Zaczęło się od bełkotania, pourywanych zdań

Zaczęło się od bełkotania, pourywanych zdań (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

"Choroba męża była naszą największą tajemnicą. Nawet jego dziadkowie nie wiedzą, że jest schizofrenikiem"

Życie w tajemnicy odcisnęło na mnie głębokie piętno. Taka sytuacja rujnuje życie, wpływa na nie destrukcyjnie. Nigdy żadnej ze swoich przyjaciółek nie powiedziałam o tym, co się dzieje u mnie w domu, jak wygląda nasza codzienność, gdy choroba się zaostrza - mówi Karolina. Zdecydowała się wyjść za mąż za Piotra, kiedy jego choroba psychiczna była już zdiagnozowana. Ma z nim dziecko.

Ilu pani przyjaciół wie, że pani były mąż jest chory? 

Nikt. Od kiedy zachorował - a stało się to zaraz na początku studiów - przyjęliśmy zasadę, że nikt nie może się o tym dowiedzieć. 

Dlaczego?

Ze strachu, że będą się bali. Jego i nas. Schizofrenik jest kojarzony z agresją i wybuchami złości, które mogą dla otoczenia stanowić nawet zagrożenie życia.

Po zabójstwie Pawła Adamowicza media szeroko informowały, że zabójca to osoba chora psychicznie. Odbiór faktycznie może być taki: "Skoro wariat, to nic dziwnego, że zabił". 

Z perspektywy mojej wiedzy, doświadczenia i przeczytanej fachowej literatury mam pewność, że to jest bardzo krzywdzące zarówno dla osób chorych, jak i ich bliskich. Ludzie nie mają wiedzy na temat chorób psychicznych i ich nie rozumieją. Dlatego choroba mojego męża była naszą największą tajemnicą.

Na mnie, osobie zdrowej, to ciągłe życie w tajemnicy odcisnęło głębokie piętno. Taka sytuacja głęboko rujnuje partnera czy partnerkę chorego psychicznie człowieka i wpływa totalnie destrukcyjnie na ich życie. Proszę sobie wyobrazić, że ja nigdy żadnej ze swoich przyjaciółek nie powiedziałam, co się u mnie dzieje w domu, jak wygląda nasza codzienność, gdy choroba się zaostrza.

Jak odnajdywali się w tym pani rodzice? 

Ponieważ Piotr zachorował jeszcze przed ślubem i moja matka błagała mnie, bym tego ślubu nie brała - chcąc być konsekwentną, nigdy się jej nie zwierzałam z ciężaru życia, jaki niosłam każdego dnia.

A rodzina męża?

Nawet jego dziadkowie nie wiedzą, że jest schizofrenikiem! Przed kim tylko się dało, ten fakt był ukrywany. Jego rodzice nigdy, przez 10 lat naszego wspólnego życia, nie nazwali tej choroby po imieniu i nie dali mi zielonego światła na rozmowę o tym, jak nasze życie wygląda i z czym musiałam się mierzyć. Pod koniec powiedziałam teściowej, że brakuje mi sił, a ona odpowiedziała: "Wychodząc za niego za mąż, wiedziałaś, że się wiążesz z chorym człowiekiem, więc teraz sobie radź".

Ludzie nie mają wiedzy na temat chorób psychicznych i ich nie rozumieją (fot. Shutterstock)
Ludzie nie mają wiedzy na temat chorób psychicznych i ich nie rozumieją (fot. Shutterstock)

Mówiła pani, że mąż zachorował na początku studiów. Tam się poznaliście?

Nie. Ja go znałam od dziecka, i to była moja pierwsza miłość. Zawsze go kochałam, ale parą zaczęliśmy być, kiedy był już chory. 

Brzmi bardzo romantycznie. W jakim chłopaku się pani zakochała? 

Bardzo atrakcyjnym w każdym tego słowa znaczeniu. Wysoki, świetnie zbudowany, wysportowany, a do tego bardzo towarzyski, zabawny, pewny siebie. Dziewczyny interesowały się nim zawsze. W ogóle był wokół niego wianuszek osób.

Kiedy ujawniła się choroba, ci wszyscy ludzie natychmiast zniknęli z jego życia. Przestał być atrakcyjny towarzysko, skończył się dowcip, skończyła się cięta riposta. Po lekach bardzo przytył - ważył ponad sto kilo, pojawił się ślinotok, potem zaburzenia wzwodu i szereg innych skutków ubocznych.

Jak się objawiła choroba?

Zachorował jako 20-latek, a jeśli schizofrenia się ujawnia w tym właśnie momencie - kiedy człowiek osiąga pełną dojrzałość - to jej przebieg jest ostry.

Zaczęło się od bełkotania, pourywanych zdań. Zawieszał się, przez kilka godzin siedział bez słowa. Albo biegał w kółko i był agresywny słownie. Mówił niedorzeczności. "Moja siostra mówi, że chciałaby ze mną uprawiać seks" - to już były głosy w jego głowie. A z zajęć na uczelni nagle wybiegał, bo głosy go ostrzegały przed zagrożeniem terrorystycznym. Musiał porzucić dobre studia i na ponad rok zamknąć się w szpitalu psychiatrycznym, by ustawiono mu leki.

W tamtym czasie w zasadzie całe grono przyjaciół go opuściło. Nie opuściłam go tylko ja. On się bardzo zmienił. Wyglądał i zachowywał się inaczej. Był otępiały, odurzony po lekach. Mówi się, że schizofrenicy to ludzie, którzy są za szybą albo że są krok za innymi. Dopiero po latach się zorientowałam, co to tak naprawdę znaczy. W tamtym czasie widziałam, jak kolosalnie się zmienił, ale wciąż byłam w nim bardzo zakochana.  

A może nawet bardziej? Ukochany chory człowiek - bezbronny, potrzebujący pomocy - może budzić jeszcze większą miłość. Podsyconą opiekuńczością, wielką czułością. 

Tak było. Jako młoda dziewczyna postanowiłam więc: "On jest chory, ja go kocham i będę się nim zajmować do końca życia".

Kiedy wyszedł ze szpitala, bał się całego świata. To ze mną poszedł na pierwszy spacer. Wielkie przeżycie. Ale na przykład kino nie wchodzi w grę. "Ono mnie atakuje i zabija" - powiedział. Więc nie chodziliśmy do kina.

Postanowiliśmy razem zamieszkać, a od tej decyzji do małżeństwa był już tylko krok. 

W jakim stanie był Piotr, kiedy braliście ślub? 

Dość dobrym. Przeszedł wtedy na lek nowej generacji i czuł się lepiej - nie był tak bardzo otępiały i ospały. Był w stanie się uczyć, wrócił na studia.

Jako młoda dziewczyna postanowiłam: 'On jest chory, ja go kocham i będę się nim zajmować do końca życia' (fot. Shutterstock)
Jako młoda dziewczyna postanowiłam: 'On jest chory, ja go kocham i będę się nim zajmować do końca życia' (fot. Shutterstock)

Miodowy miesiąc, jeśli chodzi o chorobę?

Można tak to ująć. 

Jakie były pani wyobrażenia o tym, jak wspólne życie będzie wyglądało? 

Dużo o tej chorobie czytałam, natomiast w ogóle nie brałam pod uwagę zagrożeń. Nastawiłam się wyłącznie na scenariusz optymistyczny. Wyłącznie!

Optymistyczny, to znaczy jaki? Czego się pani spodziewała? 

Że Piotr będzie miał pewne ograniczenia, ale będzie w stanie w miarę normalnie funkcjonować oraz pełnić rolę męża, partnera, ojca, i że ja, jako kobieta, będę się mogła na nim wesprzeć. Totalna bzdura, ale wtedy w to wierzyłam. I faktycznie może miałam podstawy, żeby tak uważać?

Jego stan się poprawiał, skończył studia i poszedł do pracy. Co prawda spokojnej, biurowej - ale pracował. Dla kolegi z pracy albo sąsiada jego choroba pozostawała niezauważalna. W społeczeństwie funkcjonował zupełnie poprawnie. Quasi-normalne życie.

Powiedziała pani, że po ślubie mieliście miodowy miesiąc od ostrych objawów chorobowych, a jak wyglądał wasz miodowy miesiąc jako pary? 

W tym związku nigdy nie było fajerwerków. Mąż nigdy mi nie okazywał nadmiernie i wylewnie uczuć. To jest clou, że chorzy na schizofrenię pozostają za szybą. Na lekach mąż nie był w stanie wchodzić na wyższy poziom uczuć. W żadnym momencie naszego związku nie było tego, co się dzieje normalnie u par - okresu bezwarunkowej miłości i szczęścia, że trzymasz się za ręce, chcesz się kochać cztery razy na dobę i świat do niczego ci nie jest potrzebny. A ja wciąż bardzo go kochałam. Niedługo potem przyszedł na świat nasz syn. 

Ciąża była zaplanowana?

Tak. Oboje tego chcieliśmy, ale ja się bardzo bałam, że w związku z przyjmowanymi przez męża lekami może dojść do uszkodzenia płodu. Przed zajściem w ciążę zapytałam o to lekarza psychiatrę. Powiedział: "Leki nie wpływają na płód, natomiast jest zwiększone ryzyko zachorowania na schizofrenię zarówno u dziecka, jak i w kolejnym pokoleniu". Mimo to zdecydowałam się na ciążę. Nie widziałam możliwości życia i założenia rodziny z kimkolwiek poza Piotrem. 

Mąż się ucieszył na wieść, że zostanie ojcem?

Bardzo. 

Chorzy na schizofrenię pozostają za szybą (fot. Shutterstock)
Chorzy na schizofrenię pozostają za szybą (fot. Shutterstock)

A w pani było więcej lęku czy radości? 

Radości. Natomiast lęk i obawa towarzyszą mi przez cały czas.

Pojawienie się syna na świecie to była rewolucja. Wtedy zobaczyłam, jak tak naprawdę wygląda nasze życie: jako młoda matka pracuję zawodowo, odpowiadam za malutkie dziecko i męża, który jest chory. Piotr chodził do pracy, quasi-normalnie funkcjonował, a kiedy wracał do domu, był tak zmęczony i tak otumaniony lekami, że nie miał siły na jakiekolwiek aktywności. Kładł się na kanapie i spał. 

Jak stereotypowy "normalny" mężczyzna, który po powrocie z pracy zalega przed telewizorem. 

Tyle że ten "normalny" mężczyzna jednak wieczorem z żoną rozmawia, ogląda film, idzie na spacer czy kąpie dziecko. A chory człowiek jest wykończony. Przychodzi weekend i w normalnym związku ludzie idą razem na spacer, rower, zakupy, jadą na wycieczkę, a chory człowiek w piątek o 20.00 zasypia i przez cały weekend pozostaje ospały, nie chce podejmować żadnych aktywności. To jest jedna rzecz, której nikt z zewnątrz nie widzi. Druga to mania zakupów, zakupoholizm.

Niektórzy chorzy na schizofrenię są Jezusami, inni wyzwalają świat, a on musiał kupować. Przez dom przetaczały się wszelkie drogie nowości elektroniczne: telefony komórkowe, 80-calowe telewizory na raty, drogie sprzęty AGD. To był znak, że choroba się zaostrza. Kiedy prosiłam, żebyśmy poszli do lekarza, że widocznie trzeba zmienić dawkę leków czy leki w ogóle, wściekał się, że wyolbrzymiam problem. W efekcie doszliśmy do sytuacji, w której z jego pensji nie zostawało nic, bo wszystko szło na spłacanie rat.

Mąż nie tylko nie szedł ze mną przez to życie, ale doprowadzał nasze finanse do ruiny. Miewał gorsze dni spowodowane atakami choroby, a w całokształcie był kompletnie bierny i zafiksowany wyłącznie na tym, żeby sobie kupić nowy telefon. 

Dziecko nie zbliżyło was do siebie? 

Dziecko było gwoździem do trumny tego małżeństwa. Zobaczyłam, że Piotr nie spełnia się jako ojciec, sam z własnej woli nie zajmuje się synem. Do wychowywania dziecka potrzeba siły i determinacji, by pokazywać i wyjaśniać mu świat, organizować czas, rozmawiać, czytać, bawić się. Kiedy Piotr próbował Stasiowi czytać książkę, to sam nad tą książką zasypiał!

Wyczuwam agresję. Pani jest na niego zła? 

Tak. Mąż nie spełnił się ani w roli męża, ani kochanka, ani ojca!

Czy oczekiwanie, że jako chory człowiek da radę pełnić te role, podołać takiemu wyzwaniu było rozsądne?

Ma pani rację. Być może gdybym nie miała takich oczekiwań, nasze małżeństwo trwałoby do dziś? Ale ja chciałam żyć! Chciałam chodzić choć raz w miesiącu na randkę, mieć towarzysza równego sobie, wyjeżdżać, spędzać sobotnie wieczory gdzieś na mieście ze znajomymi, a okazało się, że ja tego robić nie mogę i nigdy nie będę mogła. Drogi zaczęły się nam rozchodzić.

Ile razy mąż był hospitalizowany?

Pięć. Zaostrzenie choroby manifestowało się nadpobudliwością, rozdrażnieniem, słowną agresją, a przede wszystkim totalną determinacją, by kupić kolejną drogą rzecz. Był w stanie jechać na drugi koniec Polski, bo tam sprzedają auto w dobrej cenie, a po drodze załatwiał na to auto kredyt. Brutalne i agresywne głosy nakazywały mu podejmować te działania. W tej fazie zaczynało dochodzić do urojeń, co oznaczało pilną potrzebę zmiany leków i to, by był przy chorym drugi człowiek, który jest dla niego lustrem. Mówiłam do męża: uspokój się, połóż, wycisz. 

Zaostrzenie choroby manifestowało się nadpobudliwością, rozdrażnieniem, słowną agresją, a przede wszystkim totalną determinacją, by kupić kolejną drogą rzecz (fot. Shutterstock)
Zaostrzenie choroby manifestowało się nadpobudliwością, rozdrażnieniem, słowną agresją, a przede wszystkim totalną determinacją, by kupić kolejną drogą rzecz (fot. Shutterstock)

Domyślam się, że takie słowa mogą tylko jeszcze bardziej rozwścieczyć. 

Tak. Ale ja nigdy nie dałam mu odczuć, że się go boję. Może dlatego, że w głębi duszy bardzo się go bałam, na zewnątrz byłam bardzo pewna siebie, i on nigdy nie wyczuł mojego strachu. Torpedowałam jego pomysły. Zmuszałam do leczenia. Pierwsza hospitalizacja miała miejsce, kiedy nasze dziecko nie skończyło jeszcze roku. A pobyt w szpitalu i ustawianie leków oznaczało wyjęcie z życia co najmniej na miesiąc. Piotr się bał. Uciekał ze szpitala. Szedł w papciach przez miasto zimą, a potem zadzwonił dzwonkiem do drzwi mieszkania. Nigdy tego nie zapomnę. 

Wyobrażam sobie tę scenę i jest mi nieskończenie żal Piotra. Czy w takim momencie instynkt opiekuńczy, o którym rozmawiałyśmy, nie wyostrzał się?  

Wyostrzał! Troszczyłam się, opiekowałam i stawiałam męża - nigdy nie siebie - na pierwszym miejscu. Ale potem to dziecko było na pierwszym miejscu i to je musiałam chronić. 

A jak funkcjonował mąż, kiedy choroba była ujarzmiona? Na co dzień? 

Z zewnątrz wydawał się po prostu spokojnym, wycofanym człowiekiem. Introwertykiem. Jednak są też tak zwane objawy negatywne schizofreniczne, których na pierwszy rzut oka nie widać, a oznaczają, że chory wycofuje się z życia. Staje się małomówny, zamknięty w sobie, poświęca czas na przemyślenia i ma spłycone życie emocjonalne, trudność w podejmowaniu decyzji, jest apatyczny, ma spowolnienie ruchowe. Do tego dochodzi mniejsza dbałość o siebie - higienę, ubiór, czystość. Taka była nasza codzienność. Kiedy mówię o braku dbałości o higienę, to dotyczyło również sfery seksu i było dla mnie odrzucające. Seks był koszmarem.

Wspominała pani o zaburzeniach wzwodu w związku z lekami.

Przy lekach nowszej generacji mąż był sprawny seksualnie, ale seks był tylko mechanicznym wydarzeniem, wskutek którego on uzyskiwał zaspokojenie. Moje potrzeby nie były brane pod uwagę w ogóle. Z poczucia obowiązku decydowałam się na akt seksualny, który z czasem stawał się czymś nie do wytrzymania. By w ogóle mogło dojść między nami do zbliżenia, musiałam się upić. Za każdym razem. 

I nikt nie wiedział o tym, co się z panią dzieje.

Absolutnie nikt. Nikomu nie mówiłam, że nie czuję się ani żoną, ani kobietą i jak bardzo głęboko jestem nieszczęśliwa. Zamknęłam się w sobie i wybudowałam wokół siebie mur. Uciekłam od problemów w pracę. Odnosiłam i odnoszę zawodowe sukcesy. Czułam się, jakbym żyła w dwubiegunowym życiu - z pozoru wszystko było świetnie i pięknie: idealna matka, idealne dziecko, idealna praca, idealny samochód służbowy. A w domu było piekło. W tamtym czasie już nawet nie spaliśmy w jednym łóżku. Czułam ogromny żal, dlaczego ja - wciąż młoda kobieta - muszę żyć obok swojego męża? Dlaczego nie mogę się cieszyć życiem? Powstawał we mnie.

Bunt?

Bunt i nienawiść do tego mojego małżeństwa i potem też do męża. Ale trwałam w związku z nim, ponieważ uznawałam, że skoro wyszłam za mąż za chorego człowieka, powinnam nieść ten krzyż do końca życia.

Z zewnątrz wydawał się po prostu spokojnym, wycofanym człowiekiem (fot. Shutterstock)
Z zewnątrz wydawał się po prostu spokojnym, wycofanym człowiekiem (fot. Shutterstock)

Czyli podświadomie zgadzała się pani z tym, co powiedziała teściowa?

Tak. Zalewałam się łzami, czułam się ogromnie nieszczęśliwa, niedowartościowana jako kobieta i przede wszystkim samotna. Mąż był ze mną tylko fizycznie. Czułam się osamotniona. Nie dość, że we wszystkich problemach dnia codziennego, bo mąż nie podejmował żadnych decyzji, niczego nie chciał, niczego nie planował - ani wyjazdu, ani zapisania dziecka na angielski - ale czułam się też sama tak po prostu. Jako człowiek. Wracałam z pracy i szłam sama z dzieckiem na plac zabaw, bo mąż nie miał siły. W sobotę sama zabierałam dziecko na basen, bo mężowi się nie chciało jechać z nami, a kiedy zabierałam naszą trójkę na wakacje nad morze, to Piotr spał na plaży. Byłam cały czas sama. Cały czas. 

Mówiła pani o tym mężowi? Prosiła: "Pomóż mi", "Zróbmy coś"? 

Na początku tak. I może on chciał być moim partnerem na sto procent, ale choroba i leki powodowały, że nie był w stanie.  

Powiedziała pani, że w pewnym momencie nienawidziła - i związku, i męża. A siebie? 

Siebie też. Miałam do siebie żal i obwiniałam się za to, że tego wszystkiego nie jestem w stanie udźwignąć. Że jestem za słaba. Jednak coraz częściej też zadawałam sobie pytanie: Dlaczego w ogóle wyszłam za niego za mąż?

Z miłości?!

Z miłości, ale żałowałam tej decyzji. Gdybym mogła cofnąć czas, za nic w świecie nie weszłabym ponownie w ten związek. Od rozwodu minął rok, a ja do dziś nie mogę się podźwignąć. Mając lat 40, zabrałam dziecko i wyszłam z tego małżeństwa totalnie poraniona emocjonalnie. Rany są głębokie. Szyję je, leczę, ale wiem, że niektórych nie pozbędę się do końca moich dni.

Jakie to rany, których się nie uda wyleczyć?

Wiem, że nigdy już nie będę w stanie zaufać mężczyźnie, uwierzyć, że związek dwojga osób może przetrwać. Mam w sobie ogromny lęk, czy moje dziecko będzie zdrowe... (płacz). Moje życie w małżeństwie było życiem w ciągłym poczuciu zagrożenia. Czy znowu wziął na coś kredyt? Czy się będzie dobrze czuł? A może dostanie w miejscu publicznym ataku i będę go musiała holować totalnie otumanionego do domu, bo nagle objawią się głosy? Ja ten strach, niepewność jutra - ciągle w sobie mam. Obawiam się życia. 

Co się takiego wydarzyło, że zdecydowała się pani odejść od męża?

Po prostu pewnego dnia poczułam, że nie uniosę więcej. Mnie się życie z mężem i z tą chorobą nie udało. To jest piekło rodzica i rodzic jest w stanie unieść chorobę swojego dziecka, ale dla partnera to jest nie do udźwignięcia. Ja tego nie udźwignęłam.

Ma pani wyrzuty sumienia? 

Nie. (płacz) Ale kiedy myślę o Piotrze, to jest mi przykro, że tego nie udźwignęłam (płacz). Żal mi go. Chciałabym go prosić, by dał mi błogosławieństwo na moje dalsze, własne życie i życzę mu z całego serca, by on sobie ułożył swoje i był szczęśliwy. Wciąż jest mi bardzo bliski, ale dla mnie to był wybór - czy rezygnuję z reszty swojego życia, czy o nie walczę. Postawiłam na szali swoje życie, a ono nie mogłoby się toczyć z nim.

Ta wielka tajemnica, która nas tłamsiła i dusiła, w końcu nas zniszczyła. Jest takie powiedzenie, że kobieta nie odchodzi nagle, ale latami. Ja odchodziłam cztery lata. W ciszy, samotności, w swoim własnym nieszczęściu. Piotr to widział i czuł. Na początku prosił, żebym została. Trwała. Mówił, że się zmieni.

Że się boi zostać sam?

Tak. Że przecież przysięgaliśmy w kościele, a najważniejsza jest rodzina. Natomiast kiedy już przyszedł sam moment mojego odejścia, to i ja, i on byliśmy już tym związkiem wymęczeni. Chcieliśmy już tylko uwolnić swoje życia od siebie. 

Nie jesteście już przyjaciółmi?

(płacz) Nie jesteśmy, ale mam nadzieję, że kiedyś znowu będziemy. To wszystko jest dla mnie straszne i ogromnie dużo mnie kosztuje. 

Jest mi bardzo żal i pani byłego męża, i pani. Jak pani uważa - dlaczego finał waszej romantycznej historii jest tak dramatyczny? Czy to wam małżeństwo się nie udało, czy ono w ogóle nie mogło się udać?

Uważam, że ono mogło się udać i mogłoby trwać, ale tylko przy założeniu, że ja bym zrezygnowała z własnego życia. A ja chcę żyć. 

* Imię mojej rozmówczyni oraz jej męża i dziecka na jej prośbę zostały zmienione

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (387)
Zaloguj się
  • lily_evans11

    Oceniono 49 razy 43

    Niestety małżeństwo z osobą, która nas obciąża i podążamy za nią na dno, zawsze jest błędem. Nikt nie jest superherosem, jesteśmy tylko ludźmi, relacja opiekun-chory/alkoholik itp. to żaden związek. Pani biczującej się swoją decyzją powiem jedno - ludzie błądzą, ale ona w końcu z tego błędu wyszła, uratowała siebie o dziecko. To i tak inna sytuacja, chory partner a np. chore dziecko. Oby jej się poukładały emocje.

  • krywit

    Oceniono 43 razy 41

    Jestem dzieckiem schizofrenika, nie jestem chora, ale nigdy nie zdecydowałam się na dziecko, bałam się zrobić mu krzywdę, choroba krąży po rodzinie. Dzieciństwo osoby chorej to trauma. Decyzja tej Pani o urodzeniu dziecka mocno kontrowersyjna, znam to z własnego życia.

  • ml2403

    Oceniono 30 razy 28

    To takie typowo kobiece rozumowanie. n jest chory ale ja go kocham tak bardzo, że zniweluję tę "niedogodność", a może i dam rade go wyleczyć swoim postępowaniem. Niestety droga pani życie jest brutalne i uzdrowienia to tylko w Biblii i tym podobnych opowieściach. Taj jak w każdej tego typu chorobie przewlekłej są okresy remisji i nadziei, a potem znowu zaostrzenie i wraca beznadzieja. Coś o tym wiedzą partnerzy nałogowych alkoholików ale tam jednak są pewne szanse. Tu póki co medycyna jest bezradna, Może łagodzić objawy ale póki co schizofrenii wyleczyć się nie da.

  • jacekjot2

    Oceniono 24 razy 24

    Najtrafniejsze z wywiadu jest stwierdzenie, że małzonkowie osób chorych psychicznie są samotni. Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze to wyjątkowo wredna samotnośc. Nie ma się partnera w domu i nawet nie mozna go szukac. To parszywa sytuacja.

  • uploadhelski

    Oceniono 26 razy 24

    Mąż był leczony przez psychiatrów, żona powinna mieć wsparcie psychologów, być może jakiś psycholog powinien znacznie wcześniej wytłumaczyć jej, że musi się dla dobra wszystkich (męża, dziecka, siebie) rozstać się z nim. I czy leczenie choroby psychicznej nie powinno być przesłanką do ograniczenia zdolności kredytowej? Zwłaszcza w aspekcie braku rozdzielności majątkowej.

  • mcguirre

    Oceniono 41 razy 23

    „Wiem, że nigdy już nie będę w stanie zaufać mężczyźnie, uwierzyć, że związek dwojga osób może przetrwać”. Trochę nie rozumiem, bo świadomie związała się pani z chorym psychicznie człowiekiem i prawdopodobieństwo, że to się uda było zerowe od samego początku. Jak można mówić o zaufaniu w związku z człowiekiem chorym, który nie odpowiada za to co robi ? Jak można od niego egzekwować zobowiązania ? Świadomie zgotowała sobie pani piekło, sobie i swojemu dziecku, które obciążone genetycznie ma szansę przeżyć tą „przygodę”.

  • dr_bloger

    Oceniono 25 razy 21

    Niestety, życie ze schizofrenikiem jest piekłem. Lepiej być mądrym przed szkodą.

  • 1noitatneserper

    Oceniono 28 razy 20

    Dopuszczenie schizofrenika do rozpłodu
    - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
    jest skrajną nieodpowiedzialnością.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX