Praca za 360 tys. zł rocznie zamieniła go w zombie. Wstyd mu było, że dostaje wypłatę za nierobienie niczego

Praca za 360 tys. zł rocznie zamieniła go w zombie. Wstyd mu było, że dostaje wypłatę za nierobienie niczego (fot: Shutterstock.com)

społeczeństwo

Mobbing w białych rękawiczkach. "Najpierw przeglądasz cały Internet, a potem zamykasz się w biurze i płaczesz"

Nie tylko nadmiar pracy, stres czy autorytarny szef mogą doprowadzić do wypalenia zawodowego skutkującego objawami depresji. Nie mniej groźne może być coś zgoła odwrotnego - znudzenie pracą: praca poniżej ambicji, niemożność realizowania swojego potencjału.

44-letni François Desnard poświęcił kilka lat swojego życia francuskiej firmie perfumeryjnej Interparfums. Cztery ostatnie wspomina jako piekło. Dlaczego? Gdy kontrakt z jednym z ważnych klientów się skończył, przełożeni zaczęli prosić go o wykonywanie zadań nudnych, poniżej jego ambicji - do jego obowiązków miało należeć drukowanie dokumentów, ustawienie nowego tabletu prezesa, wpuszczenie hydraulika do jego domu. Desnard twierdził, że rzeczywista praca zajmuje mu dziennie od 20 do 40 minut. Ta sytuacja wpędziła go w stan skrajnego zmęczenia, nie miał energii, czuł się niewidoczny, winny i było mu wstyd, że dostaje wypłatę za nic nierobienie. "Najpierw przeglądasz cały Internet, a po jakimś czasie po prostu zamykasz się w biurze i płaczesz" - opowiadał francuskiemu "Le Monde".

Desnard wpadł w depresję. A w 2014 roku, podczas jazdy samochodem, dostał ataku epilepsji, który skończył się wypadkiem. Poszedł na siedmiomiesięczne zwolnienie. Po pół roku firma podziękowała mu za współpracę z powodu jego przedłużającej się nieobecności, która miała rzekomo wywołać dezorganizację w firmie.

Firmie, w której pracował, poświęcił kilka lat swojego życia. Cztery ostatnie wspomina jako piekło (fot: Shutterstock.com)
Firmie, w której pracował, poświęcił kilka lat swojego życia. Cztery ostatnie wspomina jako piekło (fot: Shutterstock.com)

Desnard pozwał Interparfums, żądając unieważnienia zwolnienia. Twierdził, że atak epilepsji został wywołany przez pogarszający się stan jego zdrowia w związku z sytuacją w pracy. Przekonywał, że praca za 80 tys. euro (około 360 tys. zł) rocznie zamieniła go w zombie. Interparfums odpierała zarzuty, twierdząc, że Desnard w ciągu czterech lat nie zgłaszał przełożonym, że jest znudzony. W czerwcu 2020 roku Sąd Apelacyjny przyznał rację Desnardowi. Sytuację, w jaką wpędził 44-latka pracodawca, określił jako formę moralnego znęcania się. Interparfums musiała wypłacić Desnardowi 40 tys. euro odszkodowania.

Przewlekła frustracja

- Przychodzi do mnie pacjentka z objawami depresji. Mówi: nie sypiam, nie jem. Zaczynamy rozmawiać. Nagle pada hasło: zmarnowałam całe swoje zawodowe życie. Przez 20 lat uzupełniałam tabelki w Excelu, moja praca nie miała przełożenia na nic, nikt mnie nie doceniał. Albo przychodzi wykształcona prawniczka, po studiach zagranicznych, która od kilku lat pracuje w jednym z urzędów centralnych. Również z objawami depresji. Nagle mówi: "moi współpracownicy to idioci". Gdy tylko proponowała jakieś nowe rozwiązanie, była karcona. W końcu, ze strachu, że zostanie zwolniona lub przesunięta, przestała się w ogóle wychylać. Mówi: "muszę siedzieć cicho, nawet gdy dostrzegam niekompetencję" - opowiada Maciej Klimarczyk, psychiatra. Przekonuje, że kilka razy w miesiącu trafia do niego ktoś z objawami depresji wywołanymi poczuciem, że w pracy nie robi nic znaczącego, że nie może się rozwijać.  

Problem dotyczy przede wszystkim osób ambitnych, dla których ważny jest rozwój, stawianie sobie nowych wyzwań. Jak wynika z najnowszego raportu płacowego Hays, firmy doradztwa personalnego, drugą najważniejszą motywacją Polaków do zmiany pracy, zaraz po wyższych zarobkach, jest brak możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia. Coraz więcej firm nie składa też swoim pracownikom kontrofert. 

Według Klimarczyka stan znużenia pracą różni się od wypalenia zawodowego spowodowanego mobbingiem przede wszystkim tym, że daje o sobie znać dopiero po długim czasie, niekiedy po latach pracy w jednym miejscu. - Mobbing łatwiej zobaczyć, pracownik zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś się nad nim znęca, krzyczy na niego albo oczekuje pracy ponad miarę. Gdy taka osoba przychodzi do mojego gabinetu, często od razu wspomina o tym, że to atmosfera w pracy powoduje, że nie śpi po nocach, jest wiecznie napięta, podenerwowana. Inaczej jest w przypadku osób, które w pracy nie czują się doceniane ani potrzebne. Najpierw mówią, że są wciąż zmęczone, smutne, nie mogą spać, łatwo się dekoncentrują, ale właściwie nie wiedzą dlaczego, bo wszystko wydaje się być w porządku. Dopiero po dłuższej rozmowie wychodzi na jaw, że to z powodu przewlekłej frustracji wywołanej sytuacją w pracy - tłumaczy.

W złotej klatce

35-letni Andrzej od 10 lat pracuje w międzynarodowej firmie. Zaczynał jako szeregowy pracownik, z czasem awansował, w tej chwili zajmuje stanowisko dyrektorskie. Jak twierdzi, nie rozwija się od trzech lat. - Wszystko zmieniło przejęcie organizacji przez firmę francuską. Wcześniej, jako firma skandynawsko-brytyjska, przyświecała nam idea innowacyjności, nieustannego rozwoju, prowadziłem wiele ciekawych projektów. Francuzi, mimo że na zewnątrz komunikują, że dają pracownikom pole do działania, inicjatywy, gdy przychodzi co do czego i mogliby coś zmienić, nie robią tego, wolą, żeby zostało tak, jak jest - opowiada Andrzej. Andrzej, gdy widział, że w danym obszarze praca nie jest efektywna, i próbował coś zmienić, trafiał na opór, nawet nie ze strony szefa, ale pracowników. - Struktura w firmie jest pozioma. Nie jestem oficjalnie niczyim przełożonym. Wyegzekwowanie czegokolwiek u specjalistów to była droga przez mękę. A gdy informowałem o problemie prezesa firmy, w odpowiedzi słyszałem: załatwcie to między sobą - mówi Andrzej.

Dostrzegł, że z czasem zaczął przesiąkać nową kulturą firmy, co budzi w nim złość. - Kiedyś byłem pierwszy, który zauważał, że trzeba coś zmienić, i najczęściej słyszałem: super, róbmy to. Miałem poczucie, że jestem potrzebny, kreatywny, to, co robiłem, przekładało się na konkretny wynik, od którego między innymi zależało, jakiej wysokości dostanę premię roczną. Jeśli otrzymałem informację, że dzięki mnie firma zarobiła milion złotych, dokładnie wiedziałem, skąd ten milion się wziął. W tej chwili tego nie wiem, bo nowy zarząd nie przykłada większej wagi do mierzenia efektywności pracy, wszystko jest "na oko". A premię dostaję tak czy siak. To sprawia, że działam na pół gwizdka - opowiada Andrzej. Najgorsze, jak twierdzi, jest to, że jego praca jest doskonale przez firmę oceniana. - Czasem się zastanawiam - na jakiej podstawie? I kiedy ktoś się zorientuje, że niewiele robię? I gdy w końcu ktoś przyjdzie i spyta mnie, jakie są efekty mojej pracy, jak to udowodnię? - mówi. Andrzej, jak twierdzi, przeczytał już w pracy cały Internet, zdarza mu się, z nudów, zajmować rzeczami, którymi nikt zająć się nie chce - wezwać fachowca od klimatyzacji, zlecić naprawę biurka. - Czuję się, jakbym był w złotej klatce - dobrze zarabiam, nikt się mnie nie czepia, a jednocześnie stoję w miejscu i czas przecieka mi przez palce. Nie wiem, czy ta sytuacja wpływa na moje zdrowie, moja żona twierdzi, że to z powodu sytuacji w pracy mam problemy ze snem, jestem drażliwy - opowiada Andrzej.

Jest dyrektorem, a zdarza mu się wezwać fachowca do naprawy klimatyzacji (fot: Shutterstock.com)
Jest dyrektorem, a zdarza mu się wezwać fachowca do naprawy klimatyzacji (fot: Shutterstock.com)

Patrycja Załuska, ekspertka rynku pracy, właścicielka firmy RESTART KARIERY, która pomaga dokonać zmiany w karierze zawodowej, doskonale pamięta jednego ze swoich klientów, menadżera w dużej korporacji. - Przyszedł i powiedział: jestem wypalony zawodowo. Jak się okazało, czuł się tak od roku, kiedy zmienił mu się szef - wcześniej pracował z osobą dynamiczną, otwartą na zmianę, teraz przyszło mu współpracować z kimś o podejściu "robimy tylko tyle, ile trzeba, o 16 zapominamy o pracy" - opowiada. Jak mówi, jej klient poczuł, że przestał się rozwijać, nie dostawał nowych projektów, nie stawiano przed nim wyzwań. Jednocześnie nie miał na co narzekać - dobrze zarabiał, zajmował wysokie stanowisko. - Teoretycznie niczego mu nie brakowało, wiele osób z jego otoczenia nie rozumiało, na co narzeka. On swoją sytuację nazywał "zasiedzeniem", które skutkowało tym, że stawał się coraz gorszym szefem. Z duszy towarzystwa, człowieka z pasją zmienił się w osobę wycofaną, która bywa nieprzyjemna dla pracowników - opowiada Załuska.

Jak tłumaczy, są osoby, które realizują się w czasie wolnym, a pracę traktują przede wszystkim jako źródło dochodu. Są też takie, dla których praca stanowi o nich samych, reguluje ich poczucie własnej wartości, w której muszą mieć poczucie sprawczości, czuć, że coś się zmienia. - Gdy odbiera im się możliwość wykazania się, rozwoju, tracą one wiarę w siebie, przestają czuć, że cokolwiek jeszcze potrafią. Mój klient tak się właśnie czuł. Powtarzał: za co ja właściwie dostaję to wysokie wynagrodzenie? - opowiada.

Scrollowałam Facebooka

29-letnia Marta jeszcze na studiach znalazła pracę w dużym portalu informacyjnym. Od samego początku przydzielana była do ważnych projektów, szefowie widzieli w niej duży potencjał, z czasem otrzymała własny projekt wideo, który przez dwa lata z sukcesami rozwijała. - Czułam się bardzo doceniana, w mejlach od szefostwa byłam wymieniana jako "nowy talent w firmie". Po roku dostałam dużą podwyżkę. Wszystko zmieniło się, gdy moja szefowa w związku z rozwojem projektu zaczęła przydzielać do niego nowe osoby. Nie zostałam kierownikiem projektu, więc osoby, które pojawiły się w moim zespole, nie były moimi podwładnymi. Podzieliliśmy się obowiązkami. Z czasem zaczęłam ich mieć coraz mniej, nie miałam też już mocy decyzyjnej, każdy miał swój pomysł, a ostateczną decyzję o jego realizacji podejmowała moja szefowa. Z miesiąca na miesiąc czułam się coraz bardziej odsuwana. Ostatecznie projekt został przekazany innemu działowi. Do moich zadań należała wyłącznie obsługa social mediów. Zajmowało mi to może godzinę dziennie. Przez resztę czasu scrollowałam Facebooka albo szukałam pracy  - opowiada Marta.

Była nie tylko znudzona i zdemotywowana, czuła, że z osoby zauważanej, docenianej stała się niewidoczna. Ta sytuacja trwała ponad dwa lata. - Z czasem zaczęłam odnosić wrażenie, że jestem dla szefostwa problemem, bo nie wiadomo, co ze mną zrobić. Nagle okazało się, że do jakiegoś zadania się nie nadaję, bo wymaga pracy zespołowej, a ja najlepiej ich zdaniem pracuję sama. Co roku, podczas ewaluacji, podkreślałam, jak bardzo się nudzę. Dwa lata z rzędu słyszałam: możliwe, że za chwilę ruszy nowy projekt - opowiada Marta. Ale nic się nie zmieniało. Była sfrustrowana i wiecznie zła. Kłóciła się z chłopakiem, z przyjaciółkami, przestała chodzić na wspólne lunche z kolegami z firmy. Zaczęła coraz częściej prosić o pracę zdalną, bo nie była w stanie zmotywować się, żeby pojechać do biura. - Bo po co? Żeby popracować przez godzinę, a potem udawać, że cokolwiek robię? - mówi. Marta w końcu przestała czekać, aż szefostwo znajdzie jej jakieś zajęcie i odeszła do firmy konkurencyjnej.

Proces wykluczania pracownika często zaczyna się niewinnie (fot: Shutterstock.com)
Proces wykluczania pracownika często zaczyna się niewinnie (fot: Shutterstock.com)

Patrycja Załuska tłumaczy, że proces wykluczania pracownika często zaczyna się niewinnie, niejednoznacznie. Zaczyna on być pomijany, odbiera mu się część dotychczasowych obowiązków, przestaje być zapraszany na spotkania czy wyłącza się go z części korespondencji.

- Jeżeli pracownik nie otrzymuje jasnego komunikatu, dlaczego dochodzi do pewnych zmian w firmie, winy zaczyna szukać w sobie. Myśli: pewnie ze mną coś jest nie tak. Osoba do tej pory odważna i proaktywna może zacząć się wycofywać, a jej poczucie własnej wartości spadać. Z osoby podejmującej niegdyś ważne, czasem i ryzykowne decyzje zamienia się w pracownika, który boi się zapytać, co się właściwie dzieje - tłumaczy Załuska.

Maciej Klimarczyk nazywa taki sposób zarządzania mobbingiem w białych rękawiczkach. - Bardzo często do takiej sytuacji dochodzi w urzędach państwowych, gdzie trudniej kogoś zwolnić. Co się zamiast tego robi? Przesuwa się go co chwilę na inne stanowisko albo zleca zadania błahe, co jest dla pracownika upokarzające - mówi Klimarczyk.

Skutki przewlekłej frustracji w pracy mogą być poważne. Jak opowiada Załuska, jedna z jej klientek, po przepracowaniu dwóch lat w firmie, w której blokowano jej inicjatywy, musiała na rok przestać pracować, żeby odbudować swoje zdrowie psychiczne. - Trafiła do mnie z zaniżonym poczuciem własnej wartości, była wiecznie zmęczona, rozdrażniona, w każdy poniedziałek budziła się z bólem brzucha - opowiada Załuska. - Okazało się, że to osoba, która szybko dostrzega, w którym obszarze praca nie jest optymalna i znajduje rozwiązania, jak ją usprawnić. Tak zrobiła na początku pracy w jednej z firm - wymyśliła, jak zmniejszyć koszty zużycia papieru. Rozwiązanie spowodowało spadek kosztów w dziale o 70 procent. Szybko zaczęła wpadać na kolejne pomysły, jak zoptymalizować pracę w organizacji, które były już jednak odrzucane, deprecjonowane. Nie wiedziała dlaczego. Przez wiele miesięcy potencjał tej kobiety był tłumiony, co wpływało na jej poczucie braku dopasowania do firmy i doprowadziło do wypalenia. Do tego doszły problemy osobiste i konieczne okazało się wsparcie lekarza psychiatry - opowiada Załuska.

Mądry pracownik, mądry pracodawca

Pozostaje pytanie: gdzie leży odpowiedzialność za dobrostan psychiczny pracownika - czy po stronie pracodawcy, czy pracownika?

Tomasz Gordon, trener biznesu, twierdzi, że zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. - Mądry pracownik wie, że musi inspirować swojego pracodawcę, że szef nie domyśli się, że coś jest nie tak. Jeżeli potrzebuje się rozwijać albo działać na innych polach, bo na przykład zdobył nowe umiejętności, powinien powiedzieć o tym otwarcie, zapytać o możliwość przeniesienia do innego działu. Jeśli nie ma możliwości rozwoju w swojej organizacji, zamiast narzekać na sytuację, powinien zastanowić się, dlaczego z danej firmy nie odchodzi, może ta organizacja jednak mu coś daje? A może mógłby realizować się poza nią i z tego działania czerpać satysfakcję? A może powinien skonfrontować się z lękiem przed zmianą i poszukać nowej pracy? Niestety, w Polsce wciąż bardzo wielu pracowników nie ma odwagi, żeby porozmawiać z szefem o swoich potrzebach, odchodzą z firmy, nawet nie sprawdzając, czy mogliby realizować swój potencjał w obecnym miejscu - opowiada.

'Nazywali mnie w firmie 'nowym talentem'. Po dwóch latach odebrano mi większość obowiązków' (fot: Shutterstock.com)
'Nazywali mnie w firmie 'nowym talentem'. Po dwóch latach odebrano mi większość obowiązków' (fot: Shutterstock.com)

Jednak mądry pracownik, jak podkreśla Gordon, żeby móc się rozwijać, musi trafić na mądrego menadżera, który wie, że nawet w organizacji, która premiuje innowacyjność w zespole, prędzej czy później pracownika dopadnie tzw. kryzys odpowiedzialności. - Średnio po dwóch, trzech latach osiąga on biegłość w tym, co robi, jeśli jest osobą, która dodatkowo potrzebuje nowych wyzwań, to tylko kwestia czasu, kiedy motywacja i satysfakcja z wykonywanej pracy zaczną jej spadać. Jeśli menadżer wychwyci ten moment i będzie wiedział, że ma do czynienia z człowiekiem proaktywnym, pragnącym się rozwijać, będzie w stanie umiejętnie nim pokierować - opowiada Gordon. Jak podkreśla, w dalszym ciągu niewiele firm przeprowadza testy psychometryczne pracowników, które badają ich osobowość, sprawdzają, co motywuje ich do pracy, a co demotywuje. - Jednego pracownika skrzywdzimy, dając mu awans, innego, zlecając mu zadania proste, niewymagające myślenia - zaznacza trener biznesu.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku