Anna Kowalska i Maria Dąbrowska

Anna Kowalska i Maria Dąbrowska (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)

wywiad gazeta.pl

"Kowalska czekała na miłość do kobiety przez wiele lat i Dąbrowska spełniła te oczekiwania"

Nastoletnią Annę wychowywały siostry jej ojca, był to zimny chów z językiem francuskim i sztywną etykietą. Uczyły ją, że pewnych rzeczy się nie robi, pewnych granic się nie przekracza, a ona, w ramach buntu, nieraz to robiła - opowiada Sylwia Chwedorczuk, autorka książki "Kowalska. Ta od Dąbrowskiej", w rozmowie z Mikiem Urbaniakiem, opisując niezwykłe życie zapomnianej pisarki Anny Kowalskiej i jej partnerki, Marii Dąbrowskiej.

Kowalskiej nie spodobałoby się pewnie tytułowe "Ta od Dąbrowskiej". 

Zgoda, mogłoby się jej to nie spodobać. Ale są takie pomysły w życiu, które się nas czepiają i koniec. Nawet, gdy nie są do końca świetne, trudno je zmienić. 

Moim zdaniem to świetny tytuł, bardzo trafny, tylko bolesny dla ambicji Kowalskiej.

Jego historia zaczyna się wraz z pracą doktorską, która dotyczyła edycji części listów Kowalskiej i Dąbrowskiej. Kiedy ktoś mnie pytał, o czym piszę, mówiłam, że o Kowalskiej. Reakcją było zdziwienie i dopytanie, kto to jest. A gdy dodawałam od razu "Kowalska, ta od Dąbrowskiej", ludzie zaczynali coś kojarzyć. Tak właściwie powstał roboczy tytuł, który spodobał się wydawnictwu. 

I który pokazuje, że niepodobna Kowalską od Dąbrowskiej oddzielić.

Dla niektórych to jest książka o Dąbrowskiej, słyszałam takie głosy. Smuci mnie to trochę, ale myślę, że Kowalskiej w sumie pomaga. Bez Dąbrowskiej książka by pewnie przepadła, bo siła autorki "Nocy i dni" jest niesamowita

Jak się zostaje pasjonatką listów Kowalskiej i Dąbrowskiej, bo tak właśnie jesteś nazwana w jednym z biogramów? Pasjonatka, rozumiem, to ktoś, kto pochyla się nad tymi listami nieustannie, nie tylko na czas pisania książki.

Dokładnie tak jest. Jestem w tych listach zakochana, uwiodły mnie. Pierwszy list Anny Kowalskiej trzymałam w rękach 13 lat temu i od tego czasu myślę o tej korespondencji.

Od czego zaczęłaś pisanie?

Od wizyty w Muzeum Literatury, gdzie listy są przechowywane. Czytając tę korespondencję, zrozumiałam, że to przepiękna opowieść o rodzącej się bliskości, przyjaźni i miłości. Widać w tych listach, jak się rozwija uczucie. Możemy to śledzić, bo pierwszy list został nadany w czerwcu 1940 roku, a Kowalska z Dąbrowską zamieszkały razem w roku 1954, więc przez 14 lat głównie do siebie pisały. 

Tysiące listów.

Dwa tysiące czterysta.

Niektóre lądowały nieraz w ogniu.

Część rzeczywiście była palona, ale wydaje mi się, że takie akty zniszczenia nieczęsto się dokonywały, bo pisarkom było po prostu tych listów szkoda. Rejestrowały ważne dla nich uczucia.

Dzięki temu ty mogłaś w nich szperać.

Tak. Oczywiście zawsze w takich sytuacjach pojawia się pytanie o to, czy czytanie czyjejś korespondencji nie jest przekroczeniem granicy prywatności, czy Anna i Maria życzyłyby sobie tego. Myślę, że gdyby było inaczej, albo by listy zniszczyły, albo zastrzegły ich publikację w testamencie.

A nie zrobiły tego?

Dąbrowska zastrzegła je do 1995 roku.

Na 30 lat po śmierci.

Ale ten czas już dawno minął. Dobrze się stało, bo można się z tej korespondencji dowiedzieć wiele o relacjach międzyludzkich i emocjach.

Kowalska z Dąbrowską zamieszkały razem w roku 1954, więc przez 14 lat głównie do siebie pisały (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)
Kowalska z Dąbrowską zamieszkały razem w roku 1954, więc przez 14 lat głównie do siebie pisały (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)

Nie miałaś problemu z ich rozczytaniem?

Dość szybko się tego nauczyłam. Większe problemy sprawiła mi Dąbrowska, pisała mniej czytelnie zwłaszcza wtedy, gdy była pod wpływem silnych emocji. Nie wszystkie jej słowa udało mi się rozszyfrować. Nie ukrywam, że lektura tych listów zajęła mi bardzo dużo czasu, była mozolna. Dłużej je chyba czytałam, niż pisałam książkę. Z drugiej strony to była naprawdę wspaniała przygoda, odręcznie pisane listy dają poczucie intymnego obcowania z ich autorkami.

I odchodzą dzisiaj w niebyt.

Niestety, nawet te pisane kiedyś na papierze są już dzisiaj często skanowane, więc badacze nie mają dostępu do oryginałów, nie mogą potrzymać ich w rękach. A ja uwielbiam ich fizyczną obecność, zapach, skreślenia, rysunki na marginesach czy włożone między strony zasuszone kwiaty. Wszystko to jest ważne w pisanych ręcznie na papierze listach czy dziennikach.  Rozumiem jednak, że biblioteki dbają w ten sposób o swoje zbiory.

Anna Kowalska z domu Chrzanowska rodzi się w bardzo niefortunnym czasie, bo na początku XX wieku, więc czeka ją wiele kataklizmów. Jej rodzice są biedni, choć jest też zamożna, francuska część familii, która ją de facto wychowuje. To pierwszy okres jej formacji?

Z Francji pochodziła rodzina jej ojca. Wyprowadzka z Paryża do galicyjskich Brodów, a potem do Lwowa była dla babki Anny, Désirée Quinton, prawdziwą traumą. Do tego stopnia, że postanowiła nigdy nie wyjść z domu. Nastoletnią Annę wychowywały siostry jej ojca, był to zimny chów z językiem francuskim i sztywną etykietą. Z jednej strony Anna zawdzięczała temu zanurzeniu w kulturze polskiej i francuskiej to, że była prawdziwą Europejką, osobą otwartą, oczytaną, znającą języki. Z drugiej jednak strony bardzo się przeciwko temu mieszczańskiemu życiu buntowała, ale świadomie. Umiała się dostosować, wiedziała, co i kiedy może powiedzieć, a czego nie.

Cały jej świat to kobiety - ona, matka, ciotki, babka, koleżanki, nauczycielka, w której się na zabój zakochuje.

Tak, w jej życiu nie ma prawie żadnego mężczyzny. Jest tylko ojciec, który się nie angażował w wychowanie córki, widywany od czasu do czasu wujek z zagranicy i brat, z którym się kłóci. Ona zresztą, mieszkając już u ciotek, zapisuje w dzienniku, że...

"Mężczyźni są obrzydliwi".

Właśnie. Co ciekawe, nie dziwi ją w ogóle, że podoba się jej kobieta, wspomniana przez ciebie nauczycielka. To świadczy o dużej dojrzałości Anny.

Byłem przekonany, że Kowalska zostanie sufrażystką.

Doskonale cię rozumiem, można było tak myśleć, czytając jej młodzieńczy dziennik, a jednak nią nie zostaje.

Kowalska i Dąbrowska w 1960 roku w Komorowie (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)
Kowalska i Dąbrowska w 1960 roku w Komorowie (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)

Zanotowałem sobie, że jej życie jest sprzeczne z tym, kim ona jest.

To bardzo ciekawa uwaga, bo w Kowalskiej rzeczywiście jest wiele sprzeczności. Kiedy obserwujemy jej krytyczne podejście do świata, niezależne myślenie i inteligencję, wydaje nam się, że jest wręcz gotowym materiałem na sufrażystkę, a ona zupełnie nie idzie tą drogą. Jednocześnie jest bardzo zanurzona w świat zastany. Żyje, zwłaszcza przed wojną, nie tyle społecznie, ile życiem bliskich sobie osób.

Najpierw życiem męża, Jerzego Kowalskiego, profesora filologii klasycznej i wielkiego erudyty. To ich życie - bardzo towarzyskie, pełne książek, dobrego wina i podróży po Europie - wydaje się niezwykle udane.

Bo takie było. Można powiedzieć, że oni byli naprawdę wolnymi i szczęśliwymi ludźmi, choć bywały oczywiście momenty, kiedy Anna źle się czuła w małżeństwie.

To chyba normalne w każdym długodystansowym związku.

Zgoda, kryzysy są wszędzie. Nadzwyczajna wydaje się za to ich szczera praca nad związkiem, dlatego myślę o nich, że byli świadomymi twórcami swojego wspólnego życia.

Rzeczywiście jest coś niezwykle ciekawego w ich związku.

Kowalscy chcieli stworzyć związek partnerski. Jak już ustaliliśmy, Anna, ku naszemu zdziwieniu, nie została sufrażystką w rozumieniu społecznego aktywizmu, ale była nią, można powiedzieć, w związku, bo takie partnerstwo małżonków nie było w tym czasie powszechne.

Brakuje mi jednak do całkowitego partnerstwa jednego - zawodowej pracy Anny. Dlaczego ta znakomicie wykształcona poliglotka nie zarabia własnych pieniędzy?

Dobre pytanie. Wydaje mi się, że to była raczej kwestia (nie)możliwości, bo ona przecież stara się o pracę w szkole jako nauczycielka, ale to się nie udaje, bo "jej kult dziewcząt jest już znany". A profesorka na uniwersytecie to było wówczas we Lwowie, o ile się orientuję, zjawisko raczej nieznane.

Mogła być na przykład tłumaczką.

Być może nie wierzy w siebie - to raz. Dwa - oboje z Jerzym postawili na literaturę, na pisanie. To zajmuje czas. I trzy - powiem tak, choć to trudne: Anna przyjmuje jednak rolę żony profesora. Jemu pomaga w pracy. To są te żony, o których pani profesor Maria Janion mówiła ironicznie, że cudownie byłoby je mieć.

Chodziło jej oczywiście o figurę kobiety wspierającej dzielnie karierę męża. A może myślała, że będzie pisarką i to przyniesie jej pieniądze?

Nie można tego wykluczyć. Na pewno to finansowe uzależnienie jej przeszkadzało. Kiedy podczas wojny zarabia tyle samo co Jerzy, a nawet więcej, odnotowuje to w swoich zapiskach z satysfakcją. A może Jerzy tego nie chciał? Może powrót do jego listów pomoże mi znaleźć przyczynę? O ile je oczywiście odczytam, bo miał straszny charakter pisma.

Anna Kowalska z mężem Jerzym Kowalskim (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)
Anna Kowalska z mężem Jerzym Kowalskim (fot. Cezary Gawryś / Fotonova)

Zawsze może pomóc jakiś farmaceuta, oni odczytują wszystkie bazgroły.

Dobry pomysł. Opublikowałam w miesięczniku "Dialog" dramat Jerzego Kowalskiego "Babie lato", ale brakuje w nim końcówki, bo Anna nie zdążyła jej przepisać i nikt nie potrafi odczytać, co on tam napisał.

Anna i Jerzy pisali, co rzadkie, w duecie. Wydają kolejne powieści, ale bez, delikatnie mówiąc, sukcesów. Dlaczego ona nie pisze sama?

Podejrzewam, że cały czas brakuje jej śmiałości, większej wiary w siebie, a może boi się zmierzyć z porażką? Znamienne, że po ich pierwszej wspólnej powieści zastanawia się, co powiedzą ciotki. Znów jest w niej jakaś sprzeczność: z jednej strony, jak sama pisze o sobie, mamy jej "trusiowatość", a z drugiej, robi przecież samodzielne notatki, chce pisać. Później, kiedy pisze już sama, tworzy lepsze teksty niż z Jerzym, ale może też dlatego, że była wówczas o wiele dojrzalsza. To czas powojenny.

Druga wojna światowa niszczy przyjemne lwowskie życie Kowalskich. Marię Dąbrowską Anna poznaje jeszcze przed wybuchem wojny, ale ich relacja rodzi się i kwitnie podczas okupacji.

Wojna powoduje, że w Annie coś się przełamuje. Być może poczucie, że każdego dnia można umrzeć, staje się katalizatorem przemiany. Wojna też wywołuje potrzebę bliskości, która pomaga na chwilę zapomnieć o okupacji. Anna, powiedziałabym, czekała na miłość do kobiety przez wiele lat i Dąbrowska spełniła te oczekiwania.

Obie nie rezygnują jednak ze związków z mężczyznami - Anna ma męża, Maria ma partnera. Mało tego, Anna nie rezygnuje także z życia seksualnego z Jerzym, zachodzi z nim w dwie ciąże. Pierwszą usuwa, z drugiej rodzi się już po wojnie ich córka. Oni wszyscy żyją właściwie w czworokącie.

I emocje w tym czworokącie są bardzo duże i trudne. Przecież ich mężczyźni wiedzieli, że one są w związku. Ale Anna bardzo kochała swojego męża, dużo mu zawdzięczała. Jeśli spędzamy z kimś 20 lat, w dodatku udanych, trudno jest się rozstać. Jest to wspaniałe i okrutne zarazem, że Anna nadal kocha Jerzego i jednocześnie Marię, chce być z Jerzym i jednocześnie z Marią. Czuje się spełniona, mając te dwie relacje.

Maria podobnie?

Tak, ona też nie miała zamiaru rezygnować ze związku ze Stanisławem Stempowskim, który, warto dodać, był z nią, mając żonę, notabene Marię.

Kluczowe dla tej relacji wydaje mi się to, że ona nie jest taka, jak sądzi wielu, że to nie jest sytuacja dwóch zamężnych lesbijek, które muszą być z mężczyznami, bo takie czasy, ale tak naprawdę chcą być tylko ze sobą.

W żadnym razie, one są w równoległych związkach, tak samo dla nich ważnych. To jest pewnie dla wielu osób trudne do pojęcia, ale tak właśnie było.

To się nie mieści w głowie chyba tylko ludziom o mieszczańskiej moralności. Mnie ta bardzo skomplikowana, nieoczywista i kompleksowa relacja, przyznać muszę, fascynuje.

Bo to jest fascynujący, alternatywny, ale i zastanawiający model. Mówisz o mieszczańskiej moralności, a to przecież ją właśnie wpajały Annie ciotki. Uczyły ją, że pewnych rzeczy się nie robi, pewnych granic się nie przekracza, a ona, w ramach buntu, nieraz to robiła. I zwróć uwagę, że Jerzy też nie jest mieszczański. Kiedy Maria przyjeżdża do nich pierwszy raz do Wrocławia, w którym osiadają po wojnie, Jerzy dyskretnie idzie spać na górę, zostawiając im przestrzeń na dole domu. Który mąż by to zrobił?

To odpowiedzmy w końcu na pytanie: czy Anna była lesbijką?

Kinga Dunin w swoim artykule zwróciła uwagę na to, że Kowalskiej tak nie nazywam. A nie nazywam celowo, bo to mi się wydaje za proste. Gdybym musiała określić seksualność Anny, tobym powiedziała, że była biseksualna, ale nazywanie pozostawiam innym. Mój jeszcze większy sprzeciw wzbudza określanie lesbijką Marii Dąbrowskiej, bo jej chyba jednak bliżsi byli mężczyźni. Wiem, że to może brzmieć dziwnie, skoro obie były w związku ponad 20 lat.

Rozumiem pretensję Kingi Dunin, bo nienazywanie ich lesbijkami powoduje, że lesbijki je - że się tak wyrażę - w jakimś sensie "tracą". Skoro więc mówisz, że Dąbrowska i Kowalska nie były lesbijkami, jest bunt.    

Dobrze, że to mówisz, rozumiem to i naprawdę nie chcę nikomu nic zabierać. Wydaje mi się raczej, że coś daję, pokazując, jak wspaniała jest miłość między dwiema kobietami, jak potrafi być zachwycająca, co zresztą Kinga Dunin słusznie zauważa. Ale nie możemy na siłę usunąć z życia Kowalskiej i Dąbrowskiej ich ukochanych mężczyzn. One ich naprawdę szczerze kochały z wzajemnością, oni nie byli przykrywką. Może zamiast na kategoryzowaniu, skupmy się na tej wielkiej miłości między dwiema kobietami, które miały wielką odwagę, by o siebie zawalczyć.

Dwie kobiety żyjące razem i wychowujące dziecko w latach 50. w Warszawie - to jest odwaga!

Ogromna. Nie wszystko im się oczywiście udaje, nie wszystko działa, jak trzeba, ale dwie pisarki z ambicjami pod jednym dachem to naprawdę dużo.

W pewnym momencie, czytając kolejne ich listy, miałem, powiem ci, dość. Te ciągłe "ja cię kocham", "nie, to ja cię kocham", "nienawidzę cię", "nie, to ja cię nienawidzę" mnie wykończyło. Aż zacząłem krzyczeć do książki, żeby już dały spokój.

Doskonale cię rozumiem. Domyślam się nawet, kiedy zacząłeś krzyczeć. Miałam podobnie i zastanawiałam się, co z tym - jako autorka - zrobić. Czy tego nie jest za dużo? Czy tego nie dawać? Ale w końcu świadomie postanowiłam, że to zrobię, bo tak po prostu było, że jedna miała dosyć drugiej, tak jak ty miałeś dosyć kolejnych listów. Może dobrze, żeby czytelnik też to poczuł, tę niekiedy duszną atmosferę ich życia.

"Łączą nas wspomnienia i żale" - pisze w 1953 roku Kowalska.

Złe doświadczenia też ludzi łączą. Jest czas na żale, jest czas na czułość.

Bardzo czuła jest twoja książka, z czułością traktujesz jej bohaterki. Bohaterów zresztą też.

Bardzo ci dziękuję za te słowa. Czułam się po prostu za moich bohaterów odpowiedzialna, a poza tym, wiesz, mam generalnie czuły stosunek do ludzi.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Sylwia Chwedorczuk, autorka książki 'Kowalska. Ta od Dąbrowskiej' (fot. Archiwum prywatne)
Sylwia Chwedorczuk, autorka książki 'Kowalska. Ta od Dąbrowskiej' (fot. Archiwum prywatne)

Sylwia Chwedorczuk. Badaczka literatury, edytorka i pasjonatka listów Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej. Pracę doktorską obroniła w Instytucie Badań Literackich PAN. Publikowała w "Twórczości" i w "Dialogu". Niedawno, nakładem Wydawnictwa Marginesy, ukazała się jej książka "Kowalska. Ta od Dąbrowskiej".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku