

Brad Pitt w roli Jakuba Szeli? Widzę to!

Tylko trzeba by mu było odciąć palec wskazujący, który Szela odciął sobie prawdopodobnie po to, by wywinąć się ze służby wojskowej. Ale tak, też to widzę. Skoro Brad Pitt znakomicie opanował akcent z Appalachów, dlaczego nie miałby opanować akcentu galicyjskiego chłopa.

Pytam o niego, bo - jak rozumiem - tytułowe nawiązanie do "Bękartów wojny" Tarantino nie jest przypadkowe?

Nie jest. Najpierw napisałem książkę naukową "Siła podporządkowanych", dotyczącą buntów i chłopskiego oporu, w której za pomocą różnych koncepcji, teorii i metodologii przyglądam się chłopskim buntom - zostanie wydana na początku 2021 roku. Naukowe spojrzenie wymaga jednak pewnego dystansu. Pod wpływem trylogii zemsty Tarantino ("Kill Bill", "Bękarty wojny", "Django"), która pokazuje, w jaki sposób podporządkowani (kobiety, Żydzi, niewolnicy) mszczą się na swoich oprawcach i całym systemie, pomyślałem, że może by z tego naukowego materiału napisać coś bardziej zaangażowanego, z pazurem, osobistego. Tytuł nasunął się sam, ale też ma on swoje uzasadnienie. W takich systemach, jak pańszczyzna, władza zakłada, że poddani są potulni, a ona się nimi opiekuje. Buntownicy wymykają się takiemu postrzeganiu, stając się bękartami systemu podporządkowania.

"Książka ta powstała ze złości i frustracji" - zaczynasz. Ze złości i frustracji na co lub na kogo?

Na co i na kogo zasadniczo się ze sobą łączy. Trzeba tu bowiem mówić o strukturalnych procesach, które spowodowały, że historia ludowa, ale też ludowa kultura niebędąca paździerzem, została w Polsce wyparta.

Pochodzę ze wsi - dodatkowo śląskiej - a nie znałem właściwie żadnej narracji, z którą bym się identyfikował. Historia i język polski, których jesteśmy uczeni w szkołach, to niemal bez wyjątku opowieść ludzi z klas wyższych. Kiedy zajmowaliśmy się w szkole biografią jakiejś postaci, ona zwykle, przeżywając oczywiście rozmaite rozterki w swoim pałacu lub walcząc o sprawę narodową, była z elit. Zacząłem się wówczas zastanawiać, z czego ci ludzie w tych dworach się utrzymywali, bo moi rodzice musieli ciężko na wszystko pracować. Ja też pracowałem, pomagając na gospodarce. Moja złość i frustracja wzięła się więc z tego, że dominująca opowieść o Polsce to tak naprawdę opowieść jednej grupy społecznej.

"Moi przodkowie byli chłopami. To, co słyszałem w szkole o Szeli, o rabacji, to była narracja kogoś innego. Czułem, że to nie jest opowieść mojej rodziny, to nie jest głos moich przodków. Pomyślałem, że dam głos tym ludziom, którzy go nie mieli" - mówił niedawno w "Gazecie Wyborczej" Radek Rak, autor "Baśni o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli", za którą dostał Literacką Nagrodę Nike. Obaj mówicie właściwie to samo, obaj napisaliście o tym książki, a niebawem będą następne innych autorów. Jesteśmy świadkami chłopskiego pobudzenia czy to tylko koincydencja?

Jakub Szela, przywódca chłopskiej rebelii w 1846 r. - reprodukcja portretu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Jakub Szela, przywódca chłopskiej rebelii w 1846 r. - reprodukcja portretu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Nie wydaje mi się, żeby to była koincydencja, a powieść Radosława Raka - muszę od razu dodać - jest jedną z najlepszych powieści, jakie przeczytałem ostatnimi czasy i trzymałem kciuki, by dostał za nią Nike.

Mam poczucie, że nadszedł już czas na zajęcie się poważnie przemilczaną lub zniekształcaną ludową historią Polski. Zrozumiałem to także na spotkaniach organizowanych przez Przemysława Wielgosza, redaktora serii, w której wyszła moja książka. Przychodziły na nie tłumy i widać było gołym okiem, że już czas na opowiedzenie historii chłopów - z nich wywodzi się przecież większość Polaków. Co ważne, na opowiedzenie jej przez ludzi, którzy sami się ze wsi wywodzą, a nie przez miejskich inteligentów, wyprawiających się na wieś w ramach kolejnego projektu etnograficznego. Jest to, uważam, szalenie ważne, że pisanie o wsi staje się oddolne, bez miejskiego egzotyzowania i stereotypów.

Czy pańszczyzna była niewolnictwem?

Zacznijmy od tego, że niewolnictwo jest instytucją zmienną w czasie, zawsze podlegało silnym ewolucjom. Naszym pierwszym skojarzeniem z niewolnictwem jest zwykle to amerykańskie - biali właściciele i czarni niewolnicy. Tymczasem niewolnictwo może mieć bardzo różne formy. Konwencja genewska z 1956 roku określa pańszczyznę jako "instytucję i praktykę zbliżoną do niewolnictwa". Dlaczego zbliżoną? Dlatego, że z perspektywy amerykańskiego Południa niewolnik był całkowicie pozbawiony osobowości prawnej, a chłop nie, bo obowiązywał go na przykład pobór do wojska czy obowiązek podatkowy.

Ale przecież ta prawna osobowość chłopów była raczej, powiedziałbym, urzędowa niż faktyczna. Przecież pan mógł zrobić z chłopem, co chciał, nawet go zabić bez żadnych konsekwencji. Nie mówiąc już o tym, że chłopi musieli wykonywać pracę bez wynagrodzenia.

W książce staram się być w tej materii ostrożny, żeby nie powędrować na skróty, bo to jest temat do sporu i dyskusji. Są tacy, którzy wskazują, że pańszczyzna była rodzajem długu: chłop dostawał ziemię i musiał ją odpracować.

Ale chłopi, oprócz pańszczyzny, opłacali przecież rozmaite czynsze.

Otóż to, czym jest więc ta pańszczyzna? Poza tym trzeba pamiętać, że dług jest jedną z najstarszych form zniewolenia, która znakomicie ma się także i dzisiaj. Współcześnie porywa się na przykład kobiety do domów publicznych i mówi się im, że wymuszone świadczenie przez nie usług seksualnych jest niczym innym jak spłacaniem długu wobec tak zwanego alfonsa, który daje dach nad głową i karmi. Dług w takim przypadku jest raczej rodzajem ideologicznego uzasadnienia władzy.

Podobnie było z chłopami. Mieli pole, z którego musieli się utrzymać, ale kilka dni w tygodniu musieli pracować także na ziemi pana. Czy gdybyś harował ciężko cztery dni w tygodniu na cudzym polu, uznałbyś to za spłacanie długu? Nie mówiąc już o tym, że podczas tej pracy karbowy mógł złoić ci skórę, a pan, objeżdżając włości, mógł cię po prostu zabić.

Albo przehandlować.

Nie mieliśmy w Polsce aukcji niewolników jak w Stanach Zjednoczonych, ale handel chłopami kwitł. Czy wobec tego nie nazwalibyśmy instytucji, która pozwala nas sprzedać albo przegrać w karty, niewolnictwem? Podobny problem jest zresztą w kwestii kolonializmu: wielu utożsamia go z brytyjskim XIX-wiecznym imperializmem, a to nie jest przecież jedyna jego forma. Tak jak nie jest "wzorcem z Sevres" niewolnictwa jego amerykańska postać, bo to pozwala na podważanie innych jego odmian. Skoro polscy chłopi nie byli zakuci w łańcuchy na plantacjach, nie byli niewolnikami - takie to jest mniej więcej myślenie.

Chłopi przy wozie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Chłopi przy wozie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Pańszczyzna, jak inne formy niewolnictwa, ewoluowała. Kiedy chłopów do ziemi przywiązał w 1496 roku król Jan Olbracht, musieli pańszczyznę odrabiać kilka dni w roku, ale już ćwierć wieku później Zygmunt Stary zwiększył ją do kilku dni w tygodniu.

Pańszczyzną nie można się zajmować bez szerszego kontekstu, bo Polska nie była przecież samotną wyspą. Umacnianie się i rozwijanie pańszczyzny od XVI wieku związane było z ekspansją kolonialną Europy, która grabiąc złoto za oceanem, spowodowała znaczący wzrost popytu na dobra konsumpcyjne. W Polsce środków na te dobra dostarczała panom niewolnicza praca chłopów.

Co tej podobno głupiej, ciemnej i biernej chłopskiej masie bardzo się nie podobało, więc buntowała się - wbrew powszechnej opinii - coraz częściej przeciw szlachcie i klerowi.

Nieraz słyszałem, że na Zachodzie były bunty chłopskie, a u nas ich nie było. Pomyślałem, ale jak to? A nasza rabacja galicyjska? Przecież to był największy bunt chłopski w XIX wieku w Europie. I kiedy zacząłem się wgryzać w historię, okazało się, że chłopi wzniecali bunt przeciw pańszczyźnie niezliczoną ilość razy.

Często przy okazji.

Tak, to jest coś charakterystycznego dla chłopskich buntów, że wybuchały przy jakiejś okazji. Powód był prosty: samotny i otwarty bunt przeciw panom był działaniem straceńczym, groził śmiercią. Chłopi wykorzystywali więc większe niepokoje - jak planowane powstanie krakowskie czy powstanie Chmielnickiego - by przy tej okazji załatwić swoje sprawy.

Ale wielkie zrywy nie były jedyną formą oporu.

Był nią tak zwany opór codzienny, jedyna forma dostępna dla chłopów bez większego ryzyka. Ten cichy opór pozwalał podważać system i pielęgnował przekonanie, że nie jest się tak do końca niewolnikiem.

On mnie, przyznaję, zafascynował bardziej niż ten otwarty, zbrojny. Bo rozmaite formy pozorowania i sabotowania pracy pańszczyźnianej, udawanie leniwego albo głupka, żarty z panów i osnuty wokół nich folklor świadczą o inteligencji, sprycie i pomysłowości chłopów. Zaskoczyły cię te odkrycia?

Nie zaskoczyły mnie, bo sam się wywodzę z ludu i takie drobne formy codziennego oporu znam od dzieciństwa. Jak z dowcipu o facecie, który codziennie wywoził z zakładu pracy taczkę z piaskiem. Strażnicy przeszukiwali piasek, niczego nie znajdowali i zastanawiali się, co on kradnie. Pointa jest taka, że kradł taczki. Podobnie działali chłopi, co zacząłem dostrzegać dzięki lekturom poświęconym amerykańskiemu niewolnictwu, gdzie także stosowano strategię "na głupka". Po co? Po to, żeby uniknąć potencjalnie srogiej kary. Jeśli właściciel uważa niewolnika za zwykłego głupka, więcej ujdzie mu płazem.

Mówimy o chłopach, ale były też przecież chłopki, które, wydaje się, miały jeszcze gorzej, bo oprócz tego, że tak samo ciężko pracowały, to jeszcze musiały rodzić dzieci i były narażone na przemoc seksualną.

Zgoda, ale mam też taką intuicję, że chłopki wcale nie były tak do końca podporządkowane woli chłopów i chciałbym się nad tym tematem pochylić w planowanej książce o kobietach na polskiej wsi. Są takie interpretacje, które twierdzą, że patriarchalizm wywodzi się z kultury elit, bo to w elitach kobieta musiała tylko rodzić i ładnie wyglądać. Tymczasem na wsi kobiety pełniły niezwykle ważną rolę: pracowały, zarządzały gospodarstwem domowym, wychowywały dzieci - nie miały przecież niań i guwernantek - i brały aktywny udział w chłopskich buntach. Wynikałoby z tego, że w kulturze ludowej pozycja kobiety mogła być znaczniejsza niż w warstwach wyższych.

Myślę podobnie, jednak w relacji z panami było znacznie gorzej.

Rzeczywiście, w twórczości folklorystycznej mamy sporo przekazów o gwałtach panów na chłopkach. I to naprawdę wstrząsających. Nieraz obroną przed seksualną napaścią były "czary", a dokładnie strach pana przed rzuceniem na niego czy jego najbliższych uroku.

Chłopi handlujący podczas jarmarku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Chłopi handlujący podczas jarmarku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ciekawa w systemie pańszczyźnianym jest rola Kościoła katolickiego, który nie tylko czerpał z niewolniczej pracy chłopów ogromne zyski, ale także używał Biblii do uzasadnienia pańszczyzny, ucząc chłopów, że służenie panom to jak służenie samemu Jezusowi.

Kościół, ogromny posiadacz ziemski, czerpał zyski nie tylko z pańszczyzny, ale też z mesznego, czyli podatku dla parafii za odprawianie mszy, czy dziesięciny. Co prawda zdarzali się księża pochodzący z ludu, ale było ich stosunkowo niewielu, a ich możliwości awansu były bardzo ograniczone - mogli zostać najwyżej wiejskimi proboszczami. Generalnie duchowieństwo wywodziło się ze szlachty i mieszczaństwa, więc miało do chłopów wiadomy stosunek.

Znów muszę tu przywołać amerykańskie niewolnictwo: w XIX wieku powstała specjalna Biblia dla niewolników. Zawierała ona wybór rozmaitych fragmentów Pisma Świętego, które miały uzasadniać podległość czarnych i służenie białym. W tym samym okresie podobne dzieło powstaje też w Polsce i ma oczywiście uzasadniać podległość chłopów i służenie panom - szlachcie i Kościołowi.

Piszesz w książce o zrywach, które można liczyć w setkach, i które, chciałbym się tu na chwilę zatrzymać, były niemal zawsze zaplanowane i zorganizowane. Obalasz tym samym kolejny stereotyp o szalonym chłopie z widłami.

Obrazki przedstawiające bunty chłopskie postacią wściekłego, może jeszcze pijanego chłopa, który biegnie na oślep z kosą, nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Wieś wiedziała doskonale, że czynny opór musi być szczegółowo zaplanowany, musi w nim uczestniczyć cała wieś, musi mieć jasne cele i musi mieć przywódców. Wszystko to odbywa się kolektywnie i demokratycznie. Zwróć uwagę, że kiedy w Europie dominują monarchie absolutystyczne, a w Polsce trwa w najlepsze szlacheckie bezhołowie, chłopi potrafią się znakomicie organizować.

Wykorzystując do działania odpowiednie przygotowanie.

Ważną rolę odgrywał tu folklor, dowcipy o panu, piosenki, złorzeczenie. Wszystko to budowało między ludźmi nic porozumienia, zarysowywało granice my - oni, wytwarzało emocje wobec onych, a co za tym idzie - gniew. Na koniec dochodziło do wybuchu.

Warto też zwrócić uwagę, że kultura chłopska wykształciła sposoby opanowywania gniewu, jeśli wybuch narażałby na niepotrzebną przemoc i represje. Podobne strategie wykształcili czarni niewolnicy w Stanach - mieli grę polegającą na tym, że dwie osoby stają naprzeciwko siebie i się obrażają. Przegrywa ta, która pierwsza straci panowanie nad sobą. Wszystko po to, by w sytuacji kontaktu z panem umieć opanować gniew i uniknąć kary. Polscy chłopi wymyślili podobne gry.

Symbolem chłopskich buntów będzie chyba po wsze czasy Jakub Szela, który padł - w dużej mierze za sprawą historii pisanej przez panów - ofiarą czarnego PR-u. Czy da się go dzisiaj oczyścić, zbudować mu pomnik, i czy w ogóle jest sens?

Rabacja galicyjska obrosła taką ilością mitów, że dzisiaj wydaje się trudne ich obalenie i oczyszczenie Szeli. A czy warto? Nie wiem. Rabacja jest dwuznaczna. Mamy bowiem do czynienia ze zrywem chłopskim, ale opartym na brutalnej przemocy. Dlatego wolałbym stawiać pomniki kobietom z ludu, na których barkach ciążyło przetrwanie polskiej wsi.

A sam Szela jest oczywiście niezwykle interesujący i nie zasługuje na tak czarną legendę, ale zamiast pomnika lepszy były film o Jakubie Szeli. Oczywiście z Bradem Pittem w roli głównej.

Dr Michał Rauszer, autor książki 'Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich' (fot. Elżbieta Durys)
Dr Michał Rauszer, autor książki 'Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich' (fot. Elżbieta Durys)

Dr Michał Rauszer. Kulturoznawca i antropolog, adiunkt w Zakładzie Interdyscyplinarnych Badań nad Kulturą Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się badaniami nad buntami, oporem i rewolucjami. Właśnie, nakładem Wydawnictwa RM, ukazała się jego nowa książka "Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku