Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

rozmowy Anny Kality

Pięćdziesięcioletnia kobieta trafiła do hospicjum i powiedziała: Dziękuję Bogu, że wreszcie jestem tutaj

- Strach przed śmiercią, rozpacz, przerażenie często wynikają też z tego, że bliscy nie wiedzą, co robić. Odruch to ratować! A ja mam poczucie, że nie do końca jest świadomość tego, co my chcemy ratować - mówi Dorota Jasińska, której mama i partner życiowy zmarli na raka i która od dziesięciu lat jest prezeską Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Oswoiła pani śmierć?

Tak! Absolutnie nie boję się śmierci. Tak naprawdę nie ma w niej nic strasznego. Śmierć jest demonizowana dlatego, że zostajemy po stracie z ogromnym bólem. Sama w sobie wcale nie jest przerażająca.

To prawda, jednak większość osób nie chce nawet słyszeć o śmierci, z którą pani styka się na co dzień.   

Towarzyszenie naszym pacjentom jest zadaniem niełatwym, ale wie pani - tu są naprawdę piękni ludzie. Bardzo wiele się od nich uczę.

Na samym początku mojego pobytu tutaj, w hospicjum, mieliśmy młodą mamę, której historię pokazaliśmy w kampanii na rzecz jednego procenta dla naszej fundacji. Monika przygotowywała kilkuletnią córkę, Julkę, na swoje odejście i na dalsze życie, kiedy jej już nie będzie. Robiła to w przepiękny sposób. Prowadziła z nią długie rozmowy i pisała do niej listy. Także na jej kolejne urodziny.

Julka jest dziś dużą dziewczyną, bardzo dobrze sobie radzi w życiu, w czym na pewno ogromna też zasługa jej ojca i babci. Byłam pełna podziwu dla jej mamy i uwielbiałam na nią patrzeć. To była osoba w pełni przeżywająca każdy dzień, który jej pozostał, i gdy patrzę na to z punktu widzenia jej córki, wydaje mi się, że piękne jest też to, że córka pozwoliła jej odejść. Puściła ją. Ja sama nie mam pewności, czy puściłam swoją mamę. 

Dorota Jasińska, której mama i partner życiowy zmarli na raka i która od dziesięciu lat jest prezeską Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie (fot. Archiwum prywatne)
Dorota Jasińska, której mama i partner życiowy zmarli na raka i która od dziesięciu lat jest prezeską Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie (fot. Archiwum prywatne)

Ile miała pani lat, gdy mama umarła na raka?

Dwadzieścia. Siedemnaście, gdy zaczęła chorować.

Dla mnie to było ogromnie ważne, by być z umierającym mężem. Czy pani była przy śmierci swojej mamy? 

Niestety, nie i stąd też wzięła się cała moja droga życiowa, którą związałam z onkologią. Rodzice długo ukrywali przede mną chorobę mamy. To była tajemnica. W domu był zakaz mówienia o śmierci. Tata usiłował mnie na pewno w ten sposób chronić, ale faktem jest, że straciłam strasznie dużo cennego czasu z mamą.

Byłam młodą kobietą, tuż po okresie dorastania, głupawce, tych wszystkich idiotycznych kłótniach. Tylu rzeczy nie miałam okazji jej powiedzieć. Tamtego dnia byłam z nią w szpitalu. Poprosiła mnie o miętówki. Wie pani - takie sypkie, pudrowe. A to był rok 86, niełatwo było wtedy robić zakupy. Jak szalona biegałam po całej Warszawie i szukałam tych miętówek, aż mnie olśniło, że przecież w szpitalu jest dobrze zaopatrzona kantyna. Biegnę - są! Pędzę rozanielona na piętro. A ona właśnie odeszła (płacz)

Ogromnie pani współczuję.

To był horror. Ja wciąż nie bardzo mogę o tym mówić (płacz). Tak właśnie weszłam w dorosłe życie.

Potem skończyłam studia, pracowałam w dużych korporacjach i zajmowałam się szeroko pojętą komunikacją. 

Robiła pani karierę.

Można tak to nazwać. Traktowałam to jak zbieranie doświadczeń, kolejne wyzwania zawodowe. Robiłam coraz odpowiedzialniejsze rzeczy, ale to wszystko nie dawało mi poczucia sensu. W kolejnych miejscach pracy czułam się uwięziona. Za dużo było narzuconych granic, ram. Tych wszystkich programów, polityk wewnętrznych.

Które tworzą korporacyjny ład. 

Dojrzałam do myśli, że to w ogóle nie jest to, co chcę robić w życiu. Jestem misyjna. Muszę robić w życiu rzeczy ważne. Moja praca musi być związana z drugim człowiekiem.

Zupełnie przypadkowo któregoś dnia ktoś mnie zapytał, czy chciałabym się zaangażować w powstającą właśnie Polską Unię Onkologii, która doprowadziła do stworzenia Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych. Zgodziłam się i zrozumiałam, że to jest dokładnie to! Kocham ludzi i chcę im pomagać. Dawać im to, czego nie zdążyłam dać swojej mamie. Chciałam się dzielić swoim osobistym doświadczeniem, by inni nie popełniali błędów, które będą nie do naprawienia. Nie zabierali bliskim czasu, który został. Nie wiemy, ile tego czasu jest, ale to takie ważne, by go przeżyć w pełni i świadomie!

Jak długo działa pani w onkologii?

Od dwudziestu lat, od dziesięciu zarządzam Fundacją Hospicjum Onkologiczne im. św. Krzysztofa. 

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do was taksówką, kierowca, widząc to miejsce, uśmiechnął się i powiedział: Mój ojciec był tutaj. Miał dobrą śmierć. Co to znaczy dobra śmierć? 

Są osoby, które odchodzą z tego świata pogodzone, ale są też takie, które się kurczowo trzymają życia i przez to, myślę, dużo mocniej cierpią. 

Ogromne wrażenie zrobił na mnie jeden z filmów dokumentalnych z hospicjum w Pucku, kiedy prowadził je jeszcze ksiądz Jan Kaczkowski. Kamera nie wchodziła do pokoju umierającego człowieka, ale słychać było, jak ksiądz mówi, że może on odejść w spokoju i nie musi martwić się o bliskich, bo oni sobie poradzą. 

To jest oczywiście kluczowe, o ile ci bliscy są dla umierającego ważni. Każda osoba ma swoją historię. Wystarczy się przejść naszym korytarzem i bardzo dużo, w mgnieniu oka, można powiedzieć, gdy się popatrzy na pacjenta i jego bliskich.

Są osoby, które odchodzą z tego świata pogodzone, ale są też takie, które się kurczowo trzymają życia i przez to, myślę, dużo mocniej cierpią (fot. Archiwum prywatne)
Są osoby, które odchodzą z tego świata pogodzone, ale są też takie, które się kurczowo trzymają życia i przez to, myślę, dużo mocniej cierpią (fot. Archiwum prywatne)

I pacjenci, i ci, którzy do nich przychodzą, potrafią się uśmiechać, toczyć radosne rozmowy, w których jest tyle ciepła! Ilu jest tych bliskich ludzi wokół, to zależy od tego, jak duża jest rodzina, jak wielu jest przyjaciół, którzy nam towarzyszą w życiu i potem u jego kresu. Ale są łóżka, przy których po obu stronach siedzą wpatrzeni w chorego bliscy i nie mówią słowa. 

Bo nie wiedzą, co powiedzieć?

Nie wiedzą. Ja nie twierdzę, że to wynika ze złej relacji, ale widzę milczące osoby, które wpatrują się w chorego, podadzą mu coś do picia, poprawią poduszkę i nic więcej nie potrafią zrobić. Dlatego tak ważne, żebyśmy mówili o śmierci nie tylko 1 listopada.

Nasi psychologowie pomagają i chorym, i bliskim, ale są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Mamy w hospicjum pacjentów, którzy chcieliby zostać do końca swojego życia w domu, ale czasem rodzina się tego boi.

Nie chcą być przy śmierci?

Bardzo często jest tak, że bliscy chcą zapamiętać osobę w dobrym stanie. Mówią: Proszę do mnie zadzwonić.

"Proszę do mnie zadzwonić"?

Żeby poinformować o śmierci.

To bardzo smutne, kiedy człowiek w hospicjum zostaje sam.

Nie! Tu, w hospicjum, nikt nie zostaje sam! My, personel, wolontariusze, towarzyszymy pacjentom do samego końca. Ich historie są przeróżne. Bywało tak, my to obserwowaliśmy, że pojawiała się u nas babcia, a jej dzieci i wnuki już sprzedawali jej mieszkanie. Przyjeżdżali do hospicjum z notariuszem. A przecież ona jeszcze żyła!

Mieliśmy takich pacjentów, którzy do nas trafiali, a po jakimś czasie wychodzili o własnych siłach i do dziś żyją. Tak też bywa.

My postępowania rodzin nigdy nie oceniamy. Nigdy, absolutnie nikogo nie wolno oceniać. Przecież widzimy tylko fragment, wyrywek historii życia człowieka. A każde łóżko w hospicjum i ten, kto na nim leży, to jest opowieść o życiu.

A czy są takie rodziny, które nie są w stanie oddać bliskiej osoby do hospicjum? Uznają, że to byłoby porzucenie? 

O tak. Traktują to w kategoriach bycia wyrodnym dzieckiem czy małżonkiem, który nie udźwignął sytuacji. Hospicjum stanowi dla nich barierę nie do pokonania. Zawsze im mówię, że to miejsce to dom. Że przejmujemy przecież trud opieki medycznej, fizjoterapeutycznej nad chorym po to, by rodzinie zostawić czas. I zapewnić jakość tego życia. Odciążamy od trudów codzienności, by mogli wypić herbatę, porozmawiać, w pełni wykorzystywać każdą chwilę.

My, personel, wolontariusze, towarzyszymy pacjentom do samego końca (fot. Archiwum prywatne)
My, personel, wolontariusze, towarzyszymy pacjentom do samego końca (fot. Archiwum prywatne)

Jednak część rodzin się na to nie decyduje, bo tak jak niektórzy nie potrafią być przy śmierci bliskiej osoby, choć bardzo by chcieli, tak oni nie wyobrażają sobie, że mieliby przy niej nie być. 

Wspomniała pani o osobach, które umierają pogodzone z tym faktem. Jak to jest być pogodzonym z tym, że się umiera? 

Nigdy nie zapomnę Joanny, mojej rówieśniczki, kobiety pięćdziesięcioletniej, która na śmierć była przygotowana. Po wszystkich przejściach, jakie miała w trakcie choroby, doświadczeniach wielu pobytów w szpitalach, powiedziała: "Dziękuję Bogu, że wreszcie jestem tutaj". Oddała się życiu duchowemu. Miała zaprzyjaźnionego księdza, który często ją odwiedzał i z którym prowadziła długie rozmowy. Pożegnała się też z rodziną, pozałatwiała wszystkie swoje sprawy. Miałam poczucie, że wykorzystała w pełni każdą minutę. W szpitalu powiedziano jej, że ma najwyżej miesiąc. U nas przeżyła cztery.

Bez rozpaczy?

Absolutnie. Ale wielu też widziałam pacjentów, którzy kurczowo się trzymali życia, mieli w sobie dużą złość. To się przekładało na ich najbliższych. Oni nie cierpieli z powodu fizycznego bólu, ale ten ból psychiczny był o wiele bardziej bolesny.

Pytali: Dlaczego to mnie spotkała ta straszna choroba?

Takie pytanie zadaje większość osób. "Dlaczego ja? Dlaczego już?".

Podziwiam osoby, które potrafią powiedzieć: Dobrze, widocznie po prostu nastał mój czas. Trudno dobrać odpowiednie słowa, żeby określić tę niezwykłą umiejętność, która pozwala znaleźć w sobie taką siłę, taką ścieżkę obrać, tak to sobie zbudować, by w spokoju przez to przejść. Oczywiście jedni czują strach, bo dla nich to jest koniec, ale inni traktują śmierć jako bramę do prawdziwego życia. 

W głośnej książce "Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji" jest przytoczone wspomnienie Laurie Anderson. Jej mąż - Lou Reed - poprosił, by wyszli przed dom i stanęli "w jasnym świetle". Trzymała go w ramionach, kiedy umierał. Napisała: "Nigdy nie widziałam wyrazu twarzy tak pełnego zachwytu, jak u Lou, kiedy umierał". Widziała pani ludzi, którzy odchodzili z tego świata tak... szczęśliwi? 

Nie, ale to o niczym nie świadczy.

Pani przytoczyła historię amerykańskich muzyków. Proszę zobaczyć, że w Stanach i innych państwach, które zwykliśmy nazywać kulturą zachodnią, ludzie chociażby spisują testamenty nie ad hoc, dlatego, że się dowiadują o ciężkiej chorobie. To jest dla nich normalna sprawa! Oni się po prostu przygotowują na to, co każdego z nas czeka.

Widziałam ostatnio świetny spot nagrany przez staruszków ze Skandynawii. Wie pani, co robili?  Przygotowywali dla siebie trumny! Dekorowali je tak, jak im się podoba, przy okazji śpiewając, tańcząc.

To są oczywiście wszystko kwestie kulturowe. U nas potrzeba jeszcze lat, by podejście do śmierci się zmieniło. Myślę, że wielkie znaczenie ma to, o czym już mówiłyśmy - że w Polsce śmierć jest wciąż tak ogromnym tematem tabu. Że nawet nie potrafimy, nie chcemy o niej rozmawiać.

Jakiś czas temu wydawało się, że Halloween w Polsce nie ma szans się przyjąć, a jednak dla młodych ludzi jest fajne. Oni chcą w taki sposób odczarowywać śmierć. Jeszcze raz wrócę do Michaela Hebba, który w "Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji" pisze tak: "Śmierć jest wspaniałym lustrem. Rozmowa o niej nie musi być ani przerażająca, ani makabryczna".

Mieliśmy starszą panią, która poprosiła wolontariuszkę, by towarzyszyła jej podczas pisania listu. Ten list został odczytany na jej pogrzebie. Dziękowała w nim przyjaciołom, którzy towarzyszyli jej przez całe życie, przywoływała anegdoty, to wszystko było pełne humoru. Przez ileś dni pani pisała ten list, siedząc na naszym patio. Przy kawce i papierosku.

Mam wrażenie, że jeśli miało się szczęśliwe, spełnione życie, to potem chyba jest się przygotowanym na śmierć. 

Podziwiam osoby, które potrafią powiedzieć: Dobrze, widocznie po prostu nastał mój czas (fot. Archiwum prywatne)
Podziwiam osoby, które potrafią powiedzieć: Dobrze, widocznie po prostu nastał mój czas (fot. Archiwum prywatne)

Co za piękna historia!

Wiele jest pięknych historii. Mieliśmy w hospicjum ślub. Panna młoda była naszą pacjentką. 

Ile miała lat?

Około czterdziestu. I wcale nie chodziło o żadne kwestie majątkowe, spadkowe. Ona po prostu chciała wyjść za mąż przed śmiercią. Pomagaliśmy jej się uczesać, ubrać, umalować. To był odświętny dzień. Umarła kilka tygodni później. 

Kiedy pacjenci podsumowują życie, mówią właśnie o miłości? Że ona jest najważniejsza?

Nie ma reguły. Są osoby, które chętnie opowiadają nam o swoim życiu zawodowym, a nie o prywatnym. I to też świadczy o tym, co było dla nich ważne. Ale nie wszyscy lubią opowiadać. Część osób po prostu czeka na swoich bliskich, i to z nimi chce przeżywać resztę życia. 

A bliscy nie płaczą przy nich, tylko na korytarzu?

Tak. Oczywiście, że tak. Bardzo dużo jest teatru - w pozytywnym znaczeniu tego słowa - starań, by przy łóżku chorego było miło. By zapewnić mu spokój, by był uśmiech. Cierpienie rodziny odbywa się na korytarzu.

A czy pacjenci często płaczą? Kiedy czują, że to już koniec? 

Nie. Ja nie widziałam płaczu. Umierające osoby są spokojne. To jest pierwsze słowo, jakie mi przychodzi do głowy. Część osób jest w niepełnym stanie świadomości z powodu przyjmowanych leków, ale to jest oddzielny temat. Są pacjenci, którzy potrafią krzyczeć, ale to też się coraz rzadziej zdarza. Chodząc po naszym oddziale, czuję spokój. 

A jak się pani czuje, gdy tak codziennie przychodzi do pracy do hospicjum? 

Bardzo fajnie. Mamy wspaniałych pacjentów, wspaniałych pracowników i wolontariuszy, którzy dają pacjentom mnóstwo serca. Kiedyś mieliśmy takiego pacjenta - jak rano się budził, otwierał oczy, mówił rozanielony: Jestem w niebie.

W pani hospicjum jest bardzo ładnie, to prawda, ale ja pytam o to, jak się pani czuje z tym, że przychodzi do miejsca, w którym ludzie umierają. 

Ale to jest normalne miejsce, które żyje! Wszystko cichnie około 21, 22, a od 6 znowu słychać kroki, jeżdżą wózki, toczą się rozmowy. Normalne życie.

A czy śmierć często przychodzi we śnie? Takiej właśnie śmierci życzyłaby sobie pewnie większość z nas, gdybyśmy oczywiście chcieli i potrafili o tym mówić. 

Niektórzy tak właśnie odchodzą. Śmierć, jak życie, ma swój rytm. Odchodząc, organizm się powoli wycisza i uspokaja.

W pięknej książce "Ostatnie chwile. Bardzo ludzkie historie" Kathryn Mannix opisuje historie bardzo wielu chorych, którym towarzyszyła na przestrzeni swojego życia zawodowego, i to, jak przygotowywała bliskich na czuwanie, na odchodzenie. Opisuje, co się dzieje z pacjentem z biologicznego punktu widzenia. Jak się wycisza tętno i praca serca. Wiedza, jak śmierć wygląda, jest bardzo ważna, żeby dać rodzinom poczucie spokoju. Żeby bliscy wiedzieli, że wszystko się dzieje tak, jak musi się dziać. Właściwym dla śmierci tokiem. Że to jest wszystko naturalne. Jej opisy bardzo mi się podobają. Ten strach przed śmiercią, rozpacz, przerażenie często wynikają też z tego, że bliscy nie wiedzą, co mają robić. 

Mamy wspaniałych pacjentów, wspaniałych pracowników i wolontariuszy, którzy dają pacjentom mnóstwo serca (fot. Shutterstock)
Mamy wspaniałych pacjentów, wspaniałych pracowników i wolontariuszy, którzy dają pacjentom mnóstwo serca (fot. Shutterstock)

Zmienia się oddech i nic już nie należy robić, bo to jest koniec. Można trzymać za rękę, przytulać, mówić: "kocham się", "poradzę sobie" - jak w tym dokumencie z księdzem Kaczkowskim. 

To nie jest łatwe. Wiele osób ma odruch: ratować! Wyrywać jeszcze resztki życia. Często niepotrzebnie męcząc odchodzących, dając im niepotrzebnie kroplówki, podając tlen. Podczas gdy człowiek powinien spokojnie, w swoim rytmie, na swoich prawach odchodzić.

Kiedyś ludzie umierali w domach, prawda? Otoczeni bliskimi, w sposób naturalny. Teraz najczęściej to się dzieje w szpitalach, ponieważ rodzina chce cały czas ratować życie. A ja mam poczucie, że nie do końca jest świadomość tego, co my chcemy ratować. Siebie i swój ból? Czy tego, który odchodzi? Bo dla niego wyrywanie go śmierci to jest często koszmar.

Bardzo bym chciała wierzyć, że nasi ukochani zmarli przychodzą po nas, kiedy nadchodzi nasz czas. 

Opowiem pani o czymś, co przeżył mój tata. Jest ozdrowieńcem, dwukrotnie pokonał raka.

Wiedziałam o chorobie pani mamy, ale nie o tacie!

Idę z nowotworami przez życie. Na raka chorował mój partner i zmarł. Gdy patrzę na "przyjaciół raka" - jeśli tak to mogę ująć - na ludzi, którzy pomagają chorym, towarzyszą, wspierają działalność organizacji pacjenckich - okazuje się, że to wszystko osoby, które same przez doświadczenie choroby onkologicznej przeszły.

Mój tata miał raka nerki i poważne problemy z sercem. Były trudności ze zoperowaniem go, anestezjolodzy się bali, że serce może nie wytrzymać. Operacja się udała, ale w nocy pojawiło się krwawienie, konieczna była kolejna operacja, a potem tata spędził kilka nocy na OIOM-ie. Był niedotleniony. Kiedy wyzdrowiał, powiedział mi tak: Daję ci słowo honoru, że poczułem się cudownie lekki i autentycznie zobaczyłem światło, a na końcu tego światła Ilonę. Czyli mamę. Ale mówił też, że coś go wyciągnęło z tego tunelu, i to pewnie byłam ja, bo przez cały czas byłam przy nim na tym OIOM-ie. 

A czy widziała pani negocjacje ze śmiercią?

O tak. To się często zdarza.

Naprawdę?

Oczywiście. Pacjenci chcą doczekać, żeby wnuczek zdał egzamin na studia, syn maturę albo prawo jazdy. Albo chcą koniecznie zaczekać na kogoś ważnego, kto właśnie do nich jedzie. I to się udaje. A potem dosłownie po godzinie, kilku godzinach umierają. 

Kiedyś hospicjum kojarzyło się z pacjentami w podeszłym wieku. Teraz oni bywają młodzi, prawda?

Niestety. Są coraz młodsi, i to jest wielkie wyzwanie dla psychologów, którzy pracują nie tylko z tymi młodymi matkami czy ojcami, ale też z ich dziećmi. To jest ogromnie trudne. Wiem, jaki to koszmar, gdy mama odchodzi za wcześnie. 

Czy pani odnalazła w hospicjum sens i spokój, którego pani szukała po śmierci mamy?

Tak. Oczywiście, że tak. Absolutnie. 

Dorota Jasińska. Prezes zarządu Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (60)
Zaloguj się
  • katzarina

    Oceniono 28 razy 24

    Ze śmiercią można się oswoić. Moja mama żyła w hospicjum ponad 7 miesięcy. Ponoć była ewenementem. Śmierć w jej sali była cały czas. Umierała pacjentka za pacjentką. A mama żyła. Spędziliśmy NAJPIEKNIEJSZE miesiące w życiu. Tyle rozmów. Tyle uśmiechu i śmiechu. I także trudne tematy. Wspomnienia. Ustalenie szczegółów dotyczących pogrzebu. A potem śmierć. Spokojna. Praktycznie we śnie. I swego rodzaju radość,ulga,że można tak spokojnie umrzeć. Specjalnie nie używam słowa ODEJŚĆ. Śmierć to umieranie. ODEJŚĆ to można na chwilę. A umiera się na zawsze. I zgadzam się z tezą wywiadu. O śmierci trzeba mówić tak samo,jak o życiu.

  • rita.wn

    Oceniono 24 razy 24

    Byłam z moją ukochaną Mamą w czasie jej umierania w szpitalu, razem z tatą i siostrą. Lekarze poinformowali nas, że to ten czas. Mama umierała na raka z przerzutami, jej serce było też chore. Lekarze na naszą prośbę podawali dawki morfiny takie, żeby nie czuła bólu, ale żeby miała świadomość. W nocy zmieniałyśmy się z siostrą przy łóżku Mamy, pozwolono nam być cały czas, lekarz przychodził bardzo często sprawdzać jej stan. Widziałam go trzymając rękę Mamy przy swoim policzku. Z ogromną delikatnością informowali nas o wszystkim, także o tym jak przebiegać może umieranie. Nikt nam nie przeszkadzał. Z Mamą mogły się pożegnać nasze dzieci, pielęgniarki pomagały nam też. Mama umarła na naszych rękach, a po stwierdzeniu przez lekarkę dyżurną jej śmierci mogłyśmy obie z siostrą jeszcze ją trochę poprzytulać. Ciężko nam było niewyobrażalnie, ale jesteśmy ogromnie wdzięczni lekarzom z oddziału wewnętrznego poznańskiego szpitala im. Strusia, że pomogli nam w godnym i bez fizycznego straszliwego bólu, ale świadomym umieraniu naszej Mamy w naszych kochających objęciach. Minęło ponad 6 lat od tego dnia. Lekarze zrobili wówczas wszystko, sprawdzili wszystkie możliwości, wykonali niezbędne badania, konsultacje, udzielili Mamie wszelkiej pomocy medycznej. Czuliśmy ich wsparcie.

  • licziliczi

    Oceniono 17 razy 15

    Wspaniała kobieta i wspaniała rozmowa.Wspierajmy hospicja, choćby 1%.

  • padoq

    Oceniono 25 razy 15

    Gdyby katolicy w Polsce wierzyli w Boga to nikt by przed smiercia albo po stracie bliskiej osoby nie rozpaczal bo przeciez to jest ciaglosc , ale w miare inteligentni co wsrod katolikow jest rzadkoscia zdaja sobie sprawe ze miliardy ludzi beda ze soba gdzies tam ......... np.byla zona ze znienawidzonym mezem w nieskonczonosc itp. , itd. to bylo by pieklo nie raj , wiec ciemna masa odprawia te gusla zeby nie miec wyrzutow sumienia bo tak od dziecka byli indoktrynowani a kto mysli ma inne problemy na szczescie i chce tylko zycia bez bolu

  • el_niunio

    Oceniono 20 razy 14

    cudownie, że są takie miejsca, ale bóg nie ma z tym nic wspólnego.

  • kekx

    Oceniono 4 razy 4

    Moja Mama, wg lekarzy ,umiera w szpitalu już od 2 miesięcy - w samotności. Nie jest świadoma że jest Covid i nie ma odwiedzin. Myśli ,że ją porzuciły dzieci . To straszne .

  • wooki74

    Oceniono 4 razy 4

    Moja żona miała trafić do tego miejsca, zabrakło kilku godzin..miala 46 lat. Mam cudowną sąsiadkę, ktora jest tam wolontariuszką. Pomagała mi i żonie w czaie jej choroby. Jesli kiedys przyjdzie na mnie czas to chciałbym trafić do takiego miejsca, gdzie człowiek jest podmiotem a nie przedmiotem. I to nie jest umieralnia, tylko miejsce gdzie termnalnie chory człowiek ma opiekę, uśmiech i spokó∆. A tego ostatniego takim ludziom baaardzo potrzeba. Wiem co mówiła moja żona i inni pacjenci, z ktorymi rozmawialem.

  • 2doxa

    Oceniono 14 razy 4

    Bywało tak, my to obserwowaliśmy, że pojawiała się u nas babcia, a jej dzieci i wnuki już sprzedawali jej mieszkanie. Przyjeżdżali do hospicjum z notariuszem. A przecież ona jeszcze żyła!

    Mogło chodzić o podatki. Babcia sprzedała mieszkanie a oni podzielili się gotówka. A tak trzeba by zapłacić podatek od spadku. Złodziejskie chciwe państwo robi z ludzi bestie.

  • grey55

    Oceniono 18 razy 4

    postkomunistyczny reżim nie lecząc ludzi oraz odmawiając im dostępu do leków oraz leczenia de fakto dokonuje na nich eutanazji - dlaczego ? bo są starsi, w wieku przedemerytalnym - a ZUS nie jest z gumy a na swojaków trzeba kasę

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX