Joanna Piotrowska została okrzyknięta przez Tate Britain 'artystką, która będzie kształtować świat sztuki w najbliższych latach'

Joanna Piotrowska została okrzyknięta przez Tate Britain 'artystką, która będzie kształtować świat sztuki w najbliższych latach' (fot: Joanna Piotrowska)

wywiad Gazeta.pl

"Polacy mają o wiele mniej śmiałości niż ludzie na Zachodzie w wyrażaniu tego, co myślą i czują"

- Wciąż głęboko tkwi w nas patriarchalna mentalność. Gdybym mogła, wprowadziłabym obowiązkową terapię dla wszystkich, szczególnie mężczyzn - mówi Joanna Piotrowska, którą prestiżowa londyńska galeria Tate Britain okrzyknęła "artystką, która będzie kształtować świat sztuki w najbliższych latach". Do 6 grudnia 2020 roku w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie będzie można oglądać jej najsłynniejsze prace.

Cieszę się, że zgodziła się pani ze mną porozmawiać. Doszły mnie słuchy, że bardzo ogranicza pani liczbę udzielanych wywiadów.

Nie jest to do końca prawda. Bardzo lubię opowiadać o swoich pracach i chętnie to robię, między innymi na spotkaniach im poświęconych czy osobom, które piszą o wystawach, w których biorę udział. Jest to jednak zawsze wyzwanie, żeby zachować balans, nie powiedzieć ani za mało, ani za dużo, pozostawić publiczności pole do interpretacji, własnych refleksji.

Zrozumienie sztuki współczesnej nie należy jednak do zadań łatwych. A instytucje sztuki tego nie ułatwiają. O sztuce pisze się często językiem niezrozumiałym dla przeciętnego odbiorcy.

To prawda, i jest to problem, który dotyczy nie tylko instytucji polskich, ale i zagranicznych. Mam jednocześnie wrażenie, że Polacy mają o wiele mniej śmiałości niż ludzie na Zachodzie w wyrażaniu tego, co myślą i czują, nie ufają swojej intuicji, jakby obawiali się, że to, co powiedzą, zabrzmi głupio. Jest sztuka, która wymaga lepszego przygotowania merytorycznego, ale jest też taka, która tego przygotowania wymaga mniej. Nie ma jednak co się łudzić - trzeba coś o języku sztuki wiedzieć wcześniej, żeby czerpać jakąś satysfakcję z jej odbioru. Trudno oczekiwać od instytucji artystycznych, że wezmą na swoje barki zadanie edukowania społeczeństwa. Ta edukacja powinna odbywać się już na etapie szkoły.

Z mojej współpracy z Galerią Zachęta wynika jednak, że ta dbałość o odbiorcę jest. Do mojej wystawy powstały dwa teksty napisane przystępnym językiem, jest także obszerny wywiad ze mną, planowane są oprowadzania po wystawie.

Praca z cyklu 'Enclosures' (fot: Joanna Piotrowska)
Praca z cyklu 'Enclosures' (fot: Joanna Piotrowska)

Bardzo zainteresował mnie fragment tekstu Miry Marcinów, w którym przytacza historię niedźwiedzia polarnego Gusa, trzymanego w nowojorskim ogrodzie zoologicznym, który oszalał - 18 godzin na dobę spędzał na pływaniu, wykonując ósemki w basenie. Marcinów odwołuje się do cyklu pani zdjęć dokumentujących klatki i wybiegi dla zwierząt aranżowane na wzór ludzkich mieszkań.

To, w jaki sposób traktujemy zwierzęta, jak je sobie podporządkowujemy, jaki mamy wpływ na ich życie i środowisko, to ostatnio coraz częściej poruszane tematy. Dyskusja o tym, jaką rolę powinno pełnić zoo, toczy się co prawda od lat, natomiast zmiany w ogrodach zoologicznych wprowadzane są bardzo powoli. Coś się jednak dzieje. Przykładem tego, jak architekturę dopasowuje się do potrzeb zwierząt, jest londyńskie zoo. Kilka budynków, w których kiedyś trzymane były zwierzęta, jest w tej chwili wykorzystywanych do innych celów - uznano, że warunki tam panujące były dla zwierząt niewystarczająco dobre. Modernistyczny basen dla pingwinów przebudowano na sztuczną plażę - ta zmiana spowodowała, że u zwierząt ustąpiły bóle stawów, które wywołane były chodzeniem po betonie.  Tzw. round house (z ang. okrąglak) pierwotnie został zbudowany dla goryli, w tej chwili mieszkają tam nietoperze. Brutalistyczny pawilon Casson miał być domem dla słoni i nosorożców, ale ostatecznie uznano, że nie nadaje się on do trzymania zwierząt w ogóle i został zamknięty dla zwiedzających.

Z jednej strony te zmiany są pozytywnym zjawiskiem, z drugiej - w dalszym ciągu dzikie zwierzęta są trzymane w niewoli, ku uciesze zwiedzających. Więc pod tym względem niewiele się jeszcze zmieniło.

Potrzeba władzy, podporządkowania sobie innych w pani pracach dotyczy nie tylko zwierząt. Zdjęcia przedstawiające nastolatki, które odtwarzają wybrane pozy ataku lub obrony, to swoista opowieść o potrzebie władzy nad kobietami i stosowanej wobec nich przemocy.

Która odbywa się na wielu poziomach, bo nie chodzi wyłącznie o przemoc fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną, ciągłe podważanie wartości kobiety. To opowieść o wciąż istniejących nierównościach między płciami, walce kobiet o prawo do decydowania o własnym ciele, które w Polsce jest aktualnie zagrożone. Cykl zyskał na aktualności w dobie pandemii, w czasie której wielokrotnie wzrósł poziom przemocy domowej.

Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)
Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)

Czy, jako kobieta, artystka osiągająca sukcesy, doświadczyła pani kiedykolwiek dyskryminacji, bo jest kobietą?

W życiu zawodowym nie. Myślę, że miałam dużo szczęścia. Ale obserwuję, jak ogromna jest wciąż dysproporcja między tym, ile kobiet ma własne wystawy, a ile mężczyzn. W Londynie na szczęście bardzo się to zmienia.

Ale sytuacji z dnia codziennego, kiedy poczułam się potraktowana przez mężczyznę z wyższością, mogłabym przytoczyć tysiące.

Jakiś przykład?

Robię zakupy w londyńskim sklepie. Wykładam produkty przy kasie. Kasjer - starszy pan, około pięćdziesiątki - pyta mnie, czy mam własną reklamówkę. Mówię, że tak. Na co słyszę: Good girl (z ang. zuch dziewczyna). Mam 35 lat, jestem dorosłą kobietą, a on zwraca się do mnie, jakbym miała siedem lat. Taki protekcjonalny ton, infantylizujący kobiety, stanowi zawoalowaną próbę pokazania swojej przewagi nad nimi.

Kilka lat temu, gdy jeszcze nie byłam tak świadoma nierówności między kobietami i mężczyznami, trudno było mi wytłumaczyć, dlaczego dane zachowanie mężczyzny wzbudziło we mnie dyskomfort. W większości przypadków były to jakieś drobne gesty, pozornie mało znaczące słowa. A jednak gdy to usłyszałam, czułam się źle. Ta patriarchalna mentalność wciąż bardzo głęboko w nas tkwi. Gdybym mogła, wprowadziłabym obowiązkową terapię dla wszystkich, szczególnie mężczyzn.

Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)
Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)

Aż tak?

Oczywiście. Nie twierdzę, że kobiety nie mają nad czym pracować, ale moim zdaniem wiele problemów współczesnego świata wynika z męskiej potrzeby władzy i dominacji, często nieuświadomionej.

Na terapię wysłałaby pani nie tylko mężczyzn, ale chyba nawet i całe rodziny. W cyklu prac "Frowst" (z ang. zaduch), który przyniósł pani międzynarodowe uznanie, podważa pani koncepcję rodziny jako komórki społecznej, która zapewnia komfort, bezpieczeństwo. Na zdjęciach członkowie rodzin ustawieni są wobec siebie w sposób, który budzi duży niepokój - dorosła córka siedzi na kolanach ojca, siostry leżą na jednym fotelu. Inspiracją do powstania prac była znana i kontrowersyjna metoda terapeutyczna ustawień rodzinnych Berta Hellingera.

Fascynuje mnie, jak subtelne gesty, ruchy, które łatwo pominąć, mogą być sygnałem silnych emocji, świadczyć o niezdrowej zależności, toksycznej relacji. Warto je poddać głębszej refleksji. Nie pochwalam tej formy terapii, ani jej też nie krytykuję, interesuje mnie ona od strony artystycznej, bo to, co dzieje się na sesjach, to swoisty teatr.

Miała pani okazję uczestniczyć w takiej sesji?

Tak. Wszystko zaczęło się od mojej siostry, która studiowała psychologię. W domu było mnóstwo książek psychologicznych, między innymi tych dotyczących ustawień Berta Hellingera. Zainteresowała mnie przede wszystkim droga, jaką przeszedł Hellinger, zanim opracował swoją metodę - czerpał z szamanizmu, spirytyzmu. Dziesięć lat temu, w Krakowie, wzięłam udział w sesji, którą prowadził. Było na niej aż 300 osób. Cała sala była wypełniona ludźmi. Robiło to niesamowite wrażenie. Innym razem brałam udział w sesji prowadzonej przez polskiego terapeutę, który stosuje metodę ustawień w swojej pracy terapeutycznej. Jedna z osób obecnych na sesji panicznie bała się jazdy samochodem. Bardzo chciała przepracować ten lęk, bo musiała jeździć autem w pracy. W jej układzie odgrywałam rolę prawa jazdy - w metodzie ustawień można albo pełnić rolę konkretnej osoby, albo obiektu, zdarzenia. Na końcu procesu ta osoba uwierzyła, że nie jestem czymś zagrażającym. Przytuliła mnie.

Praca z cyklu 'Frowst' (fot: Joanna Piotrowska)
Praca z cyklu 'Frowst' (fot: Joanna Piotrowska)

Czy któryś z cykli fotograficznych jest dla pani szczególnie ważny?

Wszystkie są ważne, bo bardzo często angażuję do pracy ludzi, z którymi mam bliskie relacje. Tak było w przypadku "Frowst". W cyklu prac prezentujących pozycje z samoobrony pojawia się moja bliska przyjaciółka, Asia, która mieszka od kilku lat w Kapsztadzie. Dawno się nie widziałyśmy. Bardzo lubiłam pracować nad cyklem "Frantic", mogłam zaspokoić swoją potrzebę voyeuryzmu. (śmiech) W celu wykonania zdjęć odwiedzałam ludzi w ich domach, gdzie razem budowaliśmy domki z mebli. To było świetne doświadczenie - na chwilę znów stawaliśmy się dziećmi, powracały różne wspomnienia z czasu, kiedy byliśmy mali.

Skąd pomysł, żeby z dorosłymi budować takie domki?

Często zaglądam do zdjęć rodzinnych, swoich, ale też moich znajomych. Dla kogoś, kto jak ja zajmuje się obrazem, fotografia amatorska jest szalenie interesująca.  Na jednym z takich rodzinnych zdjęć zobaczyłam dzieci bawiące się w dom, który zbudowały z mebli, koców. Przypomniało mi się, jak sama się tak bawiłam. Nie mogłam wyrzucić z głowy tego obrazu. Idąc ulicą, obserwowałam konstrukcje, jakie bezdomni sobie budowali, by potem się pod nimi skryć. Uznałam, że jest coś bardzo symbolicznego w tymczasowości i prowizoryczności tych małych konstrukcji, które lada moment mogą się zawalić, zwłaszcza gdy budują je dorośli.

Symboliczne jest też budowanie domu w domu, konstruowanie czegoś, co ma być jeszcze bardziej przytulne niż dom, gdzie można poczuć się jeszcze bezpieczniej.

Albo schować przed czymś zagrażającym, odseparować się.

Prace z cyklu 'Frantic' (fot: Joanna Piotrowska)
Prace z cyklu 'Frantic' (fot: Joanna Piotrowska)

Czy Londyn traktuje pani jak swój dom?

Z jednej strony tak, bo mieszkam tu od 10 lat. Mam tu przyjaciół, pracę, partnera. Ale z drugiej strony jestem też imigrantką. Gdy Wielka Brytania zdecydowała się wyjść z Unii Europejskiej, poczułam głęboki smutek i jednocześnie zwątpienie w to, czy naprawdę mogę Londyn nazwać swoim domem. Rozważaliśmy z partnerem przeprowadzkę do Portugalii, ale ostatecznie uznaliśmy, że będziemy dzielić nasze życie na dwa domy - ten w Londynie i ten w Porto.

Czyli nie w Polsce. Dlaczego wyjechała Pani z Polski?

Po studiach licencjackich w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie chciałam kontynuować edukację artystyczną za granicą. Wysłałam zgłoszenie do Royal College of Art w Londynie i zostałam przyjęta. Wiedziałam, że studiowanie za granicą będzie ciekawym doświadczeniem, nie tylko ze względu na wysoki poziom nauki, ale również dostępność sztuki, możliwości uczestniczenia w najróżniejszych wydarzeniach artystycznych, i przede wszystkim życia w wielokulturowym mieście. Miałam przedsmak życia za granicą po pobycie w Wiedniu w ramach wymiany studenckiej Erasmus. Jednak dopiero kiedy przeprowadziłam się do Londynu, poczułam się, jakbym wylądowała na innej planecie. Odczułam ulgę, gdy znalazłam się w wielokulturowym środowisku.  

Czy pracuje pani nad jakimś nowym cyklem?

Tak, interesują mnie pokoje przesłuchań, które w ostatnich latach przechodzą estetyczno-architektoniczną ewolucję. Coraz częściej projektowane są tak, żeby sprawiać wrażenie bardziej przytulnych i przyjaznych. Będzie to projekt we współpracy ze studiem projektowym.

Skąd ten pomysł?

Z własnego doświadczenia.

Była pani przesłuchiwana?

Przez policję w Armenii. Pojechałam tam kilka lat temu, żeby sfotografować Górski Karabach, region na granicy Armenii z Azerbejdżanem, który w latach 80. był areną ostrych starć. Terytorium zostało wysiedlone i zbombardowane. W tej chwili jest opuszczone. Zignorowałam fakt, że teren jest pod nadzorem wojska i wejście tam jest zabronione. Któregoś dnia do hotelu, w którym się zatrzymałam, przyszła policja i zabrała mnie na przesłuchanie. Wzięto mnie za rosyjskiego szpiega. To było traumatyczne doświadczenie. Dwóch mężczyzn w cywilu zadawało mi mnóstwo, często bardzo osobistych, pytań.

Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)
Praca z cyklu 'Samoobrona' (fot: Joanna Piotrowska)

Na przykład?

Pytali, dlaczego nie mam męża i dzieci, skoro mam tyle lat, ile mam, albo ile zarabia moja mama. Wielokrotnie zadawali to samo pytanie: jakiego koloru są moje oczy lub jakiego koloru jest moje ubranie. Zadawanie tych samych pytań wiele razy z rzędu było silnie dezorientujące.

W Górskim Karabachu nie ma żadnych siedzib organizacji międzynarodowych, więc czułam się, jakbym była wyjęta spod prawa. Przesłuchanie trwało sześć godzin, w końcu udało mi się przekonać funkcjonariuszy, że nie jestem żadnym rosyjskim szpiegiem, ale artystką. Mimo to następnego dnia byłam śledzona na ulicy.

"Artystka, która będzie kształtować świat sztuki w najbliższych latach" - tak Tate Britain określiło panią we wstępie do pani indywidualnej wystawy w Londynie. Trudno było się przebić kobiecie-artystce na Zachodzie? Co sprawiło, że to panią zainteresowali się znawcy sztuki?

(śmiech) Myślę, że to opinia trochę na wyrost. A co sprawiło? Chyba trochę szczęścia i dużo ciężkiej pracy. Przeprowadzka do Londynu była dla mnie radykalną zmianą w życiu, minęło trochę czasu, zanim odnalazłam się w nowej rzeczywistości. Jednocześnie od razu po przyjeździe musiałam zacząć pisać pracę magisterską - w Londynie pracę pisze się na pierwszym, nie na drugim roku. Nie było mi łatwo. W Londynie życie jest o wiele droższe niż w Polsce, podczas studiów, żeby się utrzymać, trzeba cały czas pracować. Zależało mi na tym, żeby robić swoje projekty, ale żeby je realizować, musiałam mieć pieniądze na materiały, które są tu bardzo drogie. Przebić się nie jest łatwo, bo konkurencja jest ogromna, jest tu mnóstwo utalentowanych ludzi z całego świata. Bardzo wiele osób po studiach rezygnuje ze ścieżki artystycznej. Ale ja byłam zmotywowana. Myślę, że między innymi dlatego, że otrzymałam ogromne wsparcie od uczelni, która zaoferowała mi grant. Miałam poczucie, że ktoś we mnie wierzy. Jednym z istotniejszych momentów była na pewno wystawa końcoworoczna w Royal College of Art, w której, jako absolwentka uczelni, brałam udział. To bardzo istotne wydarzenie artystyczne w Londynie, na które przychodzą ważne osoby ze świata sztuki - kuratorzy, krytycy, galerzyści. Kilka osób zainteresowało się moimi pracami. Byłam przeszczęśliwa, gdy dostałam propozycję wystawienia swoich prac w Tate Britain i w Kunsthalle w Bazylei.

Wystawa w Zachęcie to dla pani ważne wydarzenie?

Bardzo! Jestem ciekawa, jak moje prace będą rezonować w Polsce, bo wcześniej właściwie nie były w kraju pokazywane. Nie ukrywam, że trochę się denerwuję. Jest ogromna różnica między tym, jak komentuje się sztukę w Polsce, a jak za granicą. W Wielkiej Brytanii jak coś się komuś nie podoba, to po prostu o tym nie pisze. W Polsce - przeciwnie, pisze dużo i z nieukrywaną gorliwością (śmiech).

Na zdjęciu - Joanna Piotrowska (fot: Joanna Piotrowska)
Na zdjęciu - Joanna Piotrowska (fot: Joanna Piotrowska)

Joanna Piotrowska. Artystka wizualna, fotografka. Urodziła się w 1985 roku w Warszawie. Studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Royal College of Art w Londynie. W 2014 roku ukazał się jej monograficzny album FROWST, który zachwycił krytyków. Jej prace były prezentowane m.in. w Museum of Modern Art w Nowym Jorku, na 10 Berlin Biennale, w Tate Britain w Londynie oraz na indywidualnej wystawie w Kunsthalle Basel w Szwajcarii.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku