Grupa kobiet / zdjęcie ilustracyjne

Grupa kobiet / zdjęcie ilustracyjne (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

reportaż

Sekrety kobiet z Nowej Huty. Mężczyźni wciągani wiaderkami, dzieci bez metryki i małżeństwa na odległość

W Nowej Hucie miłość uprawia się w Lasku Mogilskim albo w rowach. Czasem "jaskrawe naruszenia moralności" odbywają się także w hotelach robotniczych. Hotele dzielą się na męskie i żeńskie, tych ostatnich jest sześć. Mężczyźni - przynajmniej oficjalnie - nie mogą w nich przebywać. Nawet jeśli są mężami lokatorek - pisze w książce "Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy" Katarzyna Kobylarczyk.

Nowohucka Izba Porodowa zaczyna działać w maju 1951 roku. Zdzisław Olszewski odwiedza ją przed końcem miesiąca. Stwierdza "duży nieporządek" i dwa noworodki. Szybko zabiera się do roboty (jest w końcu ginekologiem). W ciągu dwóch dni udaje mu się przekonać Klinikę Ginekologiczno-Położniczą Akademii Medycznej w Krakowie, by wzięła izbę pod swoje skrzydła i pożyczyła jej sprzęt. Sam robi spis niezbędnych urządzeń i instrumentów. Odtąd uważnie śledzi jej działalność.*

26 listopada 1951 roku zapisuje: "W dniu dzisiejszym setna matka urodziła w Izbie Porodowej Nowej Huty. Dzieci mamy 101, ponieważ jeden raz odbył się poród bliźniaczy. W tych warunkach udało nam się naprawdę, że nie było żadnej infekcji".

W grudniu, gdy odwiedza izbę, zastaje położną Cecugową niemal we łzach. Nie ma ani jednego czystego prześcieradła, na którym mogłaby przyjąć poród. Sprzątaczka gdzieś się zawieruszyła, praczka ma chore dziecko. Ale to jeszcze nic. Największy kryzys przyjedzie 9 lutego 1952 roku.

Olszewski: "Jestem wściekły! W Izbie Porodowej po 48 godzinach zmarło dziecko wagi 2400 g. I kropka!". Nakazuje "delikatne przewiezienie biedactwa do prosektury".

Po tygodniu nadchodzi wynik: Bronchopneumonia catarrh. diff. ambilateralis - odoskrzelowe obustronne rozlane zapalenie płuc. Dziecko zmarło, bo przez dwie doby nie obejrzał go lekarz.

Izba rozrasta się, na wiosnę ma już 12 łóżek (w tym jedno porodowe i jedno izolacyjne; kobiety leżą w nich długo, ponad pięć dni po porodzie). Wydaje się, że po tragedii dorobiono się także dyżurnego lekarza. Olszewski wymienia jego nazwisko: doktor Moniuszko.

Oddział położniczy w szpitalu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Oddział położniczy w szpitalu (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Dopiero doktor Jadwiga Beaupré zdoła zaprowadzić prawdziwy porządek w nowohuckiej Izbie Porodowej. Uruchomi przy niej także coś bez precedensu, coś, o czym nikomu jeszcze się tu nie śniło. Jedną z dwóch pierwszych szkół rodzenia w Polsce.

"Aby rodzić dobrze - trzeba się nauczyć rodzić", zapisuje w ankiecie jedna z położnic doktor Beaupré. Jadwiga notuje sobie jej słowa. Czego - już od końca lat 50. - doktor Jadwiga Beaupré uczy kobiety z Nowej Huty?

*

Do porodu trzeba się przygotować. Trzeba znać swoje ciało, wiedzieć, jak przebiega akcja porodowa, z wyprzedzeniem nauczyć się opieki nad noworodkiem. Należy poznać techniki właściwego oddychania. Trzeba, stosując gimnastykę, przygotować do porodu mięśnie i kościec. Umieć się rozluźniać i relaksować. Zadbać o odpowiednią dietę i sen. Należy zaangażować w przygotowania do porodu męża. Przede wszystkim się nie bać. Świadomie opanować swój strach przed porodem, przed bólem. Uwierzyć w siebie, w siłę natury, we własne ciało - tak mądrze zbudowane.

Poród, zapewnia doktor Beaupré, nie musi, nie powinien być traumą.

- Babcia kochała kobiety - wspomina jej wnuczka, także Jadwiga. - Była niezwykle światłym człowiekiem, otwartym, uważnym, skupionym na drugiej osobie, a przy tym szalenie obowiązkowym i wymagającym.

To babcia pierwsza rozpoznała, że wnuczka jest w ciąży. To był dopiero drugi tydzień, Jadwiga sama nie była jeszcze pewna, ale babcia - babcia już wiedziała.

*

W Nowej Hucie miłość uprawia się w Lasku Mogilskim albo w rowach. Czasem "jaskrawe naruszenia moralności" odbywają się także w hotelach robotniczych. W 1955 roku mieszka w nich 19 tysięcy ludzi, w tym 2500 kobiet, 700 małżeństw i samotnych matek. Hotele dzielą się na męskie i żeńskie, tych ostatnich jest sześć. Mężczyźni - przynajmniej oficjalnie - nie mogą w nich przebywać. Nawet jeśli są mężami lokatorek. Dochodzi z tego powodu do wielu incydentów.

Portier z bloku nr 2 na osiedlu A-0 zostaje pobity dwukrotnie. Portierka z bloku na osiedlu A-1- raz. W bloku nr 3 na A-0 jedna z zakwaterowanych obywatelek gryzie rękę hotelowej.

*

- Najsłynniejszym kobiecym blokiem była szesnastka na osiedlu A-1, koło poczty. One tam wyprawiały cuda - opowiada junak Stefan Zaborowski. - Zna pani tę historię?

- O wiaderku?

- Tak - śmieje się. - O wiaderku. To było właśnie tam.

Wiaderko zjeżdża na sznurku z okna bloku kobiecego. Ma do niego wsiąść mąż jednej z lokatorek pokoju na drugim piętrze. Dziewczyny chcą go wciągnąć, chyba już nie pierwszy raz. Ale tym razem jest ciemno i do wiaderka zamiast męża ładuje się milicjant.

- Jak go zobaczyły, to puściły sznurek - śmieje się Stefan Zaborowski.

- Naprawdę? Zawsze myślałam, że to zmyślona historia.

- Nie, nie. To prawda, to prawda. To naprawdę było.

W 1955 roku, kiedy Adam Ważyk opublikuje swój słynny "Poemat dla dorosłych", będzie tam fragment, echo tego wydarzenia:

"W koszach od śmieci na zwieszonym sznurze chłopcy latają kotami po murze". I dalej: "żeńskie hotele, te świeckie klasztory, trzeszczą od tarła, a potem grafinie miotu pozbędą się - Wisła tu płynie".

Utwór Ważyka wywołuje ogromny skandal. Nikt dotąd nie ośmielił się tak mocno uderzyć w najważniejszą budowę polskiego socjalizmu - a właściwie w jej starannie pielęgnowany propagandowy mit. O nowohuckich robotnikach, których Marian Brandys nazywał "najcenniejszą surówką Planu Sześcioletniego", Ważyk pisze: "Dużo odpadków. A na razie kasza". Partia próbuje wycofać ze sprzedaży ten numer "Nowej Kultury". Bezskutecznie; gazeta wyprzedaje się natychmiast. Na bazarze Różyckiego w Warszawie egzemplarze z wierszem Ważyka będą chodzić po 200-300 złotych (normalna cena wynosi 1,20 zł).

W ślad za skandalem do budującego się miasta, które liczy już około 58 tysięcy mieszkańców, przyjeżdża wielu dziennikarzy. Jest wśród nich Ryszard Kapuściński, który wkrótce pisze swój słynny reportaż "To też jest prawda o Nowej Hucie".

"Posłuchaj: Niedawno jedna 14?letnia zaraziła ośmiu chłopców. Kiedy z nią mówiliśmy, opowiadała o swoich wyczynach tak wulgarnie, że zbierało się na wymioty. Ona nie jest jedyna. Nie wszystkie są tak młode, ale jest ich sporo".

Kapuściński bez ogródek pisze o nowohuckich problemach (będzie miał z tego powodu wiele kłopotów). O mieszkaniu, gdzie matka sprzedaje swoją córkę. O kilku setkach młodych małżeństw, które nie mają gdzie razem mieszkać. Pisze o młodych kobietach, które nie chcą wychodzić za mąż, bo "po co robić sobie kłopot", skoro "i tak nie dadzą żyć razem". I o chłopakach, którzy nie zamierzają się żenić, "bo w tych warunkach musiałbym nie mieć szacunku dla swojej żony".

"Tak rodzi się cynizm, tak odbiera się miłości wiele piękna. Ale oni się tacy nie rodzą, oni tacy w swoim wnętrzu nie są - to my nie umiemy ich niczego nauczyć, nie umiemy im podać ręki".

Kobiety z dziećmi / zdjęcie ilustracyjne (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Kobiety z dziećmi / zdjęcie ilustracyjne (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Reportaż ukazuje się na łamach "Sztandaru Młodych" 30 września 1955 roku. Ale to, o czym donosi czytelnikom Kapuściński, dzieje się w Nowej Hucie już od co najmniej pięciu lat. I to nie jest tak, że nikt o tym nie wie. Po prostu nikt wcześniej nic z tym nie robi.

Przeglądam stenogram "Pierwszej Statutowej Konferencji Związku Młodzieży Polskiej na Nowej Hucie" z 19 sierpnia 1950 roku. Już wtedy Zdzisław Gałek, przedstawiciel Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego, skarży się na jeden z "żeńskich bloków": "Zakwaterowano tam na przykład takie kobiety, które wprost prowadzą nierząd, goście stamtąd wyskakują z piętra".

I już wtedy mieszkanka tego bloku, Eugenia Szewczyk, robotnica w tym samym przedsiębiorstwie, odpowiada mu, że to nie tak. "Rzeczywiście, jest tam trochę bałaganu i trochę nieładu", przyznaje. Ale dziewczęta, które mieszkają w bloku kobiecym, żyją w fatalnych warunkach. Nie mają ciepłej wody, żeby umyć się po pracy, nie mają książek, żeby zabić nudę, nie wolno im gotować w kuchni. Nie mogą rozmawiać z kolegami. "Więc co my mamy robić? - pyta Eugenia. - My przecież tak samo pracujemy i nie można nam z nikim porozmawiać? Koleżanka Balicka [przewodnicząca Ligi Kobiet] powiedziała w ten sposób, że możecie sobie iść do krzaków. W mieszkaniach nie wolno, a w krzakach - wolno".

Od tego czasu problemy tylko narastają. Po artykule Kapuścińskiego do Nowej Huty przyjeżdża specjalna partyjna komisja. Zwiedza hotele robotnicze. W jednym widzi matkę z pięciorgiem dzieci. Kobieta ma do dyspozycji piętrowe łóżko. Sypia na górnym posłaniu z dwojgiem, troje pozostałych gnieździ się na dolnym. W tym samym pokoju mieszkają jeszcze dwie robotnice. W innym hotelu matka samowolnie wprowadziła się do piwnicy. Z trojgiem dzieci. Stanisława Siudut, działaczka Ligi Kobiet, mówi komisji, że krzywica wśród dzieci z hoteli robotniczych jest tak wielka, że znajomy lekarz nie widział tak rażących przypadków nawet na obrazku w podręczniku. Nie wiadomo, ile takich dzieci w ogóle jest. Matki ze strachu przed wyrzuceniem z hotelu nie zgłaszają ich w urzędzie. To dzieci bez metryki.

No dobrze, a prostytutki? A noworodki topione w wapnie? Czy to wszystko prawda?

Kilka lat temu skalę przestępstw obyczajowych w budującej się Nowej Hucie próbował oszacować Wojciech Paduchowski, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej. Prześledził wszystkie dostępne źródła milicyjne z lat 50. Doszedł do wniosku, że "ilość ujawnionych przypadków tego procederu była, w stosunku do ilości ludzi zamieszkujących Nową Hutę, bardzo mała".

W latach 1951-1952 posterunek Milicji Obywatelskiej, który mieścił się wówczas w Mogile, odnotował tylko dwa przypadki nierządu, osiem przypadków zarażenia chorobą weneryczną, cztery gwałty, dwie nielegalne aborcje.

*Fragmenty książki "Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy" Katarzyny Kobylarczyk

Katarzyna Kobylarczyk, autorka książki 'Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy' (fot. Katarzyna Drożdż / Pracownia Kadr)
Katarzyna Kobylarczyk, autorka książki 'Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy' (fot. Katarzyna Drożdż / Pracownia Kadr)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku