Jaskinia Wielka Śnieżna

Jaskinia Wielka Śnieżna (fot. Krzyszof Recielski / Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy)

reportaż

"Koszmarne warunki. Tego nie da się porównać do tatrzańskich wypraw na powierzchni"

Jest tak ciasno, że momentami grotołaz zmuszony jest wciągnąć powietrze, by przecisnąć się między skałami, tak zwanymi zaciskami, czyli ekstremalnie wąskimi przejściami. W Przemkowych Partiach, gdzie utknęli grotołazi, ciągi są bardzo wąskie - opowiada Apoloniusz Rajwa w książce "Niech to szlak" Bartłomieja Kurasia.

Druga połowa sierpnia 2019 roku rozpoczynała się na Podhalu dosyć pogodnie. Wypadków na szlakach nie było szczególnie dużo. Jednak w sobotę 17 sierpnia do ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wpłynęło alarmujące zgłoszenie. Tyle że nie z żadnego szczytu, lecz dotyczące głębokich podziemnych korytarzy.*

Czwórka grotołazów z wrocławskiego speleoklubu poprosiła o pomoc, bo dwóch ich kolegów utknęło w Jaskini Wielkiej Śnieżnej - drogę powrotną odcięła im woda, która zalała część korytarza.

Z początku wydawało się, że nie dzieje się nic strasznego. Zdarza się, że jakiś speleolog nie może sobie poradzić w wąskich jaskiniach. TOPR-owcy nieraz wcześniej ich ratowali.

* * *

Ratownikowi Andrzejowi Miklerowi szczególnie zapadła w pamięć 13-godzinna akcja ratunkowa z 2007 roku w Wielkiej Jaskini Śnieżnej.

- Wówczas trzech speleologów wybrało się na trudny trawers największej jaskini w Polsce, systemu Wielka Śnieżna. Gdy nie wrócili o czasie, zaalarmował nas ich kolega. Okazało się, że zeszli na dno jaskini, ale spadły im liny i nie mogli się wydostać. Ruszyliśmy do nich z dwóch stron, z jaskiń Śnieżnej i Litworowej. Po wielu godzinach udało nam się do nich dotrzeć i wydobyć ich na powierzchnię. Całych i zdrowych - opowiada Mikler.

Nie był to odosobniony przypadek takiej akcji ratunkowej.

Wielka Studnia w Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Jan Kućmierz / speleofoto.pl)
Wielka Studnia w Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Jan Kućmierz / speleofoto.pl)

W pierwszy weekend czerwca 2002 roku w Tatrach mocno padało, a deszcz jest bardzo groźny dla odwiedzających jaskinie. Bezpieczniej jest penetrować je w Tatrach zimą, kiedy mróz uniemożliwia nagłe zalanie podziemnych korytarzy deszczówką.

W poniedziałek po południu rodzina turysty z Warszawy zawiadomiła TOPR, że nie wrócił do domu, choć tego dnia miał się pojawić w pracy. Ratownicy ustalili, że mężczyzna wraz z innym turystą jeszcze w piątek poszedł do Jaskini Wielkiej Śnieżnej w rejonie Doliny Małej Łąki. Na ratunek wyruszyło czterech TOPR-owców.

- Przy wejściu do jaskini znaleźli plecaki i inne przedmioty należące do poszukiwanych - relacjonował wtedy Piotr Bednarz, ratownik pełniący dyżur.

TOPR-owcy weszli w głąb jaskini. Tuż przed godziną 23 nawiązali kontakt z poszukiwanymi, którzy znajdowali się 300 metrów pod ziemią. Zabłądzili - byli wychłodzeni, osłabieni i głodni. Jedzenie skończyło im się już w sobotę. Jeden złamał nos, gdy usiłując odnaleźć drogę wyjścia, odpadł od ściany.

W nocy z poniedziałku na wtorek z Zakopanego wyruszyło jeszcze pięciu ratowników. Po dotarciu do odnalezionych grotołazów podali im środki wzmacniające, ciepłe jedzenie i napoje. Potem powoli wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Pierwsi na powierzchnię wczesnym popołudniem wydostali się dwaj ratownicy, którzy w nocy odnaleźli mężczyzn. Przez radio przekazali informację do dyżurki TOPR.

"Cała grupa porusza się z poszkodowanymi do góry, ale nie idą zbyt szybko. Są w miejscu, z którego sprawny człowiek powinien wyjść w ciągu trzech i pół godziny. Mając na uwadze stan grotołazów, ten czas należy wydłużyć dwukrotnie. Dotąd przeszli najłatwiejsze fragmenty jaskini. Teraz czekają ich największe trudności" - usłyszeli ratownicy w zakopiańskiej centrali.

Tuż po godzinie 14 śmigłowiec przetransportował w pobliże jaskini trzech kolejnych ratowników. Zastąpili oni dwójkę, która wyszła na powierzchnię. Przywieźli dodatkowe racje ciepłego jedzenia i napojów. Po trzech godzinach cała grupa, z wycieńczonymi turystami, wydostała się na powierzchnię. Grotołazi trafili na obserwację do zakopiańskiego szpitala.

Grotołazi w Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Krzyszof Recielski / Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy)
Grotołazi w Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Krzyszof Recielski / Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy)

Jaskinia Wielka Śnieżna jest największą - bo najdłuższą i najgłębszą - jaskinią w Polsce i najgłębszą w całych Tatrach. Jej znane korytarze liczą w sumie 23 753 metry, jest głęboka na 824 metry. Wielka Śnieżna to ciąg pięciu jaskiń: Śnieżnej, Wielkiej Litworowej, Nad Kotlinami, Jasny Awen i Wilczej. Większość korytarzy jaskini opada wraz z głębokością z północy na południe pod kątem około 70 stopni. Studnie są głębokie, w dodatku występują tu czynne podziemne potoki. Jako jedna z nielicznych w Tatrach Wielka Śnieżna nadal jest intensywnie penetrowana i wciąż odkrywane są nowe korytarze.

* * *

W sobotę 17 sierpnia 2019 roku w zakopiańskiej centrali TOPR szybko zdano sobie sprawę, że akcja ratowania trzech uwięzionych w Jaskini Wielkiej Śnieżnej speleologów może być bardzo trudna. Koledzy grotołazów poinformowali bowiem, że mężczyźni przebywają pod ziemią od czwartku. Jak tłumaczyli, ze zgłoszeniem czekali do soboty, bo mieli nadzieję że tamci wyjdą na powierzchnię o własnych siłach.

- Obecna akcja ratunkowa jest o wiele trudniejsza od wszystkich poprzednich prowadzonych w tej jaskini. Myślę nawet, że najtrudniejsza w całej historii ratownictwa w Tatrach - mówił mi 20 sierpnia w Zakopanem Apoloniusz Rajwa, taternik jaskiniowy, ratownik górski i inicjator pierwszej zimowej wyprawy do Jaskini Wielkiej Śnieżnej w 1963 roku. - Nie można jej też porównywać z akcją ratunkową prowadzoną w 2018 roku w jaskini Tham Luang w Tajlandii.

Tam udało się uwolnić 12 chłopców w wieku 11-16 lat i ich 25-letniego trenera, bo nie groziła im hipotermia, mieli gdzie usiąść, udało im się dostarczyć wodę, pożywienie i butle z tlenem, by mogli przepłynąć zalany teren. Teraz ratownicy TOPR, rozpoczynając poszukiwania, początkowo nawet nie mieli pewności, w którym dokładnie miejscu może się znajdować dwójka grotołazów z wrocławskiego klubu speleologicznego. Wytypowano miejsce wskazane przez ich kolegów, którzy zawiadomili TOPR o zagrożeniu. Wyprawa wrocławian rozpoczęła się w czwartek 15 sierpnia. Po niewielkich opadach przed weekendem mógł się podnieść poziom wody w jaskini, w miejscu, do którego dotarła ta dwójka. Sami mogli też niechcący zatkać odpływ. Do soboty był z nimi kontakt głosowy - dodał. W akcję ratunkową zaangażowało się kilkudziesięciu ratowników, w tym także ze słowackiej strony Tatr, strażacy, ratownicy górniczy.

Wrocławscy grotołazi poszli odkrywać nowe ciągi bez dodatkowego ekwipunku, bo miejsca w jaskini są tak wąskie, że aby przesunąć się choć o kilka centymetrów, trzeba się ocierać o ściany, czołgając się bardzo powoli i równocześnie brodząc w błocie. A wszystko to w temperaturze 4 stopni Celsjusza i przy wilgotności sięgającej stu procent. Aby się dostać w ten rejon, ratownicy zostali zmuszeni do poszerzania korytarzy przez odpalanie niewielkich ładunków wybuchowych.

Przekrój Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Marcin Gala / Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy)
Przekrój Jaskini Wielkiej Śnieżnej (fot. Marcin Gala / Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy)

- Koszmarne warunki. Tego nie da się porównać do tatrzańskich wypraw na powierzchni - ocenił Apoloniusz Rajwa. - Ryzyko podczas takich wypraw zawsze jest spore. Grotołazi, którzy weszli do Jaskini Wielkiej Śnieżnej, to doświadczeni członkowie speleoklubu z Wrocławia, tego samego, który w tej jaskini dokonał wielu odkryć. Rozumiem ich, że tam poszli, pchała ich pasja odkrywcza.

- Utknęli w Przemkowych Partiach, z ciasnymi korytarzami w najtrudniejszej części jaskini. Zejście na głębokość 450 metrów poniżej otworu nie jest trudne, jeśli jest się doświadczonym grotołazem. Przejście jest szerokie, grotołazi zjeżdżają na linach w studni i na progach płytowych. Ale później jest coraz gorzej. Od Białej Wody jest ciasno, nieraz drogę trzeba pokonywać głową w dół lub na boku. Jest tak ciasno, że momentami grotołaz zmuszony jest wciągnąć powietrze, by przecisnąć się między skałami, tak zwanymi zaciskami, czyli ekstremalnie wąskimi przejściami. W Przemkowych Partiach, gdzie utknęli grotołazi, ciągi są bardzo wąskie, to najtrudniejsze partie, rzadko odwiedzane przez grotołazów. W wielu miejscach trzeba się przepychać centymetr po centymetrze, mogą tamtędy przejść osoby o szczupłej sylwetce. Ratownicy nie byli w stanie dotrzeć do tej dwójki tą samą drogą, choć próbowali nieco poszerzyć korytarze niewielkimi materiałami wybuchowymi. Postanowili więc spróbować dostać się do nich od innej strony, krótszą drogą - tłumaczył. I zaczął wspominać, jak sam kilkadziesiąt lat wcześniej przemierzał ciasne korytarze.

- W 1970 roku uczestniczyłem w tej jaskini w akcji ratunkowej po Witolda Szywałę, grotołaza z Gliwic. Niestety, nieudanej. To była pierwsza ofiara Śnieżnej, odkrytej w 1959 roku. Eksploracje głębokich jaskiń na większą skalę na całym świecie rozpoczęły się w latach 50. ubiegłego wieku, a pierwszą zimową wyprawę do Śnieżnej zorganizowaliśmy w 1963 roku. Witold Szywała zmarł z wyczerpania w 70-metrowej studni w Jaskini nad Kotlinami. Jego partnerzy dali znać, że zawisł na linach w jednej ze studni i nie ma z nim kontaktu. Studnia jest stosunkowo szeroka, ale wtedy bardzo mocno lało, więc wejście tam wiązało się z ogromnym ryzykiem. Po kilku dniach zdawaliśmy sobie sprawę, że poszukiwany nie ma szans na przeżycie. Mojej grupie szturmowej nie udało się do niego dotrzeć. Został wyciągnięty dopiero po dwóch miesiącach od rozpoczęcia poszukiwań, już przez innych ratowników. Kiedy go znaleziono, był bardzo opuchnięty, bo nasiąkł wodą. Ważył o 20 kilo więcej, niż kiedy schodził do jaskini. Poza nim dotychczas w tej jaskini zginęły jeszcze cztery osoby. Rok później doświadczony grotołaz z Częstochowy Marek Żelechowski, wychodząc także z Jaskini nad Kotlinami, spadł na skutek zerwania się prusików, węzła stosowanego między innymi do autoasekuracji podczas zjazdu na linie. W lipcu 1994 roku w Parszywej Siedemnastce - bardzo nieprzyjemnym do przejścia miejscu, bo to studzienka oblepiona błotem - zginął 24-letni Piotr Rogowski z Wrocławia. W sierpniu 1997 roku w Studni Wiatrów spadł słowacki grotołaz Atila z Rożniawy. W listopadzie 2001 roku w Studni z Mostami zginął, uderzony spadającym kamieniem, Waldemar Mucha, speleolog z Katowic - wyliczał Rajwa.

*Fragmenty książki "Niech to szlak" Bartłomieja Kurasia

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Bartłomiej Kuraś, autor książki 'Niech to szlak' (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Bartłomiej Kuraś, autor książki 'Niech to szlak' (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (24)
Zaloguj się
  • wiesio46

    Oceniono 15 razy 11

    "wciągnąć powietrze,"??? chyba wypuscic...

  • g106

    Oceniono 15 razy 11

    Próbowałem i dziwne bo gdybym chciał być "szczuplejszy" to muszę powietrze wypuścić a nie wciągnąć no ale może jakiś dziwny jestem

  • Jerzy

    Oceniono 6 razy 6

    Ja jak dorosnę to będę taki jak oni a nawet lepszy - wejdę tak głęboko że nikt mnie nie da rady wyciągnąć i pobiję rekord.

  • calber

    Oceniono 8 razy 6

    Gdyby grotołaz wypuścił powietrze byłby jeszcze cieńszy. U mnie to działa.

  • calber

    Oceniono 6 razy 4

    Gdyby grotołaz wypuścił powietrze byłby jeszcze cieńszy. U mnie to działa.

  • xsawer

    Oceniono 4 razy 2

    Ta wciągnąc powietrze.

  • silic

    Oceniono 6 razy 2

    >>Jej znane korytarze liczą w sumie 23 753 kilometrów, jest głęboka na 824 metry.

    Tu już można przestac czytać lub przynajmniej nie zwracać uwagi na żadne dane liczbowe z tego artykułu.

  • sieceonk

    Oceniono 1 raz 1

    do jaskiń trzeba mieć psychę nieporównywalną nawet do taternictwa powierzchniowego
    szacun

  • omniscio

    Oceniono 1 raz 1

    hTTps://youtu.be/wz6F2rDngvA?t=495

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX