Płytka umieszczona na sondzie Pioneer 10

Płytka umieszczona na sondzie Pioneer 10 (fot. NASA)

"Sonda", czyli jak się mądrze kłócić o naukę

Zanim Carl Sagan nakręcił swój przełomowy "Kosmos", w Polsce już mieliśmy ludzi, którzy pasją, zapałem i charyzmą sprawili, że nauka weszła pod strzechy. Mijają właśnie 43 lata od pierwszego wydania "Sondy" i 31 lat od śmierci Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego. Dziennikarzy, którzy pokazali kolejnym pokoleniom, jak trzeba mówić o skomplikowanych sprawach, by każdy potrafił je zrozumieć.

- W wypadku samochodowym zginęli moi, nasi koledzy: Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński, twórcy telewizyjnej "Sondy". Do tragedii doszło dziś rano w Raciborzu. Samochód prowadził Andrzej Gieysztor, przedstawiciel firmy Elf.  On też zginął. Peugeot wpadł w poślizg, zderzył się czołowo z ciężarówką - powiedział w wieczornym wydaniu Dziennika Telewizyjnego Krzysztof Bartnicki, i dodał: - Andrzej Kurek miał 42 lata. Był fizykiem. (...) Zdzisław Kamiński był o rok starszy. Absolwent SGPiS [dzisiejsza SGH - przyp. red.]. (...) Znakomici telewizyjni twórcy, pełni inwencji, pełni życia. Jechali do raciborskiej fabryki kotłów Rafako, by omówić sprawy związane z realizacją kolejnego programu "Sonda". Ale ten program już się nie ukaże.

Do tragedii doszło w piątek 29 września 1989 roku. O poranku. Na prostej drodze. Gieysztor, doświadczony kierowca i pilot rajdowy, zjechał na przeciwny pas ruchu i zderzył się czołowo ze starem. Początkowo mówiono, że samochód wpadł w poślizg, bo wjechał w plamę oleju. Dopiero po czasie ustalono, że zawiniła brawura - Gieysztor zdecydował się na manewr wyprzedzania, nie mając odpowiedniej widoczności. Ta decyzja pochłonęła trzy życia.

Zróbmy to jak w BBC

Dokładnie 527. Tyle półgodzinnych odcinków udało się nakręcić w trakcie 12 lat emitowania "Sondy". Program opowiadał o najnowszych zdobyczach techniki, eksploracji kosmosu, skomplikowanych zagadnieniach biologicznych i medycznych. Ze śnieżących rubinów i neptunów płynął na wskroś futurologiczny przekaz: że komputery odmienią świat, że rozwój medycyny i biotechnologii poradzi sobie z nowotworami, a samochody będą jeździły na ciekłym azocie. Wszystko opowiedziane tak przejrzyście, tak lekko i z werwą, że wiek odbiorców nie miał znaczenia. "Sondę" oglądali  rodzice i dzieci, wykładowcy uniwersyteccy i robotnicy. Program był oknem na świat poza żelazną kurtyną, dawał też spojrzenie w przyszłość.

A zaczęło się od kilku kolorowych pudeł z filmami dostarczonymi do Naczelnej Redakcji Oświatowej Telewizji Polskiej przez British Council. Któregoś letniego popołudnia 1977 roku pudła przykuły uwagę Andrzeja Kurka, magistra fizyki, niedawno przeniesionego do telewizji z Polskiego Radia, oraz Marka Siudyma, młodego adepta dziennikarstwa. W pudłach znajdowały się taśmy z "Tomorrow's World" BBC [Świat jutra - przyp. red.], kultowego brytyjskiego programu popularnonaukowego, którego pierwszy odcinek wyemitowano w 1965 roku, a cykl zakończono 38 lat później. W latach 70. ubiegłego wieku każdy odcinek serii BBC oglądało około 10 milionów widzów. Twórcy programu przybliżali wiedzę o kosmosie, zaglądali do laboratoriów biologicznych, chemicznych i wszędzie tam, gdzie  działo się coś ciekawego związanego z nauką. Charakterystyczny, elektroniczny temat przewodni "Tomorrow's World" zwiastował cotygodniową dawkę naukowych ciekawostek, prezentowanych z lekkością i polotem. Brzmi znajomo?

Gdy Kurek i Siudym obejrzeli pierwszą taśmę, zrozumieli, że mają w ręku gotowca. Że wystarczy przetłumaczyć fragmenty programów, dodać własne wstawki, może jakiegoś rodzimego eksperta i program oświatowy będzie gotowy. To nie były czasy, w których przejmowano się prawami autorskimi. Jeśli coś trafiało za żelazną kurtynę, można było to wykorzystać i już, bez oglądania się na prawne standardy.

Redaktorzy oglądali kolejne odcinki z zeszytem w ręku, robiąc notatki i zapisując pomysły. Przez następne lata właśnie ten zeszyt będzie ich najcenniejszym skarbem. Bez niego nie mogło się odbyć żadne kolegium, żadne spotkanie produkcyjne. Pomysł na program był gotowy. Jednak obaj dziennikarze byli wówczas młokosami, nie mieli szansy na własną, niezależną audycję. Pomógł im przypadek. Z anteny spadła "Eureka", nadawany przez 20 lat pierwszy polski program edukacyjny, i redakcja szukała świeżego pomysłu. Nowy program miał już nawet nazwę: "Przygoda z nauką". Napisanie scenariusza pierwszego odcinka powierzono Zofii Żukowskiej, autorce cenionej serii  "Klinika zdrowego człowieka".

"Sonda" powstawała w oparach kawy i papierosowego dymu, w mieszczącej się w gmachu telewizji kawiarni Kaprys. To tam redaktor Żukowska zabrała redaktora Kurka, by przedyskutować pierwszy odcinek "Przygód z nauką", szczęśliwie zmienionych później na "Sondę". To wreszcie tam przez szereg lat odbywały się spotkania ekipy, która przez 12 lat raz w tygodniu musiała wyprodukować nowy program. Można powiedzieć, że gdyby nie Kaprys, nie byłoby "Sondy".

Pierwszy odcinek programu został wyemitowany 8 września 1977 roku o godzinie 18.20. Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało, że przez kolejne lata miliony Polaków w skupieniu będą słuchać kosmicznych opowieści Andrzeja Kurka i sceptycznych uwag Zdzisława Kamińskiego.

Dwa żywioły

Kamiński dołączył do duetu Siudym - Kurek już w trzecim programie pierwszej serii. Postawnego bruneta noszącego się jak Zbigniew Cybulski - w kurtce z demobilu i w masywnych okularach - przyprowadziła do redakcji niezastąpiona Zofia Żukowska. Uznała, że jeden z prowadzących powinien być typem entuzjasty, miłośnikiem wszystkiego, co nowe, przełomowe i wyrastające poza rzeczywistość. Za to drugi powinien grać rolę sceptyka, osoby pełnej wątpliwości i mocniej stąpającej po ziemi. I tak narodził się mistrzowski duet, w którym Andrzej Kurek, entuzjastycznie prezentujący rozwój komputerów i przekonujący, że już za kilka lat każdy będzie miał swoje osobiste urządzenie, zderzał się ze Zdzisławem Kamińskim, kręcącym nosem i mówiącym, że po co te całe komputery, skoro wielka nauka, w której miały pomóc, została zastąpiona grami komputerowymi. Gdy jeden był ogniem, drugi był wodą. I tak przez kilkaset programów. To był strzał w dziesiątkę.

"Andrzej Kurek był zwykle spokojny, wycofany, zamyślony - typowy introwertyk. Właściwie nie odzywał się aż do momentu zapalenia się czerwonego światełka na kamerze. Zdzisiek Kamiński był raczej jego odwrotnością - egzaltowany, narzucający swoje zdanie, energiczny choleryk. Cały czas coś poprawiał. Ta różnica doskonale sprawdzała się w studio" - napisał w książce "18.20 Sonda" Marek Siudym, trzeci z autorów programu.

Ta różnica była widoczna również w samym logo programu. Chińskim symbolu Yin-Yang oznaczającym równowagę między przeciwstawnymi siłami: światłem i cieniem, radością i smutkiem, wreszcie pierwiastkiem męskim i kobiecym. Przeciwstawnymi, lecz komplementarnymi, uzupełniającymi się, by wspólnie tworzyć jeden bogaty i różnorodny świat.

Logo zaprojektował sam Andrzej Kurek na otrzymanym od firmy OMC upragnionym komputerze ZX Spectrum. Komputer był raczej klawiaturą z gumowymi przyciskami, w zestawie z magnetofonem i kilkoma kasetami z programami. Należało podłączyć go do telewizora, by zyskać wizję. Reszta zespołu nie zapałała do sprzętu namiętnością, jednak Kurek nie mógł się oderwać od nowej zabawki. Poza nowym logo stworzył elektroniczne napisy, które kończyły program oraz odcinek "Nowy wspaniały świat" w całości poświęcony komputerom. To właśnie w tym odcinku Zdzisław Kamiński przekonywał, że komputery nie służą niczemu innemu poza graniem...

Właśnie dyskusje prowadzących, ich spory, przekomarzanie się sprawiły, że "Sonda" nie była tylko kolejnym programem popularnonaukowym, ale stała się wyznacznikiem dobrej, rzetelnej publicystyki. Co ciekawe, tylko Kurek miał wykształcenie pozwalające mu jako tako poruszać się w obranej tematyce. Jak napisał w "18.20 Sonda" Marek Siudym: "Sami nie byliśmy specjalistami w żadnej z prezentowanych dziedzin, dzięki czemu skala uproszczenia tematu, przez fachowców zwana trywializacją, nie odbiegała od możliwości zrozumienia przez przeciętnego widza. Ten widz, w naszym rozumieniu, miał wykształcenie średnie, ale oglądali to ludzie w każdym wieku, a spora część dzieci i młodzieży wolała >Sondę od >Teleranka".

Lej pan, ja płacę!

Już w pierwszym roku emisji programu widownia przekraczała 10 procent, czyli liczyła około trzech milionów widzów. W latach 80. sięgała nawet 30 procent. Wyobraźnię widzów rozpalały już pierwsze sceny programu, tzw. forszpan. To w trakcie tej pierwszej minuty prowadzący wychodzili z palących się budynków w srebrnych, niemal kosmicznych kombinezonach chroniących ich przed wysoką temperaturą, nurkowali i robili dziesiątki innych rzeczy, na które niewielu mogłoby sobie pozwolić.

"Według reguły Hitchcocka najpierw powinno być trzęsienie ziemi, a dopiero potem napięcie powinno stopniowo rosnąć. I tego przykazania trzymaliśmy się przez lata" - napisał Marek Siudym.

'Sonda' nie była tylko kolejnym programem popularnonaukowym, ale stała się wyznacznikiem dobrej, rzetelnej publicystyki (fot. Shutterstock)
'Sonda' nie była tylko kolejnym programem popularnonaukowym, ale stała się wyznacznikiem dobrej, rzetelnej publicystyki (fot. Shutterstock)

Mistrzem pierwszych minut był drobny Andrzej Kurek, który wcielał się w najróżniejsze postaci, a nawet bawił się w kaskadera. Pozwalał się spuszczać z helikopterów, nurkował w ciepłym basenie ubrany w piankę przeznaczoną do wód Bałtyku, przez co mało nie zemdlał z gorąca, i robił to wszystko z powagą i spokojem profesjonalisty. Nic nie mogło wyprowadzić go z równowagi. Jeden z odcinków rozpoczynał się na polu, na którym pasły się krowy. Kurek leżał na trawie, w tle były zwierzęta. Jednak operator dla uzyskania odpowiedniego kadru nieustannie przesuwał dziennikarza coraz bliżej stada. Wreszcie prowadzący wylądował metr od krowy i w takiej scenerii rozpoczął swój wywód. W połowie monologu operator dostrzegł, że krowa podnosi ogon i zaczyna oddawać mocz. Niemal przy głowie Kurka. Ale nawet to nie zmąciło spokoju dziennikarza, który jakby nigdy nic nadal opowiadał widzom o temacie rozpoczynającego się odcinka.

Mimo niewątpliwej rozpoznawalności dziennikarze nie prowadzili życia celebrytów, a ich relacje poza planem, choć nie były złe, nie należały do najlepszych. Każdy mieszkał w bloku w innej części Warszawy. Zdzisław Kamiński na Stegnach, Andrzej Kurek pomieszkiwał kątem u teściów na Ursynowie, a Marek Siudym na Wawrzyszewie. Poza pracą widzieli się rzadko. Siudym wspomina jedno z takich spotkań, gdy zaprosił kolegów wraz z małżonkami do siebie. Po wypiciu znacznej ilości bułgarskiego wina odprowadził wszystkich na postój taksówek, który jednak był raczej punktem umownym, bo w tamtych czasach taksówki nieczęsto pojawiały się w środku nocy na odległych osiedlach.

"Na szczęście przejeżdżający beczkowóz MPO na nasze machnięcie zatrzymał się z piskiem opon. Kurs na drugi koniec Warszawy nie stanowił problemu. Podobno Kurek był zachwycony i dopłacił ekstra za lanie wody. Co chwila krzyczał: no lej pan, ja płacę! Tak to przynajmniej relacjonował Danek, skręcając się przy tym ze śmiechu" - wspominał w książce Siudym.

O tym, jak "Sonda" nie pojawiła się w "Seksmisji"

Bliska współpraca, wspólne wyjazdy na targi oraz liczne zagraniczne wojaże, które sponsorowały dziennikarzom zachodnie firmy, chętnie chwalące się swoimi osiągnięciami w telewizji, wreszcie rosnąca z roku na rok rozpoznawalność odbiły się na wzajemnych stosunkach autorów programu. Pierwsze poważne zgrzyty pojawiły się w okresie stanu wojennego, gdy Siudymowi odebrano przepustkę do telewizji, za to Kurek z Kamińskim nadal robili kolejne odcinki "Sondy".

Rozmowa o tej sytuacji, jak opowiada w książce Marek Siudym, odbyła się w trakcie długiej samochodowej podróży do Wiednia, w którą wybrał się wraz ze Zdzisławem Kamińskim już po zakończeniu staniu wojennego, w 1984 roku:

"Atmosfera w trakcie jazdy stała się dosyć otwarta, postanowiłem więc zapytać Danka, jak to właściwie było z tą ich pracą na początku stanu wojennego. O dziwo, specjalnie nie ociągał się z odpowiedzią. A było tak... Po prostu któregoś  wieczoru w drzwiach mieszkania Danka stanął żołnierz i kazał [mu] udać się do dowództwa. Na dole czekał łazik. Zawieziono go do >bunkra przy Żwirki i Wigury, czyli telewizyjnego studia na czas stanu wojennego. Tam już czekał Kurek, którego ściągnięto w podobny sposób. (...) czy stosowano wobec nich jakąś presję - o tym niespecjalnie chciał rozmawiać. (...)

W czasie jazdy Danek złorzeczył na Andrzeja, wypominając mu brak zdecydowania, niepotrzebne zatrudnianie pracowników (...) niekonsekwencję i chwiejność w podejmowaniu decyzji, a wreszcie coś, co chyba najbardziej go dotknęło - współpracę z produkcją filmu >Seksmisja. Ponoć był tam na zdjęciach próbnych i miał zatrudnić się w tym filmie jako aktor, i to w roli głównej".

Po latach Marek Siudym zweryfikował tę informację u źródła, czyli u samego Juliusza Machulskiego, który stwierdził, że Kurek nigdy nie był brany pod uwagę do głównej roli w "Seksmisji". Potwierdził za to, iż padł pomysł, by na potrzeby prezentowanej w filmie "telewizji kobiet" zrobić żeńską wersję "Sondy", być może nawet ktoś powiedział, że to samego Kurka i Kamińskiego należałoby przebrać za kobiety na potrzeby tej produkcji.

Niezależnie od niesnasek program przetrwał 12 lat. Z wyprodukowanych ponad 500 odcinków zachowało się około 200. Wiele odcinków, szczególnie tych z pierwszych lat, skasowano. W czasach PRL-owskiego deficytu wszystkiego taśma filmowa była trudno dostępna, wykorzystywano ją więc wielokrotnie. Znaczna część zachowanych odcinków dostępna jest na YouTube. Na portalach społecznościowych działają też fankluby "Sondy", a w ubiegłym roku swoją premierę miał dokument "Sonda - 30 lat po zakończeniu emisji". I chociaż podjęto próbę reaktywacji programu, zdaje się, że z kultową "Sondą" jest zupełnie jak z zespołem Queen - niezależnie od tego jak świetni są trzej instrumentaliści grupy, bez Freddiego Mercury'ego to już nie może być to samo.

Sonda dla "Sondy"

Dr Tomasz Barciński, szef laboratorium mechatroniki i robotyki satelitarnej Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk

Z "Sondą" wiążą się jedne z moich najwcześniejszych wspomnień. Gdy tylko pojawiała się charakterystyczna czołówka programu, babcia sadzała mnie, wówczas małego berbecia, przed telewizorem. To był wyjątkowy moment w ciągu całego tygodnia. I chociaż moja rodzina w żaden sposób nie była związana z nauką, to wiedzę darzyła ogromną estymą. A sposób opowiadania prowadzących, z jednej strony precyzyjny, z drugiej lekki, wciągający, całkowicie naturalny, powodował, że nawet osoby bez wykształcenia w konkretnej omawianej przez nich dziedzinie nie czuły się przytłoczone.

Wiele lat później przypomniałem sobie o Kamińskim i Kurku, gdy zostałem wykładowcą i musiałem opowiadać o skomplikowanych problemach studentom pierwszego roku. Wówczas dotarło do mnie, jaką tytaniczną pracę wykonali, przekładając problemy techniczne, odkrycia naukowe z każdej dziedziny wiedzy na prosty język ubarwiony przykładami. Właśnie tak należy mówić, by zaciekawić ludzi, by sprawić, że chcą dowiedzieć się więcej.

"Sonda" pobudzała ciekawość świata, odczarowywała źle traktowane w szkole nauki ścisłe. Sprawiała, że chciało się wiedzieć więcej, w dodatku przekonywała, że zdobywanie tej wiedzy jest naprawdę wielką przygodą.

Dr Tomasz Barciński, szef laboratorium mechatroniki i robotyki satelitarnej Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk (fot. Archiwum prywatne)
Dr Tomasz Barciński, szef laboratorium mechatroniki i robotyki satelitarnej Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk (fot. Archiwum prywatne)

Łukasz Wilczyński, prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej i pomysłodawca European Rover Challange, największego wydarzenia kosmiczno-robotycznego na naszym kontynencie

Każde kolejne wydanie "Sondy" było niczym małe święto, taki całkowicie magiczny czas. Pierwsze dźwięki czołówki i było wiadomo, że ta PRL-owska szarość i niedosyt znikną, za to wkroczy się w barwny, pociągający świat niezwykłych osiągnięć technicznych, rozwiązań, jakie nie mieściły się w głowie przeciętnemu człowiekowi.

Najbardziej lubiłem odcinki poświęcone badaniom kosmosu. To z nich dowiadywałem się o kolejnych sondach wysyłanych przez wielkie agencje kosmiczne, o ich niezwykłych odkryciach. A to wszystko w czasach, gdy informacje naukowe były dostępne tylko wąskiemu gronu specjalistów. Nie było, jak dzisiaj, Internetu dostarczającego dowolną liczbę informacji na każdy temat, nie było łatwo znaleźć prasę popularnonaukową. Ale byli Kurek i Kamiński, i oni dawali nam to wszystko, dodatkowo oprawione ich fantastycznymi komentarzami.

Jestem przekonany, że moja trwająca po dziś fascynacja kosmosem narodziła się właśnie wtedy. Jestem również przekonany, że całe ogromne grono ludzi z mojego pokolenia na różne sposoby zajmuje się nauką, ponieważ "Sonda" nauczyła nas, że to fantastyczna sprawa. Wszyscy jesteśmy jej dłużnikami.

Łukasz Wilczyński, prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej i pomysłodawca European Rover Challange (fot. Wojciech Habdas / Agencja Gazeta)
Łukasz Wilczyński, prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej i pomysłodawca European Rover Challange (fot. Wojciech Habdas / Agencja Gazeta)

Dr hab. Grzegorz Brona, współzałożyciel Creotech Instruments i były szef Polskiej Agencji Kosmicznej

Moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z "Sondą" jest nieprzespana noc w oczekiwaniu na kosmitów. W programie poruszano temat możliwości istnienia obcych cywilizacji, a ja, wówczas mały chłopiec, tak się przejąłem, że nie mogłem spać.

To również w "Sondzie" po raz pierwszy usłyszałem o CERN i o czymś takim, jak akcelerator cząstek i cząstki elementarne, podstawowe budulce świata. Przypomniałem sobie o tym, gdy wiele lat później sam miałem okazję pracować przy badaniach prowadzonych w CERN dzięki największemu akceleratorowi świata, czyli Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów.

Wreszcie miałem okazję być gościem pierwszego odcinka "Sondy2", w którym omawialiśmy obecny stan badań kosmicznych oraz wkład Polaków w rozwój astronomii. Byłem bardzo przejęty, występując w programie, bo chociaż Andrzeja Kurka i Włodzimierza Kamińskiego już w nim nie było, to dopiero na planie uświadomiłem sobie, jak olbrzymim wyzwaniem jest opowiadanie o skomplikowanych tematach tak, by każdy był w stanie to zrozumieć. Ci ludzie nadali ton dyskursowi popularnonaukowemu na całe pokolenia.

Dr hab. Grzegorz Brona, współzałożyciel Creotech Instruments i były szef Polskiej Agencji Kosmicznej (fot. Archiwum prywatne)
Dr hab. Grzegorz Brona, współzałożyciel Creotech Instruments i były szef Polskiej Agencji Kosmicznej (fot. Archiwum prywatne)

Jan Stradowski, dziennikarz popularnonaukowy, autor audycji "Człowiek 2.0" w TOK FM oraz redaktor prowadzący "Focusa"

Oglądałem "Sondę" za młodu i przez pewien czas byłem przekonany, że wszyscy to robili. Ostatecznie był to wówczas jedyny program popularnonaukowy w telewizji, więc jak można by go było nie oglądać? Dopiero po latach zrozumiałem, że "Sonda" trafiła przede wszystkim do osób, które dziś nazywamy nerdami - czyli m.in. do mnie i do podobnych mi ludzi. "Sonda" była też programem inspirującym. Przemawiała do mnie formuła dyskusji między dwoma prowadzącymi, której podstawą była umiejętność zadawania pytań, słuchania odpowiedzi i formowania kontrargumentów. Sądzę, że to m.in. dzięki temu nauczyłem się warsztatu, który dziś przydaje mi się przy nagrywaniu audycji i podcastów. Sentyment do "Sondy" sprawił, że przyjąłem od Tomasza Rożka propozycję pojawiania się w odcinkach "Sondy2" i współtworzenia niektórych z nich. Choć czasami staraliśmy się nawiązywać dialogami do dawnych rozmów Kurka i Kamińskiego, formuła była już odmienna. Mimo to i tak sądzę, że warto było wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Dzięki niemu przynajmniej przez jakiś czas telewizja publiczna miała autorski program popularnonaukowy na antenie.

Może to już czas na aktualizację ?? fot. Bartosz Dąbrowski (TOK FM)

Opublikowany przez Jana Stradowskiego Poniedziałek, 23 września 2019

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl, Magazynem Wirtualnej Polski oraz z Focusem. Współautorka książki "Człowiek istota kosmiczna".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku