Tłum Żydów

Tłum Żydów (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

W domu nie było radia, telewizji ani świeckich gazet. Jedyne książki, które mogła czytać, były o religii

Dla chasydów biblioteka jest takim samym zagrożeniem jak drzewo wiadomości dobrego i złego w rajskim ogrodzie. Można tam zyskać dostęp do świeckiego świata oraz zdobyć wiedzę, jak sobie w nim radzić - pisze w książce "Ok, amen. Miłość i nienawiść w świecie nowojorskich chasydów" Nina Solomin. Publikujemy jej fragmenty.

Necha pracuje jako psychoterapeutka w szpitalu w Brighton Beach, dzielnicy Brooklynu zdominowanej przez żydowskich emigrantów z Rosji. Minęło już ponad dwadzieścia lat, odkąd rozwiodła się z mężem i porzuciła życie pośród chasydów. Choć proces jej wyswabadzania się tak naprawdę wystartował o wiele wcześniej, gdy jako mała dziewczynka w tajemnicy przemykała po szkole do biblioteki.*

Pewnej niedzieli, gdy na błękitnym niebie nie ma ani jednej chmurki, a my wybieramy się razem do ogrodu botanicznego w Brooklynie, Necha opowiada mi o swoim życiu.

- Przychodziłam tu w dzieciństwie. W szabat spacerowało tutaj mnóstwo chasydzkich rodzin.

Siadamy w cieniu pod drzewem. Wiatr szumi w gałęziach i przywiewa łagodny zapach wiosny.

- Znasz tę piosenkę w jidysz? - pyta mnie Necha i zaczyna śpiewać: - "Belz, majn sztejtele Belz, majn hajmele, wu ich hob majne kindersze jorn farbracht.", "Bełz, moje miasteczko Bełz, moja ojczyzna, gdzie spędziłem dziecięce lata swe.".

To niegdysiejszy szlagier żydowskich teatrów w całej Europie. Kiedy naziści zmuszali Żydów w wileńskim getcie do śpiewania im do każdego posiłku, ich ulubioną piosenką było właśnie Miasteczko Bełz. (Na drugim miejscu był szlagier Siedem dobrych lat).

- Mój ojciec był chasydem z Bełza, tak samo jak przed nim dziadek. Rodzice byli ortodoksyjni jeszcze przed wojną. Mama nosiła perukę i tak dalej, ale tato wcale nie wyglądał tak jak dzisiejsi williamsburscy chasydzi. Dopiero później stał się religijnym ekstremistą. Po Zagładzie.

Necha urodziła się w 1943 roku w Budapeszcie, w samym środku wojennej zawieruchy. Kiedy wybuchła wojna, jej rodzice byli małżeństwem od pięciu lat. Przeżyli wojnę i trafili do jednego z tak zwanych displaced person camps, obozów dla osób przemieszczonych, w Niemczech. Uchodźcy wojenni gromadzili się w nich, zanim pozwolono im dokądś wyjechać i zacząć nowe życie. Węgierski był pierwszym językiem w rodzinie Nechy, ale w obozie wszyscy przeszli na jidysz. W 1951 roku otrzymali zgodę na wyjazd do Ameryki. Zamieszkali w Williamsburgu i już tu przyszli na świat dwaj młodsi bracia Nechy.

Żydzi w Nowym Jorku (fot. Shutterstock)
Żydzi w Nowym Jorku (fot. Shutterstock)

Ośmioletnią wówczas Nechę od razu zapisano do Beis Jaakow, ortodoksyjnej, ale niechasydzkiej szkoły dla dziewcząt. To było rozwiązanie kryzysowe. Ojciec uważał, że placówka jest zbyt liberalna, najchętniej posłałby ją do jednej ze szkół satmarskich chasydów, ale żadna nie miała klasy nadającej się dla Nechy.

- Rok 1943 to dziwna data na narodziny dla Żyda z Europy. Z oczywistych powodów dzieci w moim wieku była zaledwie garstka - wyjaśnia Necha ze smutnym uśmiechem.

Jej ojciec był wydawcą literatury hebrajskiej i jidysz. Rodzinę utrzymywała głównie matka, pracując w fabryce.

- Mój tato to był luftmensz, odklejony od rzeczywistości, i miał w głowie tylko religię. Oddawał wszystkie swoje pieniądze na cele dobroczynne i rebemu. Chciał wyjechać do Izraela, ale mama się nie zgodziła, więc zostaliśmy w Stanach. Tato był jedynym ocalałym z całej jego rodziny. Musiał dźwigać straszną winę i ogromny smutek. Ale nigdy o tym nie mówił. Uciekał przed tym, coraz bardziej angażując się w religię, do tego stopnia, że odbijało się to na naszej rodzinie.

- Gdyby ktoś mnie zapytał o zdanie, w mojej ocenie wiele z tego, co się wydarzyło i co wciąż się dzieje w społeczności chasydów, to nieustająca reakcja na Zagładę - mówi dalej Necha. - Wszyscy przyjechali tu po wojnie i ich wspólnota jest mocno spleciona z tą wielką narodową traumą. Przekazują ją z pokolenia na pokolenie i jej skutki wciąż pozostają żywe. Dopiero teraz, trzy, cztery pokolenia później, zaczyna się mówić o tym trochę inaczej.

- Jakie skutki masz na myśli?

- Sama widzisz, jak oni odcinają się od świata. Wznieśli wokół siebie niewidzialny, ale nieprzenikniony mur, jakby uważali, że czyha na nich jakieś zagrożenie, jakby resztę świata zamieszkiwali sami wrogowie. I jak w ten surowy, na poły militarny sposób próbują zakonserwować to, co dawne. Robią to za wszelką cenę. Są o wiele radykalniejsi niż przedwojenni europejscy chasydzi. I bardziej fanatyczni niż w latach pięćdziesiątych i sześć-dziesiątych, kiedy dorastałam. Jakby chcieli wykrzyczeć światu w twarz, że "Hitler próbował nas unicestwić, ale tylko spójrzcie, jak przy tym zawiódł".

- W jaki sposób chasydzka ultraortodoksja stała się w ostatnich latach fanatyczna?

- Kiedy byłam młoda, zdarzało się, że młodzi chłopcy szli na studia do zwykłego college'u. Dziś zachęca się wszystkich do kontynuowania wyłącznie studiów religijnych, nawet po ukończeniu osiemnastego roku życia. Powodem ma być fakt, że tak dużo jesziw, szkół talmudycznych, zniknęło w Zagładzie. Dlatego dzisiejsza chasydzka młodzież powinna dołożyć starań, by odtworzyć niegdysiejszy poziom studiów religijnych.

W domu rodzinnym Nechy nie było radia, telewizji ani świeckich gazet. Ojciec zabraniał jej czytać książki traktujące o czymkolwiek oprócz religii. Mama, która nie była aż tak surowa, sama czytywała raz po raz jakieś wydanie "Reader's Digest". A kiedy się wydało, że Necha chadza ukradkiem do biblioteki, ojciec sam zajął się jej edukacją.

W domu rodzinnym Nechy nie było radia, telewizji ani świeckich gazet (fot. Shutterstock)
W domu rodzinnym Nechy nie było radia, telewizji ani świeckich gazet (fot. Shutterstock)

- Mama czasem się sprzeciwiała radykalizmowi taty, choć nie w drodze otwartej konfrontacji, ale w ten inny, cichy sposób. Po prostu robiła to, co chciała. Patrzyła przez palce na pewne sprawy, ale nigdy nie wystąpiła w mojej obronie. Myślę, że tak to zwykle jest z tymi, któ-rzy w końcu się wyłamują. Któreś z rodziców musiało być bardziej liberalne.

Dla chasydów biblioteka jest takim samym zagrożeniem jak drzewo wiadomości dobrego i złego w rajskim ogrodzie. Można tam zyskać dostęp do świeckiego świata oraz zdobyć wiedzę, jak sobie w nim radzić. Necha nie jest jedynym rebeliantem, który w książkach znalazł drogę ucieczki ze świata chasydów. Zapytałam kiedyś dwudziestopięcioletniego ekschasyda, czy lubi czytać, na tej samej zasadzie, jak się pyta o zainteresowania czy jakieś hobby. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym zadziwienia. A niby jak, moim zdaniem, nauczył się wszystkiego, co potrafi? Wszystkie nawiązania do świeckiego świata, jakie wyszły w naszej rozmowie, uznawałam za coś oczywistego, lecz dla niego były to opłacone wielkim wysiłkiem owoce wytrwałego czytania.

W dzieciństwie Necha buntowała się na wiele sposobów. Protestowała przeciwko grubym rajstopom, które kazano jej wkładać do spódnicy, bo jej koleżanki takich nie nosiły. Sama najchętniej wybrałaby spodnie.

- Odkąd sięgam pamięcią, czułam, że spódnica ogranicza moje ruchy. Była niewygodna i nie podobałam się sobie w niej. Nienawidziłam tego ciucha.

Zdarzało się też, że w wieczór szabatowy na przekór karcącym spojrzeniom ojca przyłączała się do śpiewów. Kobietom nie wolno tego robić, kiedy w pobliżu są mężczyźni, ponieważ ich głosy uchodzą za zbytnio uwodzicielskie i mogłyby odciągnąć ich myśli od spraw duchowych. Sprzeciwianie się ojcu i podważanie przykazań religii było w wykonaniu młodej dziewczyny poważnym wykroczeniem.

- Musiał bardzo wcześnie dostrzec u mnie pewne oznaki - mówi Necha z łobuzerskim błyskiem w oku.

Kiedy skończyła szkołę Beis Jaakow, postanowiła pójść na studia do college'u. I zrealizowała swój plan wbrew woli rodziny.

- Długo walczyłam o to z rodzicami. W końcu rozpoczęłam naukę w Hunter's College na Manhattanie. Nie mogli mnie powstrzymać. Podjęłam decyzję, i koniec.

Lecz gdy już postawiła na swoim, studiowanie okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Wylądowała w nie-znanym środowisku, skrajnie różnym od świata, który znała do tej pory.

- Czułam się jak ryba wyrzucona na brzeg i spędzałam większość czasu sama. Jedyną osobą, z którą miałam jakąś więź, była pewna dziewczyna, katoliczka. Ona też pochodziła z konserwatywnego, bardzo religijnego domu.

Dla chasydów biblioteka jest takim samym zagrożeniem jak drzewo wiadomości dobrego i złego w rajskim ogrodzie (fot. Shutterstock)
Dla chasydów biblioteka jest takim samym zagrożeniem jak drzewo wiadomości dobrego i złego w rajskim ogrodzie (fot. Shutterstock)

Ze studiów nic nie wyszło. Necha wpadła w depresję i po jakimś czasie się poddała. Mając dziewiętnaście lat, zgodziła się wyjść za mąż. To był najwyższy czas. Przyjaciel ojca zaproponował kandydata w odpowiednim wieku. Młodzieniec był inteligentny i miał zaliczony egzamin rabinacki. Necha i on spotkali się przed zaręczy-nami dziesięć razy. On chciał się zaręczyć już po trzeciej randce, jednak ona zwlekała.

- W głębi ducha czułam, że w ogóle nie chcę wychodzić za mąż. W dodatku on specjalnie mnie nie pociągał. Ale po dziesiątym spotkaniu powiedziałam "alright". Skapitulowałam. Nie był gorszy od innych. No i podobał mi się fakt, że kiedyś jego rodzina była świecka. On został wysłany do szkoły religijnej, a że był jedynakiem, rodzice wkrótce też stali się ortodoksyjni. Sądzę, że uznałam to za szansę na poznanie zewnętrznego świata. Dodatkową zaletą był fakt, że on był Lubawiczem, a chasydzi z tego rodu są bardziej otwarci na otoczenie. Wydawało mi się to w jakiś sposób egzotyczne. Oni przechadzali się uli-cami i rozmawiali z niereligijnymi ludźmi.

Chasydzi z rodu Lubawiczów zamieszkują brooklińską dzielnicę Crown Heights i są znani ze swoich działań na rzecz pozyskiwania wiernych. Działają podobnie do świadków Jehowy. Często można ich spotkać na ulicach Manhattanu. Zaczepiają przechodniów o semickich rysach i próbują obudzić w nich świadomość religijną. W ciężarówkach zwanych mitzvah tanks wożą księgi modlitewne, filakterie i inne przedmioty służące do kultu religijnego.

Dziś nie dopuszczono by do tego, by dziewczyna z Williamsburga wyszła za chłopca z Crown Heights. Spory między dynastiami chasydzkimi nie są niczym nowym, lecz otwarty konflikt między dworami Satmar i Lubawicz, którego kulminacja przypadła na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, należał do najpoważniejszych w powojennych dziejach. Czasem przybierał formy tak gwałtowne, że kończyły się one policyjnymi śledztwami i otwartym wzajemnym bojkotem. I choć owe animozje dziś nie są już tak silne, wciąż tlą się gdzieś w ukryciu.

*Fragmenty książki "Ok, amen. Miłość i nienawiść w świecie nowojorskich chasydów", Nina Solomin, tłumaczenie Ewa Wojciechowska.

Nina Solomin, autorka książki 'Ok, amen. Miłość i nienawiść w świecie nowojorskich chasydów' (fot. Materiały prasowe)
Nina Solomin, autorka książki 'Ok, amen. Miłość i nienawiść w świecie nowojorskich chasydów' (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku