Donald i Melania Trump

Donald i Melania Trump (Fot. Evan Vucci / AP Photo)

ludzie

W domu Trumpów dzieci kłamały, żeby przetrwać. Donald musiał być twardy za wszelką cenę

Pewność siebie Donalda, jego przekonanie, że reguły społeczne go nie dotyczą, oraz demonstrowane przy każdej okazji poczucie własnej wartości przyciągały do niego określony typ ludzi. Wiele osób wciąż myli jego arogancję z siłą, jego fałszywą zuchwałość z sukcesem - pisze w książce "Zbyt wiele i nigdy dość" Mary L. Trump, bratanica Donalda Trumpa. Publikujemy jej fragmenty.

Dla dzieci Trumpa [Freda Trumpa, ojca Donalda, Maryanne, Freda Jr., Elizabeth i Roberta - przyp.red] kłamstwo było sposobem na przeżycie. Dla najstarszego syna, Freddy'ego, wręcz mechanizmem obronnym - nie tylko metodą uniknięcia kary czy nagany ze strony ojca, jak w przypadku rodzeństwa, ale i sposobem na przetrwanie. Na przykład Maryanne nigdy nie sprzeciwiała się ojcu. Być może w obawie przed zwykłą karą, taką jak zakaz wychodzenia z domu czy odesłanie do pokoju. Z kolei Donald za pomocą kłamstwa starał się przedstawić samego siebie w jak najlepszym świetle, by przekonać innych, że jest lepszy, niż był w rzeczywistości. Dla Freddy'ego konsekwencje sprzeciwiania się ojcu były całkiem inne, zarówno pod względem skali, jak i rodzaju kary. Kłamstwo stało się jedyną obroną przed naciskami ze strony Freda, który próbował stłumić wrodzone poczucie humoru syna, chęć zabawy i wrażliwość.*

(...)

Trudno zrozumieć do końca, co się dzieje w obrębie nawet zwykłej rodziny - być może najtrudniej przychodzi to członkom tego rodzinnego stada. Bez względu na to, jak rodzic traktuje swoje dzieci, te nie są w stanie uwierzyć, że chce im zrobić krzywdę. Dlatego Freddy skłonny był przypuszczać, że ojciec chce tylko jego dobra. Nie był w stanie dopuścić do siebie myśli, że to on sam jest dla ojca problemem. Innymi słowy, wolał chronić swą miłość do ojca, niż bronić się przed przemocą z jego strony. Donald z kolei brał zachowanie ojca wobec jego brata za dobrą monetę:

- Tata nie chce skrzywdzić Freddy'ego. Próbuje nas tylko nauczyć, jak być prawdziwymi mężczyznami. A Freddy'emu się to nie udaje.

Przemoc bywa cicha i skryta równie często - a może nawet częściej - jak głośna i agresywna. O ile mi wiadomo, mój dziadek nie stosował przemocy fizycznej, a nawet nie złościł się zbyt gwałtownie. Nie musiał: oczekiwał, że dostanie to, czego chce, i niemal zawsze dostawał. Irytował go nie tyle fakt, że nie był w stanie wychować syna na swój sposób, ile świadomość, że Freddy po prostu nie jest tym, kim chciałby go widzieć. Fred niszczył najstarszego syna, deprecjonując i wyszydzając wszystkie cechy jego charakteru oraz wrodzone umiejętności. Doszło do tego, że jedyne, co zostało Freddy'emu, to obwinianie samego siebie i rozpaczliwa potrzeba przypodobania się człowiekowi, któremu na nim nie zależało. Donaldowi udało się uniknąć podobnego losu tylko dlatego, że ze względu na swoją osobowość pomagał Fredowi osiągać jego cele. Właśnie tak postępują socjopaci: wykorzystują innych do realizacji własnych planów - bezwzględnie i skutecznie, nie tolerując oporu ani sprzeciwu.

Fred zniszczył Donalda, choć w inny sposób niż starszego syna: nie stłamsił go tak jak Freddy'ego, lecz pozbawił możliwości rozwijania i odczuwania całego spektrum ludzkich emocji. Ograniczając Donaldowi dostęp do jego własnych uczuć i uznając wiele z nich za niedopuszczalne, Fred wypaczył jego postrzeganie świata i pozbawił umiejętności życia we wspólnocie. Zamiast być po prostu sobą, Donald stał się w znacznym stopniu przedłużeniem ambicji swego ojca. Jego "ja" zostało okaleczone i ograniczone.

Donald stał się w znacznym stopniu przedłużeniem ambicji swego ojca (fot. Evan Vucci / AP Photo)
Donald stał się w znacznym stopniu przedłużeniem ambicji swego ojca (fot. Evan Vucci / AP Photo)

Konsekwencje takiego podejścia stały się widoczne, gdy Donald rozpoczął naukę w szkole. Żadne z rodziców nie współdziałało z nim w sposób, który pomógłby mu zrozumieć świat, a to w jeszcze większym stopniu pozbawiło go umiejętności nawiązywania kontaktów i współżycia z innymi ludźmi. Na dodatek brak więzi z rodzicami stworzył także barierę nie do przejścia między nim a resztą rodzeństwa. Utrudniło mu też znacząco - a może i całkiem uniemożliwiło - odczytywanie sygnałów społecznych, co po dziś dzień jest dla niego poważnym problemem.

W układzie idealnym zasady obowiązujące w domu są odzwierciedleniem reguł społecznych, więc gdy dzieci wychodzą w świat, wiedzą zwykle, jak się zachować. Gdy idą do szkoły, wiedzą, że nie powinny zabierać nikomu zabawek ani dręczyć czy bić innych dzieci. Donald tego nie rozumiał, gdyż zasady panujące w "Domu", przynajmniej w odniesieniu do chłopców (bądź twardy za wszelką cenę; kłamstwa są w porządku, a przyznawanie się do błędu lub przepraszanie to przejawy słabości), stanowiły zaprzeczenie tego, z czym spotkał się w szkole. Fred miał sprecyzowane poglądy na temat funkcjonowania tego świata - w życiu może być tylko jeden zwycięzca, wszyscy pozostali to przegrani (koncepcja, która zasadniczo wykluczała możliwość dzielenia się z innymi), a dobroć jest słabością. Donald wiedział - bo przekonał się o tym, obserwując Freddy'ego - że jeśli nie dostosuje się do zasad ojca, zostanie ukarany okrutnym i często publicznym upokorzeniem. Starał się więc nimi kierować nawet wtedy, gdy Fred tego nie widział. Nic więc dziwnego, że jego pojmowanie "dobra" i "zła" różniło się zasadniczo od koncepcji obowiązujących w większości szkół podstawowych.

Przybierająca na sile arogancja Donalda, będąca po części obroną przed poczuciem porzucenia i antidotum na niską samoocenę, skrywała w istocie coraz większy brak pewności siebie. W konsekwencji Donald trzymał większość ludzi na dystans. Tak było łatwiej.

Donald Trump w Białym Domu (fot. Evan Vucci / AP Photo)
Donald Trump w Białym Domu (fot. Evan Vucci / AP Photo)

Życie w "Domu" sprawiało, że wszystkie dzieci miały takie czy inne problemy z emocjami - nie umiały ich wyrażać lub konfrontować się z nimi. Prawdopodobnie dotykało to mocniej chłopców, bo zakres uczuć, na które im pozwalano, był bardzo wąski. (Nigdy nie widziałam, by którykolwiek mężczyzna w mojej rodzinie płakał lub okazywał uczucia inaczej niż poprzez uściśnięcie dłoni, które rozpoczynało i kończyło wszystkie spotkania). Zbliżanie się do innych dzieci lub dorosłych mogło być odbierane jako niebezpieczna zdrada wobec ojca. Niemniej jednak pewność siebie Donalda, jego przekonanie, że reguły społeczne go nie dotyczą, oraz demonstrowane przy każdej okazji poczucie własnej wartości przyciągały do niego określony typ ludzi. Wiele osób wciąż myli jego arogancję z siłą, jego fałszywą zuchwałość z sukcesem, a powierzchowne zainteresowanie nimi samymi z charyzmą.

Donald szybko odkrył, jak łatwo zaleźć za skórę Robertowi i wyprowadzić go z równowagi; nigdy nie nudził się tą zabawą. Nikomu innemu nawet nie chciałoby się tego robić - Robert był tak chudy i spokojny, że dręczenie go nie przynosiło żadnej satysfakcji - ale Donald lubił korzystać ze swojej przewagi, nawet jeśli dotyczyło to tylko jego młodszego, drobniejszego i słabszego brata.

Pewnego razu, przepełniony frustracją i poczuciem bezradności, Robert wybił kopniakiem dziurę w drzwiach do łazienki, za co poniósł surową karę, mimo że to Donald doprowadził go do takiego stanu.

Gdy matka mówiła Donaldowi, by przestał, nie słuchał jej; gdy Maryanne i Freddy prosili go o to samo, również ich lekceważył. Pewnego razu chłopcy dostali na Gwiazdkę trzy ciężarówki firmy Tonka, które wkrótce stały się ulubionymi zabawkami Roberta. Gdy tylko Donald to odkrył, zaczął chować auta przed bratem i udawał, że nie ma pojęcia, gdzie mogą być. Gdy zdarzyło się to po raz ostatni, a Robert nie panował nad emocjami, Donald zagroził, że zniszczy zabawki na jego oczach, jeśli nie przestanie płakać. Robert szukał ratunku u matki. Mary postanowiła ukryć samochody na strychu, w istocie karząc Roberta, który nie zrobił nic złego, i umacniając Donalda w przekonaniu, że jest niezwyciężony.

Prezydent Donald Trump przemawia podczas pierwszej debaty prezydenckiej z byłym wiceprezydentem Joe Bidenem, kandydatem na prezydenta Demokratów (fot. Patrick Semansky / AP Photo)
Prezydent Donald Trump przemawia podczas pierwszej debaty prezydenckiej z byłym wiceprezydentem Joe Bidenem, kandydatem na prezydenta Demokratów (fot. Patrick Semansky / AP Photo)

Wtedy jeszcze Donald nie został nagrodzony za egoizm, zawziętość czy okrucieństwo, ale i nie poniósł za nie kary. Mary zajmowała pozycję obserwatora. W tamtej sytuacji nie interweniowała i nie pocieszyła syna, zachowując się tak, jakby to do niej nie należało. W rodzinie Trumpów istniały podziały związane z płcią, wyjątkowo głębokie nawet jak na lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Mimo że matka Freda była jego partnerem biznesowym - to przecież ona założyła firmę - Fred i jego żona nigdy nie funkcjonowali w partnerskich relacjach. Ona zajmowała się dziewczynkami, on chłopcami. Kiedy Mary wybierała się w coroczną podróż do domu rodzinnego na Isle of Lewis, towarzyszyły jej tylko Maryanne i Elizabeth. Mary gotowała chłopcom posiłki i prała ich ubrania, nie uważała jednak, że to ona powinna ich wychowywać. Rzadko nawiązywała jakiekolwiek interakcje z ich przyjaciółmi, a jej relacje z synami, naruszone już w znacznym stopniu przez doświadczenia z ich wczesnego dzieciństwa, stale się pogarszały.

Kiedy czternastoletni Freddy wysypał miskę tłuczonych ziemniaków na głowę siedmioletniego wówczas brata, duma Donalda ucierpiała do tego stopnia, że wciąż nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego nawet wiele lat później, czyli w roku 2017, gdy Maryanne przywołała to wspomnienie, wznosząc toast podczas kolacji urodzinowej w Białym Domu. W istocie był to nic nieznaczący incydent - a właściwie powinien taki być. O co poszło? Donald w tamtym czasie dręczył Roberta i nikt nie potrafił go powstrzymać. Już w wieku siedmiu lat nie zamierzał słuchać matki, którą po chorobie i traumie, jaką wywołał jej stan, traktował z pogardą. W końcu płacz Roberta i złośliwość Donalda stały się nie do zniesienia, a Freddy, kierowany chęcią wymierzenia sprawiedliwości, co później stało się rodzinną legendą, sięgnął po pierwszą dostępną rzecz, która nie wyrządziłaby bratu większej krzywdy - miskę z purée ziemniaczanym.

Wszyscy wybuchnęli niepowstrzymanym śmiechem. A śmiali się z Donalda. Wtedy po raz pierwszy Donald został upokorzony przez kogoś, kogo już wówczas uważał za gorszego od siebie. Wcześniej nie rozumiał, że upokorzenie jest bronią, po którą mogą sięgać obie strony konfliktu. Fakt, że to właśnie Freddy wciągnął go do świata, w którym upokorzenie mogło dotknąć jego, tylko uczyniło całą sytuację jeszcze bardziej nieznośną. Od tego czasu nigdy nie pozwolił, by to uczucie dosięgnęło go ponownie. Tylko on mógł trzymać tę broń i tylko inni mogli być jej ofiarami.

*Fragmenty książki "Zbyt wiele i nigdy dość" Mary L. Trump, tłumaczenie: Janusz Ochab

Mary L. Trump. Bratanica prezydenta i doświadczona psycholożka kliniczna. Spędziła dzieciństwo w ogromnym domu dziadków w nowojorskiej dzielnicy Queens. Tu dorastał też Donald Trump i czwórka jego rodzeństwa. Ich dojrzewanie pod okiem narcystycznego ojca i pod nieobecność ciężko chorej matki było ciągiem traum oraz tragicznych doświadczeń odrzucenia i przemocy. Mary szczegółowo analizuje relację bezwzględnego i brutalnego Freda Trumpa z jego dwoma najstarszymi synami, Fredem Jr. oraz Donaldem oraz to, w jaki sposób Donald budował swoją pozycję w klanie i jak po latach z okrucieństwem odrzucił ojca, który zachorował na chorobę Alzheimera. 

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W FORMIE PAPIEROWEJ LUB EBOOKA

Autorka książki 'Zbyt wiele i nigdy dość' Mary L. Trump (fot. Materiały prasowe)
Autorka książki 'Zbyt wiele i nigdy dość' Mary L. Trump (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku