Debata o uchodźcach z udziałem Dariusza Rosiaka - Kraków, 2016 rok

Debata o uchodźcach z udziałem Dariusza Rosiaka - Kraków, 2016 rok (fot: Jakub Ociepa/ Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Słuchacze płacą 50 tysięcy złotych miesięcznie za podcast Dariusza Rosiaka. "Nie stałem się milionerem"

Duże zainteresowanie "Raportem o stanie świata" to dla mnie bardzo czytelny sygnał od ludzi, że dotknęliśmy w Polsce medialnego sufitu - albo dna, zależy od której strony patrzeć - mówi Dariusz Rosiak, były dziennikarz radiowej Trójki, którego program jest obecnie najbardziej medialnym podcastem w Polsce.

Spodziewał się pan takiego sukcesu?

To zależy jak oceniać ten sukces. Wciąż jest przepaść  między tym, ile osób słucha mnie teraz, a ile słuchało mojej audycji, kiedy pracowałem w radiu - to różnica rzędu kilkuset tysięcy słuchaczy. Przyczyną jest blokada technologiczna - radio się włącza i leci, podcast trzeba znaleźć, pobrać aplikację, wykonać dodatkowe czynności.

Z drugiej strony w Trójce słuchało mnie wiele przypadkowych osób, w tej chwili są to ci, którzy wiedzą, kim jestem i co dostaną, jak włączą mój podcast.

Jest ich kilkadziesiąt tysięcy. Spośród nich aż trzy tysiące podejmuje decyzję, żeby co miesiąc wspierać finansowo pana audycję.

Spodziewałem się, że to, co robię, nie trafi w próżnię. Ale nie spodziewałem się, że po trzech miesiącach tworzenia nowego "Raportu..." aż tyle osób będzie płacić mi za to, żebym mógł pracować. Bardzo poruszające i budujące doświadczenie.

Dlaczego?

Po tylu latach pracy w mediach człowiek staje się cyniczny, nierzadko zastanawia się, czy to, co robi, jest komukolwiek potrzebne. I nagle okazuje się, że owszem - jest. Otrzymałem mnóstwo wiadomości, w których ludzie pisali mi, jak ważny jest dla nich "Raport..." i to, ile pracy wkładam w jego przygotowanie.

Mam też wrażenie, że udało mi się zebrać grono słuchaczy, którzy nie czerpią satysfakcji z upuszczania żółci, obrzucania błotem tych, którzy myślą inaczej. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć hejterskie posty, które w ciągu ostatnich miesięcy pojawiły się na stronach "Raportu..." w mediach społecznościowych.

Może to zasługa tematyki, jaką pan podejmuje. Gdyby skupiał się pan na naszym podwórku, to może grupa odbiorców byłaby inna.

Tematyka zagraniczna też budzi w Polsce silne emocje. Może niekoniecznie to, co dzieje się w Sudanie, ale już działania Donalda Trumpa czy Victora Orbána zdecydowanie tak. Ona jest jednak mniej ważna, istotniejszy jest sposób podejścia do niej.

Donald Trump podczas wizyty w Polsce w 2017 roku (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)
Donald Trump podczas wizyty w Polsce w 2017 roku (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

Zanim uznam, że Jarosław Kaczyński jest takim samym faszystą jak Orbán w kwestii ubezwłasnowolnienia mediów, najpierw dokładnie prześledzę, jak premier Węgier działa. Dopiero potem będę porównywać go do Kaczyńskiego, szukać między nimi cech wspólnych i zastanawiać się, czy to, co robi Kaczyński, ma szanse powodzenia. I nie będę tego omawiać z politykami - zdecydowana większość na niczym się nie zna, zainteresowani są wyłącznie utrzymaniem władzy. Zależy mi na tym, żeby moja audycja nie miała charakteru partyjnego, żebym nie tracił czasu na tłumaczenie, dlaczego nie zaprosiłem do studia kogoś z PiS-u albo z PO. Chcę wyjaśniać zachodzące w kulturze i polityce zjawiska, odkrywać świat, bo takie jest moim zdaniem zadanie dziennikarza.

Ludzie są dziś bardzo zagubieni, nie wiedzą, co stanie się z nimi, z ich bliskimi za kilka miesięcy, martwią się o gospodarkę, klimat. Mam poczucie, że dysponuję narzędziami, dzięki którym mogę pomóc im zrozumieć pewne mechanizmy i być może sprawić, by mniej się bali.

A może tak wiele osób pana słucha, bo oferta na rynku mediów się wyczerpała?

Zdecydowanie. Duże zainteresowanie "Raportem..." to dla mnie bardzo czytelny sygnał od ludzi, że dotknęliśmy w Polsce medialnego sufitu - albo dna, zależy od której strony patrzeć. Od 2010 roku mamy w Polsce debatę publiczną, w której pogarda miesza się z nienawiścią. W mediach jest to najbardziej widoczne. Ogromnej grupie Polaków taki podział bardzo odpowiada. Chcą słuchać tylko TOK FM, czytać tylko "Gazetę Wyborczą" albo tylko "W Sieci". Ale jak się okazuje, jest duża grupa ludzi, do której te media nie są już w stanie dotrzeć, którzy, podobnie jak ja, nie potrafią przyjąć założenia, że cokolwiek robi PiS jest dobre, albo odwrotnie - jest złe. Nie chcą uczestniczyć w wojnie polsko-polskiej, są przerażeni tym, jak z miesiąca na miesiąc stajemy się sobie coraz bardziej obcy. Są otwarci na wysłuchanie nawet tych, z którymi się nie zgadzają, żeby ich zrozumieć. 

Rosiak: Zanim uznam, że Jarosław Kaczyński jest takim samym faszystą jak Orbán w kwestii ubezwłasnowolnienia mediów, najpierw dokładnie prześledzę, jak premier Węgier działa (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)
Rosiak: Zanim uznam, że Jarosław Kaczyński jest takim samym faszystą jak Orbán w kwestii ubezwłasnowolnienia mediów, najpierw dokładnie prześledzę, jak premier Węgier działa (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

To dlatego nie przedłużono panu umowy w Trójce? Nie chciał się pan określić?

Dziennikarz w Polsce podlega dziś dwóm rodzajom presji. Pierwsza to komercyjna i dotyczy przede wszystkim mediów prywatnych. Czyli - musi zdecydować, jak nisko jest w stanie upaść i na pisanie jakich głupot jest w stanie się zgodzić, żeby móc dalej wykonywać swój zawód. Cała masa mediów zajmuje się ogłupianiem ludzi za pieniądze. To oczywiście problem, który nie dotyczy tylko mediów w Polsce, ale na całym świecie.

Pod tym względem udało się panu zbyt nisko nie upaść.

To prawda. Choć nie zawsze było łatwo. Spotykałem na swojej drodze ludzi, którzy twierdzili, że wiedzą lepiej ode mnie, jak moja audycja powinna wyglądać, ile trwać, kto ma w niej brać udział i jakich tematów nie poruszać, żeby ktoś się nie znudził.

Druga presja ma charakter polityczny. Jeśli dziennikarz pracuje w mediach publicznych, to automatycznie uczestniczy w partyjnej działalności propagandowej. Moim zdaniem Trójce udawało się do pewnego momentu zachować elementy bezstronności, choć nie we wszystkich programach. Mniej więcej od 2018 roku stało się to znacznie trudniejsze, a w redakcji Aktualności gdzie dominuje tematyka polityczna - niemożliwe. Degeneracja mediów publicznych w Polsce jest oczywista.

Najwygodniejszym wyjściem dla dziennikarza, który podlega presji politycznej, jest zostać członkiem plemienia, które go karmi. Przeciwny obóz będzie wieszał na nim psy i traktował jak zdrajcę, ale przynajmniej druga połowa społeczeństwa da mu spokój i będzie mógł dalej pracować. Problem pojawia się wtedy, gdy nie chcesz przynależeć do żadnego plemienia. Wtedy stajesz się wrogiem dla wszystkich.

Warszawa, ul. Myśliwiecka 3/5/7 . Protest dziennikarzy 'Trójki' pod siedzibą Programu III Polskiego Radia (fot: Dawid Żuchowicz/ Agencja Gazeta)
Warszawa, ul. Myśliwiecka 3/5/7 . Protest dziennikarzy 'Trójki' pod siedzibą Programu III Polskiego Radia (fot: Dawid Żuchowicz/ Agencja Gazeta)

Był pan zły, gdy stracił pracę w Trójce?

Byłem zły, ale na pewno nie będę opowiadać, jak bardzo cierpiałem. Trójka przez wiele lat była moim radiowym domem. Był czas, że niemal nie wychodziłem z radia, prowadziłem program za programem. Był też taki, kiedy prowadziłem wyłącznie "Raport...", a kierownictwo w ogóle się tym nie interesowało, co zresztą nie było złym rozwiązaniem.

Trójka była świetnym miejscem do pracy, bo to, co robię, czyli duże audycje na tematy międzynarodowe, kulturalne i cywilizacyjne, można było robić tylko w mediach publicznych tego typu. Ale Trójka to też miejsce od dawna wymagające przewietrzenia, nowych pomysłów. Może niektórzy za wiele mówili o "etosie Trójki", a za mało myśleli o programie. 

Nieprzedłużenie umowy było ciosem i przez moment wprowadziło chaos w moje życie, ale nie przesadzajmy. Nigdy nie stanę się ofiarą polityczną - ani PiS-u, ani PO. Jedyne, czego chcę, to móc normalnie pracować. I spójrzmy prawdzie w oczy - w tej chwili dostaję miesięcznie 50 tysięcy złotych na produkcję programu, płacę pięciu osobom za ich pracę, mój podcast jest regularnie w pierwszej dziesiątce najchętniej słuchanych programów na Spotify, przez moment wyprzedzałem w słuchalności TuOkuniewską i Kubę Wojewódzkiego. Może zamiast się na prezes Polskiego Radia panią Agnieszkę Kamińską złościć, powinienem jej raczej wysłać kwiaty?

Zakładam, że od razu po utracie pracy kolorowo nie było.

W lutym było bardzo słabo. Nikt nie chciał zatrudnić mnie na warunkach finansowych, które dałyby mi gwarancję, że się utrzymam, nikt nie był zainteresowany "Raportem o stanie świata" w takiej formie, w jakiej chciałem go realizować.

Dlaczego?

Proszę się spytać znajomych z Czerskiej i w innych mediach. (śmiech) Wiele rozmów zawisło w próżni. Po czterech, pięciu tygodniach bezskutecznych prób znalezienia pracy u kogoś postanowiłem rozpocząć zbiórkę na Patronite, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Sam wpadł pan na ten pomysł?

To był proces. Po utracie pracy otrzymałem ogromne wsparcie od ludzi - słuchaczy, znajomych. Zadzwonił do mnie świetny dźwiękowiec Mieszko Mahboob z ofertą udostępnienia za darmo studia nagrań, żebym mógł dalej robić program. Studio za darmo - super, ale było za małe na moją produkcję. Znaleźliśmy większe.

Poza tym samo przygotowanie programu to ogrom pracy. Do pewnego momentu, przynajmniej w Polsce, było też tak, że aby zrobić podcast, wystarczyło włączyć dyktafon w smartfonie, pogadać z kimś przez kilkadziesiąt minut, a potem wrzucić nagranie do sieci. Ja wiedziałem, że jeżeli mam kontynuować robienie "Raportu...", to nie może on stracić na jakości ani pod względem merytorycznym, ani technicznym. Chciałem dalej robić rozbudowany formalnie program radiowy, puszczać muzykę i zapraszać tylu rozmówców, ilu będę chciał. Nawet więcej - chciałem eksperymentować z tą formą jak tylko się da, dopóki będzie ona spełniać najważniejszą funkcję: dobrze komunikować się z ludźmi. Nie zważałem na to, gdy ktoś mi mówił, że w podcaście nie może być muzyki albo że liczba rozmówców musi się ograniczyć do dwóch, albo że podcast nie może trwać półtorej godziny. Dlaczego nie może? Właśnie że może.

"Raport..." zawsze miał otwartą formę i robiąc podcast, zależało mi na tym, żeby pójść jeszcze dalej i móc przekraczać wszelkie granice. W tej chwili doszliśmy do tego, że "Raport..." firmuje produkcję przedstawienia "Henryk V" z Piotrem Fronczewskim, Grzegorzem Damięckim, Marcinem Rogacewiczem. Jest w nim miejsce na teatr, literaturę, na audycje trwające dwie godziny - składające się z różnych form, od długich wywiadów do pięciominutowych materiałów. Dla mnie liczy się jedno - znaleźć formułę, która pozwoli na lepsze rozumienie świata.

Ale żeby robić taki program, trzeba mieć pieniądze.

Otóż to. Zbierałem know-how od ludzi, dowiadywałem się, jakie są możliwości finansowania. Mógłbym szukać prywatnego inwestora, ale z inwestorami najczęściej bywa tak, że chcą mieć oni wpływ na produkt, na który wydają swoje pieniądze. Ja miałem już gotowy produkt, w którym nic nie chciałem zmieniać.

Na pewnym etapie pojawił się pomysł, żeby zrobić zbiórkę w Patronite. O tym, że ma to naprawdę sens, przekonałem się po organizacji w Muzeum Powstania Warszawskiego "Raportu na żywo". Tutaj bardzo mi pomogli Instytut Wolności Igora Janke i dyrekcja MPW, która za darmo udostępniła salę. Dwieście osób przyszło mnie wysłuchać  - ludzi było tak dużo, że nie wszystkim udało się wejść na salę.

Zbiórka od razu okazała się sukcesem?

Tak. Bardzo szybko zebraliśmy wystarczająco dużo środków, żeby robić jeden materiał w tygodniu, potem okazało się, że stać nas również na drugi. Na jesieni planujemy ruszyć z kolejnym, zupełnie nowym formatem.

Dariusz Rosiak podczas rozdania nagród PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (fot: Przemek Wierzchowski/ Agencja Gazeta)
Dariusz Rosiak podczas rozdania nagród PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (fot: Przemek Wierzchowski/ Agencja Gazeta)

50 tysięcy miesięcznie to dużo. Chyba dobrze się panu powodzi..

Niektórzy się dziwią: po co mu aż 20, 30 tysięcy na robienie godzinnego programu? To nie tak, że stałem się milionerem dzięki tym 50 tysiącom. Tyle naprawdę kosztuje robienie "Raportu...", jeśli chce się o nim myśleć przyszłościowo. To, co zostaje po odjęciu kosztów produkcji, idzie na pensje dla pracowników. Nikt nie będzie pracował za darmo.

Teraz, gdy robimy dwie audycje w tygodniu, praktycznie cały czas myślę o programie albo robię rzeczy z nim związane. W styczniu nie miałem konta na Facebooku, Instagramie czy Twitterze. Teraz je mam i jestem odpowiedzialny za treści, które się tam pojawiają. To dla mnie coś zupełnie nowego, duże zobowiązanie i praca, której celem jest utrzymanie kontaktu z patronami i słuchaczami. Pisanie postów to nie jest moja ulubiona czynność, najchętniej siedziałbym w studio, robił relacje albo pisał książki.

Nie obawia się pan, że ludzie wsparli pana podcast ze względów politycznych, w reakcji na pana zwolnienie? I gdy emocje opadną, będzie pan powoli tracił patronów?

Na początku ten zryw rzeczywiście mógł być spowodowany tym, że ludzie poczuli, że stała mi się krzywda i w związku z tym trzeba mnie jakoś wesprzeć - w imię sprzeciwu wobec władzy, odbierania głosu dziennikarzom, którzy ich zdaniem robią coś wartościowego. Teraz mam wrażenie, że zależy im na tym, żeby "Raport..." dalej istniał, mają poczucie, że produkt, za który płacą, jest wart tych pieniędzy.

Czy wyzwaniem jest podtrzymanie w słuchaczach motywacji do wspierania pana finansowo?

Zbieranie pieniędzy nie jest największym wyzwaniem, to się po prostu dzieje. Wyzwaniem jest to, co się z tymi pieniędzmi później robi. Nie jestem analitykiem podcastów, ale mam wrażenie, że umiem zrobić dobry program radiowy. Myślę, że ważnym elementem jest, że chcemy się cały czas zmieniać.

Regularnie nad programem pracują dwie osoby - ja i Agata Kasprolewicz. To my podejmujemy decyzje redakcyjne. W naszych rękach spoczywa ogromna odpowiedzialność, co bywa przytłaczające. Jeśli popełnimy jakiś błąd, będziemy mogli winić tylko siebie.

Ludzie płacą, ludzie wymagają. Zdarza się, że jakiś patron próbował wpłynąć na to, jak lub na jaki temat robi pan program?

Pojawiają się sugestie co do tematów, niektóre bardzo ciekawe i merytoryczne, ale nikt nigdy nie miał parcia na zostanie redaktorem "Raportu...". Zanim rozpocząłem zbiórkę, powiedziałem ludziom: mój program wygląda tak i tak, robię go od 13 lat, chcecie, żebym robił go dalej - fantastycznie. Możecie wpłacić 5 złotych albo tysiąc. Możecie słuchać go za darmo.

Czyli jedyny sposób na robienie obiektywnych mediów w Polsce to crowdfunding?

W moim przypadku okazał się najskuteczniejszy. Co nie znaczy, że program będę finansował wyłącznie z datków słuchaczy. Muszę stworzyć na tyle stabilny system, żeby móc utrzymywać program i osoby przy nim pracujące przez długi czas. Fakt, że tak wielu patronów mnie wspiera, jest czymś pięknym, ale to nie jest pewna forma finansowania. Zresztą, bądźmy szczerzy, żadna nie jest. Trzeba nieustannie badać nowe możliwości.

Dariusz Rosiak (fot: materiały archiwalne)
Dariusz Rosiak (fot: materiały archiwalne)

Jakie one są? Zakładam, że chodzi o takie, które nie będą w żaden sposób ograniczać pana wolności?

To podstawowy warunek. Chcę nawiązywać współpracę wyłącznie z tymi, którzy w pełni zaakceptują, jak robię swój program. Musi nas też łączyć wspólny interes. Gdyby przyszła do mnie Polska Akcja Humanitarna czy Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej i zaproponowały zrobienie reportażu o ich działalności na terenie Libanu czy Syrii, to oczywiście wchodzę w to, bo zarówno im, jak i mnie zależy na tym, żeby ludzie dowiedzieli się, co się tam dzieje.

Pytanie, jak wielu tego typu partnerów uda się znaleźć i czy zechcą zainwestować w pana program.

To się okaże. Tak jak to, jak długo będę mógł liczyć na wsparcie słuchaczy. Na razie jest świetnie, ale co będzie za miesiąc, dwa - tego nie jestem w stanie przewidzieć.

Dariusz Rosiak. Reportażysta, pisarz, autor podcastu "Raport o stanie świata", który w latach 2006-2020 jako program radiowy nadawany był w Trójce. Zaczynał w RFI w Paryżu, lata 90. spędził w BBC w Londynie. Przez wiele lat pisał do "Rzeczpospolitej", zwłaszcza jej dodatku "Plus Minus" i "Tygodnika Powszechnego". Autor kilku książek reporterskich na tematy zagraniczne i kilku na tematy polskie. Ostatnio wydana to "Bauman", reportaż biograficzny o życiu znanego polskiego socjologa.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (39)
Zaloguj się
  • sxtx

    Oceniono 28 razy 14

    Wspieram , słucham , szanuje ROSŚ to była audycja której likwidacja mocno mnie zabolała jako słuchacze, tej obelgi nie podarowałem im nigdy , dziś PR3 już nie istnieje dla mnie ( a byłem z nim ponad 30 lat ) . Brawo Dariusz Rosiak , pozdrawiam

  • wesola_pszczulka

    Oceniono 17 razy 5

    o tym co dzieje sie w Polsce trabi kazdy. O tym co dzieje sie na swiecie, na takim poziomie jak ROSŚ - w Polsce nikt. Do tego najwyzsza klasa realizacji i rozmowcy ktorzy sie znaja na tym czym mowia, a nie przypadkowe ryje z wiejskiej

  • dziurowice

    Oceniono 14 razy 4

    "warto być przyzwoitym..."
    Brawo Panie Darku. Brakuje mi Raportu . Fajne to było ja całe to radio.
    Była "Trójka" jest pisowskim gestem Lichockiej do ludzi.

  • racionalist

    Oceniono 5 razy 3

    Orban:
    1) jest wyzszy
    2) Zna jezyki obce
    3) jest hetero

    Poza tymi roznicami, obaj to takie saeme populistyczne scierwa.

  • cleryka

    Oceniono 1 raz 1

    Nie lubiłam i nie lubię p.Rosiaka, ciągle w rozkroku.

  • 2mimoza

    Oceniono 5 razy 1

    JA posługuję się WŁASNYM rozumem a nie rozumem mediów i różnej maści dziennikarzy. Każde z nich ma też WŁASNY rozum dlatego tyle różnic w postrzeganiu i interpretowaniu zdarzeń i faktów. ..... Niestety , niektórzy z dziennikarzy są PRZEKUPNI i muszą działać pod dyktando sponsorujących ich POlityków.

  • tmave_pivo

    0

    Ogromnym szczęściem jest wiedzieć, co się chce i lubi robić w życiu, i móc to robić, móc się z tego utrzymać, i jeszcze żeby po drodze nie przestać lubić tego robić.

    Dzięki za info o podkaście, może sobie kiedy posłucham

  • junk92508

    Oceniono 15 razy -1

    W wiadomościach z zagranicy można sobie ignorować to co się dzieje w Polsce...

    Jeśli chodzi o Polskę - jesli łamane są podstawowe prawa to stanie z boku jest jak w wypowiedzie Yarpena

    - Gdyby Scoia'tael napadli nas, twój Geralt zamierza stać i spokojnie przyglądać się, jak podrzynają nam gardła. Ty prawdopodobnie będziesz stać obok niego, bo będzie to lekcja poglądowa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX