Erwin i Maciej Zelgertowie

Erwin i Maciej Zelgertowie (fot. arch. prywatne)

wywiad.gazeta.pl

Jak to jest być kominiarzem? ''To jest, proszę pani, najczystszy zawód świata!''

Po powrocie z terenu każdy z nas myje się naprawdę bardzo dokładnie, żeby pozbyć się sadzy wnikającej w każdy zakątek ciała - opowiada Maciej Zelgert, który od ponad 25 lat jest kominiarzem.

Co widać z dachu?

Cały świat. Trzeba wejść i zobaczyć.

Kiedy pan wszedł pierwszy raz?

A wie pani, że nie pamiętam? Pewnie wszedłem na dach jako kilkuletni chłopak, jeszcze zanim tata zaczął mnie zabierać do pracy. Najwyższy dach, na jakim kiedykolwiek byłem, liczył około czterdziestu metrów. Tu, w Trójmieście, gdzie pracuję, nie ma bardzo wysokich budynków z kominami.

Po latach pracy na dachu już się nie zachwycam widokami, tak jak na początku. Inni kominiarze chyba mają podobnie. Pamiętam, jak jeszcze z tatą byliśmy u pana, który kupił sobie strych w Sopocie i przerobił na mieszkanie. "Chodźcie, panowie, zobaczcie, jaki ja mam stąd piękny widok na Zatokę Gdańską" - zachęcał podekscytowany i kazał nam patrzeć przez okna dachowe. "I co?" - dopytywał nieco rozczarowany brakiem reakcji z naszej strony.

"I nic" - tata na to. "Taki widok to żaden widok. Nie urzekł mnie. A w ogóle to pana mieszkanie świetnie by się nadawało na gołębnik". Mnie też jakoś szczególnie nie ciągnie do wysokości.

A do munduru i cylindra?

Dzisiaj podchodzi się do kwestii munduru dużo łagodniej niż przed laty. Latem, gdy są upały, w pracy noszę czarny T-shirt z napisem "kominiarz", czarne kominiarskie ogrodniczki, które nie spadają z tyłka. I czarną czapkę z daszkiem, żeby coś chroniło głowę. Inny kolor nie wchodzi w grę. Wystarczy, że wejdę do klienta, dotknę kratki i już jestem brudny.   

Ale poza latem i upałami, oraz gdy idę oficjalnie coś załatwić, to zawsze w mundurze. Mój tata zawsze tego bardzo przestrzegał i ja też przestrzegam. Pilnuję tradycji.


Kominiarz Maciej Zelgert podczas pracy (fot. arch. prywatne)

Jak ona wygląda?

Skończyłem szkołę zawodową, która trwała trzy lata, i po niej musiałem podejść do egzaminu czeladniczego w Izbie Rzemieślniczej w Gdańsku. Egzaminowali mnie jednak mistrzowie kominiarscy z  innego zakładu kominiarskiego, a nie tata. Taki egzamin trwa trzy dni - dwa są praktyczne, właśnie na dachu, a trzeci to sprawdzian teoretyczny. Gdybym go nie zdał, nie otrzymałbym świadectwa ukończenia szkoły zawodowej. I tym sposobem zacząłem pracę jako czeladnik kominiarski w zakładzie u ojca.

Ojciec dawał panu fory?

Powiem tak: skończyłem jeszcze liceum, ale już zaocznie, bo u taty w firmie nie było ulg. Trzeba było zasuwać. Po trzech latach pracy jako czeladnik, w 2003 roku, podszedłem do egzaminu mistrzowskiego i zdałem go bez problemu.

Aby zostać mistrzem kominiarskim, trzeba przepracować minimum trzy lata jako czeladnik u boku mistrza kominiarskiego. W ten sposób  zdobywa się doświadczenie i dopiero wtedy można być dopuszczonym do egzaminu mistrzowskiego w Izbie Rzemieślniczej.

Rozróżniamy trzy stopnie kominiarskie: pomocnik, czeladnik kominiarski i mistrz kominiarski. Robić przeglądy przewodów kominowych i opiniować je może tylko mistrz.

Nie podoba mi się, jak ktoś, kto nie jest mistrzem, nosi cylinder. U mnie w firmie to nie przejdzie. Tak samo jak u taty - nie było nawet mowy, żebym wyszedł w teren bez keplika. Żar się lał z nieba? Nie szkodzi. Keplik na głowie czeladnika musiał być.


Maciej Zeglert na dachu i z ojcem jako czeladnik (fot. arch. prywatne)

Keplik?

Czeladnik kominiarski nosił keplik, czyli coś w rodzaju czepka bądź melonika. Mistrza kominiarskiego zaś zawsze można rozpoznać po cylindrze, nazywanym szapoklakiem. Jest on składany i wciąż niezwykle przydatny - mocno się trzyma głowy i chroni ją w sytuacjach, gdy np. na ciemnym strychu zahacza się głową o belkę.

Każdy kominiarz nosił do pracy mundur, ze wzmocnieniami na tyłku i kolanach. Z materiału, który nie przepuszcza brudu. Do tego klasyczna bluza kominiarska, która, co ciekawe, ma trzynaście guzików - po sześć po bokach i trzynasty u góry, przy stójce. Długie rękawy bluzy miały troczki, żeby były maksymalnie szczelne i chroniły ręce przed sadzą. Używałem tych troczków latami. Dziś zamawiam mundur z gumkami zamiast troczków, co jest wygodniejsze i nie uciska nadgarstków.

A obuwie?

Typowe robocze buty dla kominiarza muszą mieć miękką, przyczepną podeszwę i być bardzo wygodne, ponieważ dużo biegamy po schodach i dachach.

Ale zapomniała pani spytać o klasyczny kominiarski pas, który obowiązkowo zapina się na mundurze. Kominiarz przyczepia do niego karabińczyk z najróżniejszymi kluczami do drzwiczek kominowych, które przydają się jeszcze czasem w starych kamienicach, oraz za pasem obowiązkowo rękawice ochronne. Na ramieniu z kolei nosi się żelazo naramienne - to taki hak, który zaczepia się na kominie i opuszcza po nim linę. Albo wybiera się nim sadzę z komina. W żartach nazywamy go trzecią ręką kominiarza.

Używa pan jej czasem?

Bardzo rzadko. Na wszelki wypadek zawsze mam ją ze sobą w samochodzie, ale przydaje się najczęściej wtedy, gdy wchodzimy na wysokie kominy. Używam też kuli kominiarskiej ze szczotką - kula waży ok. półtora kilograma. Do tego jest w zestawie 25-metrowa linka. Nasz najnowszy zakup to przepychacz do rur pieców gazowych, który też można zahaczyć o pas. No dobrze, odkładam linkę i kulę, bo czuć ją sadzą.

Mnie to nie przeszkadza, a panu chyba tym bardziej.

Ja to jestem do zapachu sadzy przyzwyczajony! Nawet do takiej lepkiej, smolistej, zgromadzonej w zaniedbanym kominie, który trzeba długo czyścić. Choć taka obkleja dłonie nawet w rękawicach. Wsiąka w skórę tak solidnie, że zapach podobny do wędzonki utrzymuje się jeszcze przez cały kolejny dzień. Nawet mimo dokładnego wyszorowania specjalną pastą dla mechaników samochodowych.

Ale tak w ogóle, kominiarz to jest, proszę pani, najczystszy zawód świata!


Maciej Zeglert w mundurze kominiarza i portret jego ojca (fot. arch. prywatne)

No jak to?

Bo po powrocie z terenu każdy z nas myje się naprawdę bardzo dokładnie, żeby pozbyć się sadzy wnikającej w każdy zakątek ciała. Opowiem pani coś zabawnego: mój tata co rano wychodził do pracy w białej koszuli, z teczką w ręku. Jak do biura. Kiedyś sąsiad zobaczył, że robi coś na podwórku, i rzucił: "Jak to dobrze czasem popracować trochę fizycznie, prawda?". Tata na to: "Trochę? Panie, ja jestem kominiarzem, cały dzień skaczę po dachach i kotłowniach". Sąsiad nie dowierzał. "To jak to się dzieje, że jest pan taki czysty?" - drążył. "Bo się myję" - skwitował ojciec.

Tata nauczył mnie, że ręce trzeba myć zaraz po robocie dokładnie i do czysta. Wtedy brud nie zdąży się weżreć w skórę. I nie ma problemu.

Czym się zajmują dziś kominiarze?

Kiedyś specyfika naszej pracy była inna niż dziś. Głównie czyściliśmy przewody kominowe i kotłownie. W Sopocie funkcjonowało kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt. Było w nich tak brudno, że bez uniformu i nakrycia głowy żaden kominiarz wejść się do nich nie odważył. Dziś kotłowni już tu nie ma, a większość mieszkańców zamieniła piece na ogrzewanie gazowe. Za to zaczął się boom na kominki. Niektórym się wydawało, że ogrzeją nim cały dom. Owszem, to fajny bajer, ale w ramach rekreacji, na krótko. Bo inaczej mamy w salonie kotłownię.

Po tym jak w 1995 roku w wieżowcu w Gdańsku wybuchł gaz i zginęły 22 osoby, zmieniły się zapisy w prawie budowlanym. Wprowadzono obowiązkowe przeglądy kominiarskie oraz instalacji gazowych raz w roku. Oczywiście wciąż czyścimy też przewody kominowe i wentylacje.

Na kominiarzu ciąży więc ogromna odpowiedzialność.

Zleceń jest sporo i pieniądze niezłe. Ale czasem żalę się żonie, że wolałbym taki zawód, żebym po pracy nie musiał się denerwować. Że po moim przeglądzie kominów wydarzy się coś złego. Staramy się wykonywać obowiązki jak najlepiej, ale przecież nikt nie jest nieomylny.

Więc gdy tylko przeczytam w Internecie, że gdzieś w Trójmieście był pożar albo ktoś się zatruł czadem, skóra mi cierpnie. Sprawdzam, czy to, nie daj boże, na moim terenie. Chciałbym się tym nie przejmować. Ale czuję ogromną odpowiedzialność nawet na urlopie.


Co kominiarz widzi z dachu w Sopocie (fot. arch. prywatne)

Jakie jeszcze minusy ma pana praca?

Pogoda. Najlepsze dla nas są wiosna i jesień, gdy jest nie za zimno i nie za gorąco. Latem, gdy na dworze skwar, temperatura na dachu przekracza 40 stopni, więc komfortowo nie jest. Zimą z kolei nosimy ocieplane zimowe mundury, ale dachy są ośnieżone i trudno się po nich chodzi. Na niektóre w ogóle nie da się wejść. Uczulam zresztą swoich pracowników, mówiąc: "Jak gdzieś nie ma odpowiedniego dojścia na dach albo nie czujesz się na siłach, nie wchodź". Bezpieczeństwo kominiarza jest najważniejsze.

Mój tata pracował 50 lat i ani razu nie spadł z dachu. Ja pracuję 25 lat i też żadnego wypadku nie miałem. Owszem, zdarza się, że czasem czuję lęk. Czasem rezygnuję. Powiem tak: dla kominiarza żaden wstyd powiedzieć, że dla własnego bezpieczeństwa na ten dach nie wejdzie. Mawiam czasem, że do góry nie polecę, jak już, to na dół. Chcę po pracy wrócić do domu cały i zdrowy.

Zdrowy rozsądek jest w naszej pracy nieodzowny. Jak się kominiarz nie boi, to znaczy, że jest głupi.

Co, prócz złej pogody, uprzykrza kominiarzowi pracę?

Ptaki. W Trójmieście od pięciu czy sześciu lat dachy upodobały sobie mewy albatrosy. Budują gniazda z kilku gałązek i gdy próbujemy czyścić komin, mewy zaczynają nas atakować. Wszystkie się zlatują z okolicy i robią taką aferę, że słychać je z daleka. Trzeba jednak przyznać, że mewy przy tym nie zapychają kominów, tylko mieszkają sobie na dachu.

Większy problem jest z kawkami, które robią gniazda w kominach. To dla nas niemałe utrapienie. Zakładamy specjalne siatki, żeby kawki nie zatykały kominów, a one sprytnie przelatują z jednego komina do drugiego. W dodatku wybierają krzywe kominy i nie spalinowe, tylko wentylacyjne. Lokatorzy nie mają pojęcia, czemu nie działa im wentylacja, a to gniazda kawek w kominie.

Gdy w gnieździe są jajka albo młode, czekamy, aż podrosną i odchowane odfruną. Staramy się nie robić ptakom krzywdy.


Gdy kominiarz spotyka na dachu małego albatrosa (fot. arch. prywatne)

Rozważał pan jakiś inny zawód?

Miałem zostać mechanikiem samochodowym, taki był mój plan na życie. Ale od dziecka pomagałem tacie, który był kominiarzem. Wchodziliśmy razem na dach, siedziałem u niego w firmie. Więc gdy przyszedł czas wyboru szkoły zawodowej, tata mówi: "A czy ty na pewno chcesz naprawiać samochody? Może byś został kominiarzem, tak jak ja".

I nie miał pan wyjścia.

Mam dwie siostry i ani jednego brata. "Komu ja zostawię firmę?" - martwił się tata. Wreszcie zaproponował: "Chodź, Maciek, pracuj ze mną. Potem przekażę ci schedę. Będzie ci w życiu łatwiej".

Znałem ten fach i nawet podobała mi się praca na powietrzu. Ciągle w ruchu, każdego dnia gdzie indziej. Nie ma nudy.

Ponieważ jednak nie ma szkoły kominiarskiej, poszedłem do szkoły ogólnozawodowej w Wejherowie, gdzie mieszkałem, a praktykowałem u taty. W międzyczasie moja szkoła wysyłała mnie na kursy do szkoły budowlanej w Gdyni. Po trzech latach zdałem egzamin czeladniczy w Izbie Rzemieślniczej w Gdańsku.

Niech zgadnę: na dachu?

Tak, na dachu!

A jak się panu pracowało z tatą?

Wszystko mu zawdzięczam. Nauczył mnie szacunku dla ludzi, pracowitości, uczciwości. Zawsze mawiał, że "klient nasz pan", niezależnie od tego, jaki byłby wymagający. Radził, żebym przestrzegał prawa i dbał o pracowników oraz o swoje bezpieczeństwo. Tak żebym zawsze mógł spać spokojnie. Kiedy tata zaczynał, kominiarze z całym sprzętem przemieszczali się na rowerze. Na miejscu schodzili z roweru i wskakiwali na dach. Dziś jeździ się do klientów samochodami. Kominiarz zawsze musi być w dobrej kondycji fizycznej.

Z tatą nigdy się o nic nie pokłóciliśmy. Osiem lat po tym, jak zdobyłem tytuł mistrza kominiarskiego, poradził mi, żebym otworzył własną działalność gospodarczą. Miał już swoje lata i chciał, żebym powoli nabywał też umiejętności kierowania firmą. Zmarł w 2014 roku. Od tego czasu firmą kieruję tylko ja.

\22.05.2019 Olsztyn , Centrum . Korowod kominarzy .Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta
Korowód kominiarzy w Olsztynie (fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta)

Spytam na koniec: czy kominiarze mają swoje zawodowe przesądy?

Żadnych. Wciąż jednak ludzie na nasz widok łapią się za guzik. Mówię wtedy czasem żartem do przechodnia: "Jak za guzik się pan łapie, to guzik z tego będzie". Ale i tak niektórzy ludzie nie tylko łapią się za guzik, ale i trzymają go, dopóki. I tu jest różnie, zależy kto co pamięta z domu. Dopóki nie spotka kobiety w okularach, mężczyzny w okularach, zakonnicy albo nie zobaczy dymu z komina.    

Podchodzę do tego z przymrużeniem oka, bo przecież wydźwięk tego przesądu jest pozytywny. Żartuję jednak ostatnio, że w dzisiejszych czasach już samo spotkanie kominiarza w mundurze przynosi szczęście, bo to coraz większa rzadkość.

Maciej Zelgert. Od 25 lat pracuje w rodzinnym zakładzie kominiarskim w Sopocie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku